Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 1 lutego 2015
Connor, ty bezosobowcu... - Assassin's Creed III
Tytuł oryginału: Assassin's Creed III
Rok wydania: 2012
Wydawca: Ubisoft
Gatunek: przygodówka akcji, sandbox, stealth
Kraj: Francja
Tak. Dopiero teraz, w A.D. 2015, dostąpiłem zaszczytu ogrania AC III. To, że jestem w plecy, nie znaczy, że nie grałem w pozostałe cztery (SIC!) Asasyny. Co do samej serii mam bardzo mieszane uczucia. W sensie, wciąż gry spod znaku AC są jednymi z moich ulubionych, zwiedzanie Jerozolimy w czasach krucjat, renesansowej Florencji, Rzymu, Konstantynopola, sprawiało mi kupę frajdy. Free running, będący tutaj autorskim pomysłem ubisofciarzy, okazał się być jednym z najoryginalniejszych systemów działających w gamingu ever (może tylko ten z Mirror's Edge'a był podobnie dynamiczny i bardziej realistyczny). Fabuła w każdej części prezentowała najwyższy poziom. Cały motyw z człowiekiem, który za pośrednictwem futurystycznego ustrojstwa poznaje swoich przodków biorąc udział w ich wspomnieniach, robił fabułę w każdej z części. Ba, Desmond Miles (czyli rzeczony jegomość, który w trakcie gry jest przedstawicielem współczesnego nam punktu na osi czasu) z całą pewnością ustępował swoim przodkom pod względem charakteru. W pierwszej części był to Altair - członek legendarnego zakonu tytułowych asasynów. Postać ta była mroczna, surowa, uległa zasadom zawartym w kodeksie, jednak potrafiąca się zbuntować - stereotypowy zimny i wyrachowany zabójca. Druga część, przynosząca zmiany nie tylko w mechanice, przyniosła także kolejnego z przodków Milesa. Tym razem akcja przeniosła się do słonecznej Italii z czasów renesansu. Wcielaliśmy się w rolę Ezio Auditore da Firenze, początkowo młodego i jakże tępego (nie wstydź się tego, Ubi) chłopaczka, który w wyniku spisku templariuszy (czyli największego nemezis asasynów), trafia do legendarnego zakonu i prowadzi swoją cudowną misję przez całą część drugą i dwa dodatki do niej (Brotherhood i Revelations).
Saga Ezio została zamknięta w sposób perfekcyjny i kompletny, niewymagający dopowiedzeń. Chłop zaczął jako nieopierzony typek, któremu raczej romanse w głowie, a skończył jako stary (ale i tak zwinny, co dość zabawne) i doświadczony mistrz zakonu. W sumie dość stereotypowo, ale okej. Część trzecia to skok w czasie o ponad 200 lat - przenosimy się do Ameryki Północnej w czasach stopniowego zyskiwania przez brytyjskie kolonie niepodległości na tych nieprzyjaznych i (jeszcze) zasiedlonych przez Indian terenach. Jeszcze gdzieś tam w tle jest ten cały Desmond, który, ziew, coś tam, ziew, sobie, ziew, robi, i kompletnie nikogo to nie obchodzi, bo wszyscy z radością latają po dachach i robią użytek z ukrytych ostrzy. Tutaj naszym przodkiem (a zarazem drugim/trzecim? protagonistą) jest Ratonhnhaké:ton. No, tak. Tak się nazywa. A jak masz z tym problem, to żegnam. Szczęśliwym trafem, w późniejszej fazie gry zostaje przemianowany na Connora i odtąd nazywajmy go tylko w ten sposób. Connor jest rdzennym (w pewnym sensie) mieszkańcem Ameryki, zatem wychowuje się jak typowy czerwonoskóry wieśniak, który potem (oczywiście dzięki wspaniałym poczynaniom templariuszy) trafia w sidła zakonu i szkoli się na jednego z zakapturzonych mistrzów parkouru. Nie muszę mówić, że w czasie swojej przygody pozna takie osobistości jak Ben Franklin (kompletnie nie wiem kto to) lub Jurek Waszyngton (a ten to już w ogóle).
Na pierwszy plan wysuwa się deficyt swobodnego biegania po dachach, które chociażby w części drugiej mogło być uprawiane niemal bez przerwy. W skrócie - domki w Rzymie czy Florencji były usiane tak gęsto, że na suchy grunt trafiało się bardzo rzadko. Tutaj jednak nie uświadczymy tak majestatycznych miast. Tutaj jest tylko Boston i Nowy Jork. Problem jest taki, że to zaledwie kilka budynków na krzyż, bo kolonizatorzy jeszcze się dobrze nie wczuli w klimat i tylko na tyle było ich stać. Oczywiście, rozumiem realia, ogarniam, że tak właśnie wtedy było, jednak jakoś tego mi brakowało przez cały czas. Czułem się jak zwykły jankeski chłop biegając jak wszyscy po bruku.
Ogromną innowacją są tereny Pogranicza. Są to przepastne pola i lasy, które można przemierzać na koniu lub na piechotę, bo Connor, jak to leśny ludek, z łatwością hasa po gałęziach drzew bujając się na nich jak gibon. Tak jest, zaimplementowano tutaj leśny free running, który wypadł wyjątkowo dobrze. Można się czepiać, że punkty, na które może wdrapać się Connor, są ulokowane sztucznie i nienaturalnie, ale hej - to i tak ogromne urozmaicenie od "miejskiego" zgiełku.
Walka również nie przeszła zbyt wielu metamorfoz - dodano strzałki z liną (działające jak te od Skorpiona z Mortal Kombat), których przez 20 godzin gry nie użyłem ani razu. Od tak, są, żeby być. Jak ktoś ma fantazję to na pewno zrobi z nich użytek, dla mnie jednak mogłoby ich w ogóle nie być. Występująca już wcześniej broń palna, tutaj przybrała charakter zjawiska jeszcze bardziej powszechnego. Nasi oponenci przeważnie mają przy sobie muszkiety i z całą pewnością będą robić z nich użytek. Z pomocą przychodzi możliwość użycia jednego z naszych adwersarzy jako żywej tarczy, co samo w sobie funkcjonuje wyjątkowo dynamicznie i działa bez zarzutu. Problem polega na tym, że nasi przeciwnicy w dalszym ciągu wykazują się inteligencją kaktusa, bo grzecznie w kolejce czekają, żeby dostać przysłowiowe wciry. W tej kwestii od części pierwszej nie zmieniło się kompletnie nic. Owszem, walka wciąż (teraz nawet bardziej) jest widowiskowa i brutalna, a z użyciem tomahawku już w ogóle. No, miło popatrzeć, ale wszystko robi się jakby samo. Kontra za kontrą. Amen
Fabuła jest więcej niż okej. Czujesz na sobie, graczu, wymiar wydarzeń, w centrum których trafiłeś jako Connor. Tutaj żadna z postaci nie jest płaska, jednowymiarowa. Co do postaci drugoplanowych nie mogę mieć żadnego zarzutu, bowiem każda z nich prezentowała się oryginalnie i przekonująco. Niektóre z nich uciekały się do perfidnej zdrady (spowodowanej przewagą jednej ze stron konfliktu), inne były genialnymi przedstawicielami ofiar żądzy władzy - nic dodać, nic ująć, Ubisoft tutaj zawsze potrafił odwalić kawał dobrej roboty. Problem jest z Connorem, który jest chyba jednym z najnudniejszych i najbardziej bezosobowych protagonistów, jakich miałem okazję ujrzeć w grach w ogóle. Na widok jego postawy uległego sługusa, który nie potrafi za siebie decydować, zbierało mi się na torsje. Owszem, zdarzały mu się jakieś przejawy własnego zdania i zawziętości, ale stał przynajmniej klasę niżej niż Ezio. O Edwardzie Kenwayu (z części IV) nie wspominając. I - na szczęście - zamknięto w końcu wątek Desmonda, który w sumie od zawsze mało mnie obchodził. No bo, czy siadając do gry o asasynie właśnie ten wątek śledziło się z wypiekami na twarzy? Nie. Na szczęście Ubisoft ten wątek zdołał zamknąć nie kompromitując się doszczętnie. Jak przy kreacji niektórych bohaterów, CONNOR. Poza tym, po zakończeniu fabuły jest jeszcze MULTUM rzeczy do zrobienia. Ja zawsze byłem fanem znajdziek w grach, więc tutaj byłem wniebowzięty.
Graficznie i dźwiękowo również górna póła. Brak może temu Assassinowi tego pastelu wizualnego, który tak mnie czarował w dwójce, jednak Pogranicze jest pięknie niezależnie od pory roku (bo możemy podziwiać je tonące w śniegu lub palone północnoamerykańskim słońcem), Nowy Jork i Boston tętnią życiem i aż chce się przechadzać uliczkami i podziwiać życie codzienne mieszkańców. Flora i fauna leśnych terenów robią swoje i choć zwierzątka są wpakowane tu głównie po to, by zaspokoić swoje CHORE I SADYSTYCZNE AMBICJE, to fajnie się je ogląda z koron drzew, które mogą tutaj stanowić także punkty synchronizacji.
Nie jest to z pewnością moja ulubiona część serii. Stanowi średniawy pomost między genialną dwójką, a genialną czwórką, przez co tonie gdzieś tracąc swoją odrębność. Szkoda, bo fabuła ma naprawdę dużo sensu, jest napakowana patosem w pozytywny sposób, ale jestem w stanie zrozumieć słabe oceny community. Connor skutecznie stanął na szarym końcu plejady głównych bohaterów serii nie popisując się praktycznie niczym. Ciężko było mi się z nim związać, choć bardzo chciałem. Zapominając o jego istnieniu, miałem masę funu ze zwiedzania tego przekonującego i żywego świata, który (choć jak zwykle zabugowany) ciągnął do latania po nim wzdłuż i wszerz.
Ocena: 7/10
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Indie-rogalowe patologie o biblijnym posmaku - The Binding of Isaac: Rebirth
| Niestety, nie znalazłem bardziej trafnego obrazka. |
Rok wydania: 2014
Studio: Nicalis
Gatunek: roguelike, dungeon crawler
Kraj: USA
Nigdy nie spodziewałem się, że jakakolwiek gamingowa pikseloza pochłonie aż tyle mojego wolnego czasu. To się stało... tak nagle. Otóż, któregoś razu włączam sobie podstawową wersję gry (The Binding of Isaac), ot tak, z ciekawości. I potem znowu, i jeszcze raz, i kolejny. The Binding of Isaac w oryginale było więcej niż uzależniające. Cholernie trudny rogal (roguelike, czyli oldschoolowe bieganie po losowo generowanych planszach i wyżynanie hord przeciwników) w iście retro oprawie, z diabelnie satysfakcjonującym ogromem przedmiotów i chorą stylistyką, skradł moje serce na długo. Wszystko jednak z czasem traci na uroku, podobnie było także z tym tytułem. Po jakimś czasie (około roku) pojawiła się odświeżona odsłona tego kozackiego dungeon crawlera, tym razem opatrzona podtytułem Rebirth. Niewiele myśląc, jak wzorowy maturzysta, postanowiłem stracić kolejne ogromne fragmenty życia na przebijanie się przez fale absurdalnie ohydnie zaprojektowanych adwersarzy. Ale od początku! O co tu chodzi? Gdzie biblijny aspekt? Poluzujcie zatem kalesony, bo oto spieszę z wyjaśnieniami.
The Binding of Isaac: Rebirth, podobnie jak oryginał, jest wariacją na temat biblijnej przypowieści o Abrahamie i jego synu Izaaku, który z polecenia Trójkąta Opisanego Na Oku, miał zostać zgładzony przez własnego padre. Ot tak, dla sprawdzenia siły wiary - bo wcale nie dało się tego zrobić w nieco... łagodniejszy sposób? Nie o tym jednak tutaj, tylko o samej grze. Izaak, będący naszym głównym bohaterem, kryje się w piwnicy, aby uchronić się przed złowieszczym fatum. W rzeczonym bejsmencie, pokonując kolejne armie przeciwników, ładuje się w jeszcze większą kabałę niż ta, która czekałaby go ze strony ojca - bo wiadomo, że ta akurat biblijna przypowieść skończyła się dość optymistycznym akcentem. Tak więc ta oto historia jest jedynie pretekstem do tego, by z pieśnią na ustach pokonywać kolejne pokoje, obrabiać tzw. Treasure Roomy ze skarbów, by ostatecznie zarzynając bossa danego piętra, skoczyć w mroczną czeluść prowadzącą na następne - od zwyczajnego Basementu, poprzez brudne i smutne Necropolis, na Sheolu czy Katedrze kończąc. A i każda z postaci (bo z czasem przyjdzie ci ich odblokować więcej, m.in. Judasza, Kaina czy chociażby Ewkę) ma swoje zakończenia, swoje przedmioty początkowe i swoje statystyki. Gameplayu co niemiara.
Losowość jest tu Twoim najlepszym przyjacielem, ale też najgorszym z przeciwników. Spójrzmy prawdzie w oczy - możesz trafić na genialny run świetnymi przedmiotami i miodem płynący, a możesz też trafić na taki, w którym badziewne akcesoria będą doprowadzać cię do torsji, aż w końcu staną się twoim katem i zginiesz od źle postawionej bomby lub zmyli cię twoja własna łza, tutaj pełniąca rolę pocisku. Ta gra się nie patyczkuje, a zadania nie ułatwiają także wymyślne maszkary, które przychodzi nam siekać od pokoju do pokoju. Bo jeśli o nie chodzi (zarówno o zwykłe moby jak i bossów, którzy także mogą mieć biblijną genezę, ale nie muszą*), to są zaprojektowane bez-błę-dnie. Gwarantuje ci przy tym, drogi czytelniku, że przy pierwszej rozgrywce nie ominie cię auto-pytanie w stylu: "co me oczy słyszą?!". Bo zmierzysz się tu z takimi stworkami jak zwyczajne muchy, pijawy czy pająki, ale zgładzisz też Dziecko-Arlekina (omg), skaczącą główkę z zajęczą wargą, czy gościa o imieniu Peep, który, no... leje pod siebie. Na ciebie zresztą też.
Oprawa graficzna sama w sobie robi tutaj całą grę, zwłaszcza w tej rozszerzonej wersji gry - podczas gdy tam wszystko wyglądało jak żywcem wyjęte z komiksu, tutaj już można swobodnie policzyć piksele. Oczywiście jest to zabieg celowy i dodaje jedynie smaczku, ba, przywodzi na myśl prawdziwe ośmiobitowe hiciory sprzed dekad. Muzyka to prawdziwy kosmos, z lekka melancholijne partie na klawiszach są przeplecione niemalże post-rockowymi (SERIO!) kompozycjami na elektryku. Nie muszę mówić, że dźwięki wszystkich stworków są również wykreowane świetnie i brzmią w zasadzie, no... zbyt groźnie jak na grę wyglądającą w TEN sposób!
Chciałbym dać maksa, ale aż nie przystoi, bo nie jest to w zasadzie wyjątkowo ambitna gra zmieniająca światopogląd. Owszem, z każdym podejściem wszystko będzie wyglądało inaczej, na odmienną modłę zbudujemy naszego bohatera, pokonamy innych bosów, być może sprzedamy życie za dodatkowe itemki w pokoju diabła (serio, i takie możliwości istnieją) - możliwości są chyba tysiące. Problem jest taki, że TYLKO i AŻ tyle ma do zaoferowania TBoI: R. Jeśli jednak interesuje was cudownie szybki gameplay i ćwiczenie palców w akompaniamencie dziwnych realiów - nie wiem na co jeszcze czekacie.
Ocena: 8/10
*- ciężko mi sobie wyobrazić, by walka z wielką kupą miała jakieś biblijne pochodzenie.
środa, 21 stycznia 2015
Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść... - Hobbit: Bitwa Pięciu Armii
Tytuł oryginału: Hobbit: Battle of Five Armies
Rok wydania: 2014
Reżyseria: Peter Jackson
Gatunek: fantasy, przygodowy
Kraj: Nowa Zelandia oraz najlepsze i jedyne państwo świata, Junajted Stejts of 'murica
Jak sugeruje tytuł (niewłaściwie, rzecz jasna), z mojej recenzji powinno wynikać, że Jackson strzelił sobie w kolano i w ogóle co to za poroniony pomysł robić film z dwudziestu stron książki. Okej, na papierze i w teorii to zakrawa o absurd. Jednakże tytuł wpisu podsumuję w sposób następujący: Jackson wiedział kiedy zejść i to zrobił. Ba, w wielkim i zapierającym dech w piersiach stylu. Ale od początku!
