Pokazywanie postów oznaczonych etykietą comic book. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą comic book. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 listopada 2014

All-New Ghost Rider (2014-2015) - garść przemyśleń

Nie sposób zaprzeczyć temu, że Ghost Rider jest jednym z ciekawszych bohaterów nie tylko Marvela, ale i komiksu w ogóle. No bo serio, gościu w skórce,  na płonącym motorze, z płonącą czaszką, łańcuchami w charakterze broni? Większość osób średnio obeznanych w komiksie z pewnością kojarzy tego najsłynniejszego z Ghost Riderów (a w sumie kilku ich było) - Johnny'ego Blaze'a, którego w filmowej adaptacji tej 40-stoletniej serii zagrał dość... ekhem, brawurowo, Nicolas Cage. O filmie nie będę się wypowiadał, bo zasługuje na solidnego klapsa, na przykład w dziąsło. Jeśli chodzi o komiksową wersję Blaze'a, to był to skurczybyk jakich mało, który w sumie mógłby być świetnym kumplem Wolverine'a (i w zasadzie mieli kilka okazji do spotkania) - nawet po utracie swych nadprzyrodzonych umiejętności łoił tyłki demonom aż się kurzyło. Serii nigdy specjalnie nie śledziłem, wyjątkiem było przeczytanie komiksu o genezie kolejnego z Riderów - Dana Ketcha; komiks w Polsce wywodził się z serii nazwanej Mega Marvel i w 2016  będzie obchodził swoje 20-stolecie.

Na poważniej zainteresowałem się bohaterem parę dni temu, gdy w końcu zdecydowałem się przeczytać jakieś zeszyty ze świeżo rozpoczętej serii zatytułowanej All-New Ghost Rider, co przy okazji jest elementem Marvel NOW!, czyli operacji mającej na celu odświeżenie różnych superbohaterów Marvela i marvelowskich supergrup, co przydarzyło się już np. X-Factor i Lokiemu.
Co najistotniejsze, pałeczkę łowcy dusz przejął kolejny świeżak - tym razem padło na Robbiego Reyesa, dorastającego gościa pracującego w warsztacie samochodowym, opiekującego się młodszym niepełnosprawnym bratem. Planem historii będzie do bólu niebezpieczna dzielnica Los Angeles, w której narkotyki, rozboje, haracze to problem codzienności. Nie będę zdradzał fabuły i kolejnych zdarzeń prowadzących do przemiany Robbiego w Ducha Zemsty, gdyż można się tego samemu dowiedzieć w jakieś 15 minut, co serdecznie polecam! W Reyesa znacznie łatwiej się wczuć niż w Blaze'a, jest w końcu zwyczajnym kolesiem, nic specjalnego go nie wyróżnia, poza trudnościami życia w miejscu, w jakim przyszło mu żyć. Scenariusz jest napisany sensownie, nie jest nadzwyczajnie ambitny, ale sprawia, że całość szybko się czyta. Rysunki Tradda Moore'a są bardzo kreskówkowe, ale nie powinny wadzić również fanom realizmu - są schludne, dopracowane, i mają "to coś". Ja póki co jestem dopiero po trzech zeszytach, ale na pewno sięgnę po więcej, ponieważ jest to obecnie jedna z przystępniejszych serii wychodzących regularnie i nie wymagająca ogromnej znajomości uniwersum (dzięki, X-Men). Polecam.

wtorek, 4 listopada 2014

New X-Men (2001-2004) - jedna z najlepszych rzeczy, które przydarzyły się komiksom

