Tytuł oryginału: Guardians of the Galaxy
Rok wydania: 2014
Reżyseria: James Gunn
Gatunek: akcja/sci-fi
Kraj: USA
W ferworze przedmaturalnego obłędu obcyndalam się na wszystkie możliwe sposoby, efekty dwóch z nich zaobserwujecie na bazie tego wpisu:
a) oglądam filmy;
b) wylewam swoje opinie w internetach;
c) piję przy tym herbatę.
O Strażnikach Galaktyki przed obejrzeniem filmu wiedziałem mniej więcej tyle, że istnieją. Ot, kolejny z całego stosu superhero squadów niższej kategorii pokroju siódmej generacji X-Force czy Obrońców Zachodniego Wybrzeża (cokolwiek). Aby nie czuć się całkowitym laikiem w temacie, wcześniej zrobiłem mały research i man, oh, man, w jak wielkim błędzie byłem! Jak się okazało, Strażnicy Galaktyki odwalali niemałą robotę powstrzymując przez dekady (pierwszy skład powstał w 1969) takich typków jak chociażby Thanos - w dużym skrócie, robili porządek w kosmosie tam, gdzie Avengersi nie dawali rady. Przez komiksową wersję tej ekipy przewijało się mnóstwo postaci nie pojawiających się w filmie (między innymi Mantis i Warlock), jednak nie o tym tutaj. Skupię się całkowicie na kinowym przedstawieniu tej pozornie nie klejącej się bandy. A właśnie ona w jakichś 80 % stanowi o jakości tego filmu.
Postacie zostały zagrane fe-no-me-nal-nie - różnią się od siebie, mają swoje pobudki, które ostatecznie doprowadziły ich do członkostwa w Strażnikach Galaktyki, mają całkowicie odmienne poglądy i charaktery, w czym ogromna zasługa doborowej obsady. Mamy tu całkiem jajcarsko-sarkastycznego Ziemianina Petera Quilla/Starlorda (Chris Pratt), będącego czymś w rodzaju tamtejszego Hana Solo nowej generacji - to typowy cwaniaczek do wynajęcia lecący głównie za hajsem (a niebezpośrednio, za wygodą dla własnego tyłka) - perfekcyjny frontman, który - co najlepsze - nie jest bez skazy i właśnie ten egoizm (początkowy) czyni go naturalnym i prawdziwym. Jest i zielonoskóra (serio, czy to jedyny symbol "obcości"?) Gamora (Zoe Saldana) - wytrenowana zabójczyni wychowywana za młodu przez dość nieprzyjemnego typka (o czym więcej dowiecie się z samego filmu), jest także Drax, czyli szeroki jak szafa trzydrzwiowa quasi-barbarzyńca z najciemniejszych zakątków kosmosu kierowany rządzą mordu i zemsty - w niego wcielił się Dave Bautista, co do którego miałem pierwotnie dość mieszane uczucia, obawiałem się, że będzie bardziej drewniany od Groota, ale jednak wybrnął bezbłędnie. A właśnie - Groot, czyli humanoidalne drzewo (ugłosowione przez Vina Diesela), a zarazem połowa duetu Groot/Rocket. Drzewo i całkiem wyszczekany szop (którego głosem był Bradley Cooper), specjalista od broni palnej, plazmowej, laserowej i technologii w ogóle. Czy mogło być lepiej? Generalnie, polecam obejrzeć ten film dla samych monologów Groota. Kordian wymięka.
No, ale nie samymi prawymi charakterami ten film stoi. Naczelnym nemezis tej wesołej kompanii będzie tutaj Ronan (Lee-Thranduil-Pace), czyli niebieskoskóry typek z planety Kree, posługacz Thanosa, a przy tym nieziemsko (ha) ambitny gościu. Cóż można o nim powiedzieć? Macie ochotę strzelić mu w pysk przez ekran odbiornika, a to chyba oczekiwany przez twórców efekt, hm?
