Tytuł oryginału: Guardians of the Galaxy
Rok wydania: 2014
Reżyseria: James Gunn
Gatunek: akcja/sci-fi
Kraj: USA
W ferworze przedmaturalnego obłędu obcyndalam się na wszystkie możliwe sposoby, efekty dwóch z nich zaobserwujecie na bazie tego wpisu:
a) oglądam filmy;
b) wylewam swoje opinie w internetach;
c) piję przy tym herbatę.
O Strażnikach Galaktyki przed obejrzeniem filmu wiedziałem mniej więcej tyle, że istnieją. Ot, kolejny z całego stosu superhero squadów niższej kategorii pokroju siódmej generacji X-Force czy Obrońców Zachodniego Wybrzeża (cokolwiek). Aby nie czuć się całkowitym laikiem w temacie, wcześniej zrobiłem mały research i man, oh, man, w jak wielkim błędzie byłem! Jak się okazało, Strażnicy Galaktyki odwalali niemałą robotę powstrzymując przez dekady (pierwszy skład powstał w 1969) takich typków jak chociażby Thanos - w dużym skrócie, robili porządek w kosmosie tam, gdzie Avengersi nie dawali rady. Przez komiksową wersję tej ekipy przewijało się mnóstwo postaci nie pojawiających się w filmie (między innymi Mantis i Warlock), jednak nie o tym tutaj. Skupię się całkowicie na kinowym przedstawieniu tej pozornie nie klejącej się bandy. A właśnie ona w jakichś 80 % stanowi o jakości tego filmu.
Postacie zostały zagrane fe-no-me-nal-nie - różnią się od siebie, mają swoje pobudki, które ostatecznie doprowadziły ich do członkostwa w Strażnikach Galaktyki, mają całkowicie odmienne poglądy i charaktery, w czym ogromna zasługa doborowej obsady. Mamy tu całkiem jajcarsko-sarkastycznego Ziemianina Petera Quilla/Starlorda (Chris Pratt), będącego czymś w rodzaju tamtejszego Hana Solo nowej generacji - to typowy cwaniaczek do wynajęcia lecący głównie za hajsem (a niebezpośrednio, za wygodą dla własnego tyłka) - perfekcyjny frontman, który - co najlepsze - nie jest bez skazy i właśnie ten egoizm (początkowy) czyni go naturalnym i prawdziwym. Jest i zielonoskóra (serio, czy to jedyny symbol "obcości"?) Gamora (Zoe Saldana) - wytrenowana zabójczyni wychowywana za młodu przez dość nieprzyjemnego typka (o czym więcej dowiecie się z samego filmu), jest także Drax, czyli szeroki jak szafa trzydrzwiowa quasi-barbarzyńca z najciemniejszych zakątków kosmosu kierowany rządzą mordu i zemsty - w niego wcielił się Dave Bautista, co do którego miałem pierwotnie dość mieszane uczucia, obawiałem się, że będzie bardziej drewniany od Groota, ale jednak wybrnął bezbłędnie. A właśnie - Groot, czyli humanoidalne drzewo (ugłosowione przez Vina Diesela), a zarazem połowa duetu Groot/Rocket. Drzewo i całkiem wyszczekany szop (którego głosem był Bradley Cooper), specjalista od broni palnej, plazmowej, laserowej i technologii w ogóle. Czy mogło być lepiej? Generalnie, polecam obejrzeć ten film dla samych monologów Groota. Kordian wymięka.
No, ale nie samymi prawymi charakterami ten film stoi. Naczelnym nemezis tej wesołej kompanii będzie tutaj Ronan (Lee-Thranduil-Pace), czyli niebieskoskóry typek z planety Kree, posługacz Thanosa, a przy tym nieziemsko (ha) ambitny gościu. Cóż można o nim powiedzieć? Macie ochotę strzelić mu w pysk przez ekran odbiornika, a to chyba oczekiwany przez twórców efekt, hm?