Pokaźny stos komiksów o mutantach zgromadzony jeszcze za czasów młodości mojego ojca, jarał mnie tylko na początku. Serio, taki zbiór komiksów tak ciężkich obecnie do dostania - okazja jak żadna inna. Pierwsze wrażenie i ekscytacja rozmyły się, gdy okazało się, że polskie wydawnictwa wybrały jakiś gorszy okres dla X-Menów, bo zaczynało się, no... nijak. Okej, Hellfire Club był ciekawy, a nawet saga o Dark Pheonix, która teraz jest sztandarem w historii tej serii, a jej echa ciągną się nawet do obecnie wydawanych komiksów. Problem leżał w tym, że później cała atmosfera siadła, pojawiły się jakieś dziwaczne motywy z kosmicznym Imperium Shi'ar, cały historia z Apocalypse, które choć w teorii ciekawe, miały jakieś nie do końca dorobione wykonanie. Ach, no i kreska była przeważnie obrzydliwa, bądź przynajmniej taką ją zapamiętałem.

Postanowiłem jakoś się zrehabilitować czytając którąś z nowszych serii (a jest ich naprawdę multum, praktycznie każdy mniejszy skład mutantów dostał swoją), która przy okazji byłaby dobra na start - nie musiałbym się przy tym bać o moją niewiedzę odnośnie jakichś wątków. Padło na najstarszą z najprzystępniejszych - tytułowe New X-Men. Absolutnie nie żałuję tego kroku, co więcej, sprawił, że cały ten nerdowo-komiksowy stuff bardziej mnie zajarał!

Twarze, które właściwie będą nam towarzyszyły przez całą serię. Gwiazdy pokroju Cyclopsa czy Wolverine'a mówią same za siebie.
Scenariusz do tej serii popełnił Grant Morrison, który maczał palce także w genialnym All-Star Superman, kilku przygodach mrocznego obrońcy Gotham, swoje 3 grosze dołożył także do Spawna. I o ile ze starych komiksów nie potrafiłbym wymienić jakiegoś scenarzysty, który szczególnie zapadł mi w pamięć, tak styl Morrisona i jego sposób prowadzenia fabuły podbiły moje serce z miejsca i na pewno wliczyłbym tego gościa w poczet swoich ulubieńców. Jeśli chodzi o samą historię, to przede wszystkim jest wielokrotnie bardziej angażująca od gniotu złotych 90s - położono tu ogromny nacisk na rozterki postaci, ich przemyślenia, które zdecydowanie górują tu nad scenami akcji. Nie jest to oczywiście wada, sprawia to raczej, że łatwiej wczuć się w całość, zwłaszcza nowemu czytelnikowi, bo, jak mówiłem, to odpowiedni moment na start, a wszystkie niuanse rozszyfrowują się z biegiem fabuły. Skoro fabuła jednego zeszytu mogła w całości dziać się w jakimś dziwnym barze, prezentując przy okazji komiczną, a przy tym poważną relację między Loganem a Summersem - coś musi być na rzeczy. Fajnie też, że pokazano ekipkę mutantów niekoniecznie normalnych wyglądem, których mutacja niekoniecznie "obdarowała", jak w przypadku innych homo superior.

 Kreska nie pozostawia wiele do życzenia, zwłaszcza, że w tworzeniu New X-Men brało udział kilku rysowników, tak więc każdy czytelnik powinien znaleźć sobie tę najbardziej odpowiednią i pasującą mu. Muszę jednak powiedzieć, że uniwersalnym określeniem stylu rysowania w tej serii jest jedno słowo - specyficzny.  Nie uświadczycie tu muskulatury greckich posągów - to znaczy, nie będą jej miały osoby, po których byście się tego nie spodziewali. Ach, lata 90'.

Ja już jestem po lekturze całości i, kurczę, naprawdę nie mam się do czego przyczepić! Okazuje się, że ostatnia dekada i parę lat wstecz, to czas rozkwitu dla komiksów w ogóle, ponieważ po lekturze New X-Men zacząłem czytać Astonishing X-Men, którzy póki co też są świetni! Niemniej jednak, to właśnie opisaną wyżej serię poleciłbym nie tylko starym wyjadaczom, ale także niewtajemniczonym, acz zainteresowanym. Znajomość uniwersum niewymagana, a fabuła i kreska na światowym poziomie. Czegóż chcieć więcej?