Jako największą zaletę wymieniłem postacie - i to prawda, ale poza ich wyjątkowością jako oddzielne byty, świetnie obserwuje się ich wzajemne relacje, często ze skrajnie negatywnych przechodzące w skrajnie pozytywne. Jakimś sposobem (pomimo obcości), bohaterowie Strażników Galaktyki okazują się być bardziej ludzkimi, zbudowanymi z krwi i kości typami. Drugim mega pozytywnym aspektem tej produkcji okazuje się być fabuła, która nie tylko dozuje napięcie, ale rozkręca się w idealnym tempie i nie dłuży się niczym każdy jeden dwudziestominutowy epizod brazylijskiej telenoweli (nie pytajcie skąd wiem, po prostu nie pytajcie) - są tu dość refleksyjne momenty, końcówa może nawet wzruszyć (serio, nie żartuję), a wszystko to przełamane jest ciętymi one-linerami Rocketa, Starlorda, Groota, czy wypowiedziami biorącego wszystko absurdalnie dosłownie Draxa.
Trzecim aspektem jest wizualny i dźwiękowy. To w zasadzie sci-fi, w którym ciężko odróżnić zieloną płachtę od realnych elementów, ale wygenerowane tła ociekają miodem, są wykonane dokładnie i widowiskowo, a już najlepiej wygląda Pino... ekhem, Groot i Rocket. Cóż, jeśli tak miałyby wyglądać nowe Gwiezdne Wojny Abramsa, to jestem za. A muzyka? Słodki i futurystyczny ambient. ALE nie tylko. Usłyszycie mnóstwo pochodzących zupełnie z Ziemi kawałków z lat 70' i 80'. A czemu, to już musicie sprawdzić sobie sami.
Podczas gdy komiksowi Strażnicy byli czymś w rodzaju międzyplanetarnych Avengersów (pod względem patosu i ogólnego nastroju), ich filmowa wersja to raczej luźne podejście do superbohaterskich ekip. Widowiskowa, dowcipna, a przy tym całkiem rozluźniająca odskocznia od poważnych i szaroburych klimatów silących się na smuty filmów o kolesiach w łachach z lateksu. Joł.
Ocena: 9/10
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmweb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmweb. Pokaż wszystkie posty
sobota, 25 kwietnia 2015
czwartek, 17 lipca 2014
Zły człowiek, dobra małpa - "Geneza planety małp" (2011)
Przepadam za kinem Burtona, w tym także za "Planetą małp" z 2001 (choć spotykała się z ogólnym hejtem, bo sporo odbiegała od oryginału z 1968). Teraz w kinach można obejrzeć "Ewolucję planety małp", sequel "Genezy ...", więc było tylko kwestią czasu zanim tę "Genezę..." obejrzę. No i jakoś wczoraj nie miałem lepszego pomysłu, więc zabrałem się za ten film. Muszę też nadmienić, że mam tzw. "syndrom przysypiacza", mam tendencję do zasypiania na filmach, zwłaszcza jeśli oglądam je późno w nocy (tak było na przykład z "Wall*E'm", co wcale nie oznacza, że był nudny!". W przypadku wyżej wspomnianego filmu Wyatta nie zachciało mi się spać wcale, choć oglądałem go od 2:00 do 4:00. O czymś to świadczy, doesn't it?
Film rozpoczyna się ogólną jatką w ośrodku badawczym. Uprzednio oczywiście poznajemy naszego głównego bohatera, Willa Rodmana, granego przez fantastycznego Jamesa Franco. Jest on naukowcem, który skupia się na badaniach nad serum mającym regenerować uszkodzone szare komórki. W przypadku małp (na których testują ten środek) - rozwija to ich inteligencję, przesuwa o krok naprzód w ewolucji. W przypadku ludzi - leczy Alzheimera. Willem kierują również osobiste pobudki, gdyż jego ojciec cierpi na wyżej wspomnianą chorobę, co gorsza jest ona już w zaawansowanym stadium. Teraz już dochodzi do właściwej akcji, szympansica pozornie inteligentna dostaje szału, rozbija szybę i zostaje rozstrzelana przed oczami biznesmenów, którzy mieli pozwolić Rodmanowi testować na ludziach, a także wspomóc finansowo badania. Tym sposobem, bohater nie uzyskuje poparcia, ponadto wszystkie szympansy zostają uśpione. Oprócz jednego, rzecz jasna. Jest to dziecko owej zdziczałej szympansicy. Will postanawia przygarnąć małego naczelnego i zajmować się nim, zwłaszcza, że jest to dziedzic zmodyfikowanych już genów. W międzyczasie zdesperowany Rodman postanawia poczęstować swojego ojca niezweryfikowanym i nieprzetestowanym jeszcze do końca serum, co pozornie wychodzi mu na dobre.