Jako największą zaletę wymieniłem postacie - i to prawda, ale poza ich wyjątkowością jako oddzielne byty, świetnie obserwuje się ich wzajemne relacje, często ze skrajnie negatywnych przechodzące w skrajnie pozytywne. Jakimś sposobem (pomimo obcości), bohaterowie Strażników Galaktyki okazują się być bardziej ludzkimi, zbudowanymi z krwi i kości typami. Drugim mega pozytywnym aspektem tej produkcji okazuje się być fabuła, która nie tylko dozuje napięcie, ale rozkręca się w idealnym tempie i nie dłuży się niczym każdy jeden dwudziestominutowy epizod brazylijskiej telenoweli (nie pytajcie skąd wiem, po prostu nie pytajcie) - są tu dość refleksyjne momenty, końcówa może nawet wzruszyć (serio, nie żartuję), a wszystko to przełamane jest ciętymi one-linerami Rocketa, Starlorda, Groota, czy wypowiedziami biorącego wszystko absurdalnie dosłownie Draxa.
Trzecim aspektem jest wizualny i dźwiękowy. To w zasadzie sci-fi, w którym ciężko odróżnić zieloną płachtę od realnych elementów, ale wygenerowane tła ociekają miodem, są wykonane dokładnie i widowiskowo, a już najlepiej wygląda Pino... ekhem, Groot i Rocket. Cóż, jeśli tak miałyby wyglądać nowe Gwiezdne Wojny Abramsa, to jestem za. A muzyka? Słodki i futurystyczny ambient. ALE nie tylko. Usłyszycie mnóstwo pochodzących zupełnie z Ziemi kawałków z lat 70' i 80'. A czemu, to już musicie sprawdzić sobie sami.
Podczas gdy komiksowi Strażnicy byli czymś w rodzaju międzyplanetarnych Avengersów (pod względem patosu i ogólnego nastroju), ich filmowa wersja to raczej luźne podejście do superbohaterskich ekip. Widowiskowa, dowcipna, a przy tym całkiem rozluźniająca odskocznia od poważnych i szaroburych klimatów silących się na smuty filmów o kolesiach w łachach z lateksu. Joł.
Ocena: 9/10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty
sobota, 25 kwietnia 2015
niedziela, 12 października 2014
Is there life on Mars? - "Kontakt" (1997)
Z wielu stron napływały do mnie głosy polecające mi ten film, jako, o dziwo, ambitny (wbrew swej tematyce). Jako fanatyk filmów o obcych i wszystkich pochodnych science fiction, nie poczułem większych oporów przed obejrzeniem tworu Roberta Zemeckisa (który w temacie sci-fi siedzi po uszy - przykładem może być chociażby Powrót do przyszłości). Nie spodziewałem się wybuchów, abdukcji, bliskich spotkań "któregośtam" stopnia. I dobrze, bo obcy mają tu charakter zdecydowanie symboliczny.
Film otwiera fantastyczne ujęcie na naszą "ukochaną" planetę. W tle słyszymy pocięte i totalnie przemieszane odgłosy przemijających losów ludzi na Ziemi - trochę wypowiedzi prezydentów, trochę ulicznego zgiełku - ot, życie. Niedługo potem poznajemy główną bohaterkę Kontaktu - Ellie Arroway (Jodie Foster). W pierwszych scenach jest jeszcze dzieckiem. Wychowana jedynie przez ojca całkowicie zagłębia się w świat sygnałów, odgłosów, fal radiowych, nasłuchiwania i kosmosu. Ów prolog ma dość dramatyczne zakończenie, jednak już za moment przechodzimy do właściwego czasu i miejsca fabuły. Ellie jest już poważaną osobą w świecie nauki, a jej pasja ani na trochę nie wygasła - wręcz przeciwnie, teraz jest pielęgnowana jeszcze dogłębniej, niemalże maniakalnie. Celem Ellie jest odkrycie życia pozaziemskiego na podstawie sygnału, który do tej pory jeszcze nie został nadany. Nasza pani naukowiec boryka się z problemami finansowymi i dość sceptycznym przełożonym, jednak w końcu wkracza na właściwe tory i uzyskuje warunki odpowiednie do badań. Nie muszę chyba mówić, że niedługo potem odebrany zostaje sygnał, którego znaczenie jest raczej enigmatyczne, ale od pierwszych chwil sugeruje "obcość" zjawiska.
