Pokazywanie postów oznaczonych etykietą series. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą series. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 listopada 2014

Wrażenia po finale Doctor Who

Ostrzegam, nie zamierzam oszczędzać na spoilerach. Formalności stało się zadość.

I, wooh, nawet się nie obejrzeliśmy, a tu już finał! Kto by pomyślał! Poważnie, strasznie szybko mi zleciał ten sezon. Jak go oceniam po obejrzeniu całości? Cóż, jak to zwykle z pierwszym sezonem nowego Doktora, było dość nierówno. Było trochę słabszych momentów, ale zdecydowanie ustępowały tym lepszym - Capaldi spisał się na medal i już w stu procentach jestem przyzwyczajony do odgrywanego przez niego Władcy Czasu. W pozytywnej ocenie całości jest duża zasługa finału, który w mojej opinii był jednym z najlepszych do tej pory!
Daleków nie uświadczymy, ale przynajmniej spotkamy innych starych znajomych.
W końcu dowiadujemy się kim jest enigmatyczna Missy. Serio, po obejrzeniu finału doszedłem do wniosku, iż można było to w jakiś sposób wydedukować. Jeśli jednak ktoś do tego sam nie doszedł (tak jak ja), to na pewno doznał niemałego szoku. Missy to Mistrz, a raczej Mistrzyni, bo zregenerował(a) się w kobiecą formę. Czyżby sugestia, że i naszego Doktora może to czekać? Fandom chyba by eksplodował. W sumie to zacząłem od końca, ale to chyba był najistotniejszy motyw całego sezonu. No więc pierwszy odcinek otwiera GE-NIA-LNA  sekwencja ze śmiercią pewnej postaci, po której następuje wizyta na jakiejś wulkanicznej planecie, co jest również ciekawym motywem. Misja zabójczego duetu (Clary i Doktora) będzie niebanalna, bowiem jej celem będzie wyciągnięcie kogoś z zaświatów - okej, tego jeszcze nie było. Daruję sobie opisywanie całej fabuły, której bieg w końcu doprowadzi do... Cybermenów w Londynie. A jakże. Jednak pomysł na przemianę ludzi w cyborgi także będzie oryginalny, bo będą to... ludzkie zwłoki opakowane w gustowną zbroję. Mistrzu, przechodzisz samego (samą?) siebie.

Bardzo podobały mi się wszelakie nawiązania do popkultury i samego serialu także - znajoma nam postać zaznaczająca, że "bowties are cool"; głowa cybermana z klasycznych serii, i wiele wiele innych. Missy okazała się być niezwykle charyzmatyczną postacią, która zwłaszcza w finale wprowadziła sporą dozę humoru, ale także, co ciekawe, tragizmu. Mianowanie Doktora prezydentem Ziemi (na czas zagrożenia) również wywołało niemałego banana na mojej twarzy. Zakończenie było niebanalne, pełne, nie pozostawiło niedosytu, a jedynie pobudziło apetyt na więcej. Scenka po napisach końcowych (nie wyłączajcie w ich trakcie!) zapowiedziała świetny odcinek świąteczny, który będziemy mogli obejrzeć za miesiąc z kawałkiem.

Czego chcieć więcej? Doktor Capaldiego mógł być gburem i mieć słabsze momenty, ale miał też bardzo dobre, do których zaliczyłbym dwuodcinkowy finał. Masa akcji, zwrotów w fabule, humoru. Doctor at his best.

wtorek, 4 listopada 2014

New X-Men (2001-2004) - jedna z najlepszych rzeczy, które przydarzyły się komiksom

Pokaźny stos komiksów o mutantach zgromadzony jeszcze za czasów młodości mojego ojca, jarał mnie tylko na początku. Serio, taki zbiór komiksów tak ciężkich obecnie do dostania - okazja jak żadna inna. Pierwsze wrażenie i ekscytacja rozmyły się, gdy okazało się, że polskie wydawnictwa wybrały jakiś gorszy okres dla X-Menów, bo zaczynało się, no... nijak. Okej, Hellfire Club był ciekawy, a nawet saga o Dark Pheonix, która teraz jest sztandarem w historii tej serii, a jej echa ciągną się nawet do obecnie wydawanych komiksów. Problem leżał w tym, że później cała atmosfera siadła, pojawiły się jakieś dziwaczne motywy z kosmicznym Imperium Shi'ar, cały historia z Apocalypse, które choć w teorii ciekawe, miały jakieś nie do końca dorobione wykonanie. Ach, no i kreska była przeważnie obrzydliwa, bądź przynajmniej taką ją zapamiętałem.

Postanowiłem jakoś się zrehabilitować czytając którąś z nowszych serii (a jest ich naprawdę multum, praktycznie każdy mniejszy skład mutantów dostał swoją), która przy okazji byłaby dobra na start - nie musiałbym się przy tym bać o moją niewiedzę odnośnie jakichś wątków. Padło na najstarszą z najprzystępniejszych - tytułowe New X-Men. Absolutnie nie żałuję tego kroku, co więcej, sprawił, że cały ten nerdowo-komiksowy stuff bardziej mnie zajarał!

Twarze, które właściwie będą nam towarzyszyły przez całą serię. Gwiazdy pokroju Cyclopsa czy Wolverine'a mówią same za siebie.
Scenariusz do tej serii popełnił Grant Morrison, który maczał palce także w genialnym All-Star Superman, kilku przygodach mrocznego obrońcy Gotham, swoje 3 grosze dołożył także do Spawna. I o ile ze starych komiksów nie potrafiłbym wymienić jakiegoś scenarzysty, który szczególnie zapadł mi w pamięć, tak styl Morrisona i jego sposób prowadzenia fabuły podbiły moje serce z miejsca i na pewno wliczyłbym tego gościa w poczet swoich ulubieńców. Jeśli chodzi o samą historię, to przede wszystkim jest wielokrotnie bardziej angażująca od gniotu złotych 90s - położono tu ogromny nacisk na rozterki postaci, ich przemyślenia, które zdecydowanie górują tu nad scenami akcji. Nie jest to oczywiście wada, sprawia to raczej, że łatwiej wczuć się w całość, zwłaszcza nowemu czytelnikowi, bo, jak mówiłem, to odpowiedni moment na start, a wszystkie niuanse rozszyfrowują się z biegiem fabuły. Skoro fabuła jednego zeszytu mogła w całości dziać się w jakimś dziwnym barze, prezentując przy okazji komiczną, a przy tym poważną relację między Loganem a Summersem - coś musi być na rzeczy. Fajnie też, że pokazano ekipkę mutantów niekoniecznie normalnych wyglądem, których mutacja niekoniecznie "obdarowała", jak w przypadku innych homo superior.

 Kreska nie pozostawia wiele do życzenia, zwłaszcza, że w tworzeniu New X-Men brało udział kilku rysowników, tak więc każdy czytelnik powinien znaleźć sobie tę najbardziej odpowiednią i pasującą mu. Muszę jednak powiedzieć, że uniwersalnym określeniem stylu rysowania w tej serii jest jedno słowo - specyficzny.  Nie uświadczycie tu muskulatury greckich posągów - to znaczy, nie będą jej miały osoby, po których byście się tego nie spodziewali. Ach, lata 90'.