Kto nie zna Władcy Pierścieni? Nawet jeśli nie czytałeś, drogi czytelniku, ani jednej części tolkienowskiej sagi (która, dla ścisłości, jest jednym z prekursorów nurtu fantasy w literaturze), najpewniej miałeś chociażby symboliczną styczność z jej ekranizacją wyreżyserowaną przez Petera Jacksona jakieś... 10 lat temu. Tak jest, trylogia jakiś czas temu skończyła 10 lat. Natomiast w roku 2012 do kin weszła PIERWSZA część trylogii ekranizującej książkę zatytułowaną Hobbit, czyli jakby nie było (podobnie jak George Lucas ze Star Warsami), reżyser zabrał się do tworzenia dzieła od dupy strony i pierwszą część zostawił sobie na koniec. Nie to jednak sprawiło, że fani papierowego pierwowzoru zaczęli zalewać się żółcią w przerwach od niekontrolowanych ataków padaczki w stylu epileptyka na hard-techno dyskotece. No bo w zasadzie - jaki sens ma tworzenie trylogii filmowej z książki liczącej około 200 stroniczek? Wydanie nie gra roli - zawsze jest ich mało.
Oczywiście, nikt nie wątpi, że jednym z najważniejszych powodów jest góra zielonych papierków z wizerunkami jankeskich prezydentów - fani zawsze się znajdą, a sprawdzonymi metodami uda się ich zadowolić w jakimkolwiek stopniu. Tak czy owak, wkład pieniężny zawsze się zwróci. Wracając, na krótko przed premierą drugiej części w 2013 roku (Hobbit: Pustkowie Smauga), nadrobiłem część pierwszą i prawdę mówiąc - zatkało mnie. Nie spodziewałem się tak przemyślanych nowych wątków, których w książce w ogóle nie było, tak dopracowanego zobrazowania uniwersum (pomimo wyraźnego postawienia na widowiskowość), genialnej obsady i tego uwielbianego przez wszystkich (przeze mnie także) poczucia przygody, które przywoływało ducha starej przygody. Niezwykła Podróż była niezwykle udanym filmem, w którym Martin Freeman jako Bilbo Baggins, i cała kompania krasnoludów z Thorinem na czele (nie zapominajmy o Ianie McKellenie/Gandalfie) pokazali się od najlepszej strony i zdali sprawdzian na piątkę z małym plusikiem. Pustkowie Smauga rozkręcało się dość długo i mozolnie, aby osiągnąć kulminację we wnętrzu skarbca Samotnej Góry - siedlisku tytułowej gadziny dubbingowanej przez Benedicta Cucumberbitcha. Zabawa w ganianego między Bilbem a smokiem okazała się być najmocniejszym punktem produkcji, zakończenie natomiast dawało nadzieję na spektakularne zakończenie "władcopierścieniowej" kariery Jacksona.
Jak jest w rzeczywistości? Jest, cóż, dość nierówno. Podobnie jak w trakcie oglądania Powrotu Króla, widz w którymś momencie uświadamia sobie, że uczestniczy w ostatnich aktach tej wspaniałej przygody, dosięga go melancholia i rzeczywiście łatwo wczuć się w takiej sytuacji w to, co dzieje się na ekranie przed naszymi oczyma. Zwłaszcza, że wizualny aspekt filmu, podobnie jak dźwiękowy, uważam za najmocniejsze zalety Bitwy Pięciu Armii. Nie humor, nie grę aktorską, nie sam przebieg fabuły obudowanej jacksonowskimi dodatkami, a właśnie wizję Śródziemia, które o tej porze roku wygląda niebywale pięknie i ujmująco. To właśnie w momentach zawieszenia kamery na krajobrazie, Mieście na Jeziorze, mrocznych pustkowiach Gundabadu, Samotnej Górze, polach starcia między armiami, najbardziej odczuwałem klimat starej trylogii. Miałem świadomość tego, że większość obrazów pojawiających się przed moimi oczyma nie wygenerowała natura, a blaszak jakiegoś znoulajfiałego grafika, jednak to właśnie CGIem stoi ten film. Można marudzić, że go za dużo, że chciało się filmu, a nie animacji komputerowej, ale hejterzy - spadajcie na drzewo. Liczcie się z tym, że nie wszystko da się stworzyć ludzką ręką.
Urzekła mnie przemyślana praca kamery, która zwłaszcza w momencie palenia przez Smauga Miasta na Jeziorze, miała swoje momenty. Widziany przeze mnie chaos był kontrolowany, w pełni opanowany w swej dzikości. Ujęcia sprawnie jak żabka skakały z miejsca na miejsce - podobnie jak przeskoki fabularne. Na ekranie wciąż się coś działo, raz Gandalf, raz Azog i jego plugawe idee, w końcu Thorin i jego obłęd zamknięci w czterech ścianach skarbca. Richard Armitage zdecydowanie wysunął się na pierwszy plan w tej części trylogii. Oczywiście, od zawsze był jednym z głównych bohaterów, jednak tutaj to jego szaleństwo zdecydowało o takim obrocie spraw. W dużej części filmu Dębowa Tarcza marnuje czas na rozmyślaniach o odzyskanym bogactwie Ereboru, o tym, że w końcu jest królem i wystarczy się zabarykadować, Samotna Góra nigdy nie zostanie zdobyta. Posuwa się nawet do słów skierowanych w stronę swych przyjaciół, których bez wpływu przeklętego krasnoludzkiego złota nigdy by nie wymówił. Reszta obsady ponownie osiąga światowy poziom, krasnoludy jak zwykle bawią, Martin Freeman czaruje obyciem i grą całym sobą. On nie gra jakiegoś tam hobbita. On JEST hobbitem. Podobnie rzecz się ma z Ianem McKellenem i Christopherem Lee, którzy ponownie jak ogień i woda mają szansę zaprezentować mądrość Istarich.
Największym minusem okazała się sama bitwa. Jest zwyczajnie zbyt rozwleczona. Jackson bawi się non stop w straszenie widza, że: "ooo, uważaj teraz sobie zabiję tego gościa, bo on jest ważny i w ogóle", co w zasadzie sprawdza się w niewielu przypadkach. To jest właśnie widowiskowość, którą znienawidziłem w poprzednich częściach Hobbita. Być może nie jestem typem nowoczesnego widza, jednak dużo bardziej lubiłem charakterystyczną dla poprzedniej trylogii... powolność. Pewne rozwleczenie w czasie, swobodną kontemplację tego, co akurat dzieje się na ekranie, pewną zwiewność i ulotność. Muszę przyznać, że tamte filmy były także dużo bardziej poetyckie, nawet w trakcie bitew - przypomnę chociażby nieziemskie zobrazowanie walki w Osgiliath. Tutaj wszystko jest bardziej surowe i brutalne. Po prostu się naparzają, polub to albo nie. Ja polubiłem to średnio - co nie zmienia faktu, że wykonanie jest świetne i wizualnie nie ma niczego do zarzucenia. Poza momentami absurdalnymi scenami - Legolas biegnący po spadających fragmentach bruku wygrał medal niedorzeczności.
I koniec. Skończyła się ta wielka seria. Gdzieś tam majaczy Silmarillion w serialowym wydaniu, którego wyczekuję ze zniecierpliwieniem. Co dalej panie Jackson? Może dla odmiany, w końcu coś pan kompletnie schrzani?
Suma sumarum - trochę deficyt dawnego klimatu, trochę zbyt wielki nacisk na akcję, wizualnie, muzycznie, aktorsko - miodnie. Udane zakończenie sagi.
Ocena: 8/10
Ocena całej trylogii: 8/10
Rok wydania: 2014
Reżyseria: Peter Jackson
Gatunek: fantasy, przygodowy
Kraj: Nowa Zelandia oraz najlepsze i jedyne państwo świata, Junajted Stejts of 'murica
Jak sugeruje tytuł (niewłaściwie, rzecz jasna), z mojej recenzji powinno wynikać, że Jackson strzelił sobie w kolano i w ogóle co to za poroniony pomysł robić film z dwudziestu stron książki. Okej, na papierze i w teorii to zakrawa o absurd. Jednakże tytuł wpisu podsumuję w sposób następujący: Jackson wiedział kiedy zejść i to zrobił. Ba, w wielkim i zapierającym dech w piersiach stylu. Ale od początku!
Kto nie zna Władcy Pierścieni? Nawet jeśli nie czytałeś, drogi czytelniku, ani jednej części tolkienowskiej sagi (która, dla ścisłości, jest jednym z prekursorów nurtu fantasy w literaturze), najpewniej miałeś chociażby symboliczną styczność z jej ekranizacją wyreżyserowaną przez Petera Jacksona jakieś... 10 lat temu. Tak jest, trylogia jakiś czas temu skończyła 10 lat. Natomiast w roku 2012 do kin weszła PIERWSZA część trylogii ekranizującej książkę zatytułowaną Hobbit, czyli jakby nie było (podobnie jak George Lucas ze Star Warsami), reżyser zabrał się do tworzenia dzieła od dupy strony i pierwszą część zostawił sobie na koniec. Nie to jednak sprawiło, że fani papierowego pierwowzoru zaczęli zalewać się żółcią w przerwach od niekontrolowanych ataków padaczki w stylu epileptyka na hard-techno dyskotece. No bo w zasadzie - jaki sens ma tworzenie trylogii filmowej z książki liczącej około 200 stroniczek? Wydanie nie gra roli - zawsze jest ich mało.
Oczywiście, nikt nie wątpi, że jednym z najważniejszych powodów jest góra zielonych papierków z wizerunkami jankeskich prezydentów - fani zawsze się znajdą, a sprawdzonymi metodami uda się ich zadowolić w jakimkolwiek stopniu. Tak czy owak, wkład pieniężny zawsze się zwróci. Wracając, na krótko przed premierą drugiej części w 2013 roku (Hobbit: Pustkowie Smauga), nadrobiłem część pierwszą i prawdę mówiąc - zatkało mnie. Nie spodziewałem się tak przemyślanych nowych wątków, których w książce w ogóle nie było, tak dopracowanego zobrazowania uniwersum (pomimo wyraźnego postawienia na widowiskowość), genialnej obsady i tego uwielbianego przez wszystkich (przeze mnie także) poczucia przygody, które przywoływało ducha starej przygody. Niezwykła Podróż była niezwykle udanym filmem, w którym Martin Freeman jako Bilbo Baggins, i cała kompania krasnoludów z Thorinem na czele (nie zapominajmy o Ianie McKellenie/Gandalfie) pokazali się od najlepszej strony i zdali sprawdzian na piątkę z małym plusikiem. Pustkowie Smauga rozkręcało się dość długo i mozolnie, aby osiągnąć kulminację we wnętrzu skarbca Samotnej Góry - siedlisku tytułowej gadziny dubbingowanej przez Benedicta Cucumberbitcha. Zabawa w ganianego między Bilbem a smokiem okazała się być najmocniejszym punktem produkcji, zakończenie natomiast dawało nadzieję na spektakularne zakończenie "władcopierścieniowej" kariery Jacksona.
Jak jest w rzeczywistości? Jest, cóż, dość nierówno. Podobnie jak w trakcie oglądania Powrotu Króla, widz w którymś momencie uświadamia sobie, że uczestniczy w ostatnich aktach tej wspaniałej przygody, dosięga go melancholia i rzeczywiście łatwo wczuć się w takiej sytuacji w to, co dzieje się na ekranie przed naszymi oczyma. Zwłaszcza, że wizualny aspekt filmu, podobnie jak dźwiękowy, uważam za najmocniejsze zalety Bitwy Pięciu Armii. Nie humor, nie grę aktorską, nie sam przebieg fabuły obudowanej jacksonowskimi dodatkami, a właśnie wizję Śródziemia, które o tej porze roku wygląda niebywale pięknie i ujmująco. To właśnie w momentach zawieszenia kamery na krajobrazie, Mieście na Jeziorze, mrocznych pustkowiach Gundabadu, Samotnej Górze, polach starcia między armiami, najbardziej odczuwałem klimat starej trylogii. Miałem świadomość tego, że większość obrazów pojawiających się przed moimi oczyma nie wygenerowała natura, a blaszak jakiegoś znoulajfiałego grafika, jednak to właśnie CGIem stoi ten film. Można marudzić, że go za dużo, że chciało się filmu, a nie animacji komputerowej, ale hejterzy - spadajcie na drzewo. Liczcie się z tym, że nie wszystko da się stworzyć ludzką ręką.
Urzekła mnie przemyślana praca kamery, która zwłaszcza w momencie palenia przez Smauga Miasta na Jeziorze, miała swoje momenty. Widziany przeze mnie chaos był kontrolowany, w pełni opanowany w swej dzikości. Ujęcia sprawnie jak żabka skakały z miejsca na miejsce - podobnie jak przeskoki fabularne. Na ekranie wciąż się coś działo, raz Gandalf, raz Azog i jego plugawe idee, w końcu Thorin i jego obłęd zamknięci w czterech ścianach skarbca. Richard Armitage zdecydowanie wysunął się na pierwszy plan w tej części trylogii. Oczywiście, od zawsze był jednym z głównych bohaterów, jednak tutaj to jego szaleństwo zdecydowało o takim obrocie spraw. W dużej części filmu Dębowa Tarcza marnuje czas na rozmyślaniach o odzyskanym bogactwie Ereboru, o tym, że w końcu jest królem i wystarczy się zabarykadować, Samotna Góra nigdy nie zostanie zdobyta. Posuwa się nawet do słów skierowanych w stronę swych przyjaciół, których bez wpływu przeklętego krasnoludzkiego złota nigdy by nie wymówił. Reszta obsady ponownie osiąga światowy poziom, krasnoludy jak zwykle bawią, Martin Freeman czaruje obyciem i grą całym sobą. On nie gra jakiegoś tam hobbita. On JEST hobbitem. Podobnie rzecz się ma z Ianem McKellenem i Christopherem Lee, którzy ponownie jak ogień i woda mają szansę zaprezentować mądrość Istarich.
Największym minusem okazała się sama bitwa. Jest zwyczajnie zbyt rozwleczona. Jackson bawi się non stop w straszenie widza, że: "ooo, uważaj teraz sobie zabiję tego gościa, bo on jest ważny i w ogóle", co w zasadzie sprawdza się w niewielu przypadkach. To jest właśnie widowiskowość, którą znienawidziłem w poprzednich częściach Hobbita. Być może nie jestem typem nowoczesnego widza, jednak dużo bardziej lubiłem charakterystyczną dla poprzedniej trylogii... powolność. Pewne rozwleczenie w czasie, swobodną kontemplację tego, co akurat dzieje się na ekranie, pewną zwiewność i ulotność. Muszę przyznać, że tamte filmy były także dużo bardziej poetyckie, nawet w trakcie bitew - przypomnę chociażby nieziemskie zobrazowanie walki w Osgiliath. Tutaj wszystko jest bardziej surowe i brutalne. Po prostu się naparzają, polub to albo nie. Ja polubiłem to średnio - co nie zmienia faktu, że wykonanie jest świetne i wizualnie nie ma niczego do zarzucenia. Poza momentami absurdalnymi scenami - Legolas biegnący po spadających fragmentach bruku wygrał medal niedorzeczności.
I koniec. Skończyła się ta wielka seria. Gdzieś tam majaczy Silmarillion w serialowym wydaniu, którego wyczekuję ze zniecierpliwieniem. Co dalej panie Jackson? Może dla odmiany, w końcu coś pan kompletnie schrzani?
Suma sumarum - trochę deficyt dawnego klimatu, trochę zbyt wielki nacisk na akcję, wizualnie, muzycznie, aktorsko - miodnie. Udane zakończenie sagi.
Ocena: 8/10
Ocena całej trylogii: 8/10
czwartek, 27 listopada 2014
Big Black - Atomizer [Homestead; 1986]
Poszukiwania dźwięku równie surowego, metalicznego i podobnego całej zawartości Filth Łabędzi spełzały dla mnie na niczym przez bardzo długi czas. Ostatecznie, któregoś (przyjmijmy taki obrót spraw, na potrzeby klimatu Atomizera) obrzydliwego jesiennego wieczoru natknąłem się na Big Black. Co więksi znawcy wytkną mi: "o ty, ty matołku, przecież BB to wielka ekipa, która jest legendą, jak mogłeś jej wcześniej nie znać, parszywcu". Moja odpowiedź jest prosta - nigdy wcześniej specjalnie nie zagłębiałem się w bardziej noisowe klimaty - poza wyżej wymienionym Brudem, rzecz jasna.
Wracając jednak do samego Big Black, które jest tematem tego wpisu - przygodę z zespołem zacząłem oczywiście z Atomizerem, który pod względem popularności ustępuje drugiemu albumowi BB - Songs About Fucking. Cóż, właściwie teraz, po styczności z EPkami i drugim LP mogę oficjalnie stwierdzić, że JEST to ich najpełniejsze i najbardziej reprezentacyjne wydawnictwo, choć (co dziwne, przynajmniej dla mnie), to właśnie druga z płyt jest wymieniana jako lepsza. Na początek może o samej grupie, bo na pewno są wśród was osoby, które pierwszy raz słyszą tę nazwę. Big Black to amerykańscy "punkowcy", którzy tworzyli od 1981 do 1987. Punkowców ująłem w cudzysłów, gdyż w praktyce muzyka, którą grali tańczyła na cienkiej granicy post-punku (głównie basem), noise'u, alternatywy, momentami także industrialu.
