Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozrywka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozrywka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 listopada 2014

"Sierociniec" (2007) - wrażenia

Hiszpanie mają głowę do horrorów, to jest wiadome od zawsze - spójrzcie sobie chociażby na Labirynt Fauna albo [Rec] (chociaż co do horrorowatości tego pierwszego można mieć pewne wątpliwości). Do Sierocińca zbierałem się niestety dość długo, bo, wiadomo, szczególnie zależało mi na tym, by obejrzeć ten film już po ciemku, późną nocą, ale w jakiś dziwny sposób zawsze znajdowało się jakieś inne zajęcie, ewentualnie dużo bardziej pociągało mnie... spanie. Parę dni temu w końcu udało mi się dokonać niedokonanego i niemalże świeżo po seansie zabieram się do tego posta. A na wstępie muszę zaznaczyć, że film kompletnie nie zepsuł mojej wizji europejskiego horroru, a dodatkowo ją umocnił.
Złowieszczo.
Zawsze lubiłem, gdy film grozy rzeczywiście budził grozę i jakiś irracjonalny lęk przed nocnym pójściem do toalety - no bo jakby nie było, taka jest rola horrorów. Od jakiegoś momentu właściwie trudno mi się przestraszyć na jakimkolwiek horrorze, więc w ogromnym skupieniu szukam tego, który zbiera najbardziej pochlebne opinie w tej materii. Problem jest taki, że każdy człowiek ma inne nerwy, każdy inaczej odbiera kolejne czynniki, natężenie dźwięków, jumpscare'y, misternie budowany klimat, gęsty niczym smog w Tokio. Jakiś czas temu porzuciłem ideę poszukiwania filmów straszących "po chamsku", a skupiam się raczej na takich, które mają niepowtarzalny klimat, jakąś taką atmosferę, która choć pozornie nie jest groźna, to powoduje ciarki nawet na wybrednym człowieku. Do takich filmów należy wymieniony wyżej Labirynt Fauna, który w swojej genialnej baśniowości jest cholernie niepokojący i depresyjny. Do tego grona dołączył Sierociniec, bo opowiada historię inaczej niż zwykle.

 Mamy więc kobietę, która kiedyś mieszkała w sierocińcu, a w życiu dorosłym ponownie wprowadza się do niego (tym razem z mężem i synem), by stworzyć na jego bazie ośrodek dla niepełnosprawnych dzieci. Simon (czyli syn) nie jest zwyczajnym chłopcem - cierpi na śmiertelną chorobę, a zmiana otoczenia i brak znajomych twarzy nie działają na niego pozytywnie. W końcu zaczyna zadawać się z wymyślonymi przyjaciółmi, z których jeden szczególnie upodoba sobie absorbowanie wolnego czasu najmłodszego mieszkańca budynku. W tym momencie film właściwie się rozpoczyna, bo okazuje się, że nowy przyjaciel Simona nie będzie się w swych zabawach ograniczał jedynie do niego, co niekoniecznie spodoba się rodzicom chłopca. Powiedzmy, że będą raczej... zaniepokojeni. A to i tak dość łagodnie powiedziane.

Nie owijając w bawełnę - film nie jest przerażający do bólu. Jest niepokojący, bardzo zagadkowy, momentami można podskoczyć w fotelu, jednak zdecydowanie nie wykręca nam organów wewnętrznych ze strachu. To właśnie tajemnica przeszłości i sekret, który skrywa sierociniec, będą osią napędową produkcji.
Film dąży do niejednoznacznego, ale bardzo przejmującego zakończenia, które właściwie idealnie podsumowuje całość i nie pozostawia niedosytu. Moim zdaniem tak właśnie powinny wyglądać współczesne horrory. Jeśli już wszystkie straszące zagrywki zostały w kinematografii wykorzystane, twórcy powinni skupiać się na klimacie budowanym stopniowo, przekonującym i angażującym widza. Choć film ma już 7 lat, to z powodzeniem mógłby wyznaczać trendy w gatunku.

poniedziałek, 27 października 2014

Patrick Wolf i Soundedit Festival 2014

W sobotę rano wyjechaliśmy z Gdyni - ja, Gołomp (zwany też Magdą) i Oriana. Wspaniały i nowoczesny pociąg z gatunku pamiętających stan wojenny miał nas zawieźć do Łodzi, gdzie miał odbyć się koncert Patricka Wolfa (dla niewiedzących - Anglik, multiinstrumentalista, folk, elektronika, dużo akustyki i klawiszy), który był częścią Soundedit Festivalu. Ów festiwal, o dziwo, jest całkiem poważany na planie nie tylko samej Polski - jest to jedyny festiwal na świecie poświęcony producentom muzycznym. Stąd na nim takie sławy jak John Cale (The Velvet Underground) czy Karl Bartos (Kraftwerk). Jeśli zaś chodzi o moje oczekiwania wobec występu Pata - były wysokie, zwłaszcza, że naoglądałem się masy koncertów w internetach i znałem większość dyskografii, która wręcz obfituje w żwawe i energetyczne kawałki - perfekcyjne na występ na żywo. Po zdeponowaniu itemów u naszej przyjaciółki mieszkającej w Łodzi, wraz z nią wyruszyliśmy na miasto i potem już prosto pod klub Wytwórnia, w którym miało zajść całe wydarzenie. Całkiem sprawnie dotarliśmy na czas i okazało się, że łódzka komunikacja potrafi być czasami niezawodna. Pod klubem spotkaliśmy się z resztą ekipy i było nas już w sumie siedem osób.

Koncert miał zacząć się lada moment, napięcie narastało, brokat jeszcze dobrze nie ostygł - ale tak, wchodzi Patrick! Ale... jak to? Pierwszy moment niepewności i zawahania. Znowu jest rudy i ma totalnie krótką fryzurkę. Odziany jest w sumie po domowemu - sweter w dziwne wzory, jakieś tam spodnie, glany, chyba do obrony przed fanami Widzewa. No dobra, może odkuje się muzycznie.  No właśnie, problem był taki, że moje oczekiwania były chyba aż nazbyt wygórowane, bo, no.... średnio mnie to porwało. Liczyłem na to, że będę dziko baunsował i deptał ludzi glanami w rytm Tristana, a jednak ów Tristan nawet nie zagościł na setliście! Liczyłem, że po zakończeniu trasy akustycznej Patrick porzuci wizerunek eleganckiego, dostojnego i nieco puszystszego paniczyka przy klawiszach, a zmieni się w znanego fanom, dobrego, młodego i jakże narwanego szaleńca o wesołym usposobieniu. Wszystkie utwory zagrane na sobotnim koncercie, choć popularne, przybierały znacznie spokojniejszy, oszczędny w instrumentaliach wymiar. Obecni na koncercie mogli usłyszeć The Libertine zagrane niemalże całkowicie na jedno kopyto, Pigeon Song rozpoczynane przez Wolfa przynajmniej trzy razy z okazji nieumiejętnie nastrojonych skrzypiec; Magic Position wykastrowane na potrzeby klawiszy, harfy (która, moim zdaniem, zrobiła najlepszą robotę) i akordeonu. W sensie, koncert ten nie był zły, był po prostu przegadany i przez artystę potraktowany trochę zbyt luźno. Samo przegadanie (choć gęste i częste) było w zasadzie całkiem interesujące, Patrick opowiadał o bezdomności, o źródłach inspiracji dla niektórych utworów - bardziej skupiał się jednak na tym niż na właściwej muzyce. Momentami nawet był zabawny, bo robił śmieszne miny, coś pomylił, tu się zaplątał i inne takie. Albo bardzo się czepiam, albo po prostu setlista była trochę zbyt mało rozmaita i raczej rozlazła. Myślę, że całość wypadłaby lepiej, gdyby była samodzielnym występem poświęconym jedynie Patrickowi. Z chęcią zobaczę go jeszcze raz, ale mam nadzieję, że w bardziej porywającym wydaniu.

Potem załapaliśmy się jeszcze na fragment występu Lecha Janerki, następnie odbyło się wręczenie nagród dla Człowieka ze Złotym Uchem, no i później zostaliśmy na kawałku Johna Cale'a (znanego głównie z The Velvet Underground). Niedługo potem byliśmy już w domu, oglądaliśmy Porę na Przygodę, a potem kładliśmy się spać, bo w niedzielne południe wracaliśmy do Gdyni. Podróż powrotna zleciałaBY nam bez zbędnych ekscesów, gdyby nie specyficzny człowiek z wąsem, lat na oko 50+, który koniecznie musiał zagadywać wszystkich w przedziale, wypytując o najdrobniejsze detale z ich życia. Przez cztery godziny podróży w jego towarzystwie zdołałem przeczytać zaledwie trzy strony książki. Na szczęście po owych czterech godzinach odpuścił i przesiadł się gdzieś indziej, bo miał tam jakąś pilną sprawę. Jazda PKP to loteria, nigdy nie wiesz na kogo trafisz.

Na koniec zdjęcia autorstwa Oriany (ale ja też tam byłem, naprawdę):


piątek, 10 października 2014

Krótka historia o muzycznej stronie mego życia.

Jeśli miałbym określić swoje muzykalne przygody (w sensie, jeśli chodzi o słuchanie muzyki, bo z gitarą uprawiam regularne stosunku zaledwie od pół roku) jednym słowem, to pasowałoby tu słowo nietypowe. Poważnie, chwytałem się chyba każdego możliwego gatunku (co obecnie uznaję za idiotyczne i do bólu ograniczające). Nie bardzo nawet wiem od czego zacząć, więc może cofnę się w czasie do momentu, w którym moja świadomość zaczynała tolerować jakiś gatunek całkowicie i w pełni.