Ja już jestem po lekturze całości i, kurczę, naprawdę nie mam się do czego przyczepić! Okazuje się, że ostatnia dekada i parę lat wstecz, to czas rozkwitu dla komiksów w ogóle, ponieważ po lekturze New X-Men zacząłem czytać Astonishing X-Men, którzy póki co też są świetni! Niemniej jednak, to właśnie opisaną wyżej serię poleciłbym nie tylko starym wyjadaczom, ale także niewtajemniczonym, acz zainteresowanym. Znajomość uniwersum niewymagana, a fabuła i kreska na światowym poziomie. Czegóż chcieć więcej?

niedziela, 5 października 2014

Kolejna wizyta w Gotham - "Gotham" S01E01 (2014)

Z dużą dozą rezerwy przyjąłem wiadomość o powstawaniu serialu na podstawie komiksu o Batmanie. Nigdy nie byłem specjalnym fanem seriali opartych na przygodach superbohaterów - Arrow wydawał mi się całkowicie nużący i naiwny, Tajemnice Smallville nawet obiecujące (jednak nie doczekały się mojego większego zainteresowania). Krótko mówiąc, zawsze odnosiłem wrażenie, że temat jest traktowany trochę po macoszemu, trochę na odwal się, twórcy jakby trochę pasożytowali na marce nie starając się jednak o jakąś sensowną jakość produkcji. Gotham z lekka odmienił moje zdanie w kwestii takich seriali. Albo to ja do tego dojrzałem, albo jego wykonanie rzeczywiście jest naprawdę obiecujące.
Same znajome twarze (tylko nieco młodsze).
Gotham jest serialem produkcji amerykańskiej emitowanym przez stację FOX. Jego gatunek nie jest łatwy do określenia, wbrew tytułowi i bazie, na której się opiera, to w dużej mierze serial kryminalny. Głównym bohaterem jest tu James Gordon, świeżo upieczony detektyw policji w Gotham, mieście pełnym niebezpieczeństw, mrocznym, nieprzyjemnym. To był pierwszy fakt, który zaskoczył wielu fanów człowieka-nietoperza. Bo jak to, głównym bohaterem - Gordon? Okej, jest to istotna postać w uniwersum DC, jednak nikt raczej nie spodziewałby się przyznania mu głównej roli. Wiele osób nie dopuszczało do siebie takiej myśli, wiele do sprawy podchodziło sceptycznie, myślę jednak, że odcinek pilotażowy całkowicie rozwiał wątpliwości obu grup. Postać Jamesa Gordona już za czasów komiksu lub chociażby filmów Nolana, była całkiem obiecująca. Wiele z aspektów jego charakteru i historii nigdy nie zostało w pełni wyjaśnionych, w skrajnych przypadkach zostały opisane/przedstawione po łebkach. Tutaj poznajemy genezę detektywa, widzimy budującą się stopniowo relację z młodym jeszcze Brucem Waynem, przyszłym strażnikiem miasta.
Jeszcze brak mu czarującego wąsa, ale dajmy mu szansę. A w tle od lewej: Harvey Bullock i niedoszły Pingwin.
Miasto, czyli główny plan, na którym rozgrywają się wydarzenia, od początku czaruje. Na pierwszy rzut oka widać, że jednym z celów twórców było zachowanie z lekka burtonowskiego, subtelnie gotyckiego i mrocznego klimatu. Tutaj nawet za dnia jest jakby ciemno i szaro, każdy stalowy element jest trochę zardzewiały, budynki mają surowy kształt, a w każdej ciemniejszej uliczce łatwo o darmową korekcję zgryzu. Zachowanie klimatu zdecydowanie na plus. W pierwszym odcinku poznajemy też całą rzeszę postaci ikonicznych dla fanów komiksu. Napotykamy tu młodocianą Selinę Kyle, która wesoło hasa po dachach, Ivy Pepper*, której zamiłowanie do roślin później przerodzi się w chorą manię; mamy dziwnie wychudzonego Pingwina, który niekoniecznie przepada za swoją ksywką; Edwarda Nygmę, który w każdą wypowiedź stara się wpleść zagadkę - nie można się nudzić. Problem jest taki, że atrybuty tych postaci zostały przerysowane - kotów jest za dużo, roślin też, zagadek podobnie. Rozumiem puszczenie oczka w stronę fanów Batmana, rozumiem też, że nadmiar tego wszystkiego był skierowany raczej w stronę osób niezapoznanych z komiksem - do wybaczenia. Cieszę się, że postacie te mają potencjał, a z pewnością pojawi się ich jeszcze więcej i wątpię, aby ktoś został pominięty. Nieopierzony Jim Gordon jest jeszcze trochę porywczy, nie do końca ogarnia procedury istotne w pracy w policji, jednak ciekawe będzie obserwowanie swoistej ewolucji bohatera. Jedyną wadą dotyczącą go, mogą być nieco drętwe i naiwne kwestie. W sumie dotyczyłoby to całej gromady bohaterów. Wierzę jednak, że w kolejnych odcinkach wstąpi to na nieco wyższy poziom i zyskamy Gotham takim, jakim powinno być zawsze.

Póki co, widzę ogromny potencjał. Będę śledził losy bohaterów z zapartym tchem i czuję, że ciężko będzie to zepsuć. Nie łudźcie się jednak, nie uświadczycie tu epickich walk wśród walących się budynków. Jeśli interesuje was natomiast akcent psychologiczny, powolna przemiana przyszłych nemezis nietoperza i samego Jima Gordona - oglądajcie śmiało.

*Niektóre fakty z komiksu zostały nagięte i twórcy dość luźno podeszli do pierwowzoru. Zatem nie dziwcie się, że coś wam się tutaj nie zgadza.

poniedziałek, 29 września 2014

Nie tylko dla zbuntowanych nastolatek - "American Horror Story" (2011-???)

Jak widać, serialowych tematów ciąg dalszy, bo oto przechodzimy do produkcji znacznie mniej popularnej niż Doctor, Walking Wieś, czy Supernatural. Mowa tu o American Horror Story, amerykańskim serialu z gatunku horror/dramat nadawanym przez stację FX od roku 2011. Nie będę rozdrabniał się na kolejne sezony w poszczególnych postach, postanowiłem rozprawić się z notką o tym serialu przy jednym podejściu..Jak to śpiewał jeden z Beatlesów - Let It Be.

Plakat promujący sezon pierwszy.
Warto nadmienić na wstępie, że na dzień dzisiejszy, tj. 29.09.2014, powstały 3 sezony serialu, a pierwszy odcinek kolejnej serii pojawi się na początku października. Każda z nich opowiada całkiem inną historię, zatem bez skrępowania można zacząć od którejkolwiek. Niemniej jednak, każda ma coś ciekawego do zaoferowania, zatem warto zapoznać się ze wszystkimi.