Ojciec-założyciel BB, Steve Albini, uformował po rozpadzie swojego pierwszego zespołu jeszcze dwie słynne grupy - Shellac i Rapeman, o których muzyce być może też pojawi się wpis - czas pokaże.
Ja jednak zajmę się tym, co widnieje sobie w tytule, bo album ten ostatnio niemiłosiernie zawrócił mi głowie i cóż - chyba trafił na którąś z moich list ulubionych albumów! A to, co będzie wam dane na nim usłyszeć, to harda dawka dzikich, przesterowanych i surowych riffów z lekkim sznytem "killingdżołkowskim" - to właściwie raczej skojarzenie Oriany, ale trzeba przyznać, że odnajduję niemałą konotację między twórczością tych pozornie odległych tematycznie zespołów. Intro, czyli tutaj Jordan, Minnesota, to bardzo basowo-post-punkowa kompozycja z miażdżącą rytmiką. Tematem kawałka jest znęcanie się nad dziećmi - rzecz jasna, na płaszczyźnie seksualnej - wiedzcie, że Big Black byli specjalistami w podejmowaniu odrzucających, niewygodnych tematów. Trzeba przyznać, że warstwa melodyczna podejmuje idealną kooperację z warstwą liryczną.
Następnie czas na Passing Complexion - to, co się dzieje w ciągu zaledwie trzech minut, jest... cóż - kawaii. Przesłodko noisowy, piskliwy riff zagrany jakby w podwójnie przyspieszonym tempie robi ten utwór. Tutaj można odnaleźć wyżej wspomniany "killingdżołkowy" sznyt - na myśli mam głównie rytmikę i ton bębnów, choć w Killing Joke to człowiek odpowiadał za te aspekty - w przypadku BB był to automat. Dla mnie - utwór o oportunizmie - przemijająca cera przedstawia to zjawisko na płaszczyźnie rasowej, a i w czasach nagrywania Atomizera problem był zdecydowanie bardziej nasilony. Kolejny temat tabu, jakby nie było - ostatnio na topie, zwłaszcza kiedy myśli się u usilnym stawianiu czoła poprawności politycznej.
Gdzieś po drodze jest Kerosene, czyli (dla mnie) nie tylko najlepszy utwór albumu, ale i BB w ogóle. Co dziwniejsze, przybiera on zdecydowanie wolniejsze tempo niż pozostałe kawałki zespołu, jest zwyczajnie najmniej punkowy ze wszystkich, a jednak najbardziej pociągający. Wstęp z lekka pokrywa się z głównym motywem Passing Complexion, jednak ma tutaj bardziej hipnotyczny i rozchwiany wymiar. Tutaj silnym jest to charakterystyczne "niestrojenie" gitary, a jednak to wciąż tylko Drop D. Szybko jednak wiosło usuwa się w tło, ustępując tym samym zabójczemu duetowi bas-phaser, budującemu genialną warstwę rytmiczną. Mistyczna gitara powraca wraz z refrenem, co potęguje wrażenie narastające napięcia - kultowe: "Set me on fire, kerosene" to już sztos dla fanów grupy. Kawałek podejmuje niezwykle poważny temat... nudy. Normalnie. Gościu się nudzi, a że w okolicy jest benzyna, to czemu by jej nie wykorzystać. W przeciągu ostatniej minuty utworu następuje genialny "wybuch" instrumentalny, który w niebanalny sposób łączy się z tekstem.
Jest i Bad Houses, któremu Killing Joke już wychodzi bokiem, a jednak ja odnajduję spore ślady tego utworu w dość świeżych dokonaniach The Woken Trees - ma on tak samo melodyjny post-punkowy wydźwięk jak wszystko z jedynego krążka TWT. O sile tego utworu stanowi specyficzna tonacja gitary, o lekko elektronicznym/mechanicznym (?) zabarwieniu. Tego się nie da wyjaśnić, to trzeba usłyszeć. Ponownie BB spisali się na medal z drugim dnem kawałka - na pierwszy rzut ucha, opowiada on o odwiedzinach w domu rozpusty, burdelu, jak zwał, tak zwał. W każdym razie, wizyta ta budzi w podmiocie (w nas samych) odrazę, nie chcemy tego więcej robić, a jednak wracamy tam jeden raz, drugi, i kolejny. Łatwo przełożyć to na każdą inną perwersję, nałóg. Wrażenie całości popiera bardzo poetycki wydźwięk wokalu Albiniego.
Cała płyta zmaga się z brutalną prawdą życia codziennego w iście nieznoszący sprzeciwu, niekonwencjonalny, hałaśliwy, idealnie oddający istotę tematu sposób. Okej, pisanie utworów o ćpaniu, podpalaniu się i gwałtach, to jeszcze żaden wyczyn. Dodajcie do tego jednak oryginalny, kunsztownie wypracowany styl, który po dziś dzień inspiruje twórców noise'u i post-punku. Polecam jednak zacząć od BB, by dopiero potem rozkoszować się odnajdywaniem ich wpływów gdzie indziej. A już najlepszym wyborem na początek tej chorej przejażdżki po brudnej i namacalnie obrzydliwej części tego padołu, będzie Atomizer.
Wracając jednak do samego Big Black, które jest tematem tego wpisu - przygodę z zespołem zacząłem oczywiście z Atomizerem, który pod względem popularności ustępuje drugiemu albumowi BB - Songs About Fucking. Cóż, właściwie teraz, po styczności z EPkami i drugim LP mogę oficjalnie stwierdzić, że JEST to ich najpełniejsze i najbardziej reprezentacyjne wydawnictwo, choć (co dziwne, przynajmniej dla mnie), to właśnie druga z płyt jest wymieniana jako lepsza. Na początek może o samej grupie, bo na pewno są wśród was osoby, które pierwszy raz słyszą tę nazwę. Big Black to amerykańscy "punkowcy", którzy tworzyli od 1981 do 1987. Punkowców ująłem w cudzysłów, gdyż w praktyce muzyka, którą grali tańczyła na cienkiej granicy post-punku (głównie basem), noise'u, alternatywy, momentami także industrialu.
Ojciec-założyciel BB, Steve Albini, uformował po rozpadzie swojego pierwszego zespołu jeszcze dwie słynne grupy - Shellac i Rapeman, o których muzyce być może też pojawi się wpis - czas pokaże.
Ja jednak zajmę się tym, co widnieje sobie w tytule, bo album ten ostatnio niemiłosiernie zawrócił mi głowie i cóż - chyba trafił na którąś z moich list ulubionych albumów! A to, co będzie wam dane na nim usłyszeć, to harda dawka dzikich, przesterowanych i surowych riffów z lekkim sznytem "killingdżołkowskim" - to właściwie raczej skojarzenie Oriany, ale trzeba przyznać, że odnajduję niemałą konotację między twórczością tych pozornie odległych tematycznie zespołów. Intro, czyli tutaj Jordan, Minnesota, to bardzo basowo-post-punkowa kompozycja z miażdżącą rytmiką. Tematem kawałka jest znęcanie się nad dziećmi - rzecz jasna, na płaszczyźnie seksualnej - wiedzcie, że Big Black byli specjalistami w podejmowaniu odrzucających, niewygodnych tematów. Trzeba przyznać, że warstwa melodyczna podejmuje idealną kooperację z warstwą liryczną.
Następnie czas na Passing Complexion - to, co się dzieje w ciągu zaledwie trzech minut, jest... cóż - kawaii. Przesłodko noisowy, piskliwy riff zagrany jakby w podwójnie przyspieszonym tempie robi ten utwór. Tutaj można odnaleźć wyżej wspomniany "killingdżołkowy" sznyt - na myśli mam głównie rytmikę i ton bębnów, choć w Killing Joke to człowiek odpowiadał za te aspekty - w przypadku BB był to automat. Dla mnie - utwór o oportunizmie - przemijająca cera przedstawia to zjawisko na płaszczyźnie rasowej, a i w czasach nagrywania Atomizera problem był zdecydowanie bardziej nasilony. Kolejny temat tabu, jakby nie było - ostatnio na topie, zwłaszcza kiedy myśli się u usilnym stawianiu czoła poprawności politycznej.
Gdzieś po drodze jest Kerosene, czyli (dla mnie) nie tylko najlepszy utwór albumu, ale i BB w ogóle. Co dziwniejsze, przybiera on zdecydowanie wolniejsze tempo niż pozostałe kawałki zespołu, jest zwyczajnie najmniej punkowy ze wszystkich, a jednak najbardziej pociągający. Wstęp z lekka pokrywa się z głównym motywem Passing Complexion, jednak ma tutaj bardziej hipnotyczny i rozchwiany wymiar. Tutaj silnym jest to charakterystyczne "niestrojenie" gitary, a jednak to wciąż tylko Drop D. Szybko jednak wiosło usuwa się w tło, ustępując tym samym zabójczemu duetowi bas-phaser, budującemu genialną warstwę rytmiczną. Mistyczna gitara powraca wraz z refrenem, co potęguje wrażenie narastające napięcia - kultowe: "Set me on fire, kerosene" to już sztos dla fanów grupy. Kawałek podejmuje niezwykle poważny temat... nudy. Normalnie. Gościu się nudzi, a że w okolicy jest benzyna, to czemu by jej nie wykorzystać. W przeciągu ostatniej minuty utworu następuje genialny "wybuch" instrumentalny, który w niebanalny sposób łączy się z tekstem.
Jest i Bad Houses, któremu Killing Joke już wychodzi bokiem, a jednak ja odnajduję spore ślady tego utworu w dość świeżych dokonaniach The Woken Trees - ma on tak samo melodyjny post-punkowy wydźwięk jak wszystko z jedynego krążka TWT. O sile tego utworu stanowi specyficzna tonacja gitary, o lekko elektronicznym/mechanicznym (?) zabarwieniu. Tego się nie da wyjaśnić, to trzeba usłyszeć. Ponownie BB spisali się na medal z drugim dnem kawałka - na pierwszy rzut ucha, opowiada on o odwiedzinach w domu rozpusty, burdelu, jak zwał, tak zwał. W każdym razie, wizyta ta budzi w podmiocie (w nas samych) odrazę, nie chcemy tego więcej robić, a jednak wracamy tam jeden raz, drugi, i kolejny. Łatwo przełożyć to na każdą inną perwersję, nałóg. Wrażenie całości popiera bardzo poetycki wydźwięk wokalu Albiniego.
Cała płyta zmaga się z brutalną prawdą życia codziennego w iście nieznoszący sprzeciwu, niekonwencjonalny, hałaśliwy, idealnie oddający istotę tematu sposób. Okej, pisanie utworów o ćpaniu, podpalaniu się i gwałtach, to jeszcze żaden wyczyn. Dodajcie do tego jednak oryginalny, kunsztownie wypracowany styl, który po dziś dzień inspiruje twórców noise'u i post-punku. Polecam jednak zacząć od BB, by dopiero potem rozkoszować się odnajdywaniem ich wpływów gdzie indziej. A już najlepszym wyborem na początek tej chorej przejażdżki po brudnej i namacalnie obrzydliwej części tego padołu, będzie Atomizer.
niedziela, 16 listopada 2014
King Crimson - Red [Island/Atlantic; 1974]
Właśnie sączę sobie rzekomo czeskie piwo o nic nie mówiącej mi nazwie Starovar. Wiem tylko tyle, że ma żurawinowy smak i jest przeraźliwie słodkie. Ale nie o tym tutaj - to jedynie miało uzmysłowić Ci, drogi czytelniku, że stworzyłem sobie idealne warunki do pisania o muzyce. A muzyka, którą dziś wziąłem na tapetę w żaden sposób nie kojarzy się ze słodyczą - paradoks? Zespół i album, o którym mowa, są mistrzami paradoksu, łamliwych, zmiennych i płynnie ewoluujących kompozycji, ciężkich niczym bloki ze Stonehenge; mistrzami progresywy i budowy klimatu - od zawsze, na zawsze. Mam na myśli oczywiście King Crimson i mój ulubiony album tej grupy - Red.
To właśnie z King Crimson wypływają korzenie, będące przy okazji źródłem inspiracji dla wielu współczesnych zespołów nie tylko hard rockowych, ale też psychodelicznych, progresywnych, w skrajnych przypadkach krautrockowych. Zespół uformowany w 1968 przechodził szereg różnych zmian przez niemalże pięć dekad swojego istnienia, jednak zdecydowanie najbardziej pamiętanym i najchętniej wspominanym okresem twórczości był ten od 1969 do końcówki lat 70'/początku 80'. Moja przygoda z KC zaczęła się od rzeczonego Red, więc to właśnie tę płytę najbardziej chciałbym polecić - między innymi dlatego, że jest niezwykle przystępna, dość krótka, a przy tym składna, trzymająca się całości.
Pierwszą częścią klamry spinającej całość jest utwór instrumentalny - imiennik albumu. Przez sześć minut dane jest nam słyszeć niesamowicie chwytliwy, łamiący się i zgrzytliwy riff zmieniający swą rytmikę i akcenty. Wsłuchując się w tło, można usłyszeć swoiście industrialne smaczki (przynajmniej ja je tak odbieram) - uderzenia o blachę wybijające takt. Pojawienie się wiolonczeli w połowie to istny majstersztyk, budujący przy okazji specyficzną, gęstą i ciemną atmosferę płynącą swobodnie jak fluid. Fallen Angel nasuwa pewne skojarzenia z Pink Floyd za czasów (nie)sławnego Syda Baretta - spokojna ballada na czystym kanale o momentami dość akustycznym wydźwięku - wokal Wettona i w takim klimacie świetnie się sprawdza - na plus także pojawienie się trąbki (która zazwyczaj mnie wkurza) i oboju. Dalej, mój ulubiony utwór płyty i chyba KC w ogóle - One More Nightmare. Riff początkowo zapowiadający klona Red, po chwili przeradza się w wesołą/charczącą/burczącą/blaszaną/saksofonową kompozycję o cudownym tekście (z którym polecam się zapoznać), z charakterystycznymi dla progresywy przejściami w spokojniejsze stadia, zmienną rytmiką i nastrojem całości. Nagłe zakończenie nie pozostawia niesmaku, co jest nieczęstym zjawiskiem. Providence skłania się raczej w eksperymentalną muzycznie stronę - utwór był zaimprowizowany w całości. Mimo tego faktu, zespołowi udało się zachować "heavymetalowy" sznyt i zmienność całości - na pierwszy plan wysuwa się ponownie Wetton, tym razem dwojąc się i trojąc przy basie. Gościnny występ Davida Crossa ze skrzypcami także miał niemały wpływ na wygląd całości - jest po prostu nieodłącznym elementem tego utworu. Zamykające całość Starless jest jakby fuzją wszystkich składowych KC występujących w pozostałych kompozycjach - mamy tu spokojniejszy wstęp, przeradzający się stopniowo w coś bardziej rockowego wraz ze zmianą tempa.
W utworach King Crimson nigdy nie istniało "tu i teraz". Każda kolejna sekunda przynosi coś nowego, pozornie drobne elementy, jednak zmieniające całość nie do poznania. Właśnie za to cenię twórczość zespołu - sumienność w swoim zamierzeniu. Sam fakt bycia legendą w świecie progresywy skłania do zapoznania się z twórczością grupy - a zdecydowanie najłatwiej i najlepiej (moim zdaniem) zacząć tę przygodę z Red.
To właśnie z King Crimson wypływają korzenie, będące przy okazji źródłem inspiracji dla wielu współczesnych zespołów nie tylko hard rockowych, ale też psychodelicznych, progresywnych, w skrajnych przypadkach krautrockowych. Zespół uformowany w 1968 przechodził szereg różnych zmian przez niemalże pięć dekad swojego istnienia, jednak zdecydowanie najbardziej pamiętanym i najchętniej wspominanym okresem twórczości był ten od 1969 do końcówki lat 70'/początku 80'. Moja przygoda z KC zaczęła się od rzeczonego Red, więc to właśnie tę płytę najbardziej chciałbym polecić - między innymi dlatego, że jest niezwykle przystępna, dość krótka, a przy tym składna, trzymająca się całości.