Była to może 6. klasa podstawówki, albo i 1. gimnazjum. W każdym razie, okolice 13. roku życia. Wiadomo, że chłopięciem (he, he) będąc, nie do końca ogarnia się świat i wszystko jest dla nas niestabilne, nowe. Jako dorastający dzieciak chcesz się czymś wyróżnić, być alternatywny, przykuwać uwagę, budować oryginalny wizerunek siebie w oczach innych (nadal mi to doskwiera, teraz jednak jest to całkowicie naturalne i bez premedytacji). W wyniku dziwnych zawirowań, poniekąd też pod wpływem niektórych znajomych, zacząłem zagłębiać się w utwory Behemotha, starego, dobrego polskiego Bezia. Teraz w sumie nie wiem co ja tym widziałem, black metal jakich wiele. Wtedy jednak uznawałem, że taki gatunek może być ostatnią rzeczą, którą osoba w moim wieku mogłaby się interesować. Trwałem w tym swoim udawanym fanbojostwie, jednak nigdy nie doszło do zapuszczenia brud-metalowych kłaków. Minęło parę miesięcy, aż w końcu mój "gust" muzyczny po raz kolejny musiał się dostosować. Kolejne dziwne zawirowania doprowadziły do tego, że w absurdalnie dziwny i niezrozumiały sposób zaczęło mnie jarać screamo i wszelkie pochodne tego... ekhem, gatunku. Tak, to jest ten moment, na wspomnienie którego mam ochotę popełnić samobójstwo. Na przykład strzelając sobie w głowę z łuku brwiowego, albo topiąc się w stawie kolanowym.

Z niechęcią przyznaję, że to nie do końca MNIE jarało. To dziwne, ale to zdanie łatwo zinterpretować. Wracając do tematu - sympatia do chłoptasiów piłujących swoje wymalowane buźki bezpowrotnie minęła i zawiesiłem się w czasie i przestrzeni bez punktu zaczepienia. To był czas absolutnego pustostanu i ponownie szukania swojego wizerunku w kwestii dźwięków i obrazów nimi malowanych. Aż pewnego wieczoru (na potrzeby klimatu przyjmijmy, że był ciemny, zimny i deszczowy) krążąc po meandrach Jutjuba wkroczyłem na nieprzebyte ścieżki dyskografii Led Zeppelin. Przysięgam, że była to jedna z najlepszych decyzji mojego życia. W końcu poczułem, że to mnie naprawdę coś jara, że absolutnie kręcą mnie te fantastyczne riffy, kunsztowne solówki, rozdzierający wokal i cholernie satysfakcjonujący mix gatunkowy. Miłość do zespołu i chora fascynacja gitarzystą zespołu, Jimmym Pagem, siedzi we mnie do dziś, choć teraz już wolę poświęcać się czemuś nowemu, eksperymentować i odkrywać. Przez dłuższy czas siedziałem w klasycznym rocku, hard rocku, połowicznie w staroszkolnym metalu (Metallica, Iron Maiden, etc.), natomiast moja strona na last.fm obumierała, bo nic nowego się na niej nie pojawiało i prawdę mówiąc - zamykałem się na wszystkie cuda muzyki, które gdzieś tam na mnie czekały.

Rozpoczęcie nauki w liceum totalnie wywróciło moje postrzeganie tematu. Chyba największą rolę odegrała w tym Oriana, która poniekąd wprowadziła mnie w jakieś nowości, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Wyzbyłem się durnego przeświadczenia, że "pop to ścierwo, a ambient usypia". W końcu zacząłem odnajdywać ciekawe elementy w każdym z gatunków, i teraz już szczerze mogę powiedzieć, że słucham naprawdę wszystkiego. Sprawy potoczyły się szybko - początkowo dość niechętnie post-punk, nowa fala, wszystkie pochodne "fale", elektronika, gotyk, całkiem niedawno rapsy, pokochałem eksperymentalę, folki, industrial, a nawet techno zaczęło mnie pociągać. Zacząłem chętnie chodzić na koncerty, przywiązywać ogromną uwagę do detali!

Led Zeppelin musiało udostępnić trochę miejsca w mojej duszy drugiemu genialnemu projektowi (który obok Led Zeppelin, IMHO, był najlepszym, co mogło spotkać muzykę ever)  - Swans (Łabędzie, tak btw., zasługują na całkiem oddzielny wpis na blożku). Cholera, strasznie emocjonalnie do tego podchodzę. Obecnie nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Mało tego, że spełniam się literacko (och, Magnetoffonie), to jeszcze czuję się jakiś, hmm... Wywyższony na ultra boski poziom, przeniesiony do totalnie innej rzeczywistości. Uważam, że to medium mogłoby z powodzeniem zastąpić każde inne w życiu codziennym - zwłaszcza telewizję. Magia. Słuchajcie muzyki, ludzie.

Macie jeszcze mojego lasta, cobyście wiedzieli czym się raczę w chwili obecnej:
  http://www.lastfm.pl/user/GodDamnMoose

niedziela, 5 października 2014

Kolejna wizyta w Gotham - "Gotham" S01E01 (2014)

Z dużą dozą rezerwy przyjąłem wiadomość o powstawaniu serialu na podstawie komiksu o Batmanie. Nigdy nie byłem specjalnym fanem seriali opartych na przygodach superbohaterów - Arrow wydawał mi się całkowicie nużący i naiwny, Tajemnice Smallville nawet obiecujące (jednak nie doczekały się mojego większego zainteresowania). Krótko mówiąc, zawsze odnosiłem wrażenie, że temat jest traktowany trochę po macoszemu, trochę na odwal się, twórcy jakby trochę pasożytowali na marce nie starając się jednak o jakąś sensowną jakość produkcji. Gotham z lekka odmienił moje zdanie w kwestii takich seriali. Albo to ja do tego dojrzałem, albo jego wykonanie rzeczywiście jest naprawdę obiecujące.
Same znajome twarze (tylko nieco młodsze).
Gotham jest serialem produkcji amerykańskiej emitowanym przez stację FOX. Jego gatunek nie jest łatwy do określenia, wbrew tytułowi i bazie, na której się opiera, to w dużej mierze serial kryminalny. Głównym bohaterem jest tu James Gordon, świeżo upieczony detektyw policji w Gotham, mieście pełnym niebezpieczeństw, mrocznym, nieprzyjemnym. To był pierwszy fakt, który zaskoczył wielu fanów człowieka-nietoperza. Bo jak to, głównym bohaterem - Gordon? Okej, jest to istotna postać w uniwersum DC, jednak nikt raczej nie spodziewałby się przyznania mu głównej roli. Wiele osób nie dopuszczało do siebie takiej myśli, wiele do sprawy podchodziło sceptycznie, myślę jednak, że odcinek pilotażowy całkowicie rozwiał wątpliwości obu grup. Postać Jamesa Gordona już za czasów komiksu lub chociażby filmów Nolana, była całkiem obiecująca. Wiele z aspektów jego charakteru i historii nigdy nie zostało w pełni wyjaśnionych, w skrajnych przypadkach zostały opisane/przedstawione po łebkach. Tutaj poznajemy genezę detektywa, widzimy budującą się stopniowo relację z młodym jeszcze Brucem Waynem, przyszłym strażnikiem miasta.
Jeszcze brak mu czarującego wąsa, ale dajmy mu szansę. A w tle od lewej: Harvey Bullock i niedoszły Pingwin.
Miasto, czyli główny plan, na którym rozgrywają się wydarzenia, od początku czaruje. Na pierwszy rzut oka widać, że jednym z celów twórców było zachowanie z lekka burtonowskiego, subtelnie gotyckiego i mrocznego klimatu. Tutaj nawet za dnia jest jakby ciemno i szaro, każdy stalowy element jest trochę zardzewiały, budynki mają surowy kształt, a w każdej ciemniejszej uliczce łatwo o darmową korekcję zgryzu. Zachowanie klimatu zdecydowanie na plus. W pierwszym odcinku poznajemy też całą rzeszę postaci ikonicznych dla fanów komiksu. Napotykamy tu młodocianą Selinę Kyle, która wesoło hasa po dachach, Ivy Pepper*, której zamiłowanie do roślin później przerodzi się w chorą manię; mamy dziwnie wychudzonego Pingwina, który niekoniecznie przepada za swoją ksywką; Edwarda Nygmę, który w każdą wypowiedź stara się wpleść zagadkę - nie można się nudzić. Problem jest taki, że atrybuty tych postaci zostały przerysowane - kotów jest za dużo, roślin też, zagadek podobnie. Rozumiem puszczenie oczka w stronę fanów Batmana, rozumiem też, że nadmiar tego wszystkiego był skierowany raczej w stronę osób niezapoznanych z komiksem - do wybaczenia. Cieszę się, że postacie te mają potencjał, a z pewnością pojawi się ich jeszcze więcej i wątpię, aby ktoś został pominięty. Nieopierzony Jim Gordon jest jeszcze trochę porywczy, nie do końca ogarnia procedury istotne w pracy w policji, jednak ciekawe będzie obserwowanie swoistej ewolucji bohatera. Jedyną wadą dotyczącą go, mogą być nieco drętwe i naiwne kwestie. W sumie dotyczyłoby to całej gromady bohaterów. Wierzę jednak, że w kolejnych odcinkach wstąpi to na nieco wyższy poziom i zyskamy Gotham takim, jakim powinno być zawsze.

Póki co, widzę ogromny potencjał. Będę śledził losy bohaterów z zapartym tchem i czuję, że ciężko będzie to zepsuć. Nie łudźcie się jednak, nie uświadczycie tu epickich walk wśród walących się budynków. Jeśli interesuje was natomiast akcent psychologiczny, powolna przemiana przyszłych nemezis nietoperza i samego Jima Gordona - oglądajcie śmiało.

*Niektóre fakty z komiksu zostały nagięte i twórcy dość luźno podeszli do pierwowzoru. Zatem nie dziwcie się, że coś wam się tutaj nie zgadza.

środa, 1 października 2014

"Ferdydurke", czyli wyższa szkoła absurdu

Już od dawna nosiłem się z zamiarem przeczytania tej książki. W końcu moje wątpliwości i brak wolnego momentu na przeczytanie rozwiało ogłoszenie Ferdydurke moją tegoroczną lekturą. W sumie to nawet się ucieszyłem, bo oto nadarzyła się niepowtarzalna okazja, by zaspokoić ciekawość. Z drugiej strony - narodziło się jeszcze więcej niepewności i przerażenia, bowiem z zasłyszanych i przeczytanych opinii dowiedziałem się, że fabuła jest absurdalna, niezrozumiała, skrajne głosy twierdziły, że po prostu głupia. Niezależnie od własnego zdania, obowiązek szkolny wywarł na mnie presję przeczytania najbardziej znanego dzieła Gombrowicza. Przyznaję, takiej dawki surrealizmu dawno nie łyknąłem.