Seria 1. opowiada historię rodziny Harmonów, którą poznajemy w momencie przeprowadzki do całkiem nowego, wielkiego i tajemniczego domu. Jednym z celów tego przedsięwzięcia jest swoiste oderwanie się od problemów, z którymi nasza familia zmagała się jeszcze przed rozpoczęciem akcji właściwej - Vivien niedawno poroniła, Ben jest niespełnionym psychologiem, natomiast ich córka, nastoletnia Violet, sprawia niemało problemów wychowawczych. Jak się okazuje, to dom odegra tutaj większą i ważniejszą rolę spychając problemy Harmonów na jakiś dalszy plan. Bo tak, ten sezon pokazał mi, że seriale-horrory to nie tylko zarzynanie potworów i zombie. Dało się wyczuć niesamowity klimat produkcji, taki... niepokojący, przytłaczający. Był to autentycznie serial grozy. Oczywiście, wątek dramatyczny-romantyczny był dość miałki i przewidywalny, ale nie kradł całego czasu antenowego (na szczęście). Postacie były odegrane wyraziście, najwięcej laurów zebrała Jessica Lange (występująca w każdym sezonie), która tutaj zagrała dziwną creepy sąsiadkę z wieloma sekretami. Zdecydowanie warto się zainteresować.
Plakat nie zwiastuje niczego dobrego - sezon 2: Asylum.
Sezon 2. (o podtytule Asylum) to całkowita zmiana czasu, miejsca, tematyki. Przenosimy się w lata 60', poznajemy całą ekipę głównych bohaterów - granych przez znanych nam już aktorów. Kit Walker (Evan Peters) jest mechanikiem. Któregoś razu jego żona znika w dość niepokojących okolicznościach, a on, jako jedyna osoba na miejscu zdarzenia, zostaje oskarżony o morderstwo. Mało tego, zostaje mu przypięta łatka Krwawej Twarzy, czyli niesławnego zabójcy kobiet grasującego w tamtych latach. Jakby nieszczęść było mało, Kit trafia do azylu dla obłąkanych, prowadzonego przez despotyczną zakonnicę - siostrę Jud (ponownie Jessica Lange, ponownie fantastyczna). Zdarzenia następujące później w zakładzie przechodzą najśmielsze oczekiwania każdego widza. Nie będzie spoilerem, jeśli powiem, że zamieszane są nadnaturalne siły, legendarny zabójca, demony, oraz nazistowskie eksperymenty. Poważnie, w pewnym momencie nie wiadomo już o co chodzi i wszystko zaczyna zlewać się w jedną, wielką, nieogarniętą całość. Sam klimat azylu jest prze-świe-tny, zakonnice są przerażające, pacjenci bez opamiętania rozbijają ściany głowami, a w tle wciąż leci irytujące Dominique, które słyszane setny raz doprowadziło mnie do pasji. Seria obfituje w szalone zwroty akcji. Warto obejrzeć, chociażby dla dzikiego The Name Game.
Wiedźmy w XXI wieku - sezon 3: Coven.
 Znów wracamy do czasów współczesnych, konkretnie do Nowego Orleanu (momentami do XIX wieku), ale nie myślcie, że znowu zobaczycie nawiedzony dom z typową rodzinką. Życie wiedźm nie jest łatwe, nawet 300 lat po wydarzeniach z Salem. Zostały założone specjalne szkoły dla młodych czarownic, i właśnie jedna z takich szkół będzie motorem napędowym fabuły trzeciego sezonu. Poznajemy 3 nowe adeptki sztuk magicznych, z których, rzecz jasna, najważniejsza będzie Zoe Benson, czyli Taissa Farmiga (którą notabene wiele osób oskarża o bycie pochodną drewna, niezależnie jakiego gatunku, po prostu drewna). Dyrektorką owej szkoły jest Cordelia Foxx (Sarah Paulson), która nieustannie jest szkalowana przez swoją podstarzałą już matkę, Fionę (Jessica Lange). Uczennice będą walczyć ze sobą o dominację i tytuł najpotężniejszej czarownicy (którą póki co jest Fiona), niebezpiecznie wzrastają również napięcia związane z niechęcią wobec czarownic, toczą się walki między poszczególnymi klanami. Gdzieś tam odbywa się również wątek miłosny, z Evanem Petersem, rzecz jasna, którego rola będzie tutaj, hmm... dość dziwna (łagodnie mówiąc). Sezon naprawdę ciekawy, zwłaszcza gdy interesują was klimaty okultystyczne, bagna Louisiany, voodoo i stosy. I Stevie Nicks, która z niewiadomych przyczyn również zagościła w serialu.

Pomysły na kolejne sezony bardzo ciekawy, fajna idea urozmaicania tak naprawdę tego samego serialu. Postawiono na zaledwie kilka postaci w serii, dzięki czemu są one świetnie nakreślone i zagrane porządnie, z sercem. Klimat za każdym razem miażdży, a odcinki obfitują w ciekawe rozwiązania i plot twisty. Obecnie czekamy na sezon 4., którego fabuła będzie kręciła się wkoło cyrku osobliwości. Zobaczyć dwugłową Paulson - bezcenne.

piątek, 26 września 2014

Opowieść o dwóch braciach - "Supernatural" (2005-???)

Ostatnio postanowiłem wrócić do Supernatural i nadrobić zaległe odcinki, bo jak się okazało, miałem niemalże cały 9. sezon do obejrzenia. I tak z każdym kolejnym oglądanym odcinkiem narastała we mnie jakaś dziwna melancholia. Bo jak to tak, to już 9 (SIC!) sezonów? Kiedy to się stało?  Przecież każdy sezon to kolejny rok z mojego życia! Kiedy rozpoczynałem przygodę z Winchesterami byłem jeszcze dzieciakiem na skraju nastoletniości, kształtował się mój styl, mój gust muzyczny, moje obycie ze światem. To przez ten serial zacząłem słuchać Led Zeppelin, mojego ulubionego obecnie zespołu! To musi coś znaczyć. Ale wróćmy do samego początku, bo zaczynam się motać w nostalgii. *wdech i wydech* Ekhem.
Główni bohaterowie serialu - Sam i Dean Winchesterowie.
Nie z tego świata, jak zwą jest ten serial w nadwiślańskim kraju, jest produkcją amerykańską stworzoną przez Erica Kripkego. Emisja pierwszego odcinka nastąpiła w 2005 roku, czyli już niemalże dekadę temu! Od początku było wiadomo, że produkcja wprowadzi powiew świeżości na dość jałowe ówcześnie pola telewizyjne. Po zakończeniu dość znanej i uwielbianej Buffy rzecze maniaków grozy szukały czegoś dla siebie. I oto pojawia się takie Superanatural. Głównymi bohaterami są bracia Winchester. Starszy, Dean (czyli Jensen Ackles), jest typowym podrywaczem, pewnym siebie (czasem aż za bardzo) gościem, który porażki nie przyjmuje do wiadomości. Jego młodszy brat, Sam (Jarek Padalecki), jest bardziej spokojny, rozważny, podejmuje wszelkie decyzje po dłuższym namyśle, często nie zgadza się z Deanem, co prowadzi do wielu konfliktów. Dość istotnym faktem jest to, że rodzeństwo nie żyje sobie w zwykłym sąsiedztwie, nic nie studiują, nie mieszkają z rodzicami. Są łowcami, polują na wszelkiego rodzaju paskudztwa pochodzące, o dziwo, nie z tego świata. Fach został wpojony im przez ojca po szokującej i nagłej śmierci ich matki - dziwnym trafem którejś nocy zawisła pod sufitem w falach płomieni. Dom spłonął, uratowała się pozostała trójka. Od tego momentu mniej lub bardziej w celu rozwiązania tajemnicy tępią wszystkie te wampiry, wilkołaki, zmory i duchy.

Co zdecydowanie przekonało mnie w Supernatural bardziej niż w Buffy, to dramatyczny akcent.
Jak nietrudno się domyślić, ogromny nacisk został wywarty na relacji braci. Dramaty, które z nimi przeżywamy, ich potyczki słowne, światopoglądowe, różnorakie podejścia do świata czynią ten serial absolutnie wyjątkowym. Po prostu, nie jest to taki zwyczajny dreszczowiec.
Nie obędzie się bez demonów.
Strasznie spodobał mi się sposób, w jaki stopniowo zmieniała się tematyka serialu. Tak więc pierwsza seria jest np. o typowym polowaniu na potwory, a któraś inna z kolei może już być o samych demonach. Trudno się tutaj nudzić, zwłaszcza że akcja jest poprowadzona bezbłędnie. Gorsze odcinki to wyjątki, a lepsze są pełne różnorakich plot twistów, dziwnych metod na pokonanie nemezis, fantastycznych dialogów i tego nieziemskiego klimatu. Trzeba przyznać, że ostatnie sezony owego klimatu trochę zatraciły, a zwróciły się raczej w stronę widowiskowości i podniosłych historii z końcem świata na czele. Niemniej jednak wciąż uważam ten serial za jeden z moich ulubionych. Sam i Dean to osoby, z którymi bardzo łatwo się utożsamić. Reprezentują cechy, które ma w sobie każdy z nas. Pokonują swoje słabości, stawiają czoła lękom, i ku zagrożeniu własnego życia ratują innych. Ich relacja jest często niemalże wroga, ale paradoksalnie ich przywiązanie do siebie jest silniejsze niż wszystko inne, właściwie w tym tkwi ich siła. W kolejnych sezonach serial wprowadza do głównej obsady parę kolejnych postaci, z których zdecydowanie ta grana przez Mishę Collinsa wysuwa się na pierwszy plan.