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Thorgal Aegirsson - nie taki zwykły wiking

Komiksy były pierwszym nerdowskim medium z jakim miałem styczność. Szczęśliwym trafem, mój ojciec w moim wieku był takim samym nerdem jak ja teraz i kolekcjonował je.

Offtop: Kolekcjonowanie komiksów było kiedyś znacznie prostsze. Jeden zeszyt kosztował koło 7 złotych polskich. Obecnie cienkie zeszyty powiązane w jakieś serie usuwają się w cień na rzecz "grubych" i znacznie droższych powieści graficznych. Czy to dobry zabieg? Odpowiedzcie sobie sami.

Wracając jednak do komiksów - najpierw sięgałem oczywiście po te bardziej znane serie - Spider-Man, X-Men, Mega Marvele, a nawet Asterix i Obelix. Czytałem też Punishera, ale totalnie mnie wynudził. Ot, typek z karabinem. Na szarym końcu została mi do przeczytania jedna tylko seria - Thorgal duetu polsko-belgijskiego - rysował Grzegorz Rosiński, scenarzystował Jean Van Hamme. Nie byłem do końca przekonany do tej serii, od początku głównie nastawiałem się na te o superbohaterach, a ta akurat seria opowiadała o przygodach... wikinga. Nie sądziłem, że może się w niej dziać coś ciekawego, myślałem, że to bardziej realistyczny twór, niemalże historyczny. Dałem w końcu Thorgalowi szansę i nie pożałowałem.
Pierwsze kadry pierwszego zeszytu serii.
Jak się okazuje, to polsko-belgijskie dzieło jest serią bardzo baśniową, fantastyczną. Tak naprawdę to niewiele jest tu prawdziwej, realnej historii, właściwie ciężko ją tu w ogóle wyczuć. Akcja może się dziać właściwie gdziekolwiek, jednak ubiór bohaterów, niektóre określenia, wyrazy sugerują, że jest to najprawdopodobniej Skandynawia. Baśniowość, o której wyżej wspomniałem, jest tutaj ogromną zaletą. Każda z kolejnych przygód naszego wikinga jest inna, jest nietypowa, momentami potrafi nawet zjeżyć włos (genialna opowieść o "Alinoe", koniecznie obczajcie). Scenarzysta wielokrotnie pokusił się tutaj o sięgnięcie do mitów, podań, lub nawet o stworzenie własnych. Miejsca takie jak Kraina Olbrzymów, postacie takie jak Branka z Najwyższej Wieży lub Strażniczka Kluczy wydają się być zaczerpnięte z jakiś starych, zakurzonych tomiszczy o przygodach minionych skandynawskich herosów, a jednak wcale nie są. Świat przedstawiony jest (w swojej fantastyczności) zbudowany bardzo przekonująco, klimatycznie. Żyje własnym życiem, jest pełen magii, zagrożeń, niesamowitości i rzeczy tak dziwnych, że aż niemożliwych.
"Alinoe", czyli jeden z najciekawszych zeszytów serii.
W pewnym momencie rozpoczyna się dość długa historia o Thorgalu, który zmuszony jest udać się do krainy swych przodków. To może zabrzmieć dziwnie, ale rzeczywiście, czeka go daleka droga. Zwrot akcji, który następuje w tym momencie jest co najmniej szokujący. Mało tego, to chyba najlepszy zwrot akcji, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem w komiksie. Powiem tylko, że zwrot ten na pewno zmieni wasze postrzeganie głównej postaci.
I właśnie, docieramy do bohaterów, a i oni są tutaj wyjątkowi. Thorgal na przykład, to bohater, z którym każdy będzie się utożsamiał. Jest prawy, odważny, nadzwyczaj mądry i sprytny. Później, gdy zakłada rodzinę, okazuje się również osobą bardzo odpowiedzialną, kochającą, opiekuńczą. Żona Thorgala, Aaricia, nie jest zwyczajną kurą domową. Owszem, gdy nie ma w domu męża, to ona zajmuje się wszystkim, pilnuje dzieci. Ale gdy trzeba, budzi się w niej duch córki wikingów, jest nieustraszona, waleczna, za wszelką cenę pragnie bronić swoich bliskich. Swoją drogą, to ona staje do walki z demonicznym Alinoe.  Jolan jest synem dwójki wyżej wymienionych. W fajny sposób została nam przedstawiona jego przemiana. Z byle chłystka zmienia się w wojownika, zbiera własną ekipę i zostaje poświęcona mu oddzielna seria. Drugim dzieckiem Thorgala i Aaricii jest Louve. Dziewczynka zdecydowanie wdała się w matkę, jest zadziorna, ciekawska, żądna przygody.
Thorgal i Aaricia.
Rysunek trzyma poziom i trzyma go przez cały czas, aż do teraz. Charakterystyczna kreska Rosińskiego jest bardzo znośna nawet po tylu latach, wszystko jest czytelne, proporcje są odpowiednio zachowane, a fantastyczne zjawiska są odpowiednio szalone i ciekawie narysowane. Scenariusz każdego zeszytu jest inny od poprzedniego, ciężko się tutaj wynudzić, bo wszystko jest całkiem inne i ciężkie do porównania ze sobą.
Jeśli znudzili się wam bohaterowie Marvela i DC - gorąco polecam Thorgala. Sam fakt, że po tylu latach wciąż gromadzi rzesze czytelników jest chyba wystarczającym dowodem. Seria obowiązkowa dla każdego fana komiksu.