Głównym bohaterem jest Józio. Facet ma 30 lat, niedawno zdecydował się na pójście za głosem serca i rozwijanie się w kierunku literackim. Sprawy przybierają dość niepokojący, ba, DZIWACZNY obrót już po kilku pierwszych stronicach, kiedy to naszego protagonistę w jego własnym domu nawiedza jego były nauczyciel, profesor Pimko. Jakkolwiek dziwny i niepojęty byłby ten fakt - wciąż po wielu próbach i staraniach w celu zrozumienia jest on do przełknięcia. Rtęć w termometrze abstrakcji powoli podnosi się, gdy wyżej wymieniony Pimko, ni stąd, ni zowąd zaczyna oceniać rękopisy Józia, ot tak, jakby był "chłopięciem" siedzącym w szkolnej ławie, ciekawym świata i nieopierzonym - w dodatku, z warsztatem literackim mającym tyle wspólnego co jastrząb z kredkami. Wedle oceny profesora nasz główny bohater do kariery literata zwyczajnie się nie nadaje. Diagnoza i rozwiązanie jest jedno. "Niech ćwiczy, ćwiczy, i jeszcze raz ćwiczy!" - pomyślicie. Gombrowicz decyduje się na krok, który każdego z nas zabiłby, gdybyśmy byli na miejscu głównego bohatera (zważając na obecny stan polskiej edukacji) - cofa go do jego starej klasy gimnazjalnej.

Rozwiązanie to zainicjuje całą lawinę absurdu po stokroć wyższego niż to, co przeczytamy w pierwszym rozdziale, możecie mi wierzyć. Podróż w czasie przypomina Józiowi o jego dawnych kolegach, towarzyszach szkolnej katorgi, a także o zadaniu szkoły względem młodego, dorastającego już człowieka. Jakie było to zadanie? Właściwie sam nie wiem, wiem jednak, że system nauczania WCALE nie różni się od naszego, realnego. Szkoła uczy nas myślenia schematami, dostosowywania się do sytuacji niczym kameleon, zapamiętywania, na którym przecież nie buduje się własnego światopoglądu. Ten wspaniały przybytek "kwitnącej wiedzy" dość skutecznie tłamsił nawet najjaśniejsze przejawy indywidualizmu. Indoktrynacja nie zna granic. Najlepszym przykładem tego zjawiska w dziele Gombrowicza jest kultowa scena lekcji języka polskiego, na której dowiadujemy się, że "Słowacki wielkim poetą był". No po prostu, bo był. Sądzisz inaczej? Nie, nie możesz sądzić inaczej. Jesteś w szkole.

Dość ogólnikowo opisałem schemat fabuły, wiedzcie jednak, że w motywie szkolnym kryje się przepis na całą resztę książki. Pod gęstym sosem groteski, dziwactw, żartów i absurdalnych dialogów kryje się silna i głęboka metafora. Głównym celem Gombrowicza było uświadomienie ludzi (nie tylko młodych) w procesie kształtowania się osobowości, kreowania "własnego ja", niepoddawania się schematom i niewygodnym dla nas wzorcom. Przyznaję, że w wielu momentach treść była stuprocentowo żenująca, aluzjom do "pup" nie było końca, ale jest w tej dziwności jakaś metoda. I jest to metoda ponadczasowa.

czwartek, 18 września 2014

Sukcesywne dążenie do samozagłady - "Głód" - Knut Hamsun

Do Głodu byłem już od dawna namawiany przez Orianę. Polecała mi przeczytać tę znaną dość powieść jesienią, gdyż, jak twierdziła, jesień najbardziej oddaje klimat powieści i jej nastrojowość. Tak mijały miesiące, a mój głód wobec książki narastał. Po cudownej ekstazie po przeczytaniu poleconego mi wcześniej Roku 1984 wiedziałem, że kolejna polecona mi pozycja nie będzie czasem stracony, i tak jak wyżej wymieniona antyutopia wywrze solidny wpływ na mojej samoświadomości i postrzeganiu otaczającego mnie świata. W przerwie między jedną lekturą a drugą udało mi się wygospodarować trochę wolnego czasu. To był TEN moment, wiedziałem, że im bliżej matury, tym mniej czasu, więc postanowiłem oszczędzić sobie nudną antycypację i w końcu zaznać tragedii głównego bohatera. I w istocie, była to tragedia sporych gabarytów.
Okładka wraz z tytułem w oryginale.
Fabuła jest poprowadzona narracją pierwszoosobową, a głównym bohaterem-nieszczęśnikiem, z którym dane będzie obcować czytelnikowi jest bezimienny człowiek, raczej młody, bez stałej pracy. Trudni się pisaniem jakichś totalnie różnorodnych i niepowiązanych ze sobą artykułów i tekstów, za które od czasu do czasu udaje mu się zarobić parę ore, w najlepszych przypadkach - kilka koron. W najgorszych momentach posuchy przez parę dni z rzędu nie ma włożyć czego do ust, nie stać go na spłacenie czynszu, zmuszony jest zastawiać nawet swoje ubrania u lichwiarza, aby jakoś dożyć następnego dnia, który być może przyniesie nieco spokoju i marnego (zazwyczaj) zysku. Miastem, które będzie świadkiem powolnej kaźni bohatera jest Oslo, ówczesna Christiania dziewiętnastego wieku.

 Dialogów w sumie jest tutaj jak na lekarstwo, zdarzają się wybiórczo, główną rolę odgrywa tu opis odczuć bohatera, który jest - mówię to z czystym sumieniem - B-E-Z-B-Ł-Ę-D-N-Y. Bo tak, tytułowy głód nie dotyczy jedynie pustego żołądka bohatera (który posuwa się nawet do żucia materiału odprutego z kieszeni, geniusz), ale do głodu wrażeń. Do wewnętrznego pragnienia próbowania, sprawdzania, porywczości i chwili. W pewnym momencie ma się ochotę podejść do naszego narratora i klepnąć go w tył głowy celem otrzeźwienia, bo tak, momentami zachowuje się absurdalnie. Śledzi kobietę wkręcając jej zgubienie książki, której nawet nie niosła, biega między ławkami, krzyczy sam do siebie. Jest ciekaw reakcji innych, świata zewnętrznego na jego osobę. Nic nie zostało mu w końcu do stracenia, w obliczu jego aktualnego trybu życia śmierć jest czymś całkiem namacalnym i bliskim. Później dopiero dociera do czytelnika tragizm postaci. On sam dostrzega beznadzieję swojego losu, nie widzi ratunku. Poza fizycznymi problemami, chorobami i nadwątlonym przez deficyt pokarmu organizmem, musi też zmagać się ze sobą samym, że swoją mająca autodestrukcyjne skłonności osobowością. Nie można powiedzieć, że sam nie wybrał sobie tego losu.

Gdzieś na jednym planie z tym tragicznym rozgrywa się plan zupełnie komiczny. Z nieopanowania i narwania naszego bohatera wynika cała masa zabawnych i dziwnych sytuacji. Co najciekawsze, są one całkowicie wiarygodne i najczęściej wynikają z osób postronnych, kompletnie nie rozumiejących psychiki protagonisty.  

Głód pochłonąłem w kilka dni i z miejsca pojawił się na liście moich ulubionych książek. Portret psychologiczny bohatera zbudowany rzetelnie, bardzo kompleksowo, podobnie jak w np.  Zbrodni i Karze, czy Procesie. Tutaj jednak zdecydowanie łatwiej wczuć się w bohatera, bo to emocjom jest poświęcona cała książka. I właśnie, po lekturze tej powieści nasze emocje są dosłownie zszargane. Jeśli nie chcecie się poważnie zdołować i poznać dowodu na absurd i bezsens ludzkiego życia - możecie ominąć tę książkę szerokim łukiem. Jeśli jednak jesteście głodni doznań, niczym nasz bohater, śmiało możecie się dziełem Hamsuna zainteresować. Po lekturze wasze spojrzenie na świat może wyglądać nieco inaczej.

wtorek, 16 września 2014

Benedict Cucumberbitch, czyli Sherlock Holmes, najlepszy detektyw tej galaktyki

Odsłon i rodzajów adaptacji powieści Arthura Conana Doyle'a było multum, nie żartuję. Od jakichś młodych wersji Szerloka, po dość nowoczesną, z kobiecym Watsonem u boku - krótko mówiąc, jest w czym wybierać. Nietrudno zgadnąć, że największe wrażenie zrobiła na mnie wersja ze stajni BBC, również całkowicie nowoczesna interpretacja dzieła wyżej wymienionego autora. A dlaczego? O tym trochę niżej.
Duet shipowany przez wielu - Smaug i Bilbo... znaczy, Sherlock i Watson.
Seriale produkowane przez Anglików robią ostatnio ogromną furorę. Wieść o produkcji nowego serialu o najsłynniejszym detektywie świata nie wzbudziła jakiegoś przesadzonego przerażenia, a spotkała się raczej z ogólną ciekawością fanów. Po interesującym Downey'u Juniorze ciężko było obsadzić w tytułowej roli kogoś przynajmniej równie dobrego i charakterystycznego. Jakiś czas po premierze (dużo czasu później) zainteresowałem się produkcją bardziej i, nie powiem, obraz Benedicta Cumberbatcha trochę mi się gryzł z najnowszą filmową adaptacją. Downey Jr. wytyczył pewien kierunek w kwestii Holmesa, który w moich oczach błędnie stał się wzorcem, pod który powinno się dopasowywać kolejnych aktorów. Niemniej jednak wiadomość o Freemanie w roli Watsona całkiem mnie ucieszyła, w moich oczach serial był uratowany. Jakże uprzedzonym pawianem się okazałem (ponownie), bo, o bogowie, Cumberbatch jako Holmes jest świetny! Jest dziwny, ciężko go polubić, często mówi totalnie niezrozumiałe, ale przy tym jest zabójczo inteligentny, momentami bardzo dziecinny i nieodpowiedzialny. Freeman w roli Watsona jest nie tylko jego przydupasem, ale kimś równoważnym, również ma swoje rozterki, jest bardziej racjonalnym, ludzkim elementem tego zabójczego duetu.
Scena z jednego z najlepszych odcinków w trzecim sezonie. W sumie - w  całym serialu.
Jeśli chodzi o samo wykonanie i stylistykę - modernizm (kto by to skojarzył z Szerlokiem?!) w ogóle nie stoi na przeszkodzie komuś, kto z przygodami detektywa był już zapoznany. Daje to twórcom całą gamę możliwości, użycie telefonu, metra, wizja Londynu - wszystko to idealnie się tu wpasowuje. Momenty dedukcji Sherlocka są przedstawione w sposób wyjątkowy, specyficzny, ale mają swój sens. Pozornie losowe i nie łączące się ze sobą słowa dosłownie fruwają nam po ekranie tu i tam, powoli składając się w całość, spójną i logiczną. Humor - jest na swoim miejscu. Szczęśliwie zerwano z konwencją błyskotliwca i nudziarza, który jedynie rozwiązuje sekrety miasta i jego ofiar. Żarciki owszem, bywają głupawe, owszem, przedstawiają Holmesa jako przygłupa (którym oczywiście nie jest), ale przyjemnie rozluźniają napięcie związane z tematem danego odcinka. A właśnie, odcinki. Ich fabuła jest przemyślana, czas ich trwania mówi sam za siebie - przeważnie koło godziny i pół. Sprawia to, że są to już bardziej filmy niż odcinki serialu - i tak też się je ogląda. Są pełne napięcia, budowanej stopniowo historii, no i jakiegoś zaskakującego zakończenia. Owszem, można się czepiać, że na kolejne sezony trzeba czekać koło 126 lat, że mało odcinków w sezonie, że sezonów mało, że za dużo Moffata w Moffacie. Ale te, które są, są naprawdę dobre. Są dopracowane, przemyślane, usprawiedliwiają czas oczekiwania na kolejne. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że Brytyjczycy są na obecną chwilę mistrzami seriali.