Pierwszą częścią klamry spinającej całość jest utwór instrumentalny - imiennik albumu. Przez sześć minut dane jest nam słyszeć niesamowicie chwytliwy, łamiący się i zgrzytliwy riff zmieniający swą rytmikę i akcenty. Wsłuchując się w tło, można usłyszeć swoiście industrialne smaczki (przynajmniej ja je tak odbieram) - uderzenia o blachę wybijające takt. Pojawienie się wiolonczeli w połowie to istny majstersztyk, budujący przy okazji specyficzną, gęstą i ciemną atmosferę płynącą swobodnie jak fluid. Fallen Angel nasuwa pewne skojarzenia z Pink Floyd za czasów (nie)sławnego Syda Baretta - spokojna ballada na czystym kanale o momentami dość akustycznym wydźwięku - wokal Wettona i w takim klimacie świetnie się sprawdza - na plus także pojawienie się trąbki (która zazwyczaj mnie wkurza) i oboju. Dalej, mój ulubiony utwór płyty i chyba KC w ogóle - One More Nightmare. Riff początkowo zapowiadający klona Red, po chwili przeradza się w wesołą/charczącą/burczącą/blaszaną/saksofonową kompozycję o cudownym tekście (z którym polecam się zapoznać), z charakterystycznymi dla progresywy przejściami w spokojniejsze stadia, zmienną rytmiką i nastrojem całości. Nagłe zakończenie nie pozostawia niesmaku, co jest nieczęstym zjawiskiem. Providence skłania się raczej w eksperymentalną muzycznie stronę - utwór był zaimprowizowany w całości. Mimo tego faktu, zespołowi udało się zachować "heavymetalowy" sznyt i zmienność całości - na pierwszy plan wysuwa się ponownie Wetton, tym razem dwojąc się i trojąc przy basie. Gościnny występ Davida Crossa ze skrzypcami także miał niemały wpływ na wygląd całości - jest po prostu nieodłącznym elementem tego utworu. Zamykające całość Starless jest jakby fuzją wszystkich składowych KC występujących w pozostałych kompozycjach - mamy tu spokojniejszy wstęp, przeradzający się stopniowo w coś bardziej rockowego wraz ze zmianą tempa.
W utworach King Crimson nigdy nie istniało "tu i teraz". Każda kolejna sekunda przynosi coś nowego, pozornie drobne elementy, jednak zmieniające całość nie do poznania. Właśnie za to cenię twórczość zespołu - sumienność w swoim zamierzeniu. Sam fakt bycia legendą w świecie progresywy skłania do zapoznania się z twórczością grupy - a zdecydowanie najłatwiej i najlepiej (moim zdaniem) zacząć tę przygodę z Red.
piątek, 14 listopada 2014
Mannequin Neurose - Mannequin Neurose (1985)
Jestem świeżo po odsłuchu wyżej wymienionej EPki japońskiej grupy Mannequin Neurose i jednak bardziej niż na recenzję wzięło mnie na dość luźne przemyślenia - odkąd interesuję się jako-takim nurtem post-punkowym, nowofalowym, ogółem - wszystkimi pokręconymi krewniakami punku, nigdy jeszcze nie słuchałem grupy prezentującej swoją twórczością taki kierunek, jednak pochodzącej z innego miejsca niż Europa i Stany. Nie sądziłem, że to powiem, jednak jestem tak samo jak wy zaskoczony swoją opinią - okazuje się, że Japończycy też mieli swego czasu solidną scenę post-punkową, oczywiście w latach 80', na które przypadał rozkwit gatunku i wysyp post-punkowych potworków.
No więc to tyle z przemyśleń - co do samej EPki - jest kozacka jak mało co - w sensie, nic ostatnio nie porwało mnie tak jak to czteroutworowe dzieło. Od typowo nastawionego na bas riffu z wokalem podobnym do... Cerebral Ballzy (serio, sam się zdziwiłem) w pierwszym utworze, którego tytułu nie jestem w stanie napisać; poprzez Urabe, które ma jakiś sznyt Big Black z czasów Atomizera (o zgrozo) - wokalnie wciąż jest to zbolały lament do post-punku pozornie nieprzystający; po drodze napotykając Aomushi swoim biciem na perkusji zdolnym zmusić nasze serce do arytmii - wokal po raz kolejny udowadnia, że nie jest to spokojny i płaczliwy post-punk spod szyldu Joy Division; aż do Myoyaku, które włączyło mnie do grona wyznawców tego utworu. No bo serio, zaczyna się kultowym phaserem, który robi szum jakich mało. Prawdziwe party zaczyna się od momentu wejścia wokalu, który jest niepokojący, rozedrgany, podzielony na kilka warstw, zawodzi niczym rzucający zaklęcie. Jako że to dzieło Japończyków, od razu skojarzyłem go z przygodami Harry'ego Masona w Silent Hill, a bardziej z samą atmosferą tego porąbanego miasteczka i jego "piekielną", rdzawą wersją.
Tylko cztery kawałki, a wrażeń co niemiara. Przynajmniej dostałem nauczkę, że nie samą Europą i USA post-punk żyje. Już raz mnie Japonia oczarowała, przy okazji psychodelicznego Bo Ningen, które po części wygrało tegoroczną edycję Offa. Czekam na więcej, bo na pewno do niejednego jeszcze się przekonam.
No więc to tyle z przemyśleń - co do samej EPki - jest kozacka jak mało co - w sensie, nic ostatnio nie porwało mnie tak jak to czteroutworowe dzieło. Od typowo nastawionego na bas riffu z wokalem podobnym do... Cerebral Ballzy (serio, sam się zdziwiłem) w pierwszym utworze, którego tytułu nie jestem w stanie napisać; poprzez Urabe, które ma jakiś sznyt Big Black z czasów Atomizera (o zgrozo) - wokalnie wciąż jest to zbolały lament do post-punku pozornie nieprzystający; po drodze napotykając Aomushi swoim biciem na perkusji zdolnym zmusić nasze serce do arytmii - wokal po raz kolejny udowadnia, że nie jest to spokojny i płaczliwy post-punk spod szyldu Joy Division; aż do Myoyaku, które włączyło mnie do grona wyznawców tego utworu. No bo serio, zaczyna się kultowym phaserem, który robi szum jakich mało. Prawdziwe party zaczyna się od momentu wejścia wokalu, który jest niepokojący, rozedrgany, podzielony na kilka warstw, zawodzi niczym rzucający zaklęcie. Jako że to dzieło Japończyków, od razu skojarzyłem go z przygodami Harry'ego Masona w Silent Hill, a bardziej z samą atmosferą tego porąbanego miasteczka i jego "piekielną", rdzawą wersją.
Tylko cztery kawałki, a wrażeń co niemiara. Przynajmniej dostałem nauczkę, że nie samą Europą i USA post-punk żyje. Już raz mnie Japonia oczarowała, przy okazji psychodelicznego Bo Ningen, które po części wygrało tegoroczną edycję Offa. Czekam na więcej, bo na pewno do niejednego jeszcze się przekonam.
poniedziałek, 10 listopada 2014
Wrażenia po finale Doctor Who
Ostrzegam, nie zamierzam oszczędzać na spoilerach. Formalności stało się zadość.
I, wooh, nawet się nie obejrzeliśmy, a tu już finał! Kto by pomyślał! Poważnie, strasznie szybko mi zleciał ten sezon. Jak go oceniam po obejrzeniu całości? Cóż, jak to zwykle z pierwszym sezonem nowego Doktora, było dość nierówno. Było trochę słabszych momentów, ale zdecydowanie ustępowały tym lepszym - Capaldi spisał się na medal i już w stu procentach jestem przyzwyczajony do odgrywanego przez niego Władcy Czasu. W pozytywnej ocenie całości jest duża zasługa finału, który w mojej opinii był jednym z najlepszych do tej pory!
W końcu dowiadujemy się kim jest enigmatyczna Missy. Serio, po obejrzeniu finału doszedłem do wniosku, iż można było to w jakiś sposób wydedukować. Jeśli jednak ktoś do tego sam nie doszedł (tak jak ja), to na pewno doznał niemałego szoku. Missy to Mistrz, a raczej Mistrzyni, bo zregenerował(a) się w kobiecą formę. Czyżby sugestia, że i naszego Doktora może to czekać? Fandom chyba by eksplodował. W sumie to zacząłem od końca, ale to chyba był najistotniejszy motyw całego sezonu. No więc pierwszy odcinek otwiera GE-NIA-LNA sekwencja ze śmiercią pewnej postaci, po której następuje wizyta na jakiejś wulkanicznej planecie, co jest również ciekawym motywem. Misja zabójczego duetu (Clary i Doktora) będzie niebanalna, bowiem jej celem będzie wyciągnięcie kogoś z zaświatów - okej, tego jeszcze nie było. Daruję sobie opisywanie całej fabuły, której bieg w końcu doprowadzi do... Cybermenów w Londynie. A jakże. Jednak pomysł na przemianę ludzi w cyborgi także będzie oryginalny, bo będą to... ludzkie zwłoki opakowane w gustowną zbroję. Mistrzu, przechodzisz samego (samą?) siebie.
Bardzo podobały mi się wszelakie nawiązania do popkultury i samego serialu także - znajoma nam postać zaznaczająca, że "bowties are cool"; głowa cybermana z klasycznych serii, i wiele wiele innych. Missy okazała się być niezwykle charyzmatyczną postacią, która zwłaszcza w finale wprowadziła sporą dozę humoru, ale także, co ciekawe, tragizmu. Mianowanie Doktora prezydentem Ziemi (na czas zagrożenia) również wywołało niemałego banana na mojej twarzy. Zakończenie było niebanalne, pełne, nie pozostawiło niedosytu, a jedynie pobudziło apetyt na więcej. Scenka po napisach końcowych (nie wyłączajcie w ich trakcie!) zapowiedziała świetny odcinek świąteczny, który będziemy mogli obejrzeć za miesiąc z kawałkiem.
Czego chcieć więcej? Doktor Capaldiego mógł być gburem i mieć słabsze momenty, ale miał też bardzo dobre, do których zaliczyłbym dwuodcinkowy finał. Masa akcji, zwrotów w fabule, humoru. Doctor at his best.
I, wooh, nawet się nie obejrzeliśmy, a tu już finał! Kto by pomyślał! Poważnie, strasznie szybko mi zleciał ten sezon. Jak go oceniam po obejrzeniu całości? Cóż, jak to zwykle z pierwszym sezonem nowego Doktora, było dość nierówno. Było trochę słabszych momentów, ale zdecydowanie ustępowały tym lepszym - Capaldi spisał się na medal i już w stu procentach jestem przyzwyczajony do odgrywanego przez niego Władcy Czasu. W pozytywnej ocenie całości jest duża zasługa finału, który w mojej opinii był jednym z najlepszych do tej pory!
| Daleków nie uświadczymy, ale przynajmniej spotkamy innych starych znajomych. |
Bardzo podobały mi się wszelakie nawiązania do popkultury i samego serialu także - znajoma nam postać zaznaczająca, że "bowties are cool"; głowa cybermana z klasycznych serii, i wiele wiele innych. Missy okazała się być niezwykle charyzmatyczną postacią, która zwłaszcza w finale wprowadziła sporą dozę humoru, ale także, co ciekawe, tragizmu. Mianowanie Doktora prezydentem Ziemi (na czas zagrożenia) również wywołało niemałego banana na mojej twarzy. Zakończenie było niebanalne, pełne, nie pozostawiło niedosytu, a jedynie pobudziło apetyt na więcej. Scenka po napisach końcowych (nie wyłączajcie w ich trakcie!) zapowiedziała świetny odcinek świąteczny, który będziemy mogli obejrzeć za miesiąc z kawałkiem.
Czego chcieć więcej? Doktor Capaldiego mógł być gburem i mieć słabsze momenty, ale miał też bardzo dobre, do których zaliczyłbym dwuodcinkowy finał. Masa akcji, zwrotów w fabule, humoru. Doctor at his best.
piątek, 7 listopada 2014
All-New Ghost Rider (2014-2015) - garść przemyśleń
Nie sposób zaprzeczyć temu, że Ghost Rider jest jednym z ciekawszych bohaterów nie tylko Marvela, ale i komiksu w ogóle. No bo serio, gościu w skórce, na płonącym motorze, z płonącą czaszką, łańcuchami w charakterze broni? Większość osób średnio obeznanych w komiksie z pewnością kojarzy tego najsłynniejszego z Ghost Riderów (a w sumie kilku ich było) - Johnny'ego Blaze'a, którego w filmowej adaptacji tej 40-stoletniej serii zagrał dość... ekhem, brawurowo, Nicolas Cage. O filmie nie będę się wypowiadał, bo zasługuje na solidnego klapsa, na przykład w dziąsło. Jeśli chodzi o komiksową wersję Blaze'a, to był to skurczybyk jakich mało, który w sumie mógłby być świetnym kumplem Wolverine'a (i w zasadzie mieli kilka okazji do spotkania) - nawet po utracie swych nadprzyrodzonych umiejętności łoił tyłki demonom aż się kurzyło. Serii nigdy specjalnie nie śledziłem, wyjątkiem było przeczytanie komiksu o genezie kolejnego z Riderów - Dana Ketcha; komiks w Polsce wywodził się z serii nazwanej Mega Marvel i w 2016 będzie obchodził swoje 20-stolecie.
Na poważniej zainteresowałem się bohaterem parę dni temu, gdy w końcu zdecydowałem się przeczytać jakieś zeszyty ze świeżo rozpoczętej serii zatytułowanej All-New Ghost Rider, co przy okazji jest elementem Marvel NOW!, czyli operacji mającej na celu odświeżenie różnych superbohaterów Marvela i marvelowskich supergrup, co przydarzyło się już np. X-Factor i Lokiemu.
Co najistotniejsze, pałeczkę łowcy dusz przejął kolejny świeżak - tym razem padło na Robbiego Reyesa, dorastającego gościa pracującego w warsztacie samochodowym, opiekującego się młodszym niepełnosprawnym bratem. Planem historii będzie do bólu niebezpieczna dzielnica Los Angeles, w której narkotyki, rozboje, haracze to problem codzienności. Nie będę zdradzał fabuły i kolejnych zdarzeń prowadzących do przemiany Robbiego w Ducha Zemsty, gdyż można się tego samemu dowiedzieć w jakieś 15 minut, co serdecznie polecam! W Reyesa znacznie łatwiej się wczuć niż w Blaze'a, jest w końcu zwyczajnym kolesiem, nic specjalnego go nie wyróżnia, poza trudnościami życia w miejscu, w jakim przyszło mu żyć. Scenariusz jest napisany sensownie, nie jest nadzwyczajnie ambitny, ale sprawia, że całość szybko się czyta. Rysunki Tradda Moore'a są bardzo kreskówkowe, ale nie powinny wadzić również fanom realizmu - są schludne, dopracowane, i mają "to coś". Ja póki co jestem dopiero po trzech zeszytach, ale na pewno sięgnę po więcej, ponieważ jest to obecnie jedna z przystępniejszych serii wychodzących regularnie i nie wymagająca ogromnej znajomości uniwersum (dzięki, X-Men). Polecam.
Na poważniej zainteresowałem się bohaterem parę dni temu, gdy w końcu zdecydowałem się przeczytać jakieś zeszyty ze świeżo rozpoczętej serii zatytułowanej All-New Ghost Rider, co przy okazji jest elementem Marvel NOW!, czyli operacji mającej na celu odświeżenie różnych superbohaterów Marvela i marvelowskich supergrup, co przydarzyło się już np. X-Factor i Lokiemu.
Co najistotniejsze, pałeczkę łowcy dusz przejął kolejny świeżak - tym razem padło na Robbiego Reyesa, dorastającego gościa pracującego w warsztacie samochodowym, opiekującego się młodszym niepełnosprawnym bratem. Planem historii będzie do bólu niebezpieczna dzielnica Los Angeles, w której narkotyki, rozboje, haracze to problem codzienności. Nie będę zdradzał fabuły i kolejnych zdarzeń prowadzących do przemiany Robbiego w Ducha Zemsty, gdyż można się tego samemu dowiedzieć w jakieś 15 minut, co serdecznie polecam! W Reyesa znacznie łatwiej się wczuć niż w Blaze'a, jest w końcu zwyczajnym kolesiem, nic specjalnego go nie wyróżnia, poza trudnościami życia w miejscu, w jakim przyszło mu żyć. Scenariusz jest napisany sensownie, nie jest nadzwyczajnie ambitny, ale sprawia, że całość szybko się czyta. Rysunki Tradda Moore'a są bardzo kreskówkowe, ale nie powinny wadzić również fanom realizmu - są schludne, dopracowane, i mają "to coś". Ja póki co jestem dopiero po trzech zeszytach, ale na pewno sięgnę po więcej, ponieważ jest to obecnie jedna z przystępniejszych serii wychodzących regularnie i nie wymagająca ogromnej znajomości uniwersum (dzięki, X-Men). Polecam.