Ellie, jak to naukowiec, raczej sceptycznie podchodzi do kwestii Boga, bo i ona ma ogromne znaczenie dla fabuły filmu. Wątek romansu z uduchowionym Palmerem Jossem (Matthew McConaughey) dodaje całości smaczku, bo obie postacie ostro ścierają się ze sobą na planie metafizycznym (który dla Ellie właściwie nie istnieje). Zakończenie filmu jest, pomimo swoistego "wyjaśnienia", wieloznaczne i niejednowymiarowe. Można je przypisać zarówno do stricte naukowej części filmu, jak i tej duchowej, reprezentowanej przez Jossa.
Z łatwością można zarzucić Kontaktowi schematyczność. Bo owszem, jest przerażająco wręcz schematyczny. Jak w każdej produkcji tego typu, i tu musiała się znaleźć ekipa sceptyków, maniakalne dążenie do sukcesu, ogólna niewiara i sprzeciw ludzkości. To było rzeczywiście łatwe do przewidzenia, jednak mające miejsce w odpowiednim punkcie fabuły, rozegrane sensownie.
Kino dotyczące istot pozaziemskich wkroczyło dla mnie na wyższy poziom wraz z obejrzeniem tego filmu. Uznaję, że sami obcy nie muszą nawet pojawić się na ekranie, by zagadkowość, namnażające się pytania i interesujące zabiegi budowały klimat ogromnej tajemnicy. A co do samych obcych? Ludzkość zdecydowanie nie jest gotowa na przyjęcie do wiadomości możliwości ich istnienia. Okazuje się, że wiemy zbyt mało o nas samych. Siedzi w nas równie wiele nieodkrytych tajemnic, które mogą być równie zaskakujące.
| Plakat filmu. |
Ellie, jak to naukowiec, raczej sceptycznie podchodzi do kwestii Boga, bo i ona ma ogromne znaczenie dla fabuły filmu. Wątek romansu z uduchowionym Palmerem Jossem (Matthew McConaughey) dodaje całości smaczku, bo obie postacie ostro ścierają się ze sobą na planie metafizycznym (który dla Ellie właściwie nie istnieje). Zakończenie filmu jest, pomimo swoistego "wyjaśnienia", wieloznaczne i niejednowymiarowe. Można je przypisać zarówno do stricte naukowej części filmu, jak i tej duchowej, reprezentowanej przez Jossa.
Z łatwością można zarzucić Kontaktowi schematyczność. Bo owszem, jest przerażająco wręcz schematyczny. Jak w każdej produkcji tego typu, i tu musiała się znaleźć ekipa sceptyków, maniakalne dążenie do sukcesu, ogólna niewiara i sprzeciw ludzkości. To było rzeczywiście łatwe do przewidzenia, jednak mające miejsce w odpowiednim punkcie fabuły, rozegrane sensownie.
Kino dotyczące istot pozaziemskich wkroczyło dla mnie na wyższy poziom wraz z obejrzeniem tego filmu. Uznaję, że sami obcy nie muszą nawet pojawić się na ekranie, by zagadkowość, namnażające się pytania i interesujące zabiegi budowały klimat ogromnej tajemnicy. A co do samych obcych? Ludzkość zdecydowanie nie jest gotowa na przyjęcie do wiadomości możliwości ich istnienia. Okazuje się, że wiemy zbyt mało o nas samych. Siedzi w nas równie wiele nieodkrytych tajemnic, które mogą być równie zaskakujące.
Etykiety:
1997,
aliens,
Contact,
dramat,
film,
Jodie Foster,
Kontakt,
lifestyle,
Matthew McConaughey,
movie,
obcy,
Robert Zemeckis,
sci-fi,
science-fiction
środa, 24 września 2014
Czego boi się Doktor, czyli Doctor Who - Listen (S08E04)
Muszę przyznać, że w tytule zawarłem niemały spoiler dotyczący fabuły odcinka. Prawda jest taka, że nie do końca mnie to obchodzi, a poza tym wątpię, by ktokolwiek miał czytać ten opis po to, by stwierdzić, że chce lub nie chce zobaczyć tego odcinka. Obawiam się, że przyjmę takie podejście przy każdym takim okołodoktorowym temacie i podejdę do tego dość... luźno. Cóż, zatem nie pozostaje mi nic innego, jak tylko - ENJOY!