Cóż więcej rzec - jedyny serial, który przez lata emisji nie stracił na jakości. Można obejrzeć nawet dla ścieżki dźwiękowej - AC/DC to chleb powszedni, a użycie Carry on My Wayward Son zespołu Kansas zyskało tu chyba rangę kultowego. Tymczasem czekamy w zniecierpliwieniu na 10. sezon. Co tym razem zgotują nam scenarzyści, pozostaje wielką zagadką.

środa, 24 września 2014

Czego boi się Doktor, czyli Doctor Who - Listen (S08E04)

Muszę przyznać, że w tytule zawarłem niemały spoiler dotyczący fabuły odcinka. Prawda jest taka, że nie do końca mnie to obchodzi, a poza tym wątpię, by ktokolwiek miał czytać ten opis po to, by stwierdzić, że chce lub nie chce zobaczyć tego odcinka. Obawiam się, że przyjmę takie podejście przy każdym takim okołodoktorowym temacie i podejdę do tego dość... luźno. Cóż, zatem nie pozostaje mi nic innego, jak tylko - ENJOY!
Mania Doktora ponownie wplątuje Clarę w niebezpieczne przygody.
W dużym skrócie - w pierwszych scenach widzimy Clarę i jej nowego znajomego z grona nauczycieli - Danny'ego Pinka. Ale nie są "tak po prostu", a są na pierwszej randce. Całe spotkanie zapowiada się naprawdę miło, ale po pierwsze - perspektywa Doktora w tle rujnuje wszystko na wejściu; po drugie - gdy podczas rozmowy zostaje poruszony temat wojny, Danny zaczyna burzyć się i podchodzić do wszystkiego zbyt osobiście. Clara nie wytrzymuje napięcia i zwyczajnie wychodzi. Ale wieczór mimo wszystko będzie dla niej pełen wrażeń, bo oto w jej domu, w jej własnym domu ląduje podejrzanie niebieska budka telefoniczna z dziwnym siwym gościem w środku. Na wstępie - aluzji do starości niemalże brak. Teraz wszystkie jakby ustępują aluzjom do groźnych brwi Capaldiego. Wracając do tematu, Doktor ma tym razem problem z istotą, która jak mniema, towarzyszy każdemu z nas, nawet wtedy, gdy pozornie jesteśmy sami. Teoretycznie łączy się to ze snem, który ma na jakimś etapie życia każdy z nas - o ręce spod łóżka, która łapie nas za kostkę. Władca Czasu chce cofnąć się do dzieciństwa Clary za pośrednictwem więzi telepatycznej TARDIS, jednak w wyniku rozbiegania myśli bohaterki lądują nieopodal domu dziecka, w dzieciństwie Danny'ego, który wtedy jeszcze był Rupertem.
Doktor kontempluje nad istotą stworków spod łóżka.
Idiotycznego i przydługiego wstępu stało się zadość. Co bardzo spodobało mi się w odcinku, to wszelkie czasowe kombinacje. Dzieciństwo Danny'ego, dziwna przyszłość z jednym z potomków Pinka i najprawdopodobniej drugiej znanej nam postaci, oraz trzecie, dzieciństwo postaci najistotniejszej ze wszystkich. O tym właśnie mógłbym rozpisywać się najwięcej, bo to najbardziej mnie urzekło. Został wyjaśniony pewien drobny detal z The Day of the Doctor, przy okazji poznaliśmy Doktora od bliższej, nieco słabszej strony. Jeśli chodzi o pomysł na fabułę - wyjątkowy. Zdecydowanie dość mroczny i niepokojący. Co prawda, nie wywoływał ataku paniki jak każde spotkanie z Płaczącymi Aniołami, ale miał w sobie coś klimatycznego z delikatnym dreszczykiem. Humor był tutaj dość oszczędnie dawkowany, ale nie zabrakło go w ogóle, co również cenię. Przede wszystkim, fabuła była dużo bardziej zgrabna i klejąca się niż w odcinku piątym, o czym też nie omieszkam napisać.

Po tych kilku odcinkach walki z samym sobą ostatecznie stwierdzam, że Capaldi został Doktorem. Wpasował się w kanon, wykształcił swoją tożsamość zachowując zasady dziwności i nietypowości. Nie mogę się doczekać kolejnych wystąpień, a ten odcinek zdecydowanie zadziałał na jego korzyść.

wtorek, 16 września 2014

Benedict Cucumberbitch, czyli Sherlock Holmes, najlepszy detektyw tej galaktyki

Odsłon i rodzajów adaptacji powieści Arthura Conana Doyle'a było multum, nie żartuję. Od jakichś młodych wersji Szerloka, po dość nowoczesną, z kobiecym Watsonem u boku - krótko mówiąc, jest w czym wybierać. Nietrudno zgadnąć, że największe wrażenie zrobiła na mnie wersja ze stajni BBC, również całkowicie nowoczesna interpretacja dzieła wyżej wymienionego autora. A dlaczego? O tym trochę niżej.
Duet shipowany przez wielu - Smaug i Bilbo... znaczy, Sherlock i Watson.
Seriale produkowane przez Anglików robią ostatnio ogromną furorę. Wieść o produkcji nowego serialu o najsłynniejszym detektywie świata nie wzbudziła jakiegoś przesadzonego przerażenia, a spotkała się raczej z ogólną ciekawością fanów. Po interesującym Downey'u Juniorze ciężko było obsadzić w tytułowej roli kogoś przynajmniej równie dobrego i charakterystycznego. Jakiś czas po premierze (dużo czasu później) zainteresowałem się produkcją bardziej i, nie powiem, obraz Benedicta Cumberbatcha trochę mi się gryzł z najnowszą filmową adaptacją. Downey Jr. wytyczył pewien kierunek w kwestii Holmesa, który w moich oczach błędnie stał się wzorcem, pod który powinno się dopasowywać kolejnych aktorów. Niemniej jednak wiadomość o Freemanie w roli Watsona całkiem mnie ucieszyła, w moich oczach serial był uratowany. Jakże uprzedzonym pawianem się okazałem (ponownie), bo, o bogowie, Cumberbatch jako Holmes jest świetny! Jest dziwny, ciężko go polubić, często mówi totalnie niezrozumiałe, ale przy tym jest zabójczo inteligentny, momentami bardzo dziecinny i nieodpowiedzialny. Freeman w roli Watsona jest nie tylko jego przydupasem, ale kimś równoważnym, również ma swoje rozterki, jest bardziej racjonalnym, ludzkim elementem tego zabójczego duetu.
Scena z jednego z najlepszych odcinków w trzecim sezonie. W sumie - w  całym serialu.
Jeśli chodzi o samo wykonanie i stylistykę - modernizm (kto by to skojarzył z Szerlokiem?!) w ogóle nie stoi na przeszkodzie komuś, kto z przygodami detektywa był już zapoznany. Daje to twórcom całą gamę możliwości, użycie telefonu, metra, wizja Londynu - wszystko to idealnie się tu wpasowuje. Momenty dedukcji Sherlocka są przedstawione w sposób wyjątkowy, specyficzny, ale mają swój sens. Pozornie losowe i nie łączące się ze sobą słowa dosłownie fruwają nam po ekranie tu i tam, powoli składając się w całość, spójną i logiczną. Humor - jest na swoim miejscu. Szczęśliwie zerwano z konwencją błyskotliwca i nudziarza, który jedynie rozwiązuje sekrety miasta i jego ofiar. Żarciki owszem, bywają głupawe, owszem, przedstawiają Holmesa jako przygłupa (którym oczywiście nie jest), ale przyjemnie rozluźniają napięcie związane z tematem danego odcinka. A właśnie, odcinki. Ich fabuła jest przemyślana, czas ich trwania mówi sam za siebie - przeważnie koło godziny i pół. Sprawia to, że są to już bardziej filmy niż odcinki serialu - i tak też się je ogląda. Są pełne napięcia, budowanej stopniowo historii, no i jakiegoś zaskakującego zakończenia. Owszem, można się czepiać, że na kolejne sezony trzeba czekać koło 126 lat, że mało odcinków w sezonie, że sezonów mało, że za dużo Moffata w Moffacie. Ale te, które są, są naprawdę dobre. Są dopracowane, przemyślane, usprawiedliwiają czas oczekiwania na kolejne. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że Brytyjczycy są na obecną chwilę mistrzami seriali.