Etykiety:
All-New Ghost Rider,
comic book,
comics,
entertainment,
fun,
Ghost Rider,
komiks,
lifestyle,
Marvel,
Marvel NOW!,
nerd,
reading,
recenzja,
Robbie Reyes,
seria,
superhero
wtorek, 4 listopada 2014
New X-Men (2001-2004) - jedna z najlepszych rzeczy, które przydarzyły się komiksom
Pokaźny stos komiksów o mutantach zgromadzony jeszcze za czasów młodości mojego ojca, jarał mnie tylko na początku. Serio, taki zbiór komiksów tak ciężkich obecnie do dostania - okazja jak żadna inna. Pierwsze wrażenie i ekscytacja rozmyły się, gdy okazało się, że polskie wydawnictwa wybrały jakiś gorszy okres dla X-Menów, bo zaczynało się, no... nijak. Okej, Hellfire Club był ciekawy, a nawet saga o Dark Pheonix, która teraz jest sztandarem w historii tej serii, a jej echa ciągną się nawet do obecnie wydawanych komiksów. Problem leżał w tym, że później cała atmosfera siadła, pojawiły się jakieś dziwaczne motywy z kosmicznym Imperium Shi'ar, cały historia z Apocalypse, które choć w teorii ciekawe, miały jakieś nie do końca dorobione wykonanie. Ach, no i kreska była przeważnie obrzydliwa, bądź przynajmniej taką ją zapamiętałem.
Postanowiłem jakoś się zrehabilitować czytając którąś z nowszych serii (a jest ich naprawdę multum, praktycznie każdy mniejszy skład mutantów dostał swoją), która przy okazji byłaby dobra na start - nie musiałbym się przy tym bać o moją niewiedzę odnośnie jakichś wątków. Padło na najstarszą z najprzystępniejszych - tytułowe New X-Men. Absolutnie nie żałuję tego kroku, co więcej, sprawił, że cały ten nerdowo-komiksowy stuff bardziej mnie zajarał!
Scenariusz do tej serii popełnił Grant Morrison, który maczał palce także w genialnym All-Star Superman, kilku przygodach mrocznego obrońcy Gotham, swoje 3 grosze dołożył także do Spawna. I o ile ze starych komiksów nie potrafiłbym wymienić jakiegoś scenarzysty, który szczególnie zapadł mi w pamięć, tak styl Morrisona i jego sposób prowadzenia fabuły podbiły moje serce z miejsca i na pewno wliczyłbym tego gościa w poczet swoich ulubieńców. Jeśli chodzi o samą historię, to przede wszystkim jest wielokrotnie bardziej angażująca od gniotu złotych 90s - położono tu ogromny nacisk na rozterki postaci, ich przemyślenia, które zdecydowanie górują tu nad scenami akcji. Nie jest to oczywiście wada, sprawia to raczej, że łatwiej wczuć się w całość, zwłaszcza nowemu czytelnikowi, bo, jak mówiłem, to odpowiedni moment na start, a wszystkie niuanse rozszyfrowują się z biegiem fabuły. Skoro fabuła jednego zeszytu mogła w całości dziać się w jakimś dziwnym barze, prezentując przy okazji komiczną, a przy tym poważną relację między Loganem a Summersem - coś musi być na rzeczy. Fajnie też, że pokazano ekipkę mutantów niekoniecznie normalnych wyglądem, których mutacja niekoniecznie "obdarowała", jak w przypadku innych homo superior.
Kreska nie pozostawia wiele do życzenia, zwłaszcza, że w tworzeniu New X-Men brało udział kilku rysowników, tak więc każdy czytelnik powinien znaleźć sobie tę najbardziej odpowiednią i pasującą mu. Muszę jednak powiedzieć, że uniwersalnym określeniem stylu rysowania w tej serii jest jedno słowo - specyficzny. Nie uświadczycie tu muskulatury greckich posągów - to znaczy, nie będą jej miały osoby, po których byście się tego nie spodziewali. Ach, lata 90'.
Ja już jestem po lekturze całości i, kurczę, naprawdę nie mam się do czego przyczepić! Okazuje się, że ostatnia dekada i parę lat wstecz, to czas rozkwitu dla komiksów w ogóle, ponieważ po lekturze New X-Men zacząłem czytać Astonishing X-Men, którzy póki co też są świetni! Niemniej jednak, to właśnie opisaną wyżej serię poleciłbym nie tylko starym wyjadaczom, ale także niewtajemniczonym, acz zainteresowanym. Znajomość uniwersum niewymagana, a fabuła i kreska na światowym poziomie. Czegóż chcieć więcej?
Postanowiłem jakoś się zrehabilitować czytając którąś z nowszych serii (a jest ich naprawdę multum, praktycznie każdy mniejszy skład mutantów dostał swoją), która przy okazji byłaby dobra na start - nie musiałbym się przy tym bać o moją niewiedzę odnośnie jakichś wątków. Padło na najstarszą z najprzystępniejszych - tytułowe New X-Men. Absolutnie nie żałuję tego kroku, co więcej, sprawił, że cały ten nerdowo-komiksowy stuff bardziej mnie zajarał!
![]() |
| Twarze, które właściwie będą nam towarzyszyły przez całą serię. Gwiazdy pokroju Cyclopsa czy Wolverine'a mówią same za siebie. |
Kreska nie pozostawia wiele do życzenia, zwłaszcza, że w tworzeniu New X-Men brało udział kilku rysowników, tak więc każdy czytelnik powinien znaleźć sobie tę najbardziej odpowiednią i pasującą mu. Muszę jednak powiedzieć, że uniwersalnym określeniem stylu rysowania w tej serii jest jedno słowo - specyficzny. Nie uświadczycie tu muskulatury greckich posągów - to znaczy, nie będą jej miały osoby, po których byście się tego nie spodziewali. Ach, lata 90'.
Ja już jestem po lekturze całości i, kurczę, naprawdę nie mam się do czego przyczepić! Okazuje się, że ostatnia dekada i parę lat wstecz, to czas rozkwitu dla komiksów w ogóle, ponieważ po lekturze New X-Men zacząłem czytać Astonishing X-Men, którzy póki co też są świetni! Niemniej jednak, to właśnie opisaną wyżej serię poleciłbym nie tylko starym wyjadaczom, ale także niewtajemniczonym, acz zainteresowanym. Znajomość uniwersum niewymagana, a fabuła i kreska na światowym poziomie. Czegóż chcieć więcej?
niedziela, 2 listopada 2014
"Sierociniec" (2007) - wrażenia
Hiszpanie mają głowę do horrorów, to jest wiadome od zawsze - spójrzcie sobie chociażby na Labirynt Fauna albo [Rec] (chociaż co do horrorowatości tego pierwszego można mieć pewne wątpliwości). Do Sierocińca zbierałem się niestety dość długo, bo, wiadomo, szczególnie zależało mi na tym, by obejrzeć ten film już po ciemku, późną nocą, ale w jakiś dziwny sposób zawsze znajdowało się jakieś inne zajęcie, ewentualnie dużo bardziej pociągało mnie... spanie. Parę dni temu w końcu udało mi się dokonać niedokonanego i niemalże świeżo po seansie zabieram się do tego posta. A na wstępie muszę zaznaczyć, że film kompletnie nie zepsuł mojej wizji europejskiego horroru, a dodatkowo ją umocnił.
Zawsze lubiłem, gdy film grozy rzeczywiście budził grozę i jakiś irracjonalny lęk przed nocnym pójściem do toalety - no bo jakby nie było, taka jest rola horrorów. Od jakiegoś momentu właściwie trudno mi się przestraszyć na jakimkolwiek horrorze, więc w ogromnym skupieniu szukam tego, który zbiera najbardziej pochlebne opinie w tej materii. Problem jest taki, że każdy człowiek ma inne nerwy, każdy inaczej odbiera kolejne czynniki, natężenie dźwięków, jumpscare'y, misternie budowany klimat, gęsty niczym smog w Tokio. Jakiś czas temu porzuciłem ideę poszukiwania filmów straszących "po chamsku", a skupiam się raczej na takich, które mają niepowtarzalny klimat, jakąś taką atmosferę, która choć pozornie nie jest groźna, to powoduje ciarki nawet na wybrednym człowieku. Do takich filmów należy wymieniony wyżej Labirynt Fauna, który w swojej genialnej baśniowości jest cholernie niepokojący i depresyjny. Do tego grona dołączył Sierociniec, bo opowiada historię inaczej niż zwykle.
Mamy więc kobietę, która kiedyś mieszkała w sierocińcu, a w życiu dorosłym ponownie wprowadza się do niego (tym razem z mężem i synem), by stworzyć na jego bazie ośrodek dla niepełnosprawnych dzieci. Simon (czyli syn) nie jest zwyczajnym chłopcem - cierpi na śmiertelną chorobę, a zmiana otoczenia i brak znajomych twarzy nie działają na niego pozytywnie. W końcu zaczyna zadawać się z wymyślonymi przyjaciółmi, z których jeden szczególnie upodoba sobie absorbowanie wolnego czasu najmłodszego mieszkańca budynku. W tym momencie film właściwie się rozpoczyna, bo okazuje się, że nowy przyjaciel Simona nie będzie się w swych zabawach ograniczał jedynie do niego, co niekoniecznie spodoba się rodzicom chłopca. Powiedzmy, że będą raczej... zaniepokojeni. A to i tak dość łagodnie powiedziane.
Nie owijając w bawełnę - film nie jest przerażający do bólu. Jest niepokojący, bardzo zagadkowy, momentami można podskoczyć w fotelu, jednak zdecydowanie nie wykręca nam organów wewnętrznych ze strachu. To właśnie tajemnica przeszłości i sekret, który skrywa sierociniec, będą osią napędową produkcji.
Film dąży do niejednoznacznego, ale bardzo przejmującego zakończenia, które właściwie idealnie podsumowuje całość i nie pozostawia niedosytu. Moim zdaniem tak właśnie powinny wyglądać współczesne horrory. Jeśli już wszystkie straszące zagrywki zostały w kinematografii wykorzystane, twórcy powinni skupiać się na klimacie budowanym stopniowo, przekonującym i angażującym widza. Choć film ma już 7 lat, to z powodzeniem mógłby wyznaczać trendy w gatunku.
| Złowieszczo. |
Mamy więc kobietę, która kiedyś mieszkała w sierocińcu, a w życiu dorosłym ponownie wprowadza się do niego (tym razem z mężem i synem), by stworzyć na jego bazie ośrodek dla niepełnosprawnych dzieci. Simon (czyli syn) nie jest zwyczajnym chłopcem - cierpi na śmiertelną chorobę, a zmiana otoczenia i brak znajomych twarzy nie działają na niego pozytywnie. W końcu zaczyna zadawać się z wymyślonymi przyjaciółmi, z których jeden szczególnie upodoba sobie absorbowanie wolnego czasu najmłodszego mieszkańca budynku. W tym momencie film właściwie się rozpoczyna, bo okazuje się, że nowy przyjaciel Simona nie będzie się w swych zabawach ograniczał jedynie do niego, co niekoniecznie spodoba się rodzicom chłopca. Powiedzmy, że będą raczej... zaniepokojeni. A to i tak dość łagodnie powiedziane.
Nie owijając w bawełnę - film nie jest przerażający do bólu. Jest niepokojący, bardzo zagadkowy, momentami można podskoczyć w fotelu, jednak zdecydowanie nie wykręca nam organów wewnętrznych ze strachu. To właśnie tajemnica przeszłości i sekret, który skrywa sierociniec, będą osią napędową produkcji.
Film dąży do niejednoznacznego, ale bardzo przejmującego zakończenia, które właściwie idealnie podsumowuje całość i nie pozostawia niedosytu. Moim zdaniem tak właśnie powinny wyglądać współczesne horrory. Jeśli już wszystkie straszące zagrywki zostały w kinematografii wykorzystane, twórcy powinni skupiać się na klimacie budowanym stopniowo, przekonującym i angażującym widza. Choć film ma już 7 lat, to z powodzeniem mógłby wyznaczać trendy w gatunku.
Etykiety:
2007,
dramat,
dzieci,
El Orfanato,
film,
groza,
Hiszpania,
horror,
kids,
kino,
lifestyle,
movie,
recenzja,
rozrywka,
Sierociniec,
The Orphanage,
wrażenia
poniedziałek, 20 października 2014
Strach nosi cylinder i czarny płaszczyk - "The Babadook" (2014)
Od dawna przymierzałem się do obejrzenia The Babadook skuszony głównie... plakatem filmu. Naprawdę, wydał mi się całkowicie awangardowy i budził skojarzenia z rysunkami ze Scary Stories To Tell In The Dark, co swoją drogą serdecznie polecam. Krótki opis tej australijskiej produkcji również obiecywał wiele. Miałem także dość wygórowane oczekiwania - wiem, jak wygląda obecnie kwestia horrorów, większość stosuje tanie sztuczki, powiela schematy, a w trakcie fabuły absurdy rodzą absurdy. Czy film sprostał moim oczekiwaniom?
W pierwszych scenach poznajemy główne postacie dramatu (raczej horroru, choć z rozwojem fabuły budzą się w nas sprzeczne uczucia) - Amelię i Samuela. Amelia (Essie Davis) jest wdową, jej mąż zginął w wypadku w trakcie transportu żony do szpitala - była w ciąży i lada moment miał urodzić się ich syn. Ów chłopiec to Samuel (Noah Wiseman), jest trochę dziwaczny, ma problemy z kontaktem z rówieśnikami, a ponadto ma wybujałą wyobraźnię - wszędzie widzi potwory, na które bez ustanku zastawia pułapki, ze złomu zgromadzonego w domu konstruuje prowizoryczne bronie przeciwko nim. Amelia nie radzi sobie z wychowaniem Samuela, jest całkowicie specyficznym dzieckiem, a jej problemy pogłębia niemożność poradzenia sobie ze stratą męża - nawet po tylu latach rana na jej duszy jest wciąż otwarta i ani myśli się zagoić. Problemy rodziny sięgają zenitu kiedy Samuel prosi matkę o przeczytanie mu znalezionej na półce książki o Babadooku - mrocznym stworze żyjącym w ciemnościach, którego wpuszczenie do swojego życia jest równoznaczne z rozpoczęciem koszmaru. Nie muszę chyba wspominać, że na tym momencie film się nie kończy. Ostrzeżenia zawarte w pozornie niewinnej książce dla dzieci zdają się na nic - Amelia i Samuel będą musieli zmierzyć z czymś, o czym do tej pory im się nie śniło.
Film jest zrealizowany w świetny, bardzo oldschoolowy sposób. Z lekka wyblakłe kolory, zabiegi stosowane w celu nastraszenia widza, klimat budowany w wyjątkowym stylu, przywodzą na myśl najstarszych protoplastów rodziny horroru - na przykład Dziecko Rosemary. Widz straszony jest tutaj inaczej niż w większości nowszych filmów grozy, nie uświadczycie tu wrednych screamerów przyprawiających skórę o ciarki głównie hałasem i elementem zaskoczenia. Tutaj cała atmosfera budowana jest dużo bardziej subtelnie, stopniowo, lecz również zaskakująco. W wielu momentach, gdy akurat spodziewamy się czegoś strasznego, nic tak naprawdę się nie dzieje. Napięcie wyczuwalne jest cały czas. Sama zjawa nie jest tylko pretekstem do stosowania wyżej wymienionych "krzykaczy" - w zasadzie to widzimy ją w filmie zaledwie kilka razy, zawsze niewyraźnie, szybko migającą w kadrze. Kolejnym świetnym rozwiązaniem było przedstawienie ruchu Babadooka animacją poklatkową, co jest wyraźnym puszczeniem oka w stronę fanów starych, jeszcze niemych filmów grozy.
Zakończenie jest nieprzewidywalne, dziwne, dające większy popis raczej po głębszej interpretacji - przedstawienie w filmie mogłoby wydawać się płytkie, ale tylko gdy zlekceważymy jego drugie dno.
Babadook daje nadzieję na dobre jakościowo, nieprzewidywalne, nowoczesne, lecz staroszkolne kino grozy. Gdzie atmosfera zaszczucia budowana jest jak dawniej - muzyką, grą świateł, niewyraźnymi kształtami, w których możemy doszukiwać się konkretnych sylwetek. Trzeba być prawdziwym wirtuozem, by przy użyciu tak niewielu środków wzbudzić w widzu realny lęk. A to się pani reżyser z całą pewnością udało.
| Groza na 102. |
Film jest zrealizowany w świetny, bardzo oldschoolowy sposób. Z lekka wyblakłe kolory, zabiegi stosowane w celu nastraszenia widza, klimat budowany w wyjątkowym stylu, przywodzą na myśl najstarszych protoplastów rodziny horroru - na przykład Dziecko Rosemary. Widz straszony jest tutaj inaczej niż w większości nowszych filmów grozy, nie uświadczycie tu wrednych screamerów przyprawiających skórę o ciarki głównie hałasem i elementem zaskoczenia. Tutaj cała atmosfera budowana jest dużo bardziej subtelnie, stopniowo, lecz również zaskakująco. W wielu momentach, gdy akurat spodziewamy się czegoś strasznego, nic tak naprawdę się nie dzieje. Napięcie wyczuwalne jest cały czas. Sama zjawa nie jest tylko pretekstem do stosowania wyżej wymienionych "krzykaczy" - w zasadzie to widzimy ją w filmie zaledwie kilka razy, zawsze niewyraźnie, szybko migającą w kadrze. Kolejnym świetnym rozwiązaniem było przedstawienie ruchu Babadooka animacją poklatkową, co jest wyraźnym puszczeniem oka w stronę fanów starych, jeszcze niemych filmów grozy.