W dużym skrócie - w pierwszych scenach widzimy Clarę i jej nowego znajomego z grona nauczycieli - Danny'ego Pinka. Ale nie są "tak po prostu", a są na pierwszej randce. Całe spotkanie zapowiada się naprawdę miło, ale po pierwsze - perspektywa Doktora w tle rujnuje wszystko na wejściu; po drugie - gdy podczas rozmowy zostaje poruszony temat wojny, Danny zaczyna burzyć się i podchodzić do wszystkiego zbyt osobiście. Clara nie wytrzymuje napięcia i zwyczajnie wychodzi. Ale wieczór mimo wszystko będzie dla niej pełen wrażeń, bo oto w jej domu, w jej własnym domu ląduje podejrzanie niebieska budka telefoniczna z dziwnym siwym gościem w środku. Na wstępie - aluzji do starości niemalże brak. Teraz wszystkie jakby ustępują aluzjom do groźnych brwi Capaldiego. Wracając do tematu, Doktor ma tym razem problem z istotą, która jak mniema, towarzyszy każdemu z nas, nawet wtedy, gdy pozornie jesteśmy sami. Teoretycznie łączy się to ze snem, który ma na jakimś etapie życia każdy z nas - o ręce spod łóżka, która łapie nas za kostkę. Władca Czasu chce cofnąć się do dzieciństwa Clary za pośrednictwem więzi telepatycznej TARDIS, jednak w wyniku rozbiegania myśli bohaterki lądują nieopodal domu dziecka, w dzieciństwie Danny'ego, który wtedy jeszcze był Rupertem.
Idiotycznego i przydługiego wstępu stało się zadość. Co bardzo spodobało mi się w odcinku, to wszelkie czasowe kombinacje. Dzieciństwo Danny'ego, dziwna przyszłość z jednym z potomków Pinka i najprawdopodobniej drugiej znanej nam postaci, oraz trzecie, dzieciństwo postaci najistotniejszej ze wszystkich. O tym właśnie mógłbym rozpisywać się najwięcej, bo to najbardziej mnie urzekło. Został wyjaśniony pewien drobny detal z The Day of the Doctor, przy okazji poznaliśmy Doktora od bliższej, nieco słabszej strony. Jeśli chodzi o pomysł na fabułę - wyjątkowy. Zdecydowanie dość mroczny i niepokojący. Co prawda, nie wywoływał ataku paniki jak każde spotkanie z Płaczącymi Aniołami, ale miał w sobie coś klimatycznego z delikatnym dreszczykiem. Humor był tutaj dość oszczędnie dawkowany, ale nie zabrakło go w ogóle, co również cenię. Przede wszystkim, fabuła była dużo bardziej zgrabna i klejąca się niż w odcinku piątym, o czym też nie omieszkam napisać.
Po tych kilku odcinkach walki z samym sobą ostatecznie stwierdzam, że Capaldi został Doktorem. Wpasował się w kanon, wykształcił swoją tożsamość zachowując zasady dziwności i nietypowości. Nie mogę się doczekać kolejnych wystąpień, a ten odcinek zdecydowanie zadziałał na jego korzyść.
| Mania Doktora ponownie wplątuje Clarę w niebezpieczne przygody. |
| Doktor kontempluje nad istotą stworków spod łóżka. |
Po tych kilku odcinkach walki z samym sobą ostatecznie stwierdzam, że Capaldi został Doktorem. Wpasował się w kanon, wykształcił swoją tożsamość zachowując zasady dziwności i nietypowości. Nie mogę się doczekać kolejnych wystąpień, a ten odcinek zdecydowanie zadziałał na jego korzyść.
Etykiety:
BBC,
Clara Oswald,
Doctor Who,
fun,
lifestyle,
Listen,
Peter Capaldi,
sci-fi,
science-fiction,
serial,
series,
TARDIS,
telewizja,
Time Lord,
wrażenia
niedziela, 21 września 2014
"Futurama", czyli sci-fi w wydaniu komicznym (1999-2013)
Tytuły seriali dla dorosłych można wymieniać godzinami - od klasycznych już Simpsonów, poprzez średniawe momentami Family Guy, aż po ordynarne do granic możliwości South Park. Na pierwszy rzut oka ciężko połapać się w ogromnym natłoku pozornie identycznych i nie różniących się od siebie seriali. W całym tym zbiorze fantastycznych, tragicznych, "takichsobie" produkcji jest jedna, którą wyróżnia wiele. Mowa tu o tytułowej Futuramie.