niedziela, 14 września 2014

Jak wytresować smoka (a potem go zarżnąć) - Elder Scrolls V: Skyrim

Powodem powstania tej recenzji/przemyśleń/opisu wrażeń był fakt, iż już chyba siedemsetny raz zainstalowałem tę grę na moim złomie i stworzyłem zupełnie nową i oryginalną postać. Okej, można mówić o tym, że już nic nie pozostało mi do odkrycia, że już nic tutaj nie będzie w stanie mnie zaskoczyć, i że cały ten lodowo-mroźny świat znam na wylot. To wszystko prawda, ale jest coś pasjonującego i zajmującego w przechodzeniu jej w zupełnie nowy sposób, inaczej niż zawsze. To sprawia, że część zjawisk jest tutaj dla nas całkiem nowych. Porzućmy jednak to połamane biadolenie, zajmijmy się częścią właściwą!
Okładka gry.
Gra została zwyczajowo wyprodukowana przez Bethesdę w 2011 roku i jest typowym "action RPG". Do studia, można żywić mieszane uczucia. Ich gry może i są robione na całkiem pokaźną skalę, ale często są tak zdemolowane przez błędy i krzaczki, że więcej w tym śmiechu niż jakiegoś poważnego podejścia. O Fallblivionie nie wspominając. Wracając do Skyrima, strasznie byłem zafazowany na ten szajs, odkąd miałem kompa lubiłem pocinać w nieśmiertelnego już Morrowinda, czy później nawet w Obliviona. Te gry przewyższały serię Gothic o głowę, przede wszystkim rozmiarami świata i jego historią - bo tak, miał tu swoją mitologię, florę i faunę, i wiele innych detali, o których mogliśmy poczytać w znajdujących się w grze książkach (a było ich mnóstwo).
Pomimo strachu przed eksplozją mojego starego i zmarszczonego komputera, udało mi się odpalić "piątkę". I serio, dawno się tak nie wciągnąłem, dawno tak bardzo nie jarało mnie robienie "kogoś" z byle popychadła.
Typowy sielski widoczek.
 Opcji personalizacji postaci jest cała masa i jeszcze więcej. W samym ekranie tworzenia postaci możecie spędzić dobrych paręnaście minut. I w końcu rasy wyglądają tu tak jak powinny, nie przypominają już koślawych ryjków z poprzedniczki. Fabuła jest mega satysfakcjonująca. Ilość fantasy w fantasy jest optymalna. Znak rozpoznawczy odsłony, czyli smoki, jest wykonany porządnie, z dopracowaniem. Gady są takimi, jakimi  chciałbym je oglądać w każdej grze o smokach. Są wielkie, latające, mogą nami tarmosić, ziać nam w twarz ogniem (i nie tylko), są prastarymi istotami po stokroć mądrzejszymi niż przygłupie dwunogi. Świat jest przeogromny i warto porzucić czasem główny trakt, bo gdzieś na pustkowiach zawsze czeka na nas jakiś dodatkowy content. A lochy, jaskinie, wszystkie te zamknięte lokacje całkowicie różnią się od siebie, więc nie będą nudne tak jak w Oblivionie. Ich wykonanie stoi na najwyższym poziomie, grafika powala, zimowe zamiecie, zorze polarne, strumyki, podziemne rzeczki - wszystko to rozbraja. Wracając do świata - żyje on własnym życiem. Łatwo napotkać tu grupkę gigantów pasających mamuty, uciekiniera z lepkimi łapami, któremu tym razem nie poszczęściło się zostać niezauważonym, kilku kapłanów. Czuć, że nie jesteśmy w pustym, beznadziejnie nudnym świecie.  Jeśli chodzi o ścieżki rozwoju postaci - tutaj też jest droga wolna. Nie ma podziału na typowe klasy, po prostu rozwijamy to, co nas najzwyczajniej w świecie interesuje. Na każdą umiejętność przypada drzewko rozbudowane, z całą masą dodatkowych ulepszeń. Czeka na nas też pokaźny arsenał oraz zestaw pancerzy (ale to raczej domena serii, więc tu się nic nie zmieniło).

Jak widzisz coś takiego nad sobą to wiedz, że coś się dzieje.
Nie wiem ile jeszcze razy podejdę to tej gry, ale wiem, że są jeszcze kombinacje, których nie próbowałem, przedmioty, których nie używałem, miejsca, których nie odwiedziłem. W prowincji Skyrim wciąż jest coś do roboty, a radosna eksploracja okraszona została epicką fabułą, smokami, urzekającą grafiką i miodnym gameplayem. Nic tylko z radością zarzynać gadziny.

środa, 3 września 2014

Skąd ten hype? - Aphex Twin - Selected Ambient Works 85-92 (1992)

O Aphex Twinie zrobiło się ostatnio bardzo głośno, oczywiście ze względu na jego powrót na scenę muzyczną z nowym albumem po 13 latach ugoru w jego dyskografii. Rzecz jasna, Richard David James (bo tak brzmi jego prawdziwe nazwisko) nie zaciął się kompletnie w martwym punkcie, ba w okresie zawieszenia projektu znanego jako Aphex Twin tworzył znacznie więcej niż z nim (jednak pod tą etykietką jest najbardziej znany i wielbiony przez fanów elektroniki i ambientu). Pominę napompowanie medialne związane z promowaniem Syro, które pojawi się w tym roku. W tym wpisie udowodnię, że przez długi czas byłem ignorantem i z twórczością Aphex Twina zapoznałem się dopiero teraz. No i co sądzę o jego pierwszym studyjnym long pleju - Selected Ambient Works 82-92.
Jako pierwsze urzeka mnie Xtal. Postanowiłem nie psuć sobie wcześniej odbioru albumu, więc darowałem sobie jutjuby, wrzuty, tego typu rzeczy. Spodziewałem się znacznie bardziej agresywnej, dzikiej, szybkiej elektroniki, typowej dla współczesnych setów i wykonawców. Owszem, wiedziałem, że będzie to ambient, jednak ten spokój paradoksalnie mnie zadziwił, choć właściwie powinienem go oczekiwać. Utwór otwierający w sumie całkiem zgrabnie streszcza całość wydawnictwa - to gra zapętleń, wymyślnych bitów automatu perkusyjnego, chórków. Dziwnego spokoju i nietypowej harmonii, która do tej pory była mi obca w muzyce elektronicznej. Naprawdę, wiele traciłem.  Ageispolis było źródłem i ojcem melodii jednego z kawałków na nowym albumie Die Antwoord - Ugly Boy. Właściwie ciężko tu powiedzieć o jakimś pokrewieństwie, bo właściwie to jest to ten sam motyw muzyczny. Było to spowodowane fascynacją Ninji Aphex Twinem. Oba utwory mi się podobają, ale z wiadomych przyczyn większym szacunkiem darzę oryginał.
Ptolemy rozpoczyna się szalonym, perfekcyjnym pod względem rytmiki bitem, by później zostać uzupełnionym przez syntezator z pomysłowym motywem. W końcu wszystko staje się jedną całością, a na końcu nawet pojawia się ten charakterystyczny ambientowy pogłos pasujący tu jak nigdzie indziej. Delphium ma w sobie coś egzotycznego, a zarazem nowoczesnego. To jak kompromis między futuryzmem i tradycją. Nie potrafię wyjaśnić co dokładnie mam na myśli, słuchanie tego utworu budzi we mnie takie odczucia!
Marzę o tym, by opisać to jeszcze bardziej, jeszcze dogłębniej, ale oszczędzę wam spoilerów i po prostu odsyłam was do odsłuchania płyty samodzielnie.Wydawnictwo kultowe dla każdego fana gatunku. Idealny album do wyczilowania lub jakiegoś kreatywnego zajęcia, rysowania, malowania, czy czegoś. No po prostu, Aphex Twin, legenda sceny elektronicznej.

wtorek, 2 września 2014

Podróż do wnętrza Daleka, czyli Doctor Who - Into the Dalek (S08E02)