Zakończenie jest nieprzewidywalne, dziwne, dające większy popis raczej po głębszej interpretacji - przedstawienie w filmie mogłoby wydawać się płytkie, ale tylko gdy zlekceważymy jego drugie dno.
Babadook daje nadzieję na dobre jakościowo, nieprzewidywalne, nowoczesne, lecz staroszkolne kino grozy. Gdzie atmosfera zaszczucia budowana jest jak dawniej - muzyką, grą świateł, niewyraźnymi kształtami, w których możemy doszukiwać się konkretnych sylwetek. Trzeba być prawdziwym wirtuozem, by przy użyciu tak niewielu środków wzbudzić w widzu realny lęk. A to się pani reżyser z całą pewnością udało.
Etykiety:
2014,
Australia,
Babadook,
book,
film,
film grozy,
ghost,
groza,
horror,
Jennifer Kent,
kino,
lifestyle,
movie,
recenzja,
review,
The Babadook
niedziela, 5 października 2014
Kolejna wizyta w Gotham - "Gotham" S01E01 (2014)
Z dużą dozą rezerwy przyjąłem wiadomość o powstawaniu serialu na podstawie komiksu o Batmanie. Nigdy nie byłem specjalnym fanem seriali opartych na przygodach superbohaterów - Arrow wydawał mi się całkowicie nużący i naiwny, Tajemnice Smallville nawet obiecujące (jednak nie doczekały się mojego większego zainteresowania). Krótko mówiąc, zawsze odnosiłem wrażenie, że temat jest traktowany trochę po macoszemu, trochę na odwal się, twórcy jakby trochę pasożytowali na marce nie starając się jednak o jakąś sensowną jakość produkcji. Gotham z lekka odmienił moje zdanie w kwestii takich seriali. Albo to ja do tego dojrzałem, albo jego wykonanie rzeczywiście jest naprawdę obiecujące.
Gotham jest serialem produkcji amerykańskiej emitowanym przez stację FOX. Jego gatunek nie jest łatwy do określenia, wbrew tytułowi i bazie, na której się opiera, to w dużej mierze serial kryminalny. Głównym bohaterem jest tu James Gordon, świeżo upieczony detektyw policji w Gotham, mieście pełnym niebezpieczeństw, mrocznym, nieprzyjemnym. To był pierwszy fakt, który zaskoczył wielu fanów człowieka-nietoperza. Bo jak to, głównym bohaterem - Gordon? Okej, jest to istotna postać w uniwersum DC, jednak nikt raczej nie spodziewałby się przyznania mu głównej roli. Wiele osób nie dopuszczało do siebie takiej myśli, wiele do sprawy podchodziło sceptycznie, myślę jednak, że odcinek pilotażowy całkowicie rozwiał wątpliwości obu grup. Postać Jamesa Gordona już za czasów komiksu lub chociażby filmów Nolana, była całkiem obiecująca. Wiele z aspektów jego charakteru i historii nigdy nie zostało w pełni wyjaśnionych, w skrajnych przypadkach zostały opisane/przedstawione po łebkach. Tutaj poznajemy genezę detektywa, widzimy budującą się stopniowo relację z młodym jeszcze Brucem Waynem, przyszłym strażnikiem miasta.
Miasto, czyli główny plan, na którym rozgrywają się wydarzenia, od początku czaruje. Na pierwszy rzut oka widać, że jednym z celów twórców było zachowanie z lekka burtonowskiego, subtelnie gotyckiego i mrocznego klimatu. Tutaj nawet za dnia jest jakby ciemno i szaro, każdy stalowy element jest trochę zardzewiały, budynki mają surowy kształt, a w każdej ciemniejszej uliczce łatwo o darmową korekcję zgryzu. Zachowanie klimatu zdecydowanie na plus. W pierwszym odcinku poznajemy też całą rzeszę postaci ikonicznych dla fanów komiksu. Napotykamy tu młodocianą Selinę Kyle, która wesoło hasa po dachach, Ivy Pepper*, której zamiłowanie do roślin później przerodzi się w chorą manię; mamy dziwnie wychudzonego Pingwina, który niekoniecznie przepada za swoją ksywką; Edwarda Nygmę, który w każdą wypowiedź stara się wpleść zagadkę - nie można się nudzić. Problem jest taki, że atrybuty tych postaci zostały przerysowane - kotów jest za dużo, roślin też, zagadek podobnie. Rozumiem puszczenie oczka w stronę fanów Batmana, rozumiem też, że nadmiar tego wszystkiego był skierowany raczej w stronę osób niezapoznanych z komiksem - do wybaczenia. Cieszę się, że postacie te mają potencjał, a z pewnością pojawi się ich jeszcze więcej i wątpię, aby ktoś został pominięty. Nieopierzony Jim Gordon jest jeszcze trochę porywczy, nie do końca ogarnia procedury istotne w pracy w policji, jednak ciekawe będzie obserwowanie swoistej ewolucji bohatera. Jedyną wadą dotyczącą go, mogą być nieco drętwe i naiwne kwestie. W sumie dotyczyłoby to całej gromady bohaterów. Wierzę jednak, że w kolejnych odcinkach wstąpi to na nieco wyższy poziom i zyskamy Gotham takim, jakim powinno być zawsze.
Póki co, widzę ogromny potencjał. Będę śledził losy bohaterów z zapartym tchem i czuję, że ciężko będzie to zepsuć. Nie łudźcie się jednak, nie uświadczycie tu epickich walk wśród walących się budynków. Jeśli interesuje was natomiast akcent psychologiczny, powolna przemiana przyszłych nemezis nietoperza i samego Jima Gordona - oglądajcie śmiało.
*Niektóre fakty z komiksu zostały nagięte i twórcy dość luźno podeszli do pierwowzoru. Zatem nie dziwcie się, że coś wam się tutaj nie zgadza.
| Same znajome twarze (tylko nieco młodsze). |
| Jeszcze brak mu czarującego wąsa, ale dajmy mu szansę. A w tle od lewej: Harvey Bullock i niedoszły Pingwin. |
Póki co, widzę ogromny potencjał. Będę śledził losy bohaterów z zapartym tchem i czuję, że ciężko będzie to zepsuć. Nie łudźcie się jednak, nie uświadczycie tu epickich walk wśród walących się budynków. Jeśli interesuje was natomiast akcent psychologiczny, powolna przemiana przyszłych nemezis nietoperza i samego Jima Gordona - oglądajcie śmiało.
*Niektóre fakty z komiksu zostały nagięte i twórcy dość luźno podeszli do pierwowzoru. Zatem nie dziwcie się, że coś wam się tutaj nie zgadza.
piątek, 26 września 2014
Opowieść o dwóch braciach - "Supernatural" (2005-???)
Ostatnio postanowiłem wrócić do Supernatural i nadrobić zaległe odcinki, bo jak się okazało, miałem niemalże cały 9. sezon do obejrzenia. I tak z każdym kolejnym oglądanym odcinkiem narastała we mnie jakaś dziwna melancholia. Bo jak to tak, to już 9 (SIC!) sezonów? Kiedy to się stało? Przecież każdy sezon to kolejny rok z mojego życia! Kiedy rozpoczynałem przygodę z Winchesterami byłem jeszcze dzieciakiem na skraju nastoletniości, kształtował się mój styl, mój gust muzyczny, moje obycie ze światem. To przez ten serial zacząłem słuchać Led Zeppelin, mojego ulubionego obecnie zespołu! To musi coś znaczyć. Ale wróćmy do samego początku, bo zaczynam się motać w nostalgii. *wdech i wydech* Ekhem.
Nie z tego świata, jak zwą jest ten serial w nadwiślańskim kraju, jest produkcją amerykańską stworzoną przez Erica Kripkego. Emisja pierwszego odcinka nastąpiła w 2005 roku, czyli już niemalże dekadę temu! Od początku było wiadomo, że produkcja wprowadzi powiew świeżości na dość jałowe ówcześnie pola telewizyjne. Po zakończeniu dość znanej i uwielbianej Buffy rzecze maniaków grozy szukały czegoś dla siebie. I oto pojawia się takie Superanatural. Głównymi bohaterami są bracia Winchester. Starszy, Dean (czyli Jensen Ackles), jest typowym podrywaczem, pewnym siebie (czasem aż za bardzo) gościem, który porażki nie przyjmuje do wiadomości. Jego młodszy brat, Sam (Jarek Padalecki), jest bardziej spokojny, rozważny, podejmuje wszelkie decyzje po dłuższym namyśle, często nie zgadza się z Deanem, co prowadzi do wielu konfliktów. Dość istotnym faktem jest to, że rodzeństwo nie żyje sobie w zwykłym sąsiedztwie, nic nie studiują, nie mieszkają z rodzicami. Są łowcami, polują na wszelkiego rodzaju paskudztwa pochodzące, o dziwo, nie z tego świata. Fach został wpojony im przez ojca po szokującej i nagłej śmierci ich matki - dziwnym trafem którejś nocy zawisła pod sufitem w falach płomieni. Dom spłonął, uratowała się pozostała trójka. Od tego momentu mniej lub bardziej w celu rozwiązania tajemnicy tępią wszystkie te wampiry, wilkołaki, zmory i duchy.
Co zdecydowanie przekonało mnie w Supernatural bardziej niż w Buffy, to dramatyczny akcent.
Jak nietrudno się domyślić, ogromny nacisk został wywarty na relacji braci. Dramaty, które z nimi przeżywamy, ich potyczki słowne, światopoglądowe, różnorakie podejścia do świata czynią ten serial absolutnie wyjątkowym. Po prostu, nie jest to taki zwyczajny dreszczowiec.
Strasznie spodobał mi się sposób, w jaki stopniowo zmieniała się tematyka serialu. Tak więc pierwsza seria jest np. o typowym polowaniu na potwory, a któraś inna z kolei może już być o samych demonach. Trudno się tutaj nudzić, zwłaszcza że akcja jest poprowadzona bezbłędnie. Gorsze odcinki to wyjątki, a lepsze są pełne różnorakich plot twistów, dziwnych metod na pokonanie nemezis, fantastycznych dialogów i tego nieziemskiego klimatu. Trzeba przyznać, że ostatnie sezony owego klimatu trochę zatraciły, a zwróciły się raczej w stronę widowiskowości i podniosłych historii z końcem świata na czele. Niemniej jednak wciąż uważam ten serial za jeden z moich ulubionych. Sam i Dean to osoby, z którymi bardzo łatwo się utożsamić. Reprezentują cechy, które ma w sobie każdy z nas. Pokonują swoje słabości, stawiają czoła lękom, i ku zagrożeniu własnego życia ratują innych. Ich relacja jest często niemalże wroga, ale paradoksalnie ich przywiązanie do siebie jest silniejsze niż wszystko inne, właściwie w tym tkwi ich siła. W kolejnych sezonach serial wprowadza do głównej obsady parę kolejnych postaci, z których zdecydowanie ta grana przez Mishę Collinsa wysuwa się na pierwszy plan.
Cóż więcej rzec - jedyny serial, który przez lata emisji nie stracił na jakości. Można obejrzeć nawet dla ścieżki dźwiękowej - AC/DC to chleb powszedni, a użycie Carry on My Wayward Son zespołu Kansas zyskało tu chyba rangę kultowego. Tymczasem czekamy w zniecierpliwieniu na 10. sezon. Co tym razem zgotują nam scenarzyści, pozostaje wielką zagadką.
| Główni bohaterowie serialu - Sam i Dean Winchesterowie. |
Co zdecydowanie przekonało mnie w Supernatural bardziej niż w Buffy, to dramatyczny akcent.
Jak nietrudno się domyślić, ogromny nacisk został wywarty na relacji braci. Dramaty, które z nimi przeżywamy, ich potyczki słowne, światopoglądowe, różnorakie podejścia do świata czynią ten serial absolutnie wyjątkowym. Po prostu, nie jest to taki zwyczajny dreszczowiec.
| Nie obędzie się bez demonów. |
Cóż więcej rzec - jedyny serial, który przez lata emisji nie stracił na jakości. Można obejrzeć nawet dla ścieżki dźwiękowej - AC/DC to chleb powszedni, a użycie Carry on My Wayward Son zespołu Kansas zyskało tu chyba rangę kultowego. Tymczasem czekamy w zniecierpliwieniu na 10. sezon. Co tym razem zgotują nam scenarzyści, pozostaje wielką zagadką.
Etykiety:
2005,
demons,
demony,
horror,
Jared Padalecki,
Jensen Ackles,
lifestyle,
Nie z tego świata,
recenzja,
season,
serial,
series,
sezon,
Supernatural,
Winchester
niedziela, 21 września 2014
"Futurama", czyli sci-fi w wydaniu komicznym (1999-2013)
Tytuły seriali dla dorosłych można wymieniać godzinami - od klasycznych już Simpsonów, poprzez średniawe momentami Family Guy, aż po ordynarne do granic możliwości South Park. Na pierwszy rzut oka ciężko połapać się w ogromnym natłoku pozornie identycznych i nie różniących się od siebie seriali. W całym tym zbiorze fantastycznych, tragicznych, "takichsobie" produkcji jest jedna, którą wyróżnia wiele. Mowa tu o tytułowej Futuramie.
Co jest takiego wyjątkowego w tymże serialu? W odcinku pilotażowym pierwszego sezonu poznajemy głównego bohatera, którego porażek będziemy świadkami przez długi czas. Jest nim Philip J. Fry, życiowy nieudacznik, dostawca pizzy, którego kariera zawodowa jest z lekka upośledzona, a i w życiu prywatnym też niespecjalnie mu się powodzi. W wyniku dziwnych zawirowań, trafia on od komory kriogenicznej i z roku 1999 przenosi się 1000 lat naprzód. Łatwo się domyślić, że nieprędko ujrzy swoje czasy i swe poprzednie życie. Od tego momentu akcja nabiera właściwego tempa i w tych oto futurystycznych realiach będzie osadzona praktycznie do końca. Niedługo potem poznajemy kolejnych członków głównej obsady, będą to: jednooka mutantka Leela; Bender, zgorzkniały robot-alkoholik; Profesor Farnsworth, jedyny żyjący krewniak Fry'a, a także Doktor Zoidberg, krabopodobny lekarz, który praktycznie nie ma zielonego pojęcia o ludzkim organizmie.
Nasi bohaterowie niedługo potem stają się pracownikami firmy Planet Express należącej do Farnswortha, a zajmującej się przesyłem towarów między planetami. W skrócie, taki prawie Star Trek, choć bardziej jego pastisz. Bo tak, napotkacie tu całe MASY gagów sytuacyjnych odwołujących się do nauki, do klimatów sci-fi, a nawet zwyczajnej i całkiem typowej popkultury. Motywy takie jak roboty-narkomani podłączający sobie wtyczkę będą tu na porządku dziennym. Bohaterowie są świetnie nakreśleni, mają swoją osobowość i zdecydowanie wzbudzają sympatię. Nawet kapitan Zapp Brannigan, z lekka zniewieściały kapitan-nieudacznik. Humor stoi tu na najwyższym możliwym poziomie, choć momentami sięga dna, jakby to była typowa cecha seriali animowanych dla dorosłych. Realia, w których osadzona została akcja sprawiły, że jest to moja ulubiona kreskówka tego typu. Wyłamuje się z tej nużącej już konwencji życia codziennego, użytej na przykład w Family Guy. Kreska w ogóle nie zestarzała się od 1999, a najnowsze odcinki wywodzą się z ubiegłego roku, więc na pewno nie odrzuci was warstwa wizualna. Głosy podłożone są bezbłędnie, zwłaszcza Bender rzuca się w uszy ze swymi sarkastycznymi docinkami i absolutnie przepitym głosem.
Futurama to serial, z którym powinien zapoznać się każdy maniak fikcji naukowej, niekoniecznie w tym całkowicie poważnym wydaniu.
| Ekipka głównych bohaterów. W skrócie - załoga Planet Express. |
| Kwintesencja Bendera na jednym obrazku. |
Futurama to serial, z którym powinien zapoznać się każdy maniak fikcji naukowej, niekoniecznie w tym całkowicie poważnym wydaniu.