Co jest takiego wyjątkowego w tymże serialu? W odcinku pilotażowym pierwszego sezonu poznajemy głównego bohatera, którego porażek będziemy świadkami przez długi czas. Jest nim Philip J. Fry, życiowy nieudacznik, dostawca pizzy, którego kariera zawodowa jest z lekka upośledzona, a i w życiu prywatnym też niespecjalnie mu się powodzi. W wyniku dziwnych zawirowań, trafia on od komory kriogenicznej i z roku 1999 przenosi się 1000 lat naprzód. Łatwo się domyślić, że nieprędko ujrzy swoje czasy i swe poprzednie życie. Od tego momentu akcja nabiera właściwego tempa i w tych oto futurystycznych realiach będzie osadzona praktycznie do końca. Niedługo potem poznajemy kolejnych członków głównej obsady, będą to: jednooka mutantka Leela; Bender, zgorzkniały robot-alkoholik; Profesor Farnsworth, jedyny żyjący krewniak Fry'a, a także Doktor Zoidberg, krabopodobny lekarz, który praktycznie nie ma zielonego pojęcia o ludzkim organizmie.
Nasi bohaterowie niedługo potem stają się pracownikami firmy Planet Express należącej do Farnswortha, a zajmującej się przesyłem towarów między planetami. W skrócie, taki prawie Star Trek, choć bardziej jego pastisz. Bo tak, napotkacie tu całe MASY gagów sytuacyjnych odwołujących się do nauki, do klimatów sci-fi, a nawet zwyczajnej i całkiem typowej popkultury. Motywy takie jak roboty-narkomani podłączający sobie wtyczkę będą tu na porządku dziennym. Bohaterowie są świetnie nakreśleni, mają swoją osobowość i zdecydowanie wzbudzają sympatię. Nawet kapitan Zapp Brannigan, z lekka zniewieściały kapitan-nieudacznik. Humor stoi tu na najwyższym możliwym poziomie, choć momentami sięga dna, jakby to była typowa cecha seriali animowanych dla dorosłych. Realia, w których osadzona została akcja sprawiły, że jest to moja ulubiona kreskówka tego typu. Wyłamuje się z tej nużącej już konwencji życia codziennego, użytej na przykład w Family Guy. Kreska w ogóle nie zestarzała się od 1999, a najnowsze odcinki wywodzą się z ubiegłego roku, więc na pewno nie odrzuci was warstwa wizualna. Głosy podłożone są bezbłędnie, zwłaszcza Bender rzuca się w uszy ze swymi sarkastycznymi docinkami i absolutnie przepitym głosem.
Futurama to serial, z którym powinien zapoznać się każdy maniak fikcji naukowej, niekoniecznie w tym całkowicie poważnym wydaniu.
| Ekipka głównych bohaterów. W skrócie - załoga Planet Express. |
| Kwintesencja Bendera na jednym obrazku. |
Futurama to serial, z którym powinien zapoznać się każdy maniak fikcji naukowej, niekoniecznie w tym całkowicie poważnym wydaniu.
Etykiety:
animated series,
Bender,
Family Guy,
FOX,
Fry,
Futurama,
kreskówka dla dorosłych,
lifestyle,
opinia,
recenzja,
review,
sci-fi,
science-fiction,
serial,
South Park
wtorek, 2 września 2014
Podróż do wnętrza Daleka, czyli Doctor Who - Into the Dalek (S08E02)
Po takim sobie odcinku otwierającym ósmy sezon i po dość ciekawej zapowiedzi odcinka drugiego, niecierpliwiłem się jeszcze bardziej przez te kilka dni. Oczekiwałem, że Capaldi nareszcie zabłyśnie, odcinek będzie się kleił, będzie miał ciekawą fabułę i sporo humoru (w przeciwieństwie do poprzednika). Z radością muszę przyznać, że wszystkie moje obawy rozwiały się i po seansie byłem bardzo zadowolony, ba, był fantastyczny!