niedziela, 27 lipca 2014

Kolektyw wesołych mutantów, czyli komiksy z serii "X-Men"

X-Meni są jedną z ikon popkultury, to trzeba przyznać. Są może mniej sławni niż taki Spider-Man lub Batman ze stajni DC, ale kto nie zna Cyclopsa? Albo Icemana? O Wolverinie nie wspominając! Co do samych komiksów - pomysł ekipy superbohaterskich mutantów narodził się rzecz jasna w Stanach. Stan Lee idzie za ciosem (jakim było wydanie Spider-Mana w 1962) i oto w 1963 pojawia się pierwszy zeszyt o przygodach X-Men dowodzonych przez strzelającego laserem z oczu Scotta Summersa. Pomysł był dość świeży i obiecujący, jak widać też, zaowocował w przyszłości. Pomysł z ekipą mutantów dzielących się rzecz jasna na kilka stron konfliktu był właściwie przysłowiową kurą znoszącą złote jajka. Twórcy mieli praktycznie nieograniczone pole do popisu jeśli chodzi o problemy, z którymi borykali się nasi mutanci. Oczywiście, kryje się tu spora metafora. Mutantów można tu postrzegać dwojako - jako superbohaterów stojących na straży porządku, ale też jako wyrzutków społeczeństwa. Możemy tu odnaleźć swoistą metaforę rasizmu, braku akceptacji, ksenofobii. Wbrew pozorom, jest to dość życiowa historia. Jeśli chodzi o samych bohaterów - tu również możliwości była niezliczona ilość. Od klonujących się, poprzez teleportujących, biegających po ścianach, na człowieku-żabie kończąc.
Drugi skład mutantów.
Polskie wydawnictwa zdecydowały się na wydanie "X-Men" dopiero na początku lat 90' (polskie wydania były na podstawie amerykańskich, starszych o parę lat, na przykład sprzed dekady), dlatego zainteresowani czytelnicy dostali częściowo niezrozumiałą papkę. Przygody były dziurawe, lwią część olano, nie pokuszono się nawet o jakiś wstęp nieco streszczający poprzednie wydarzenia (a trzeba przyznać, że taki by się przydał!), większość nawiązań w fabule rozwiązano poprzez gwiazdkę z przypisem "poprzednie przygody". Pomijając ten fakt rozpoczęcia wydawania komiksów w dość losowym momencie otrzymujemy na początek całkiem zgrabną, przyjemną, dość emocjonującą historię o Hellfire Club, której zwieńczeniem było legendarne wręcz dla fanów "Dark Phoenix Saga". Tutaj plus dla TM-Semic, bo w tym wypadku trafił w odpowiednim momencie. W wielu z początkowych zeszytów pojawia się coś w stylu krótkiej notki o na przykład pochodzeniu genu X, budowie wizjeru Cyclopsa, czy samolocie ekipy. Całkiem pomysłowe, przyjemna odskocznia od często dość ciężkich w odbiorze historii. Niestety, po