Etykiety:
animated series,
Bender,
Family Guy,
FOX,
Fry,
Futurama,
kreskówka dla dorosłych,
lifestyle,
opinia,
recenzja,
review,
sci-fi,
science-fiction,
serial,
South Park
piątek, 19 września 2014
Kolejny film o wojnie - "Miasto 44" (2014)
Mam takie zdanie o II Wojnie Światowej w mediach wszelakich, że jest ona oklepanym tematem. Filmów traktujących o porażce (bo tak, to była porażka) Polaków około 80 lat temu jest cała masa. Zaryzykuję stwierdzenie, że polscy twórcy w pewnym stopniu pasożytują na Wojnie, traktują ją jak niekończące się źródło dochodu, zapominając jednocześnie, że to wydarzenie historyczne, które należałoby w odpowiedni sposób upamiętnić. I należałoby to zrobić raz, a dobrze, a nie dziesiątki razy z miernym efektem. Ze względu na Gdyński Festiwal Filmowy udało nam się załapać na seans po niższej cenie, ponieważ film był wyświetlany jakby w ramach owego wydarzenia. Na samym początku, gdy dowiedziałem się, że będę miał okazję obejrzeć Miasto 44, zareagowałem mniej więcej tak:
Wiedziałem jak wyglądają filmy oparte na historii polskiej, mało tego, wiedziałem jak wyglądają obecnie polskie filmy w ogóle. Przeczytałem parę opinii i jednak się okazuje, że to niby taki widowiskowy film z iście hollywoodzkim rozmachem, w dodatku rzetelny. A jak jest naprawdę? W opiniach kryje się sporo prawdy.
Moda na pięknych i ulizanych chłopaczków w okupowanej Polsce wciąż nie odeszła do innej epoki, gdyż oto poznajemy jednego z nich, naszego bohatera, Stefana. Jego matka jest byłą aktorką, ma również drugiego, młodszego syna. Ojca nie ma, bo... no właśnie. W tajemniczych okolicznościach wyparował, ale najpewniej zginął na wojnie. W wyniku całkiem nietypowych i zapewne niespodziewanych dla widza okoliczności, Stefan trafia do konspiracji. Jak sama nazwa mówi, jest rok 1944, powstanie wisi w powietrzu, co matce naszego bohatera niekoniecznie się podoba. Nikt by nie chciał tracić kolejnego członka rodziny. Pominę opisywanie fabuły w jakimś szerszym stopniu, każdy wie z historii jak przebiegało powstanie - a nie był to zdecydowanie pozytywny obrót spraw.
Na początek trochę pochwał. Film jest póki co najbardziej krwawym, brutalnym, widowiskowym i rzetelnym opowiadającym o powstaniu. Nie ma tu jakiegoś bycia popychadłami Niemców, a potem nagłego boskiego zrywu prowadzącego do zwycięstwa. Powstańcy tutaj to banda niedoszkolonych cywili, z bronią palną mających tyle wspólnego, co koza z Saturnem. Trup ściele się gęsto, bohaterowie padają jak muchy i dużo łatwiej jest mi w to uwierzyć, niż w niezniszczalnych komando powstańców, jak w wielu filmach są oni przedstawiani. Z całym szacunkiem dla osób poległych w walce o wyzwolenie Warszawy, ale gdyby to o mnie chodziło, wolałbym, aby w filmach o mnie przedstawiano prawdę. Za to - ogromny plus. Rozmach hollywoodzki - jest. Film poprzedza krótki wstęp o ilości gruzu wykorzystanego w filmie, liczbie aktorów, itp. Są to tylko liczby, ale nie powiem, robią wrażenie. Wszystko wygląda bardzo przekonująco i realistycznie, zadbano o najdrobniejsze detale, a sceny pokroju tej na cmentarzu - świetne.
Z drugiej strony - wiele niedoróbek i totalnych głupot. Główny bohater jest chyba Iron-Manem, gdyż śmierć omija go szerokim łukiem, podczas gdy wszystko wokół niego dosłownie sypie się. *SPOILER* Scena z deszczem kończyn i krwi wydała mi się kompletnie przesadzona. Fajnie, że film jest realistyczny, no ale bez przesady. *SPOILER* Są jeszcze dwie sceny w tej produkcji, które wyjątkowo do niczego nie pasują. Są nie na miejscu nawet jeśli chodzi o szacunek do ofiar - myślę, że każdy kto widział film wie o jakie sceny mi chodzi. Ich absurd i nierealność solidnie popsuły mi odbiór całego filmu. A użycie dubstepu w jednej z nich zrujnowało mój światopogląd. W sumie - można się tego było spodziewać po Komasie, który na swoim koncie ma już Salę samobójców. Te sceny nawet są w podobnym klimacie. Można narzekać na typową dla polskich produkcji o wojnie schematyczność. Nie mogło się obyć bez miałkiego wątki miłosnego (z którym notabene wiąże się jedna z absurdalnych scen).
Muszę przyznać, że film zrobił na mnie spore wrażenie. Jest przekonujący, pokazuje gorzką prawdę o wydarzeniach, o których wiele osób ma mylne pojęcie. Pokazał tragedię taką, jaką rzeczywiście była i zrobił to w iście zagranicznym stylu. Gra aktorska również była bez zarzutu. Przez nadmiar widowiskowości i dwie głupie sceny - zaledwie 7 na filmwebie. Porządna produkcja.
Wiedziałem jak wyglądają filmy oparte na historii polskiej, mało tego, wiedziałem jak wyglądają obecnie polskie filmy w ogóle. Przeczytałem parę opinii i jednak się okazuje, że to niby taki widowiskowy film z iście hollywoodzkim rozmachem, w dodatku rzetelny. A jak jest naprawdę? W opiniach kryje się sporo prawdy.
| Główny bohater i jego laska. No, nie mógłby być samotny. |
Na początek trochę pochwał. Film jest póki co najbardziej krwawym, brutalnym, widowiskowym i rzetelnym opowiadającym o powstaniu. Nie ma tu jakiegoś bycia popychadłami Niemców, a potem nagłego boskiego zrywu prowadzącego do zwycięstwa. Powstańcy tutaj to banda niedoszkolonych cywili, z bronią palną mających tyle wspólnego, co koza z Saturnem. Trup ściele się gęsto, bohaterowie padają jak muchy i dużo łatwiej jest mi w to uwierzyć, niż w niezniszczalnych komando powstańców, jak w wielu filmach są oni przedstawiani. Z całym szacunkiem dla osób poległych w walce o wyzwolenie Warszawy, ale gdyby to o mnie chodziło, wolałbym, aby w filmach o mnie przedstawiano prawdę. Za to - ogromny plus. Rozmach hollywoodzki - jest. Film poprzedza krótki wstęp o ilości gruzu wykorzystanego w filmie, liczbie aktorów, itp. Są to tylko liczby, ale nie powiem, robią wrażenie. Wszystko wygląda bardzo przekonująco i realistycznie, zadbano o najdrobniejsze detale, a sceny pokroju tej na cmentarzu - świetne.
Z drugiej strony - wiele niedoróbek i totalnych głupot. Główny bohater jest chyba Iron-Manem, gdyż śmierć omija go szerokim łukiem, podczas gdy wszystko wokół niego dosłownie sypie się. *SPOILER* Scena z deszczem kończyn i krwi wydała mi się kompletnie przesadzona. Fajnie, że film jest realistyczny, no ale bez przesady. *SPOILER* Są jeszcze dwie sceny w tej produkcji, które wyjątkowo do niczego nie pasują. Są nie na miejscu nawet jeśli chodzi o szacunek do ofiar - myślę, że każdy kto widział film wie o jakie sceny mi chodzi. Ich absurd i nierealność solidnie popsuły mi odbiór całego filmu. A użycie dubstepu w jednej z nich zrujnowało mój światopogląd. W sumie - można się tego było spodziewać po Komasie, który na swoim koncie ma już Salę samobójców. Te sceny nawet są w podobnym klimacie. Można narzekać na typową dla polskich produkcji o wojnie schematyczność. Nie mogło się obyć bez miałkiego wątki miłosnego (z którym notabene wiąże się jedna z absurdalnych scen).
Muszę przyznać, że film zrobił na mnie spore wrażenie. Jest przekonujący, pokazuje gorzką prawdę o wydarzeniach, o których wiele osób ma mylne pojęcie. Pokazał tragedię taką, jaką rzeczywiście była i zrobił to w iście zagranicznym stylu. Gra aktorska również była bez zarzutu. Przez nadmiar widowiskowości i dwie głupie sceny - zaledwie 7 na filmwebie. Porządna produkcja.
czwartek, 18 września 2014
Sukcesywne dążenie do samozagłady - "Głód" - Knut Hamsun
Do Głodu byłem już od dawna namawiany przez Orianę. Polecała mi przeczytać tę znaną dość powieść jesienią, gdyż, jak twierdziła, jesień najbardziej oddaje klimat powieści i jej nastrojowość. Tak mijały miesiące, a mój głód wobec książki narastał. Po cudownej ekstazie po przeczytaniu poleconego mi wcześniej Roku 1984 wiedziałem, że kolejna polecona mi pozycja nie będzie czasem stracony, i tak jak wyżej wymieniona antyutopia wywrze solidny wpływ na mojej samoświadomości i postrzeganiu otaczającego mnie świata. W przerwie między jedną lekturą a drugą udało mi się wygospodarować trochę wolnego czasu. To był TEN moment, wiedziałem, że im bliżej matury, tym mniej czasu, więc postanowiłem oszczędzić sobie nudną antycypację i w końcu zaznać tragedii głównego bohatera. I w istocie, była to tragedia sporych gabarytów.
Fabuła jest poprowadzona narracją pierwszoosobową, a głównym bohaterem-nieszczęśnikiem, z którym dane będzie obcować czytelnikowi jest bezimienny człowiek, raczej młody, bez stałej pracy. Trudni się pisaniem jakichś totalnie różnorodnych i niepowiązanych ze sobą artykułów i tekstów, za które od czasu do czasu udaje mu się zarobić parę ore, w najlepszych przypadkach - kilka koron. W najgorszych momentach posuchy przez parę dni z rzędu nie ma włożyć czego do ust, nie stać go na spłacenie czynszu, zmuszony jest zastawiać nawet swoje ubrania u lichwiarza, aby jakoś dożyć następnego dnia, który być może przyniesie nieco spokoju i marnego (zazwyczaj) zysku. Miastem, które będzie świadkiem powolnej kaźni bohatera jest Oslo, ówczesna Christiania dziewiętnastego wieku.
Dialogów w sumie jest tutaj jak na lekarstwo, zdarzają się wybiórczo, główną rolę odgrywa tu opis odczuć bohatera, który jest - mówię to z czystym sumieniem - B-E-Z-B-Ł-Ę-D-N-Y. Bo tak, tytułowy głód nie dotyczy jedynie pustego żołądka bohatera (który posuwa się nawet do żucia materiału odprutego z kieszeni, geniusz), ale do głodu wrażeń. Do wewnętrznego pragnienia próbowania, sprawdzania, porywczości i chwili. W pewnym momencie ma się ochotę podejść do naszego narratora i klepnąć go w tył głowy celem otrzeźwienia, bo tak, momentami zachowuje się absurdalnie. Śledzi kobietę wkręcając jej zgubienie książki, której nawet nie niosła, biega między ławkami, krzyczy sam do siebie. Jest ciekaw reakcji innych, świata zewnętrznego na jego osobę. Nic nie zostało mu w końcu do stracenia, w obliczu jego aktualnego trybu życia śmierć jest czymś całkiem namacalnym i bliskim. Później dopiero dociera do czytelnika tragizm postaci. On sam dostrzega beznadzieję swojego losu, nie widzi ratunku. Poza fizycznymi problemami, chorobami i nadwątlonym przez deficyt pokarmu organizmem, musi też zmagać się ze sobą samym, że swoją mająca autodestrukcyjne skłonności osobowością. Nie można powiedzieć, że sam nie wybrał sobie tego losu.
Gdzieś na jednym planie z tym tragicznym rozgrywa się plan zupełnie komiczny. Z nieopanowania i narwania naszego bohatera wynika cała masa zabawnych i dziwnych sytuacji. Co najciekawsze, są one całkowicie wiarygodne i najczęściej wynikają z osób postronnych, kompletnie nie rozumiejących psychiki protagonisty.
Głód pochłonąłem w kilka dni i z miejsca pojawił się na liście moich ulubionych książek. Portret psychologiczny bohatera zbudowany rzetelnie, bardzo kompleksowo, podobnie jak w np. Zbrodni i Karze, czy Procesie. Tutaj jednak zdecydowanie łatwiej wczuć się w bohatera, bo to emocjom jest poświęcona cała książka. I właśnie, po lekturze tej powieści nasze emocje są dosłownie zszargane. Jeśli nie chcecie się poważnie zdołować i poznać dowodu na absurd i bezsens ludzkiego życia - możecie ominąć tę książkę szerokim łukiem. Jeśli jednak jesteście głodni doznań, niczym nasz bohater, śmiało możecie się dziełem Hamsuna zainteresować. Po lekturze wasze spojrzenie na świat może wyglądać nieco inaczej.
![]() |
| Okładka wraz z tytułem w oryginale. |
Dialogów w sumie jest tutaj jak na lekarstwo, zdarzają się wybiórczo, główną rolę odgrywa tu opis odczuć bohatera, który jest - mówię to z czystym sumieniem - B-E-Z-B-Ł-Ę-D-N-Y. Bo tak, tytułowy głód nie dotyczy jedynie pustego żołądka bohatera (który posuwa się nawet do żucia materiału odprutego z kieszeni, geniusz), ale do głodu wrażeń. Do wewnętrznego pragnienia próbowania, sprawdzania, porywczości i chwili. W pewnym momencie ma się ochotę podejść do naszego narratora i klepnąć go w tył głowy celem otrzeźwienia, bo tak, momentami zachowuje się absurdalnie. Śledzi kobietę wkręcając jej zgubienie książki, której nawet nie niosła, biega między ławkami, krzyczy sam do siebie. Jest ciekaw reakcji innych, świata zewnętrznego na jego osobę. Nic nie zostało mu w końcu do stracenia, w obliczu jego aktualnego trybu życia śmierć jest czymś całkiem namacalnym i bliskim. Później dopiero dociera do czytelnika tragizm postaci. On sam dostrzega beznadzieję swojego losu, nie widzi ratunku. Poza fizycznymi problemami, chorobami i nadwątlonym przez deficyt pokarmu organizmem, musi też zmagać się ze sobą samym, że swoją mająca autodestrukcyjne skłonności osobowością. Nie można powiedzieć, że sam nie wybrał sobie tego losu.
Gdzieś na jednym planie z tym tragicznym rozgrywa się plan zupełnie komiczny. Z nieopanowania i narwania naszego bohatera wynika cała masa zabawnych i dziwnych sytuacji. Co najciekawsze, są one całkowicie wiarygodne i najczęściej wynikają z osób postronnych, kompletnie nie rozumiejących psychiki protagonisty.
Głód pochłonąłem w kilka dni i z miejsca pojawił się na liście moich ulubionych książek. Portret psychologiczny bohatera zbudowany rzetelnie, bardzo kompleksowo, podobnie jak w np. Zbrodni i Karze, czy Procesie. Tutaj jednak zdecydowanie łatwiej wczuć się w bohatera, bo to emocjom jest poświęcona cała książka. I właśnie, po lekturze tej powieści nasze emocje są dosłownie zszargane. Jeśli nie chcecie się poważnie zdołować i poznać dowodu na absurd i bezsens ludzkiego życia - możecie ominąć tę książkę szerokim łukiem. Jeśli jednak jesteście głodni doznań, niczym nasz bohater, śmiało możecie się dziełem Hamsuna zainteresować. Po lekturze wasze spojrzenie na świat może wyglądać nieco inaczej.
wtorek, 16 września 2014
Benedict Cucumberbitch, czyli Sherlock Holmes, najlepszy detektyw tej galaktyki
Odsłon i rodzajów adaptacji powieści Arthura Conana Doyle'a było multum, nie żartuję. Od jakichś młodych wersji Szerloka, po dość nowoczesną, z kobiecym Watsonem u boku - krótko mówiąc, jest w czym wybierać. Nietrudno zgadnąć, że największe wrażenie zrobiła na mnie wersja ze stajni BBC, również całkowicie nowoczesna interpretacja dzieła wyżej wymienionego autora. A dlaczego? O tym trochę niżej.
Seriale produkowane przez Anglików robią ostatnio ogromną furorę. Wieść o produkcji nowego serialu o najsłynniejszym detektywie świata nie wzbudziła jakiegoś przesadzonego przerażenia, a spotkała się raczej z ogólną ciekawością fanów. Po interesującym Downey'u Juniorze ciężko było obsadzić w tytułowej roli kogoś przynajmniej równie dobrego i charakterystycznego. Jakiś czas po premierze (dużo czasu później) zainteresowałem się produkcją bardziej i, nie powiem, obraz Benedicta Cumberbatcha trochę mi się gryzł z najnowszą filmową adaptacją. Downey Jr. wytyczył pewien kierunek w kwestii Holmesa, który w moich oczach błędnie stał się wzorcem, pod który powinno się dopasowywać kolejnych aktorów. Niemniej jednak wiadomość o Freemanie w roli Watsona całkiem mnie ucieszyła, w moich oczach serial był uratowany. Jakże uprzedzonym pawianem się okazałem (ponownie), bo, o bogowie, Cumberbatch jako Holmes jest świetny! Jest dziwny, ciężko go polubić, często mówi totalnie niezrozumiałe, ale przy tym jest zabójczo inteligentny, momentami bardzo dziecinny i nieodpowiedzialny. Freeman w roli Watsona jest nie tylko jego przydupasem, ale kimś równoważnym, również ma swoje rozterki, jest bardziej racjonalnym, ludzkim elementem tego zabójczego duetu.