Po takim sobie odcinku otwierającym ósmy sezon i po dość ciekawej zapowiedzi odcinka drugiego, niecierpliwiłem się jeszcze bardziej przez te kilka dni. Oczekiwałem, że Capaldi nareszcie zabłyśnie, odcinek będzie się kleił, będzie miał ciekawą fabułę i sporo humoru (w przeciwieństwie do poprzednika). Z radością muszę przyznać, że wszystkie moje obawy rozwiały się i po seansie byłem bardzo zadowolony, ba, był fantastyczny!
Dwaj główni bohaterowie tego odcinka.
W wyniku różnych dziwnych okoliczności (jak to na niego przystało) Doktor trafia na statek kosmiczny. Załoga ma niemały problem, bo na pokładzie jest ktoś, kto natychmiast potrzebuje lekarza, a że natrafił się Doktor, to czemu miałby nie pomóc. Pacjent jest dość nietypowy, bo to... Dalek. Właściwie to tylko wzywa doktora, ale nie wygląda na chorego. Lepiej - to Dalek, który nienawidzi swoich pobratymców. Nasz wspaniały Władca Czasu musi zmniejszyć się do rozmiarów mikroskopijnych, by odkryć źródło dziwnej zmiany w osobowości swego nemezis. Oczywiście, uprzednio porywa Clarę Oswald, która właściwie była w trakcie nawiązywania jakiejś poważniejszej relacji z nowym nauczycielem.
Więc tak, tak jak mówiłem, nie zawiodłem się. Czuć, że Capaldi jeszcze się rozkręca i jeszcze ma wiele do pokazania, ale powoli już wkracza na te doktorowe tory. Fabuła - świetna. Pomysł bardzo świeży, zaskakujący, odpowiedni, by nadać sezonowi właściwe tempo. Moffat ponownie pokazuje się od swojej lepszej strony (a wiadomo, że jest nieprzebytą skarbnicą pomysłów). Bardzo podobało mi się przybliżenie nam postaci Daleka. Nie tej całej solniczkopodobnej obudowy z przepychaczem i trzepaczką w charakterze uzbrojenia, ale tego dziwnego, nieco odrażającego mackowatego glutka obsługującego całą tę maszynerię. Jak się okazuje, oni też mają wspomnienia. I jest możliwe, by byli bardziej podobni nam. By z kosmicznych nazistów nie zmienili się od razu w kosmicznych hipisów, ale by przynajmniej poczuli empatię. Ten motyw otwiera całą gamę możliwości na przyszłe odcinki. Plus, kolejne pojawienie się tajemniczej postaci w dziwnym miejscu, co notabene miało też miejsce w odcinku poprzednim.
Biedny, dobry Dalek.
Odcinek trzeci też zapowiada się na ciekawy, a przynajmniej dziwny. Sherwood? Robin Hood? Doktor? To nie może się nie udać.

poniedziałek, 1 września 2014

Nowy Doktor - S08E01 "Deep Breath"

Na nowego Doktora czekałem dobre parę miesięcy (w sumie, tak jak reszta całego fandomu). Po dość smutnym i emocjonującym zakończeniu kariery Matta Smitha, czyli jedenastego wcielenia, byłem jeszcze bardziej ciekaw do czego posuną się twórcy. Czy mogli uczynić Władcę Czasu jeszcze bardziej charyzmatycznym i dziwacznym niż Tennant i Smith (mówię oczywiście tylko o nowych seriach)? Póki co nie mam zdania, bo wiadomo, pierwsze odcinki to i on sam trochę nie wie gdzie jest, płacze, że nie jest rudy, że jest stary, ma fajną wątrobę i takie tam. I tak też było tym razem, ale po kolei.
Nowy Doktor (czyli Capaldi) i stara Clara (czyli Jenna Coleman).

Realia odcinka - wiktoriański Londyn. Moja dziewczyna twierdzi, że ma już dość tej tematyki w tym serialu, w sumie to mogę się podpiąć pod tę opinię. Ale okej, pomijamy ten wspaniały fakt, bo oto w tymże Londynie materializuje się wielki T-Rex. Chwilę potem materializuje się TARDIS, a właściwie to zostaje wypluta przez dinusia z przykrótkimi rączkami. Ze środka wylatuje całkiem nowy i całkiem zmarszczony Capaldi w roli dwunastego wcielenia, i wciąż piękna i nieskazitelna Jenna Coleman w roli Clary. Nasz Władca jak zwykle nie ogarnia totalnie, nie wie co się dzieje, a do tego zaczyna się żalić, że jest stary. W tym samym momencie pojawia się znajomy już fanom serialu gang, czyli Vastra, Jenny, oraz ziemnior Strax. Doktor odpływa, a w międzyczasie reszta rozkminia jak uspokoić relikt przeszłości - wielkiego gada szalejącego po Londynie. Później wychodzi na jaw, że dinozaur nie jest największym problemem naszych bohaterów - będzie im dane zmierzyć się z... HA. Obejrzyjcie, to się dowiecie.
Oprócz twarzy Doktora, zmienił się także nieco wystrój TARDIS.
O Capaldim w roli głównej nie mam za bardzo jeszcze zdania, podejrzewam, że podobnie będzie gdzieś do połowy sezonu. Wiem tylko, że ma chłop potencjał i nie przekreślam go póki co. Po prostu jeszcze nie ogarnął się w nowym wcieleniu. Ciekawy jest też kontrast między nim, a młodo wyglądającym Smithem. Nowy Doktor wydaje się przez to bardziej dojrzały, na pewno będzie miał inne podejście do wielu spraw. A jeśli już o wieku mówimy - niepotrzebnie w każdym dialogu bohaterów zawarto jakieś nawiązania do zupełnie nowego wyglądu Doktora. Fajnie, że wygląda na starszego, ale mam oczy, więc nie trzeba mi o tym przypominać w każdym możliwym momencie. Jeśli chodzi o sam odcinek, to był dość mało humorystyczny, starał się być poważny i spektakularny do bólu. Wyszedł dość zwyczajnie, ot, jak odcinek gdzieś ze środka sezonu. Fabuła - ciekawa. Wciąż nie mam zamiaru zdradzać kto będzie głównym schwarz charakterem, ale spór będzie toczył się o znaczenie człowieczeństwa i pytanie, gdzie stoi jego granica. I czy w ogóle da się je zdefiniować. Udział gangu bardzo miły jak na początek sezonu, bo fajnie zobaczyć jakieś znajome twarze. Plus należy się też za końcowe momenty odcinka, krótką chwilę mamy okazję pooglądać ulubieńca fandomu. No i znajdują się też nawiązania do poprzednich odcinków - na przykład do The Bells of Saint John z sezonu 7. Nawet jeśli odcinek nie przypadł do gustu każdemu i nieco wynudziły ich takie realia i okoliczności, drugi powinien to wynagrodzić. Z zapowiedzi wynika, że ponownie będzie w tematyce sci-fi. Tymczasem zmykajcie odrabiać zaległości, a ja lecę oglądać drugi odcinek!

"Granica świtu" (2008)

Tak jak ostatnio złapaliśmy fazę na wałkowanie dorobku Wesa Andersona, tak teraz chyba przyszedł czas na oglądanie wszystkich filmów z udziałem Louisa Garrela (w dalszym ciągu utrzymuję, że jest wyjątkowy). Wczorajszego wieczoru padło na Granicę świtu, czyli film parę lat młodszy od Marzycieli, teoretycznie, również bardziej dojrzały. Dzieło jest produkcji francuskiej, zatem nie uświadczymy tu języka angielskiego, czy na przykład bardziej znanych zachodnich aktorów. Na fotelu reżyserskim zasiadł Garrel senior i udowodnił, że offowe kino francuskie stoi na bardzo wysokim poziomie i paradoksalnie nie jest doceniane tak bardzo jak nierzadko znacznie gorszy mainstream. ALE OD POCZĄTKU.
Oryginalny plakat filmu.
Film opowiada historię gwiazdy filmowej (Laura Smet) pozostawionej przez męża samej w ogromnym, jałowym domu. Pewnego dnia spotyka się z fotografem (Louis Garrel), którego zadaniem jest zrobienie jej sesji zdjęciowej do popularnego czasopisma. Rzecz jasna, na sesji się nie kończy. Para nawiązuje romans i przeprowadza się do jednego z hoteli na dwa tygodnie. Nie chcę za bardzo zdradzać fabuły, powiem jedynie, że romans ten nie kończy się pozytywnie, a w dodatku jego zakończenie jest zarazem rozpoczęciem nowego wątku trwającego już do końca filmu. Jak oceniam sam seans? Bardzo pozytywnie. Film wywarł na mnie ogromne wrażenie, w sumie to nawet zaskoczył - pewnie dlatego, że po Marzycielach miałem zupełnie inne oczekiwania wobec kolejnego filmu. Brak tu tych humorystycznych akcentów, i dobrze. Garrel (bo oczywiście dla niego obejrzeliśmy film) pokazuje, że sprawdza się doskonale w roli zepsutego przez ideologię młodocianego buntownika, jak i amanta, artysty, fotografa.
Film jest w całości czarno-biały. Oldschool.
Na uwagę zasługują oczywiście też role Carol i występującej później Eve. Ta pierwsza doskonale ukazuje postępujące szaleństwo, ta druga natomiast - śmiertelne oddanie partnerowi. Ciekawy kontrast. Tak jak napisałem wyżej, film jest przedstawiony w czerni i bieli. Jest to o tyle ciekawsze, że właściwie gdyby nie parę detali, ciężko byłoby umiejscowić go w jakimś konkretnym punkcie na linii czasu. Oczywiście, podkreśla to uniwersalizm produkcji. Nietrudno się domyślić, że gatunek filmu to dramat, a jest to w rzeczywistości dramat pełną gębą. Początkowa sielanka szybko przeradza się właściwie w piekło, grę niepokojących, dołujących  wydarzeń, tragedii. Jeśli chodzi o pracę kamery - jest wyjątkowa. Ujęcia są ciekawe, pomysłowe, mamy wielokrotnie okazję dokładnie wpatrzeć się w twarze bohaterów wyrażające tysiące emocji, przez co łatwiej się w nich wczuć. U mnie 8 na filmwebie. Kolejny dowód na to, że warto zainteresować się kinem niszowym, bo często oferuje dużo ciekawszą rozrywkę niż mainstreamowe filmy.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Jak zepsuć serial? - "The Walking Dead"