W wyniku różnych dziwnych okoliczności (jak to na niego przystało) Doktor trafia na statek kosmiczny. Załoga ma niemały problem, bo na pokładzie jest ktoś, kto natychmiast potrzebuje lekarza, a że natrafił się Doktor, to czemu miałby nie pomóc. Pacjent jest dość nietypowy, bo to... Dalek. Właściwie to tylko wzywa doktora, ale nie wygląda na chorego. Lepiej - to Dalek, który nienawidzi swoich pobratymców. Nasz wspaniały Władca Czasu musi zmniejszyć się do rozmiarów mikroskopijnych, by odkryć źródło dziwnej zmiany w osobowości swego nemezis. Oczywiście, uprzednio porywa Clarę Oswald, która właściwie była w trakcie nawiązywania jakiejś poważniejszej relacji z nowym nauczycielem.
Więc tak, tak jak mówiłem, nie zawiodłem się. Czuć, że Capaldi jeszcze się rozkręca i jeszcze ma wiele do pokazania, ale powoli już wkracza na te doktorowe tory. Fabuła - świetna. Pomysł bardzo świeży, zaskakujący, odpowiedni, by nadać sezonowi właściwe tempo. Moffat ponownie pokazuje się od swojej lepszej strony (a wiadomo, że jest nieprzebytą skarbnicą pomysłów). Bardzo podobało mi się przybliżenie nam postaci Daleka. Nie tej całej solniczkopodobnej obudowy z przepychaczem i trzepaczką w charakterze uzbrojenia, ale tego dziwnego, nieco odrażającego mackowatego glutka obsługującego całą tę maszynerię. Jak się okazuje, oni też mają wspomnienia. I jest możliwe, by byli bardziej podobni nam. By z kosmicznych nazistów nie zmienili się od razu w kosmicznych hipisów, ale by przynajmniej poczuli empatię. Ten motyw otwiera całą gamę możliwości na przyszłe odcinki. Plus, kolejne pojawienie się tajemniczej postaci w dziwnym miejscu, co notabene miało też miejsce w odcinku poprzednim.
Odcinek trzeci też zapowiada się na ciekawy, a przynajmniej dziwny. Sherwood? Robin Hood? Doktor? To nie może się nie udać.
| Dwaj główni bohaterowie tego odcinka. |
Więc tak, tak jak mówiłem, nie zawiodłem się. Czuć, że Capaldi jeszcze się rozkręca i jeszcze ma wiele do pokazania, ale powoli już wkracza na te doktorowe tory. Fabuła - świetna. Pomysł bardzo świeży, zaskakujący, odpowiedni, by nadać sezonowi właściwe tempo. Moffat ponownie pokazuje się od swojej lepszej strony (a wiadomo, że jest nieprzebytą skarbnicą pomysłów). Bardzo podobało mi się przybliżenie nam postaci Daleka. Nie tej całej solniczkopodobnej obudowy z przepychaczem i trzepaczką w charakterze uzbrojenia, ale tego dziwnego, nieco odrażającego mackowatego glutka obsługującego całą tę maszynerię. Jak się okazuje, oni też mają wspomnienia. I jest możliwe, by byli bardziej podobni nam. By z kosmicznych nazistów nie zmienili się od razu w kosmicznych hipisów, ale by przynajmniej poczuli empatię. Ten motyw otwiera całą gamę możliwości na przyszłe odcinki. Plus, kolejne pojawienie się tajemniczej postaci w dziwnym miejscu, co notabene miało też miejsce w odcinku poprzednim.
| Biedny, dobry Dalek. |
Etykiety:
BBC,
Dalek,
Doctor Who,
Doktor Who,
episode,
Gallifrey,
Into the Dalek,
lifestyle,
odcinek,
recenzja,
rozrywka,
sci-fi,
season,
serial,
series,
Time Lord
poniedziałek, 1 września 2014
Nowy Doktor - S08E01 "Deep Breath"
Na nowego Doktora czekałem dobre parę miesięcy (w sumie, tak jak reszta całego fandomu). Po dość smutnym i emocjonującym zakończeniu kariery Matta Smitha, czyli jedenastego wcielenia, byłem jeszcze bardziej ciekaw do czego posuną się twórcy. Czy mogli uczynić Władcę Czasu jeszcze bardziej charyzmatycznym i dziwacznym niż Tennant i Smith (mówię oczywiście tylko o nowych seriach)? Póki co nie mam zdania, bo wiadomo, pierwsze odcinki to i on sam trochę nie wie gdzie jest, płacze, że nie jest rudy, że jest stary, ma fajną wątrobę i takie tam. I tak też było tym razem, ale po kolei.