piątek, 12 września 2014

Facet w rajtuzach, czyli Doctor Who - Robot of Sherwood (S08E03)

Trochę odłożyłem sobie w czasie oglądanie odcinka (czytaj - nie chciało mi się/nie miałem kiedy/za dużo szkoły), ale tak jest, w końcu wczorajszego wieczoru udało mi się dokonać tego karkołomnego wyczynu. Swoją drogą, stwierdziłem, że nie ma sensu jakieś komiczne rozwodzenie się nad każdym odcinkiem, jaki to Doktor jest zajebisty (duuuh, to Doktor) i w ogóle. W skrócie opiszę swoje wrażenia i co się mniej więcej działo w odcinku, ale bez zbędnych spoilerów. Przejdźmy do samego odcinka, bo przecież po to piszę ten tekst!
Czy trzeba dodawać coś więcej?
Clara podsuwa Doktorowi przeniesienie się w czasie koło 900 lat wstecz w celu spotkania jednej z legend wiecznie żywych, jedynego dobrego banity w rajtuzach - Robin Hooda. Stary (bo tak, tu też będzie wiele aluzji do wieku) zrzęda ma pewne opory przed przeniesieniem się tam, uznaje to za stratę czasu, a samego mistrza łuku za wymysł i legendę. Wiadomo jak kończy się cały spór - nasz wspaniały duet ląduje w średniowiecznej Anglii i całkowitym zbiegiem okoliczności jest witany przez... nigdy nie zgadniecie kogo! No? Ktoś wie? Tak, to Robin Hood, szok sięgnął zenitu! Sceptycyzm Doktora nie ustępuje ani na trochę, a wręcz pogłębia się. W międzyczasie obaj toczą pojedynek, w którym nasz tytułowy bohater używa... łyżki. Świetna scena, swoją drogą. Aby zbytnio nie zdradzać fabuły powiem tylko, że później akcja całkiem sprawnie wchodzi w klimaty sci-fi, nie zatracając równocześnie niczego ze swojej średniowieczności.
Clara jest zachwycona wizją spotkania jednego z najsłynniejszych bohaterów w ogóle, Doktor nieszczególnie.
Co mnie najbardziej urzekło w tym odcinku? Humor, humor, i jeszcze raz humor. Podczas gdy poprzednie odcinki były raczej poważne i niewiele było w nich komediowych wstawek, o tyle ten zgrabnie zmienił nastrój i pokazał, że to wciąż ten serial, ten Doctor Who, który jest różnorodny i uniwersalny. Relacja między Doktorem i Robinem jest przekomiczna, Anglik w rajtuzach nie mógłby odpuścić sobie w jakiejkolwiek wypowiedzi aluzji do wieku swego rozmówcy (to się powoli robi irytujące), ale same przekomarzanki zdecydowanie na plus. Kolejnym aspektem, który mi się spodobał, było swoiste nawiązanie do odcinka pierwszego. Pewien motyw jakby powtarzał się. Czuć, że narasta jakaś intryga, jakiś problem na większą skalę, którego znakomite i emocjonujące ujście poznamy pewnie dopiero w finale. Jeśli chodzi o akcję i fabułę tutaj, to była dość żwawa, niespecjalnie zaskakująca, ale satysfakcjonująca. Pod względem pomysłowości ten odcinek na pewno ustępuje poprzedniemu, ale doskonale wpasowuje się w umiarkowany poziom narzucony przez serial. Zapowiedź następnego sugeruje kolejną odmianę nastroju, tym razem na bardziej mrożący krew w żyłach, a nawet horrorowy. I chyba już przyzwyczaiłem się do Capaldiego. Ale Tennanta nie przebije.

wtorek, 2 września 2014

Podróż do wnętrza Daleka, czyli Doctor Who - Into the Dalek (S08E02)

Po takim sobie odcinku otwierającym ósmy sezon i po dość ciekawej zapowiedzi odcinka drugiego, niecierpliwiłem się jeszcze bardziej przez te kilka dni. Oczekiwałem, że Capaldi nareszcie zabłyśnie, odcinek będzie się kleił, będzie miał ciekawą fabułę i sporo humoru (w przeciwieństwie do poprzednika). Z radością muszę przyznać, że wszystkie moje obawy rozwiały się i po seansie byłem bardzo zadowolony, ba, był fantastyczny!
Dwaj główni bohaterowie tego odcinka.
W wyniku różnych dziwnych okoliczności (jak to na niego przystało) Doktor trafia na statek kosmiczny. Załoga ma niemały problem, bo na pokładzie jest ktoś, kto natychmiast potrzebuje lekarza, a że natrafił się Doktor, to czemu miałby nie pomóc. Pacjent jest dość nietypowy, bo to... Dalek. Właściwie to tylko wzywa doktora, ale nie wygląda na chorego. Lepiej - to Dalek, który nienawidzi swoich pobratymców. Nasz wspaniały Władca Czasu musi zmniejszyć się do rozmiarów mikroskopijnych, by odkryć źródło dziwnej zmiany w osobowości swego nemezis. Oczywiście, uprzednio porywa Clarę Oswald, która właściwie była w trakcie nawiązywania jakiejś poważniejszej relacji z nowym nauczycielem.
Więc tak, tak jak mówiłem, nie zawiodłem się. Czuć, że Capaldi jeszcze się rozkręca i jeszcze ma wiele do pokazania, ale powoli już wkracza na te doktorowe tory. Fabuła - świetna. Pomysł bardzo świeży, zaskakujący, odpowiedni, by nadać sezonowi właściwe tempo. Moffat ponownie pokazuje się od swojej lepszej strony (a wiadomo, że jest nieprzebytą skarbnicą pomysłów). Bardzo podobało mi się przybliżenie nam postaci Daleka. Nie tej całej solniczkopodobnej obudowy z przepychaczem i trzepaczką w charakterze uzbrojenia, ale tego dziwnego, nieco odrażającego mackowatego glutka obsługującego całą tę maszynerię. Jak się okazuje, oni też mają wspomnienia. I jest możliwe, by byli bardziej podobni nam. By z kosmicznych nazistów nie zmienili się od razu w kosmicznych hipisów, ale by przynajmniej poczuli empatię. Ten motyw otwiera całą gamę możliwości na przyszłe odcinki. Plus, kolejne pojawienie się tajemniczej postaci w dziwnym miejscu, co notabene miało też miejsce w odcinku poprzednim.
Biedny, dobry Dalek.
Odcinek trzeci też zapowiada się na ciekawy, a przynajmniej dziwny. Sherwood? Robin Hood? Doktor? To nie może się nie udać.