Był taki czas, że motyw zombie w filmach/komiksach/grach był moim ulubionym. Mogłem w kółko wałkować Noc Żywych Trupów, 28 Dni Później, non stop łoić w Left 4 Dead. W końcu w jakiś sposób odkryłem The Walking Dead, które jeszcze wtedy miało tylko dwa sezony. Zainteresowałem się, obejrzałem jeden odcinek i totalnie przepadłem. To było to, czego mi było trzeba, akcja była budowana stopniowo, zawierała ciekawe zwroty, bardzo ludzkich bohaterów, no i oczywiście masę na wpół zgniłych chodzących zwłok.
Któryś z nowszych plakatów serialu.
Serio, pierwsze dwa sezony łyknąłem w 3 albo 4 dni. Świetnie się to oglądało, odcinki kleiły się, były pełne napięcia, a co najważniejsze, z bohaterami było bardzo łatwo się zżyć. Byli tacy jak my, zwykli ludzie - łatwo popadali w rozpacz, tęsknili, bywali wybuchowi. Pierwszy sezon upłynął w atmosferze całkowitego survivalu. Dało się wyczuć, że grupka głównych bohaterów to wybrańcy, którzy są w zasadzie z góry skazani na niepowodzenie. Walczyli na przegranej pozycji, usiłowali wydrzeć sobie jeszcze ten jeden dzień życia. Drugi sezon w opinii wielu dość niepotrzebnie przerodził się w swoistą telenowelę. Prawie cały miał miejsce na farmie, która była świadkiem wielu tragedii i dramatów. Moim zdaniem - bardzo fajny sezon. Okej, samych zombie dość niewiele, mało strzelania i przetrwania, ale relacje między bohaterami zostały tutaj przedstawione fantastycznie. Łatwo było się wzruszyć ich losem, utratą najbliższych, zbliżającą się i nieuchronną porażką. Finalne sceny dawały jakby ujście całemu deficytowi akcji i wypełniały tę pustkę w stu procentach. Po obejrzeniu tych dwóch serii byłem szczerze załamany, "że jak to, już koniec? Ja chcę więcej, przeżywam!". Długo jeszcze żyłem wydarzeniami serialu, zdążyłem nawet całość obejrzeć jeszcze raz i nawet mnie nie znudziła. W końcu nadszedł sezon trzeci.
Jedyna słuszna ekipa.
I tu już kompletna odmiana. Nasza ekipa osiedla się w *SPOILER* opuszczonym więzieniu *SPOILER *, gdzie powoli odbudowuje "cywilizację", że tak to ujmę. Chodzi mniej więcej o to, że znaleźli sobie pozornie bezpieczne miejsce i w nim siedzą, bronią się przez trupami i jest fajnie. Dla widzów średnio fajnie, bo wszystko zostało masakrycznie przeciągnięte w stosunku do komiksowego odpowiednika. Masa wątków jest tu wciśnięta na siłę, niepotrzebna, nudna jak flaki z olejem. Zombie może i więcej, ale co z tego, skoro brakuje tego niesamowitego, przytłaczającego klimatu zagubienia, opuszczenia, apokalipsy? Fabuła zamiast trzymać stałe tempo jest nierówna, momenty w miarę ciekawe są przeplecione z usypiającymi. Postacie stały się jeszcze bardziej płaczliwe, miałkie, niepoważne, niż kiedykolwiek. Jedynie postać Gubernatora z lekka ratowała tutaj całość. A potem zaczął się sezon czwarty, którego nie mam nawet siły komentować, i którego przyznaję, nie obejrzałem w całości. Zabrakło mi cierpliwości. O ile komiks na tym etapie potrafił mnie porwać, o tyle serial tutaj już wszedł na jakieś kosmicznie niemożliwe tory. Serio, teraz już się tego nie da oglądać, przynajmniej ja już nie mam do tego siły. Bohaterowie są odpychający. Akcja usiłuje być  zaskakująca i żwawa. To nie jest ten serial, który uwielbiałem. Możecie odebrać to jak ból dupy, ale szczerze nie polecam. A jeśli już, to tylko 2 pierwsze sezony. O reszcie śmiało możecie zapomnieć.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Wes Anderson, czyli awangarda w kinie

Odkąd mam filmweba, staram się patrzeć na filmy i seriale nieco bardziej pod kątem wykonania, nie tylko fabuły i bohaterów. Zacząłem zwracać dużo większą uwagę na szczegóły, które często burzyły mi obraz całości i odbierały mi radość z seansu. Denerwował mnie też fakt, że filmy, które oglądałem, w większości były nudną i przereklamowaną komerchą, tragicznymi horrorami i totalnie kiczowatym sci-fi. W końcu odważyłem się sięgnąć po coś innego niż zwykle i jakiś czas temu razem z dziewczyną postanowiliśmy zagłębić się w filmografię Wesa Andersona, bo z zasłyszanych opinii wynikało, że niezły z niego kozak w kwestii reżyserii. Czy naprawdę? Odpowiedź brzmi: jego filmy są dość nierówne, ale zawsze są powyżej przeciętnej.
Grand Budapest Hotel, czyli ostatnio najbardziej napompowany medialnie film Andersona.
Przygodę z jego filmami zaczęliśmy od Moonrise Kingdom (w polskiej wersji absurdalni Kochankowie z Księżyca) i już wtedy dało się zauważyć, że jego filmy są nietypowe. Najbardziej charakterystycznym motywem przewijającym się przez jego produkcje (nawet te najwcześniejsze) jest dzika, minimalistyczna estetyka, pełna zazwyczaj jednego motywu kolorystycznego przypisanego całemu filmowi. Wraz z nią występują nietypowe kadry i niemalże absurdalne, mające dodać dramatyzmu zbliżenia. W jego filmach wszystko jest pedantycznie poukładane, do bólu równe, ujawniające perfekcjonizm swego twórcy. Nie mam zamiaru rozwodzić się tutaj nad każdym jednym jego filmem (bo na pewno w końcu doczekają się swoich samodzielnych recenzji), jednak postaram się pokrótce przybliżyć odczucia związane z każdym z nich.
Moonrise Kingdom, komizm, absurd, perfekcjonizm.
Wyżej wspomniane Moonrise Kingdom oczarowało mnie klimatem, budowanym nastrojem i swą estetyką. Bohaterowie byli uroczy i rozbrajający, a fabuła całkiem zaskakująca i łatwa w odbiorze. Kolejnym strzałem był Grand Budapest Hotel, czyli film dość świeży, bo tegoroczny - był to strzał trafiony. Ponownie estetyka, tym razem jakby jeszcze widoczniejsza i bardziej porywająca. Fabuła ponownie przemyślana, intryga, tajemnica, pieniądze i legendarny hotel budowały niepowtarzalny nastrój. Na pochwałę zasługuje też obsada, bo ta jest gwiazdorska przez duże Gie.
Później zdecydowaliśmy się sięgnąć po jego wcześniejsze filmy, by jakoś odnotować ewolucję, która musiała następować w jego filmografii. Następnym wyborem był Genialny Klan - wyraźnie było widać, że wyjątkowy styl Andersona dopiero kiełkował, choć i tu pojawiały się te zabawne, przemyślane ujęcia. Brakowało wyżej wspomnianej estetyki (w tej notce nadużyję tego słowa), ale bohaterowie wciąż byli ciekawi, motor napędowy (Bill Murray w roli ojca marnotrawnego) fabuły nie najgorszy, w skrócie - bardzo dobry film.
Podwodne Życie ze Stevem Zissou, czyli mały zawód.
Następnie zdecydowaliśmy się na Podwodne Życie ze Stevem Zissou. Tu kolory i andersonowy styl (typowe dla niego przedstawienie postaci w pierwszych kadrach) wkraczały już na właściwe tory. Problem był taki, że film był... nudny, przynajmniej w mojej opinii. Owszem, był humorystyczny, motyw polowania na podmorski unikat w postaci rekina był fajny, ale ta produkcja strasznie mi się dłużyła i zdarzały się momenty trochę wciśnięte na siłę.
Bonus #1: może miałem zbyt wygórowane oczekiwania.
Bonus #2: Owen Wilson powoli zaczyna mnie denerwować.

Ostatni film Andersona, który oglądaliśmy, to Pociąg do Darjeeling - i tu już znaczna poprawa i większa satysfakcja. Wszystko było tu dopracowane, przemyślane, na swoim miejscu. Ponownie pomysł ze zrzeszającą się rodziną (jakby motyw przewodni), ale w dość nowatorskiej, indyjskiej scenografii. Jedną z głównych ról grał tutaj pociąg, który był pełen ciekawych osobistości, i który był motorem napędowym wielu żartów sytuacyjnych (na przykład całego zajścia z wężem, szalony pomysł). Obsada w dużej części niezmieniona, co w sumie wychodzi na plus, bo mamy szansę zobaczyć tych samych aktorów w różnych kreacjach (oprócz Owena Wilsona, którego w kolejnym filmie już chyba nie przetrawię). Andersonowego stylu stosunkowo niewiele, ale wszystko inne na swoim miejscu. Kawał dobrego filmu.

Wciąż jesteśmy w trakcie zapoznawania się z filmografią tego dość słynnego (ostatnio) reżysera, i w sumie nawet jeśli film nie jest specjalnie porywający, ciekawy, czerpie garściami z innych, to jednak zawsze jest w nim jakiś element, który zaskakuje. Zawsze stylistyka jest odmienna, pasuje do fabuły i bohaterów. Za to tego pana cenię. I już nie mogę się doczekać kolejnych filmów.

sobota, 23 sierpnia 2014

Gra, w którą łoił każdy - "Heroes of Might & Magic III"

Nie mogę powiedzieć, że mój offspring całkowicie poświęcał się zabawom na dworze, jeżdżeniu na rowerze, bieganiu po lesie i dzikim harcom na świeżym powietrzu (mam na myśli dzieciństwo, oczywiście). Pochodzę z tego offspringu, który raczej pół na pół wychodził z domu i spędzał czas grając w gry na komputerze. I ja dość szybko dostałem swój pierwszy komputer, więc szybko pochłonęły sporą część mojego wolnego czasu. Od razu po podłączenia sprzętu, ogarnięcia poruszania się po pulpicie, ojciec przyszedł do mnie i powiedział, żebym zainstalował mu grę, który pożyczył od kumpla z pracy, a która była ponoć bardzo zajmująca i fajnie się w nią grało. I tak "herosi" zostali pierwszą grą, w którą kiedykolwiek zagrałem, i w której totalnie przepadłem. Informacje mniej ciekawe, ale jednak istotne? "Hirołsi" to typowa strategia turowa w klimatach fantasy wydana przez 3DO Company w 1999 roku.
Interfejs gry i bohater na koniu.
Klimat fantasy, które już wtedy kochałem, był tu wyczuwalny na kilometr. Wszystkie te fantastyczne stwory, magiczne artefakty, mapy zupełnie losowo kreowane, ciekawi bohaterowie i magia zdobyli mnie od pierwszego odpalenia. Bardzo podobała mi się różnorodność istot w zamkach i ich wygląd. To było dla mnie takie nowe, takie wyjątkowe, że mam wpływ na tyle czynników, czuję się jak bohater z tą swoją pikselowatą armią i królestwem. Po latach uruchomiłem grę kolejny raz i moje wrażenia i odczucia w ogóle się nie zmieniły - tym razem jednak wszystko już rozumiałem bardziej i więcej dostrzegałem. Więc teraz trochę z dojrzalszego podejścia - tak jak mówiłem, losowość i nieprzewidywalność rozgrywek jest niesamowita nawet obecnie. Przeciwnicy potrafią być prawdziwymi scumbagami i mogą nas męczyć całą rozgrywkę, aby w końcu nagle przyjść z siłami tak wielkimi, że nie zdążymy się oblizać. Serio, ta gra zrobiła ze wszystkich moich znajomych pro strategów pokroju legendarnego Endera. Różnorodność  zamków i istot jest powalająca. Wygląd każdego jednego stworka, żołnierza jest tak dopracowany, tak pomysłowy, że cieszy oko nawet dziś. Jeśli chodzi o bardziej techniczne aspekty naszych minionów - ich wybór był bardzo wyważony, siły poszczególnych ras były bardzo zrównoważone, każde z królestw bez problemu mogło stawać do walki z innym.
Magia dawała całe multum zaklęć do wykorzystania. Od zwyczajnego spowolnienia celu, po totalnie destrukcyjną implozję - naprawdę było w czym wybierać.
 