dość ciekawym początku i paru następnych zeszytach (historia z Mojo, miód!) seria o Iksmenach trafiła na nieciekawe tory. W ogóle, amerykańskie komiksy o mutantach, które zaczęły pojawiać się w latach 90' zaczęły być raczej abstrakcyjne, dziwne, z fabułą często pisaną na pół gwizdka. Autorzy stawiali na widowiskowość zamiast na przykład zagłębiać się w osobowości bohaterów, ich odczucia, itd. I tu niestety zaczęła się równia pochyła dla tej serii.
Lata 90', wszystko dwukrotnie większe, bardziej ekstremalne i kolorowe.
Prawdę mówiąc, z końcówki lat 90' niewiele zeszytów zapadło mi w pamięć. Na plus można na pewno zaliczyć "Executioner's song", czyli wielki występ Cable'a, który jest zdecydowanie ciekawym bohaterem. Poza tym, pojawia się Bishop, który nie jest w moim odczuciu specjalnie interesującym typem. Rośnie również rola Forge'a, byłego faceta Storm. I on moim zdaniem na ten piedestał również nie zasługuje. Jest wielu ciekawszych mutantów, na których można było się wtedy skupić. Twórcy otrząsnęli się dopiero w 2001, przy okazji wydania serii "New X-Men". W końcu zaczęli ogarniać bardziej starych mutantów, i tak naprawdę dopiero teraz przybliżać nam ich sylwetki. Mamy nowy skład - Cyclops, Wolverine, Jean Grey, nieco kotowaty Bestia, oraz Emma Frost, czyli White Queen z dawnego Hellfire Club. I już teraz mogę powiedzieć, że są to moje ulubione przygody X-Menów, a Grant Morrison jest moim ulubionym scenarzystą. Są też uważane za świetną serię na początek dla nowego czytelnika, któremu nie chce się brnąć przez wszystko co było wcześniej, bo "New X-Men" to dość świeży start. I rysunki są na pewno po stokroć lepsze niż te sprzed 20 lat, bo trzeba przyznać, tamte były dość nieczytelne, często dziwnie pokolorowane, mało szczegółowe.
Nowi X-Men, Grant Morrison jako scenarzysta.
W skrócie - teraz dopiero komiksy o mutantach wyglądają tak, jak życzyłem sobie tego 10 lat temu, czytając zbiory mojego ojca jako mały dzieciak. Zamiast wszechobecnego kiczu lat 90' dostajemy naprawdę sensowne, zaskakujące historie, świetnie zarysowanych bohaterów, fajne nemezis, dużo walk, ale też głębokich dialogów. Świetne. Obecnie jestem w na etapie końcówki "New X-Men" i jestem zachwycony. Takich uczuć na pewno nie wzbudziły we mnie wcześniejsze serie. Co nie zmienia faktu, że warto się zapoznać z poprzednimi zeszytami, jeśli koniecznie chce się poznać historię składu. Nie są one tragiczne, ale na pewno stoją o klasę niżej niż współczesne.