poniedziałek, 1 września 2014

Nowy Doktor - S08E01 "Deep Breath"

Na nowego Doktora czekałem dobre parę miesięcy (w sumie, tak jak reszta całego fandomu). Po dość smutnym i emocjonującym zakończeniu kariery Matta Smitha, czyli jedenastego wcielenia, byłem jeszcze bardziej ciekaw do czego posuną się twórcy. Czy mogli uczynić Władcę Czasu jeszcze bardziej charyzmatycznym i dziwacznym niż Tennant i Smith (mówię oczywiście tylko o nowych seriach)? Póki co nie mam zdania, bo wiadomo, pierwsze odcinki to i on sam trochę nie wie gdzie jest, płacze, że nie jest rudy, że jest stary, ma fajną wątrobę i takie tam. I tak też było tym razem, ale po kolei.
Nowy Doktor (czyli Capaldi) i stara Clara (czyli Jenna Coleman).

Realia odcinka - wiktoriański Londyn. Moja dziewczyna twierdzi, że ma już dość tej tematyki w tym serialu, w sumie to mogę się podpiąć pod tę opinię. Ale okej, pomijamy ten wspaniały fakt, bo oto w tymże Londynie materializuje się wielki T-Rex. Chwilę potem materializuje się TARDIS, a właściwie to zostaje wypluta przez dinusia z przykrótkimi rączkami. Ze środka wylatuje całkiem nowy i całkiem zmarszczony Capaldi w roli dwunastego wcielenia, i wciąż piękna i nieskazitelna Jenna Coleman w roli Clary. Nasz Władca jak zwykle nie ogarnia totalnie, nie wie co się dzieje, a do tego zaczyna się żalić, że jest stary. W tym samym momencie pojawia się znajomy już fanom serialu gang, czyli Vastra, Jenny, oraz ziemnior Strax. Doktor odpływa, a w międzyczasie reszta rozkminia jak uspokoić relikt przeszłości - wielkiego gada szalejącego po Londynie. Później wychodzi na jaw, że dinozaur nie jest największym problemem naszych bohaterów - będzie im dane zmierzyć się z... HA. Obejrzyjcie, to się dowiecie.
Oprócz twarzy Doktora, zmienił się także nieco wystrój TARDIS.
O Capaldim w roli głównej nie mam za bardzo jeszcze zdania, podejrzewam, że podobnie będzie gdzieś do połowy sezonu. Wiem tylko, że ma chłop potencjał i nie przekreślam go póki co. Po prostu jeszcze nie ogarnął się w nowym wcieleniu. Ciekawy jest też kontrast między nim, a młodo wyglądającym Smithem. Nowy Doktor wydaje się przez to bardziej dojrzały, na pewno będzie miał inne podejście do wielu spraw. A jeśli już o wieku mówimy - niepotrzebnie w każdym dialogu bohaterów zawarto jakieś nawiązania do zupełnie nowego wyglądu Doktora. Fajnie, że wygląda na starszego, ale mam oczy, więc nie trzeba mi o tym przypominać w każdym możliwym momencie. Jeśli chodzi o sam odcinek, to był dość mało humorystyczny, starał się być poważny i spektakularny do bólu. Wyszedł dość zwyczajnie, ot, jak odcinek gdzieś ze środka sezonu. Fabuła - ciekawa. Wciąż nie mam zamiaru zdradzać kto będzie głównym schwarz charakterem, ale spór będzie toczył się o znaczenie człowieczeństwa i pytanie, gdzie stoi jego granica. I czy w ogóle da się je zdefiniować. Udział gangu bardzo miły jak na początek sezonu, bo fajnie zobaczyć jakieś znajome twarze. Plus należy się też za końcowe momenty odcinka, krótką chwilę mamy okazję pooglądać ulubieńca fandomu. No i znajdują się też nawiązania do poprzednich odcinków - na przykład do The Bells of Saint John z sezonu 7. Nawet jeśli odcinek nie przypadł do gustu każdemu i nieco wynudziły ich takie realia i okoliczności, drugi powinien to wynagrodzić. Z zapowiedzi wynika, że ponownie będzie w tematyce sci-fi. Tymczasem zmykajcie odrabiać zaległości, a ja lecę oglądać drugi odcinek!

czwartek, 28 sierpnia 2014

Jak zepsuć serial? - "The Walking Dead"

Był taki czas, że motyw zombie w filmach/komiksach/grach był moim ulubionym. Mogłem w kółko wałkować Noc Żywych Trupów, 28 Dni Później, non stop łoić w Left 4 Dead. W końcu w jakiś sposób odkryłem The Walking Dead, które jeszcze wtedy miało tylko dwa sezony. Zainteresowałem się, obejrzałem jeden odcinek i totalnie przepadłem. To było to, czego mi było trzeba, akcja była budowana stopniowo, zawierała ciekawe zwroty, bardzo ludzkich bohaterów, no i oczywiście masę na wpół zgniłych chodzących zwłok.
Któryś z nowszych plakatów serialu.
Serio, pierwsze dwa sezony łyknąłem w 3 albo 4 dni. Świetnie się to oglądało, odcinki kleiły się, były pełne napięcia, a co najważniejsze, z bohaterami było bardzo łatwo się zżyć. Byli tacy jak my, zwykli ludzie - łatwo popadali w rozpacz, tęsknili, bywali wybuchowi. Pierwszy sezon upłynął w atmosferze całkowitego survivalu. Dało się wyczuć, że grupka głównych bohaterów to wybrańcy, którzy są w zasadzie z góry skazani na niepowodzenie. Walczyli na przegranej pozycji, usiłowali wydrzeć sobie jeszcze ten jeden dzień życia. Drugi sezon w opinii wielu dość niepotrzebnie przerodził się w swoistą telenowelę. Prawie cały miał miejsce na farmie, która była świadkiem wielu tragedii i dramatów. Moim zdaniem - bardzo fajny sezon. Okej, samych zombie dość niewiele, mało strzelania i przetrwania, ale relacje między bohaterami zostały tutaj przedstawione fantastycznie. Łatwo było się wzruszyć ich losem, utratą najbliższych, zbliżającą się i nieuchronną porażką. Finalne sceny dawały jakby ujście całemu deficytowi akcji i wypełniały tę pustkę w stu procentach. Po obejrzeniu tych dwóch serii byłem szczerze załamany, "że jak to, już koniec? Ja chcę więcej, przeżywam!". Długo jeszcze żyłem wydarzeniami serialu, zdążyłem nawet całość obejrzeć jeszcze raz i nawet mnie nie znudziła. W końcu nadszedł sezon trzeci.
Jedyna słuszna ekipa.
I tu już kompletna odmiana. Nasza ekipa osiedla się w *SPOILER* opuszczonym więzieniu *SPOILER *, gdzie powoli odbudowuje "cywilizację", że tak to ujmę. Chodzi mniej więcej o to, że znaleźli sobie pozornie bezpieczne miejsce i w nim siedzą, bronią się przez trupami i jest fajnie. Dla widzów średnio fajnie, bo wszystko zostało masakrycznie przeciągnięte w stosunku do komiksowego odpowiednika. Masa wątków jest tu wciśnięta na siłę, niepotrzebna, nudna jak flaki z olejem. Zombie może i więcej, ale co z tego, skoro brakuje tego niesamowitego, przytłaczającego klimatu zagubienia, opuszczenia, apokalipsy? Fabuła zamiast trzymać stałe tempo jest nierówna, momenty w miarę ciekawe są przeplecione z usypiającymi. Postacie stały się jeszcze bardziej płaczliwe, miałkie, niepoważne, niż kiedykolwiek. Jedynie postać Gubernatora z lekka ratowała tutaj całość. A potem zaczął się sezon czwarty, którego nie mam nawet siły komentować, i którego przyznaję, nie obejrzałem w całości. Zabrakło mi cierpliwości. O ile komiks na tym etapie potrafił mnie porwać, o tyle serial tutaj już wszedł na jakieś kosmicznie niemożliwe tory. Serio, teraz już się tego nie da oglądać, przynajmniej ja już nie mam do tego siły. Bohaterowie są odpychający. Akcja usiłuje być  zaskakująca i żwawa. To nie jest ten serial, który uwielbiałem. Możecie odebrać to jak ból dupy, ale szczerze nie polecam. A jeśli już, to tylko 2 pierwsze sezony. O reszcie śmiało możecie zapomnieć.