Pole bitwy i badassowe czarne smoki.
Kampania, bo ta też jest bardzo istotnym aspektem rozgrywki, jest bardzo pomysłowa. Jest pełna bohaterów, w których łatwo się wczuć, intryg, walki o tron, demonicznej magii, obrzydliwej nekromancji, zwycięstw i porażek. Zadania w niej są zróżnicowane, często wymagają od nas niemałego wysiłku, a regulowany poziom trudności sprawia, że może być także przystępna dla nowicjuszy.
Momentami, "Heroes (...) III" stawał się grą towarzyską. Często gromadziliśmy się z kolegami przy jednym komputerze i toczyliśmy pełne emocji i nienawiści batalie.
Tak jest, uważam "Hirołsów" za grę kultową i wartą zapoznania się z nią. Współczesne dzieci niech już z dwojga złego wybiorą tę grę zamiast iPadów i całego szajsu z nimi związanego, wiem co mówię. A najlepiej to niech wyjdą pobiegać z kijami po lesie udając Aragorna i Froda. A "Heroes (...) IV" zawsze będzie dla mnie bękartem tej serii i proponuję to omijać szerokim łukiem, jeśli byliście/jesteście fanatykami "trójki". Bo ona wciąga nawet po 15 latach od premiery.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Thorgal Aegirsson - nie taki zwykły wiking

Komiksy były pierwszym nerdowskim medium z jakim miałem styczność. Szczęśliwym trafem, mój ojciec w moim wieku był takim samym nerdem jak ja teraz i kolekcjonował je.

Offtop: Kolekcjonowanie komiksów było kiedyś znacznie prostsze. Jeden zeszyt kosztował koło 7 złotych polskich. Obecnie cienkie zeszyty powiązane w jakieś serie usuwają się w cień na rzecz "grubych" i znacznie droższych powieści graficznych. Czy to dobry zabieg? Odpowiedzcie sobie sami.

Wracając jednak do komiksów - najpierw sięgałem oczywiście po te bardziej znane serie - Spider-Man, X-Men, Mega Marvele, a nawet Asterix i Obelix. Czytałem też Punishera, ale totalnie mnie wynudził. Ot, typek z karabinem. Na szarym końcu została mi do przeczytania jedna tylko seria - Thorgal duetu polsko-belgijskiego - rysował Grzegorz Rosiński, scenarzystował Jean Van Hamme. Nie byłem do końca przekonany do tej serii, od początku głównie nastawiałem się na te o superbohaterach, a ta akurat seria opowiadała o przygodach... wikinga. Nie sądziłem, że może się w niej dziać coś ciekawego, myślałem, że to bardziej realistyczny twór, niemalże historyczny. Dałem w końcu Thorgalowi szansę i nie pożałowałem.
Pierwsze kadry pierwszego zeszytu serii.
Jak się okazuje, to polsko-belgijskie dzieło jest serią bardzo baśniową, fantastyczną. Tak naprawdę to niewiele jest tu prawdziwej, realnej historii, właściwie ciężko ją tu w ogóle wyczuć. Akcja może się dziać właściwie gdziekolwiek, jednak ubiór bohaterów, niektóre określenia, wyrazy sugerują, że jest to najprawdopodobniej Skandynawia. Baśniowość, o której wyżej wspomniałem, jest tutaj ogromną zaletą. Każda z kolejnych przygód naszego wikinga jest inna, jest nietypowa, momentami potrafi nawet zjeżyć włos (genialna opowieść o "Alinoe", koniecznie obczajcie). Scenarzysta wielokrotnie pokusił się tutaj o sięgnięcie do mitów, podań, lub nawet o stworzenie własnych. Miejsca takie jak Kraina Olbrzymów, postacie takie jak Branka z Najwyższej Wieży lub Strażniczka Kluczy wydają się być zaczerpnięte z jakiś starych, zakurzonych tomiszczy o przygodach minionych skandynawskich herosów, a jednak wcale nie są. Świat przedstawiony jest (w swojej fantastyczności) zbudowany bardzo przekonująco, klimatycznie. Żyje własnym życiem, jest pełen magii, zagrożeń, niesamowitości i rzeczy tak dziwnych, że aż niemożliwych.
"Alinoe", czyli jeden z najciekawszych zeszytów serii.
W pewnym momencie rozpoczyna się dość długa historia o Thorgalu, który zmuszony jest udać się do krainy swych przodków. To może zabrzmieć dziwnie, ale rzeczywiście, czeka go daleka droga. Zwrot akcji, który następuje w tym momencie jest co najmniej szokujący. Mało tego, to chyba najlepszy zwrot akcji, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem w komiksie. Powiem tylko, że zwrot ten na pewno zmieni wasze postrzeganie głównej postaci.
I właśnie, docieramy do bohaterów, a i oni są tutaj wyjątkowi. Thorgal na przykład, to bohater, z którym każdy będzie się utożsamiał. Jest prawy, odważny, nadzwyczaj mądry i sprytny. Później, gdy zakłada rodzinę, okazuje się również osobą bardzo odpowiedzialną, kochającą, opiekuńczą. Żona Thorgala, Aaricia, nie jest zwyczajną kurą domową. Owszem, gdy nie ma w domu męża, to ona zajmuje się wszystkim, pilnuje dzieci. Ale gdy trzeba, budzi się w niej duch córki wikingów, jest nieustraszona, waleczna, za wszelką cenę pragnie bronić swoich bliskich. Swoją drogą, to ona staje do walki z demonicznym Alinoe.  Jolan jest synem dwójki wyżej wymienionych. W fajny sposób została nam przedstawiona jego przemiana. Z byle chłystka zmienia się w wojownika, zbiera własną ekipę i zostaje poświęcona mu oddzielna seria. Drugim dzieckiem Thorgala i Aaricii jest Louve. Dziewczynka zdecydowanie wdała się w matkę, jest zadziorna, ciekawska, żądna przygody.
Thorgal i Aaricia.
Rysunek trzyma poziom i trzyma go przez cały czas, aż do teraz. Charakterystyczna kreska Rosińskiego jest bardzo znośna nawet po tylu latach, wszystko jest czytelne, proporcje są odpowiednio zachowane, a fantastyczne zjawiska są odpowiednio szalone i ciekawie narysowane. Scenariusz każdego zeszytu jest inny od poprzedniego, ciężko się tutaj wynudzić, bo wszystko jest całkiem inne i ciężkie do porównania ze sobą.
Jeśli znudzili się wam bohaterowie Marvela i DC - gorąco polecam Thorgala. Sam fakt, że po tylu latach wciąż gromadzi rzesze czytelników jest chyba wystarczającym dowodem. Seria obowiązkowa dla każdego fana komiksu.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Syberia - dlaczego jest taka magiczna?

Przyznaję, nie przepadałem za przygodówkami. Owszem, w gry grałem i gram dużo, w dodatku w prawie wszystkie gatunki, ale przygodówki nigdy mnie do siebie nie przekonywały. Wkurzała mnie ich liniowość, najczęściej powolna akcja i strasznie ciągnące się dialogi. Swego czasu, błądząc w meandrach internetu natrafiłem na wzmiankę o grze pod tytułem Syberia. Zawsze byłem zafascynowany mroźnymi, śnieżnymi klimatami, więc dałem jej szansę (mimo tego, że należała do gier przygodowych). Pomyliłem się dwa razy:
#1. Przygodówki są cool;
#2. Mroźne klimaty to zaledwie mały ułamek pierwszej części Syberii.
Okładka gry.
 Tak jak wspomniałem wyżej, gra jest typową przygodówką point 'n' click, a wydana została przez studio Microids w 2001 roku, ale prawdziwe trofeum należy się tutaj Benoitowi Sokalowi, czyli projektantowi gry. Facet zbudował tak magiczny, artystycznie czarujący, cudowny świat, że jedyne co można tu zrobić to pogratulować. Owszem, nie napisał scenariusza, nic właściwie nie programował, ale wszystko co widzimy na ekranie to jego sprawka - Sokal jest rysownikiem komiksów i autorem grafiki do gier komputerowych.
Głównym bohaterem gry jest Kate Walker, pani prawnik z Ameryki, która trafia do małego alpejskiego miasteczka Valadilene, by sfinalizować transakcję zawartą przez koncern, który reprezentuje. Rzecz dotyczy zakupu fabryki zabawek mechanicznych (automatów). Problem polega na tym, że osoba, która miała złożyć ostatni podpis umiera, a spadkobierca (bo okazuje się, że jest jeden) przebywa gdzieś w okolicach Syberii. Czyli od Szwajcarii raczej daleko.
Kościół w Valadilene. I Kate na pierwszym planie.
Uniwersytet w Barrockstadt.
Oczarowała mnie w tej grze różnorodność miejsc, które odwiedzamy. W zasadzie znajdziemy się tutaj w czterech różnych miastach (Valadilene - Szwajcaria; Barrockstadt - Niemcy; Komkolzgrad - Rosja; Aralbad - Rosja), ale każde z nich jest inne. Pierwsze jest dość stonowane, w połowie zabudowane, w połowie dziewicze, drugie jest miastem uniwersyteckim, trzecie, w mojej opinii najbardziej klimatyczne - to miejsce całkowicie opuszczone, typowo post-sowiecki kompleks przemysłowy. Natomiast Aralbad jest dość chłodnym, nieco ośnieżonym kurortem-uzdrowiskiem. Kolejną jasną stroną gry są bohaterowie. Okej, momentami dialogi są dość naiwne, mało przekonujące, masakrycznie drętwe i piękne do bólu (nie to co Still Life), ale postacie cały czas trzymają swój poziom, mają jakąś tam osobowość (może to kwestia dubbingu, że momentami bohaterowi wydają się drewniani niczym wytwór Dżepetta). Zwłaszcza od momentu pojawienia się Oskara, automatycznego maszynisty pociągu, postacie zyskują jakąś głębię i więzi między nimi są znacznie bardziej emocjonujące niż na samym początku. A że Oskar pojawia się szybko - szybko gra wskakuje na właściwe tory. Muzyka jest idealna do tego typu gry. W tle cichutko przygrywa jakiś ambient, nie za głośno, lecz w sam raz. Perfekcyjnie wpasowuje się w klimat danego miejsca. Grafika - piękna, tak jak mówiłem. Sokal wyniósł cyberrozrywkę na poziom artyzmu, to trzeba mu przyznać. Historia również jest niebanalna, momentami zaskakująca, porywająca, wzruszająca. Może i totalnie oskryptowana i na jeden raz (taka domena przygodówek), ale tego klimatu nie pobije absolutnie nic (przynajmniej w tym gatunku).