Od tego momentu akcja przenosi się jakiś czas później. Kolejnym z głównych bohaterów zostaje Cezar, teraz już bardziej wyrośnięty szympans, który wykazuje zaskakującą inteligencję, nawet jak na przedstawiciela naczelnych. I tutaj się zamykam odnośnie fabuły, bo nie mam zamiaru robić streszczenia filmu, a naprawdę warto obejrzeć go samemu. Czemu? Och, jest tak wiele powodów! Po pierwsze, film przedstawia idealną wizję tytułowego powstania planety małp. Widzimy jak w małpach i ich przewodniku (już można się domyślić któż to taki) stopniowo narasta wiedza, inteligencja, samoświadomość. W pewnym momencie Cezar wymawia już pojedyncze słowa, a przez cały czas posługuje się językiem migowym. W przeciwieństwie do filmu Burtona, małpy są wygenerowane komputerowo. Oczywiście, wygląd tych małp jest świetny, ale spierałbym się, czy tak bardzo lepszy od burtonowskich gości w gumiastych strojach. Gumiaste stroje miały swój klimacik. Były bardziej namacalne niż komputerowe szympansy.
A co do samych małp. Są bardzo małpie. Motion capture wyszło bardzo spoko, wszystkie ruchy naczelnych są płynne, żwawe, realistyczne. A aktorzy zagrali świetnie, Franco spisuje się w kolejnym już filmie na medal.
Dźwięk, cóż można powiedzieć o dźwięku. Małpie wrzaski, jak to małpie wrzaski - nic nowego. Muzyka jest w porządku, gra sobie gdzieś tam w tle, jak jest więcej akcji to narasta i idealnie pasuje do sytuacji. Na plus. Podoba mi się też głębszy sens tego filmu. Naprawdę ciężko tu stwierdzić kto właściwie jest dobry, a kto jest zły. Żołnierze pacyfikujący małpy, by ratować ludzi, czy małpy zabijające ludzi, by dotrzeć do wielkiego lasu. Granica zaciera się, jest niemal niewidoczna. Konkluzja jest taka, że planeta małp jest wytworem ludzi, karą za pychę człowieka i tzw. "zabawę w Boga". I jest to cholernie trafna konkluzja.
Wad jest właściwie niewiele. Wątek ludzkości i leczenia Alzheimera został potraktowany raczej po macoszemu. Mamy parę scen z ojcem Willa, i to tyle. Nic więcej, żadnych innych scen powiązanych z tym wątkiem. Nieco zmarnowany potencjał. Widać też po filmie, że jest to bardziej kino rozrywkowe. Więcej tu walk, efektownego naparzania się po głowach, bieganin, ucieczek. Typowo popcornowy film. Niemniej jednak bardzo mi się spodobał i na filmwebie dostał ode mnie mocną ósemkę. I zachęcił do obejrzenia "Ewolucji planety małp". Ale bardziej chyba do "Planety małp" z 1968.
| Pytanie brzmi: kto tu jest antagonistą? |
| Mały Cezar. Prawda, że słodki? |
A co do samych małp. Są bardzo małpie. Motion capture wyszło bardzo spoko, wszystkie ruchy naczelnych są płynne, żwawe, realistyczne. A aktorzy zagrali świetnie, Franco spisuje się w kolejnym już filmie na medal.
| Cezar na spacerze. Nawet swetry nosi. |
Wad jest właściwie niewiele. Wątek ludzkości i leczenia Alzheimera został potraktowany raczej po macoszemu. Mamy parę scen z ojcem Willa, i to tyle. Nic więcej, żadnych innych scen powiązanych z tym wątkiem. Nieco zmarnowany potencjał. Widać też po filmie, że jest to bardziej kino rozrywkowe. Więcej tu walk, efektownego naparzania się po głowach, bieganin, ucieczek. Typowo popcornowy film. Niemniej jednak bardzo mi się spodobał i na filmwebie dostał ode mnie mocną ósemkę. I zachęcił do obejrzenia "Ewolucji planety małp". Ale bardziej chyba do "Planety małp" z 1968.
Etykiety:
2011,
akcja,
animal,
ape,
Cezar,
ewolucja,
Ewolucja planety małp,
film,
filmweb,
Geneza planety małp,
James Franco,
kino,
opinia,
opis,
Planeta małp,
recenzja,
szympansy,
Tim Burton,
zwierzęta
Subskrybuj:
Posty (Atom)