sobota, 9 sierpnia 2014

Jak zostałem fanem "Doctora Who"

Doctor Who to serial kultowy. Takie motywy jak podróże w czasie i przestrzeni, soniczny śrubokręt albo niebieska budka telefoniczna zna chyba każdy, nie tylko fan science-fiction i seriali. Nie zamierzam się tu zagłębiać w historię serialu, stare serie (których jeszcze nie obejrzałem, ale niedługo nadrobię), tylko w serie powstałe od reaktywacji serialu w 2005 - udanej, trzeba dodać. Z ciekawostek - produkcja zgarnęła całą masę nagród dla, na przykład BAFTA, dla najlepszego serialu brytyjskiego, najlepszego scenariusza i aktora. Pierwszy odcinek wyemitowano w 1963 (w zeszłym roku serial obchodził okrągłą 50-tą rocznicę), a w postać Doktora póki co wcielało się 13 aktorów. I wcale nie zapowiada się na rychły koniec.
Christopher Eccleston, pierwszy Doktor po reanimacji serialu. Po prawej największe nemezis Władców Czasu - Dalek.
Pokrótce - serial opowiada o ostatnim Władcy Czasu, Doktorze Who z planety Gallifrey. Wszyscy mieszkańcy jego planety, jego pobratymcy, zginęli w Wielkiej Wojnie Czasu stoczonej swego czasu z Dalekami, największym nemezis Władców, solniczkopodobnymi robotami kierowanym przez kryjące się we wnętrzu ośmiornicopodobne stworki. Nasz protagonista w każdym kolejnym odcinku zmaga się z nowym przeciwnikiem, nowym problemem stanowiącym zagrożenie dla Ziemi, której poprzysiągł bronić. Oczywiście, w dużej części odcinków ponownie staje do walki z Dalekami lub na przykład Cybermenami, którzy również są jego odwiecznymi przeciwnikami, jednak w zaskarbionej sobie nienawiści Doktora stoją o klasę niżej od Złowieszczych Solniczek z Kosmosu. Drugim głównym bohaterem serialu jest TARDIS (Time And Relative Dimension(s) In Space) - niebieska budka telefoniczna, która słynie z tego, że jest większa w środku niż na zewnątrz. Nie jest oczywiście zwykłą budką, bowiem jest ona swego rodzaju statkiem kosmicznym i wehikułem czasu, drugim mózgiem naszego Doktora, nieodłącznym towarzyszem jego podróży. Budka ta stanowi motor napędowy każdej z wypraw Władcy Czasu, przenosi go to tu, to tam, od prehistorii, po wybuch Wezuwiusza. Może go również zabierać na inne planety, coby się nam Doktor nie nudził.
TARDIS.
Wracając jednak do moich wrażeń odnośnie serialu - przygodę postanowiłem zacząć z nowymi seriami, bo po prostu bałem się, że stare odrzucą mnie nieco archaicznymi rozwiązaniami, prymitywną mechaniką. Po sezonie pierwszym (przyjmijmy taką numerację) miałem raczej mieszane uczucia. Okej, wszystko było naprawdę pomysłowe, każdy odcinek wnosił coś nowego, Eccleston w roli głównej był zabawny, wzbudzał sympatię u widza, od samego początku chciało się mu kibicować. Nie podobały mi się natomiast kiczowatość efektów (okej, może się czepiam) i trochę drewniana z początku gra niektórych aktorów (sorry, Billie Piper). Przeglądając tumblra, czytając opinię na filmwebie nie poddawałem się i brnąłem dalej, bo wiedziałem, że w końcu całkowicie przepadnę. Aż tu nagle sezon drugi i w roli głównej David Tennant. I to był moment, od którego kompletnie przepadłem. Tennant w roli Doktora był genialny, zabawny, dziwny, często mówił totalnie od rzeczy, był inteligentny, błyskotliwy, szalony. Dokładnie taki, jaki powinien być główny bohater w takim serialu. Często też nabierał powagi, stawał się groźny, nieprzyjemny, budził respekt. Tennant uczynił Doktora postacią wielowymiarową, bardzo ludzką. Taką, z którą moglibyśmy się utożsamiać. Znacznie poprawiła się też pomysłowość względem odcinków, były one dużo bardziej różnorodne, przemyślane, dużo mniej bezsensowne (Slitheen?), było w nich więcej akcji, komizmu, jakby nowy aktor zaczął wszystko napędzać. Poprawiła się też gra aktorska, drugi sezon zwiększył rolę wielu postaci (o tobie mówię, Rose), co wyszło zdecydowanie na plus. I tak było właściwie niezmiennie aż do końca czwartego sezonu. W międzyczasie wprowadzono wiele nowinek, przewinęło się wielu kompanów Doktora, pojawiło się wielu nowych przeciwników (ach, Weeping Angels, genialna idea). Oczywiście, zdarzały się gorsze momenty (Love & Monsters, który totalnie mnie wynudził), ale całościowo było na bardzo wysokim poziomie.
David Tennant, IMHO najlepszy Doktor nowych sezonów.
Końcówka sezonu czwartego była też końcem roli Tennanta. Doktor regeneruje jedenasty raz (wiem co mówię) i w jego rolę od tego momentu wciela się Matt Smith. Jest to też moment, w którym serial przechodzi szereg zmian, staje się bardziej amerykański niż brytyjski, TARDIS zmienia nieco wystrój, a soniczny śrubokręt zmienia kolor z niebieskiego na zielony. Głównym założeniem było to, by produkcja stała się nieco bardziej przychylna nowemu widzowi. Od momentu reanimacji serialu minęły 4 sezony, nie każdemu musiało się chcieć przez nie wszystkie brnąć. W odcinkach pojawia się więcej akcji, rozwiązania stają się coraz bardziej zaskakujące, pojawia się więcej kilkuczęściowych serii odcinków mających ogromny wpływ na fabułę. Matt Smith jako Doktor również zjednał sobie całe rzesze fanów - podobnie jak Tennant był dziwaczny, szalony na swój sposób, momentami pociągająco błyskotliwy i zabójczo nieogarnięty (jednak w mojej opinii był o klasę niżej od niego).
Matt Smith, nienaganna muszka, nienaganna fryzura, Doktor jak się patrzy.
Ostatni sezon z udziałem Smitha to sezon siódmy. Co trzeba mu przyznać to to, że był bardzo pogmatwany, poruszał ważne dla fabuły kwestie, pojawiły się problemy, które echem będą się odbijały jeszcze długo, często odcinki były całkowicie niezrozumiałe. Obecnie czekamy na sezon ósmy, w którym pałeczkę Doktora przejmuje Peter Capaldi. Facet jest już znany z wcześniejszych wystąpień w serialu, zdarzyło mu się w nim zagrać na przykład mieszkańca starożytnego Rzymu.
Co mnie najbardziej urzekło w serialu? Totalna jazda bez trzymanki, jeśli chodzi o fabułę odcinków. Twórcy mają całkowitą dowolność w rozwiązaniach, od najdziwniejszych, po pozornie bezsensowne. Również przeciwnicy, z którymi zmaga się Doktor mogą powstawać w kółko, na nowo (choć po Slitheen już nic mnie nie zaskoczy). Motyw regeneracji głównego bohatera to dla twórców kura znosząca złote jaja. Widzów będzie przybywało, a coraz to nowi aktorzy będą wcielali się w głównego bohatera, dając mu nową osobowość, tworząc nowego Władcę Czasu. Serial porusza poważne tematy ukryte pod otoczką ratowania świata/galaktyki. Doktor to odludek, samotnik, odrzucony, bez rodziny i domu. Zmuszony jest błąkać się po galaktyce, borykać się z kolejnymi problemami. Liczne regeneracje i wcielenia mogą być symbolem problemu z własną tożsamością. Humor Doctora Who należy do jednego z moich ulubionych w dziedzinie kinematografii. Jest często bardzo prymitywny, często jednak jest wyrafinowany, abstrakcyjny, nierzadko nawiązuje do wszechobecnej popkultury. Doktor to bohater idealny, jak już napisałem wcześniej, szalony, inteligenty, niecodzienny, często dziecinny. Od pierwszych minut zdobywa naszą sympatię.
Twarze Doktora so far.
Na chwilę obecną jest to mój ulubiony serial. Zawsze byłem fanem science-fiction, a w takiej humorystycznej, quasi naukowo-komediowo-dramatycznej otoczce już na amen. Jest to właściwie serial idealny, bo przez brak ograniczeń jeden odcinek może budzić grozę, drugi może być w całości melancholijny, smutny, trzeci totalnie dowcipny i niepoważny. Nie mogę się doczekać nowego sezonu, którego premiera jest zaplanowana na końcówkę sierpnia. Jestem ciekaw jakim Doktorem będzie Capaldi i czym tym razem zaskoczą nas scenarzyści. Bo będą mieli ku temu wiele okazji.