Nie bądźcie jak ja, nie kierujcie się jakimiś dziwnymi uprzedzeniami. Ja przepadałem tylko grami nieliniowymi, różnorodnymi, rzygającymi akcją. A tu się nagle okazuje, że taka Syberia, może niepozorna, ale również jest zaopatrzona w fantastyczną, porywającą historię. Jeśli lubicie napawać się przekonującym, żywym, klimatycznym światem gry - to jest gra dla was. Jeśli w fabule liczy się dla was jakaś intryga, tajemnica, dość zagmatwana, ale wciągająca historia - to wciąż jest gra dla was. Zdecydowanie polecam. Tym bardziej, że wcale nie odbiło się na niej 13 lat od premiery.

P.S.
Wpis o Syberii 2 też na pewno się pojawi.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Off Festival 2014 - 02.08 i 03.08 (część 2)

W ostatniej części wrażenia z dnia 0. i 1., teraz druga część, może zmieszczę się tutaj też z podsumowaniem. Kontynuujmy zatem, bo wydarzenie było zaiste fantastyczne!

02.08.2014
W ciągu dnia poszliśmy do Reala na mały szoping i na Somersby zaraz za sklepem (tam gdzie cała reszta Offowej ekipy), a na koncerty standardowo poszliśmy około 17:00. Tego dnia wyjątkowo dopiero o 17:50, pierwszym zespołem, na który poszliśmy było Hookworms. Szczerze mówiąc, nie zapadł mi jakoś specjalnie ten zespół w pamięć, tak tam, zwyczajny rock.

Następnie polski zespół, Variété. Rzekomo rock, ale więcej akustyki, niestety nuda, ja w takiej muzyce nie gustuję. Może innym się podobało.

Później mieliśmy trochę oczekiwania, bo już o 19:40 było Deafheaven. Mój borze, jeden z lepszych koncertów Offa i chyba najlepszy tamtego dnia. Hipsterski blackmetalowy zespół dał czadu jak mało który, wszyscy skakali, pogowali, ludzie byli noszeni przez tłum, bardzo energetyczny występ. Szkoda tylko, że skończyli wcześniej, bo pewna wspaniała ekipa wciąż stała pod sceną i śpiewała słynne "dub dub dub" Scootera (robili to non stop, nawet poza koncertami). Fejspalm to za mało.Sam Deafheaven słuchałem raczej mało, ale wiem, że nadrobienie materiału to tylko kwestia czasu, bo zostałem solidnie zachęcony.

Chwilę później poszliśmy na kawałek Mister D, ale też jakoś specjalnie nas nie poruszyła. Na szczęście chwilę potem na Scenie Leśnej miała zjawić się Chelsea Wolfe, na którą bardzo się nastawialiśmy, na dodatek udało nam się zająć fajowe miejsca pod barierką, więc było idealnie. Koncert był bardzo udany, wszyscy narzekali, że to takie magiczne i podniosłe, ale wbrew pozorom wszystko technicznie stało na najwyższym poziomie. Zaśpiewała kawałki z The Grime and Glow, które znam i lubię, gościu na skrzypcach grał melodyjnie jak szalony, perkusista i basista też nadążali, byłem bardzo zadowolony - miła chwila wytchnienia po Deafheaven.

Później od razu wbiliśmy się w okolice Sceny Trójki, bo miało grać Bo Ningen, na które zwłaszcza ja bardzo czekałem. I było świetnie. Ja słuchałem tylko ich Line The Wall z 2012, ale byłem zachwycony. Co więcej, zagrali utwory właśnie z tej płyty. Staliśmy nieco na uboczu, ale i tak szaleństwo nas dopadło. Taigen Kawabe i reszta ekipy wprowadzili wszystkich słuchaczy i widzów w psychodeliczny amok, wszyscy się trzęśli, skakali, gibali na wszystkie możliwe kierunki. Byliśmy zaledwie na połowie ich koncertu, bo chcieliśmy trochę wcześniej wyjść, aby odpocząć przed The Jesus And Mary Chain, ale mimo to był to jak dla mnie jeden z występów festiwalu.

Wróciliśmy na pole, chwilę odpoczęliśmy, w sumie to dopadł nas sen i kompletnie nie chciało mi się potem wstać, by pójść zobaczyć TJMC, które przecież miało być jedną z twarzy tej edycji Offa. Jakoś jednak się zebraliśmy, stanęliśmy w tłumie i czekaliśmy na rozpoczęcie. No i w końcu się zaczęło. Nie był to może najfajniejszy koncert na jakim byłem, ale był dobry technicznie. Panowie zagrali trochę na jedno kopyto, trochę za mało różnorodnie, trochę się już postarzeli (co widać), ale cieszę się, że mogłem na żywo usłyszeć takie ich hiciory jak Just Like Honey, In A Hole, czy na przykład Some Candy Talking. A potem spać.

03.08.2014
Ostatni dzień i oto atakuje nas nostalgia, bo już wiem, że będę tęsknił za Offem aż do przyszłego roku. Zapominając o tym, zbroimy się jednak, ogarniamy, wcinamy śniadanie, prowizoryczny obiad i już o 17:00 zaczynamy rajd po scenach.

Na pierwszy ogień - Perfect Pussy. Porównanie do Iceage w przewodniku festiwalowym bardzo mnie skusiło na ten koncert, jednak prawdę mówiąc, nie wniósł on czegoś wielkiego do mojego życia. Zwykły, powiedziałbym, tępy punk.

Zaraz po tym jakże wspaniałym koncercie czekała nas długa przerwa aż do 20:45, kiedy to miały zacząć grać ważne dla nas zespoły/wykonawcy. W międzyczasie poznałem dwoje członków redakcyjnego grona Magnetoffonu, którzy byli bardzo mili i strasznie fajnie było ich poznać, i których serdecznie pozdrawiam (choć pewnie i tak tego nie przeczytają).

Po jakimś czasie udaliśmy się jednak na jakiś koncert, coby nie marnować czasu. Wybór padł na Andrew W.K. Okej, nie była to muzyka wysokich lotów, bardziej podchodziła pod jakiś pop, wizerunek raczej tandetno-metalowy, ale jako performer facet był świetny i umiał poruszyć tłum. Zabawne tańce, teksty utworów podziałały na nas naprawdę pozytywnie.

Jakiś czas później poszliśmy na Rojka, o 20:45, bo chcieliśmy zobaczyć jak wita publiczność, ale widocznie musiał to zrobić już wcześniej, bo po prostu zaczął grać. A zapowiadało się smętnie, więc przykro, panie dyrektorze artystyczny, ale Nisennenmondai wygrało w losowaniu. Japońskie trio kobiet czarowało hipnotycznym rytmem perkusji, głośnym, mruczącym basem. Niestety, również nie mieliśmy okazji bardziej się wsłuchać, bo musieliśmy pójść czatować na...
SLOWDIVE. Udało się nam zająć dogodne miejsca prawie pod sceną. I bardzo dobrze, bo był to jak dla mnie koncert Offa. Zagrali moje ulubione piosenki, w tym słynne Souvlaki Space Station i Alison. Zaprezentowali 100 % shoegaze'u w shoegazie, wszystko było takie jak sobie wyobrażałem. Faceci z TJMC powinni zobaczyć jak zespół  starzeje się w pięknym stylu. Bo lata minęły, a wszystko wciąż było tak czarujące, poruszające jak na nagraniach. Może głos Rachel był nieco za cicho w stosunku do reszty, ale to nie mogło zepsuć całego wrażenia. Było po prostu zajebiście. Po koncercie czailiśmy się na autografy od zespołu, niestety, pojawił się tylko autograf Neila Halsteada, ale to przecież twarz zespołu, więc i tak radość.
Później kawałek Belle & Sebastian zobaczyliśmy, ale byliśmy już zmęczeni po prawie godzinie czekania na podpis, więc zwinęliśmy się do namiotu, a następnego dnia już wracaliśmy do domu. Off minął szybciej niż się zaczął.

Podsumowując:
Miejsce akcji naprawdę mi się podobało. Pole namiotowe było ogarnięte, było czysto, kabiny prysznicowe działały sprawnie, kolejki nieco się dłużyły, ale zawsze udawało nam się szybciej ogarnąć. Ludzie też byli w porządku, nie było zamieszek, hałasów (poza bandą Scootera) ani rozrób. Jeśli chodzi o muzykę, bo to ona jest esencją Offa, było świetnie. Nie widzieliśmy aż tak wielu zespołów, wiele nam zwyczajnie przepadło przez zmęczenie, ale było bardzo różnorodnie, nie nudziliśmy się. Technicznie wszystko grało, drobiazgi takie jak zły stosunek głośności poszczególnych instrumentów nie psuły pozytywnego wrażenia. Zobaczyliśmy takie legendy jak The Jesus and Mary Chain, Neutral Milk Hotel, czy wybitny Slowdive. Nie żałuję. I już teraz planuję pojawić się na następnej edycji. A żeby było trochę ciekawiej - poniżej trochę zdjęć.
Kościół w Katowicach.
Chelsea Wolfe na scenie.
Szalone Deafheaven.
Scena mBanku, czyli scena główna.
Moja Oriana w trakcie soundchecku Chelsea Wolfe.

W oczekiwaniu na Slowdive.
Focia przed The Jesus and Mary Chain.

Slowdive na scenie.
Offowe przewodniki z podpisem Halsteada.