Realia odcinka - wiktoriański Londyn. Moja dziewczyna twierdzi, że ma już dość tej tematyki w tym serialu, w sumie to mogę się podpiąć pod tę opinię. Ale okej, pomijamy ten wspaniały fakt, bo oto w tymże Londynie materializuje się wielki T-Rex. Chwilę potem materializuje się TARDIS, a właściwie to zostaje wypluta przez dinusia z przykrótkimi rączkami. Ze środka wylatuje całkiem nowy i całkiem zmarszczony Capaldi w roli dwunastego wcielenia, i wciąż piękna i nieskazitelna Jenna Coleman w roli Clary. Nasz Władca jak zwykle nie ogarnia totalnie, nie wie co się dzieje, a do tego zaczyna się żalić, że jest stary. W tym samym momencie pojawia się znajomy już fanom serialu gang, czyli Vastra, Jenny, oraz ziemnior Strax. Doktor odpływa, a w międzyczasie reszta rozkminia jak uspokoić relikt przeszłości - wielkiego gada szalejącego po Londynie. Później wychodzi na jaw, że dinozaur nie jest największym problemem naszych bohaterów - będzie im dane zmierzyć się z... HA. Obejrzyjcie, to się dowiecie.
O Capaldim w roli głównej nie mam za bardzo jeszcze zdania, podejrzewam, że podobnie będzie gdzieś do połowy sezonu. Wiem tylko, że ma chłop potencjał i nie przekreślam go póki co. Po prostu jeszcze nie ogarnął się w nowym wcieleniu. Ciekawy jest też kontrast między nim, a młodo wyglądającym Smithem. Nowy Doktor wydaje się przez to bardziej dojrzały, na pewno będzie miał inne podejście do wielu spraw. A jeśli już o wieku mówimy - niepotrzebnie w każdym dialogu bohaterów zawarto jakieś nawiązania do zupełnie nowego wyglądu Doktora. Fajnie, że wygląda na starszego, ale mam oczy, więc nie trzeba mi o tym przypominać w każdym możliwym momencie. Jeśli chodzi o sam odcinek, to był dość mało humorystyczny, starał się być poważny i spektakularny do bólu. Wyszedł dość zwyczajnie, ot, jak odcinek gdzieś ze środka sezonu. Fabuła - ciekawa. Wciąż nie mam zamiaru zdradzać kto będzie głównym schwarz charakterem, ale spór będzie toczył się o znaczenie człowieczeństwa i pytanie, gdzie stoi jego granica. I czy w ogóle da się je zdefiniować. Udział gangu bardzo miły jak na początek sezonu, bo fajnie zobaczyć jakieś znajome twarze. Plus należy się też za końcowe momenty odcinka, krótką chwilę mamy okazję pooglądać ulubieńca fandomu. No i znajdują się też nawiązania do poprzednich odcinków - na przykład do The Bells of Saint John z sezonu 7. Nawet jeśli odcinek nie przypadł do gustu każdemu i nieco wynudziły ich takie realia i okoliczności, drugi powinien to wynagrodzić. Z zapowiedzi wynika, że ponownie będzie w tematyce sci-fi. Tymczasem zmykajcie odrabiać zaległości, a ja lecę oglądać drugi odcinek!
![]() | ||
| Nowy Doktor (czyli Capaldi) i stara Clara (czyli Jenna Coleman). |
![]() |
| Oprócz twarzy Doktora, zmienił się także nieco wystrój TARDIS. |
Etykiety:
2014,
Deep Breath,
Doctor Who,
fandom,
Gallifrey,
lifestyle,
Londyn,
Peter Capaldi,
recenzja,
rozrywka,
sci-fi,
season 8,
serial,
series,
sezon 8,
Time Lord,
Władca Czasu
Subskrybuj:
Posty (Atom)