P.S.
Cały fandom tumblrowy nie jest przesadzony, do bohaterów łatwo się przywiązać.

czwartek, 24 lipca 2014

Psychodeliczny trip w wydaniu dziecięcym - "Pora na przygodę!"

Wszyscy, którzy wychowali się na przełomie XX i XXI wieku (czytaj, lata 90' i początek tego wieku) wiedzą w jakim kierunku poszły kreskówki. Mam tu na myśli oczywiście głównie te z Fox Kids/Jetix i Cartoon Network, tutaj jednak chciałem się raczej skupić na tym drugim programie. Fantastyczne kreskówki, które pamiętam z dzieciństwa, "Laboratorium Dextera", "Samuraj Jack", cały blok poświęcony superbohaterom, czyli "Toonami", "Ed, Edd i Eddy" zostały zastąpione przez jakiś szajs z aktorami, pokroju miernego "Nie ma to jak hotel" albo "Tu wstaw jakąś losową nazwę jakiegoś nudnego i żenującego serialu dla młodzieży". Oczywiście, trochę podrosłem od wieku, w którym normalnie ogląda się kreskówki, ale wciąż jestem ich ogromnym fanem, więc widząc taki gwałt na ogromnej części mojej wczesnej młodości niemalże płakałem i zgrzytałem zębami. A jeśli nie zostały zastąpione przez badziewne seriale, to dla odmiany przez kreskówki robione chyba dla młotów. Z miałką fabułą, nudnymi bohaterami, a światem tak imponującym i ciekawym dla dziecka jak partia szachów. Ostatnimi czasy naczytałem się też sporo o powrocie animacji do korzeni. Pojawił się "Spongebob Kanciastoporty", za którym przepadam, "Regular Show", którego jeszcze nie oglądałem, no i rzecz jasna "Pora na przygodę!". Na tej ostatniej zamierzam się tu skupić.
Dwaj ziomale - pies Jake i człowiek Finn.
Zanim przysiadłem do seansu związanego z "Porą..." zdążyłem się sporo naczytać w internecie o tym serialu. Wypowiadały się o nim głównie jakieś pseudo-nerdowskie środowiska, fandomy, itp. Czyli sami specjaliści! Ale do rzeczy, z wypowiedzi wynikało, że choć jest to kreskówka dla dzieci (sama obecność na Cartoon Network powinna o tym świadczyć), to aż rzyga wszelkimi żarcikami, podtekstami, ukrytymi przesłaniami zrozumiałymi jedynie dla widza starszego lub przynajmniej bardziej uświadomionego w życiu. No i serial oczywiście uchodził za bardziej psychodeliczny, nawet od samego "Spongeboba". To musiało się udać. Wcześniej obejrzałem parę odcinków sam i były prześwietne, ale dzisiaj zafundowaliśmy sobie z dziewczyną mały maraton. I właściwie nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że dawno nie uśmiałem się tak na kreskówce z Cartoon Network. Naprawdę, wszystkie te żarty, aluzje, rozmowy, sytuacje są tak absurdalnie rozbrajające, że aż ciężko się powstrzymać od śmiechu. I tak jak w tytule, kreskówka ta jest prawdziwie psychodelicznym tripem. Niby klasyczny schemat, główny bohater i jego wierny towarzysz, w tych rolach Finn i Jake, ale to wszystko jest ubrane w tak abstrakcyjną otoczkę, jakich obecnie mało w mediach, i jakich było mało w mediach kiedykolwiek.
Plejada gwiazd świata Ooo.
Bohaterowie żyją w krainie Ooo na postapokaliptycznej ziemi. W każdym odcinku spotyka ich inna przygoda, co, jak podpowiada tytuł, jest motorem napędowym całej animacji. Twórcy dostali tu wolną rękę i wszystkie kreatury, bohaterowie, stwory, krainy to tak naprawdę często zbitki losowych kształtów. Wszystko jest tutaj tak chore, niedorzecznie kolorowe, że aż przyjemnie się to ogląda. Pod dość oklepanymi schematami na fabułę (zdobywanie artefaktów, pokonywanie potworów, ratowanie księżniczek) kryją się naprawdę poważne zagadnienia czytelne tylko dla bardziej dociekliwych widzów. Pojawia się więc tutaj problem nałogów, uzależnienia, biedy, nieszczęśliwej miłości, szaleństwa, samotności, a nawet ostracyzmu społecznego. Wiem, że może to brzmieć dość oklepanie, ale pod tą cukierkową wizją kryją się realne problemy. A żarty, zabawne sytuacje są tak genialnie śmieszne, że każdego mruka na pewno ruszą. Turlający się, rozleniwiony, uprzednio opychający się lodami Jake jęczący: "Jestem tak gruby, że nie wiem co robić" jest co najmniej rozbrajający. Nawet "Ed, Edd i Eddy" się chowa.
To mówi samo za siebie.
W skrócie - kreskówka ta przywróciła mi wiarę w przyszłość seriali animowanych. Mogę się też założyć, że większą część widowni stanowią nerdy takie jak ja, a nie dzieci, którym to było przeznaczone. Tak czy siak, świetnie się przy tym bawię i w każdy gorszy, szary, smutny dzień warto sobie zafundować taką psychodeliczną, inteligentną wbrew pozorom jazdę bez trzymanki po nieokiełznanej i szalonej krainie Ooo.