Jeśli chodzi o samo wykonanie i stylistykę - modernizm (kto by to skojarzył z Szerlokiem?!) w ogóle nie stoi na przeszkodzie komuś, kto z przygodami detektywa był już zapoznany. Daje to twórcom całą gamę możliwości, użycie telefonu, metra, wizja Londynu - wszystko to idealnie się tu wpasowuje. Momenty dedukcji Sherlocka są przedstawione w sposób wyjątkowy, specyficzny, ale mają swój sens. Pozornie losowe i nie łączące się ze sobą słowa dosłownie fruwają nam po ekranie tu i tam, powoli składając się w całość, spójną i logiczną. Humor - jest na swoim miejscu. Szczęśliwie zerwano z konwencją błyskotliwca i nudziarza, który jedynie rozwiązuje sekrety miasta i jego ofiar. Żarciki owszem, bywają głupawe, owszem, przedstawiają Holmesa jako przygłupa (którym oczywiście nie jest), ale przyjemnie rozluźniają napięcie związane z tematem danego odcinka. A właśnie, odcinki. Ich fabuła jest przemyślana, czas ich trwania mówi sam za siebie - przeważnie koło godziny i pół. Sprawia to, że są to już bardziej filmy niż odcinki serialu - i tak też się je ogląda. Są pełne napięcia, budowanej stopniowo historii, no i jakiegoś zaskakującego zakończenia. Owszem, można się czepiać, że na kolejne sezony trzeba czekać koło 126 lat, że mało odcinków w sezonie, że sezonów mało, że za dużo Moffata w Moffacie. Ale te, które są, są naprawdę dobre. Są dopracowane, przemyślane, usprawiedliwiają czas oczekiwania na kolejne. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że Brytyjczycy są na obecną chwilę mistrzami seriali.
![]() |
| Duet shipowany przez wielu - Smaug i Bilbo... znaczy, Sherlock i Watson. |
![]() |
| Scena z jednego z najlepszych odcinków w trzecim sezonie. W sumie - w całym serialu. |
niedziela, 14 września 2014
Jak wytresować smoka (a potem go zarżnąć) - Elder Scrolls V: Skyrim
Powodem powstania tej recenzji/przemyśleń/opisu wrażeń był fakt, iż już chyba siedemsetny raz zainstalowałem tę grę na moim złomie i stworzyłem zupełnie nową i oryginalną postać. Okej, można mówić o tym, że już nic nie pozostało mi do odkrycia, że już nic tutaj nie będzie w stanie mnie zaskoczyć, i że cały ten lodowo-mroźny świat znam na wylot. To wszystko prawda, ale jest coś pasjonującego i zajmującego w przechodzeniu jej w zupełnie nowy sposób, inaczej niż zawsze. To sprawia, że część zjawisk jest tutaj dla nas całkiem nowych. Porzućmy jednak to połamane biadolenie, zajmijmy się częścią właściwą!
Gra została zwyczajowo wyprodukowana przez Bethesdę w 2011 roku i jest typowym "action RPG". Do studia, można żywić mieszane uczucia. Ich gry może i są robione na całkiem pokaźną skalę, ale często są tak zdemolowane przez błędy i krzaczki, że więcej w tym śmiechu niż jakiegoś poważnego podejścia. O Fallblivionie nie wspominając. Wracając do Skyrima, strasznie byłem zafazowany na ten szajs, odkąd miałem kompa lubiłem pocinać w nieśmiertelnego już Morrowinda, czy później nawet w Obliviona. Te gry przewyższały serię Gothic o głowę, przede wszystkim rozmiarami świata i jego historią - bo tak, miał tu swoją mitologię, florę i faunę, i wiele innych detali, o których mogliśmy poczytać w znajdujących się w grze książkach (a było ich mnóstwo).
Pomimo strachu przed eksplozją mojego starego i zmarszczonego komputera, udało mi się odpalić "piątkę". I serio, dawno się tak nie wciągnąłem, dawno tak bardzo nie jarało mnie robienie "kogoś" z byle popychadła.
Opcji personalizacji postaci jest cała masa i jeszcze więcej. W samym ekranie tworzenia postaci możecie spędzić dobrych paręnaście minut. I w końcu rasy wyglądają tu tak jak powinny, nie przypominają już koślawych ryjków z poprzedniczki. Fabuła jest mega satysfakcjonująca. Ilość fantasy w fantasy jest optymalna. Znak rozpoznawczy odsłony, czyli smoki, jest wykonany porządnie, z dopracowaniem. Gady są takimi, jakimi chciałbym je oglądać w każdej grze o smokach. Są wielkie, latające, mogą nami tarmosić, ziać nam w twarz ogniem (i nie tylko), są prastarymi istotami po stokroć mądrzejszymi niż przygłupie dwunogi. Świat jest przeogromny i warto porzucić czasem główny trakt, bo gdzieś na pustkowiach zawsze czeka na nas jakiś dodatkowy content. A lochy, jaskinie, wszystkie te zamknięte lokacje całkowicie różnią się od siebie, więc nie będą nudne tak jak w Oblivionie. Ich wykonanie stoi na najwyższym poziomie, grafika powala, zimowe zamiecie, zorze polarne, strumyki, podziemne rzeczki - wszystko to rozbraja. Wracając do świata - żyje on własnym życiem. Łatwo napotkać tu grupkę gigantów pasających mamuty, uciekiniera z lepkimi łapami, któremu tym razem nie poszczęściło się zostać niezauważonym, kilku kapłanów. Czuć, że nie jesteśmy w pustym, beznadziejnie nudnym świecie. Jeśli chodzi o ścieżki rozwoju postaci - tutaj też jest droga wolna. Nie ma podziału na typowe klasy, po prostu rozwijamy to, co nas najzwyczajniej w świecie interesuje. Na każdą umiejętność przypada drzewko rozbudowane, z całą masą dodatkowych ulepszeń. Czeka na nas też pokaźny arsenał oraz zestaw pancerzy (ale to raczej domena serii, więc tu się nic nie zmieniło).
Nie wiem ile jeszcze razy podejdę to tej gry, ale wiem, że są jeszcze kombinacje, których nie próbowałem, przedmioty, których nie używałem, miejsca, których nie odwiedziłem. W prowincji Skyrim wciąż jest coś do roboty, a radosna eksploracja okraszona została epicką fabułą, smokami, urzekającą grafiką i miodnym gameplayem. Nic tylko z radością zarzynać gadziny.
![]() |
| Okładka gry. |
Pomimo strachu przed eksplozją mojego starego i zmarszczonego komputera, udało mi się odpalić "piątkę". I serio, dawno się tak nie wciągnąłem, dawno tak bardzo nie jarało mnie robienie "kogoś" z byle popychadła.
| Typowy sielski widoczek. |
| Jak widzisz coś takiego nad sobą to wiedz, że coś się dzieje. |
Etykiety:
2011,
Bethesda Softworks,
dragons,
Elder Scrolls,
fun,
game,
gameplay,
gra,
komputer,
pc,
recenzja,
rozrywka,
RPG,
Skyrim,
smoki,
The Elder Scrolls
niedziela, 7 września 2014
Do czego zmierza świat? - "Metro 2033"
Metro stało na mojej półce i się kurzyło już od jakiegoś roku. Ot tak, byłem sobie pewnego razu w antykwariacie i stwierdziłem, że kupię, bo i tak nosiłem się z zamiarem przeczytania go. Niestety, czasu zawsze jakoś brakowało, niczym topór kata wisiała nade mną Zbrodnia i Kara, albo na przykład Chłopi, i tak dopiero teraz, w te wakacje nadarzyła się niebywała okazja zaliczenia tej książki. A muszę przyznać, że zrobiła na mnie niemałe wrażenie i zaspokoiła chcicę fana klimatów post-apo i post-sowieckich.
Głównym bohaterem powieści jest Artem, młody chłopak mieszkający w jednej z bezpieczniejszych (na tyle, na ile bezpieczne może być ruskie metro po apokalipsie) stacji tytułowego moskiewskiego metra. Jest sierotą, jego rodzice zginęli, opiekuje się nim przybrany wujek. W momencie poznania Artem rozpoczyna się raczej kryzysowy okres dziejów stacji, bowiem nękana jest ona przez tzw. "czarnych". Wiadomo o nich tylko tyle, że są istotami niewiadomego pochodzenia, są czarni jak noc, a każde spotkanie z nimi to walka o przetrwanie, lub dopadający ich ofiarę obłęd. Wyjście jest jedno - strzelać we wszystko, co w najmniejszym stopniu nie przypomina homo sapiens. Oczywiście, w całość wchodzi wplątanie naszego młodego bohatera w swoistą przepowiednię, zlecenie mu misji, od której może zależeć los całego podziemnego labiryntu tuneli, ostatniej ostoi ludzkości w tym mrocznym, zimnym, obcym już człowiekowi świecie. Nie będę teraz zdradzał więcej fabuły (która niejednokrotnie was zaskoczy), opowiem raczej o tym, co mnie urzekło.
#1. Realność i namacalność świata przedstawionego. Czytanie tej książki nocą albo późnym wieczorem wiąże się z niemalże stuprocentową możliwością pojawienia się gęsiej skórki. Czytając opisy poszczególnych stacji, nowych, niezbadanych tuneli, autentycznie czujemy się jak ofiary tych tuneli. Z liter kolejnych stron zionie na nas rdza, wulgarne bazgroły napisane na ścianach przez pre-atomowych chuliganów, smród spoconych cielsk w ołowianych kombinezonach, krew, pleśń i chłodny powiew nieujarzmionego metra. Rozpad otaczającego nas świata jest przedstawiony tak rzetelnie, jak nigdzie indziej. Nie bez powodu zresztą, Głuchowski jest reporterem, który spędził trochę czasu w dotkniętych wojną i zniszczeniem punktach Izraela. Wie trochę o tragedii.
#2. Wstawki polityczne, struktura ludności i społeczeństwa. Poza ogólną dziczą i zbrodnią, w metrze istnieje też wiele ugrupowań politycznych, mniejszych lub większych. Poza istnieniem Hanzy, pojawiają się również takie grupy jak Polis (czyli właściwie żyjąca swoim życiem, najbardziej cywilizowana część metra), Linia Czerwona (nie muszę mówić co sobą reprezentują), czy całkiem interesująca, nadzwyczaj zaskakująca Czwarta Rzesza, z trójramienną swastyką jako symbolem. Mnogość, wielość, ogrom.
#3. Pewien mistycyzm, tajemniczość. Chodzi o m.in. stacje metra, które bezpośrednio oddziałują na umysł zwiedzającego. Dotykają jego... duszy. Bo w sumie, czy jakikolwiek bóg może istnieć w takim świecie?
#4. Przekaz filozoficzny/światopoglądowy. Jeśli w porę nie ogarniemy się jako gatunek rozumny, skończymy tak jak w powieści. Okazuje się, że sami jesteśmy sobie zagrożeniem, a najgorsze jest to, że nie mamy nad sobą kontroli. Rzecz w tym, że ewolucja w pewien sposób usiłuje zatoczyć koło, bo niedługo z powodzeniem przekształcimy się w naczelne popitalające po drzewach w poszukiwaniu dorodnego banana.
W skrócie, świetna powieść, fabuła momentami zbyt napompowana patosem, ale zaskakująca. Klimat wylewający się tonami. Świetni bohaterowie, dialogi. Sceny akcji trzymające w napięciu. Zakończenie dość enigmatyczne, ale dające nadzieję na więcej. Niestety, doszły mnie słuchy, że Metro 2034 to nieporozumienie.
![]() |
| Tak, to jest okładka, jakby ktoś miał wątpliwości. |
#1. Realność i namacalność świata przedstawionego. Czytanie tej książki nocą albo późnym wieczorem wiąże się z niemalże stuprocentową możliwością pojawienia się gęsiej skórki. Czytając opisy poszczególnych stacji, nowych, niezbadanych tuneli, autentycznie czujemy się jak ofiary tych tuneli. Z liter kolejnych stron zionie na nas rdza, wulgarne bazgroły napisane na ścianach przez pre-atomowych chuliganów, smród spoconych cielsk w ołowianych kombinezonach, krew, pleśń i chłodny powiew nieujarzmionego metra. Rozpad otaczającego nas świata jest przedstawiony tak rzetelnie, jak nigdzie indziej. Nie bez powodu zresztą, Głuchowski jest reporterem, który spędził trochę czasu w dotkniętych wojną i zniszczeniem punktach Izraela. Wie trochę o tragedii.
#2. Wstawki polityczne, struktura ludności i społeczeństwa. Poza ogólną dziczą i zbrodnią, w metrze istnieje też wiele ugrupowań politycznych, mniejszych lub większych. Poza istnieniem Hanzy, pojawiają się również takie grupy jak Polis (czyli właściwie żyjąca swoim życiem, najbardziej cywilizowana część metra), Linia Czerwona (nie muszę mówić co sobą reprezentują), czy całkiem interesująca, nadzwyczaj zaskakująca Czwarta Rzesza, z trójramienną swastyką jako symbolem. Mnogość, wielość, ogrom.
#3. Pewien mistycyzm, tajemniczość. Chodzi o m.in. stacje metra, które bezpośrednio oddziałują na umysł zwiedzającego. Dotykają jego... duszy. Bo w sumie, czy jakikolwiek bóg może istnieć w takim świecie?
#4. Przekaz filozoficzny/światopoglądowy. Jeśli w porę nie ogarniemy się jako gatunek rozumny, skończymy tak jak w powieści. Okazuje się, że sami jesteśmy sobie zagrożeniem, a najgorsze jest to, że nie mamy nad sobą kontroli. Rzecz w tym, że ewolucja w pewien sposób usiłuje zatoczyć koło, bo niedługo z powodzeniem przekształcimy się w naczelne popitalające po drzewach w poszukiwaniu dorodnego banana.
W skrócie, świetna powieść, fabuła momentami zbyt napompowana patosem, ale zaskakująca. Klimat wylewający się tonami. Świetni bohaterowie, dialogi. Sceny akcji trzymające w napięciu. Zakończenie dość enigmatyczne, ale dające nadzieję na więcej. Niestety, doszły mnie słuchy, że Metro 2034 to nieporozumienie.
środa, 3 września 2014
Skąd ten hype? - Aphex Twin - Selected Ambient Works 85-92 (1992)
O Aphex Twinie zrobiło się ostatnio bardzo głośno, oczywiście ze względu na jego powrót na scenę muzyczną z nowym albumem po 13 latach ugoru w jego dyskografii. Rzecz jasna, Richard David James (bo tak brzmi jego prawdziwe nazwisko) nie zaciął się kompletnie w martwym punkcie, ba w okresie zawieszenia projektu znanego jako Aphex Twin tworzył znacznie więcej niż z nim (jednak pod tą etykietką jest najbardziej znany i wielbiony przez fanów elektroniki i ambientu). Pominę napompowanie medialne związane z promowaniem Syro, które pojawi się w tym roku. W tym wpisie udowodnię, że przez długi czas byłem ignorantem i z twórczością Aphex Twina zapoznałem się dopiero teraz. No i co sądzę o jego pierwszym studyjnym long pleju - Selected Ambient Works 82-92.
Jako pierwsze urzeka mnie Xtal. Postanowiłem nie psuć sobie wcześniej odbioru albumu, więc darowałem sobie jutjuby, wrzuty, tego typu rzeczy. Spodziewałem się znacznie bardziej agresywnej, dzikiej, szybkiej elektroniki, typowej dla współczesnych setów i wykonawców. Owszem, wiedziałem, że będzie to ambient, jednak ten spokój paradoksalnie mnie zadziwił, choć właściwie powinienem go oczekiwać. Utwór otwierający w sumie całkiem zgrabnie streszcza całość wydawnictwa - to gra zapętleń, wymyślnych bitów automatu perkusyjnego, chórków. Dziwnego spokoju i nietypowej harmonii, która do tej pory była mi obca w muzyce elektronicznej. Naprawdę, wiele traciłem. Ageispolis było źródłem i ojcem melodii jednego z kawałków na nowym albumie Die Antwoord - Ugly Boy. Właściwie ciężko tu powiedzieć o jakimś pokrewieństwie, bo właściwie to jest to ten sam motyw muzyczny. Było to spowodowane fascynacją Ninji Aphex Twinem. Oba utwory mi się podobają, ale z wiadomych przyczyn większym szacunkiem darzę oryginał.
Ptolemy rozpoczyna się szalonym, perfekcyjnym pod względem rytmiki bitem, by później zostać uzupełnionym przez syntezator z pomysłowym motywem. W końcu wszystko staje się jedną całością, a na końcu nawet pojawia się ten charakterystyczny ambientowy pogłos pasujący tu jak nigdzie indziej. Delphium ma w sobie coś egzotycznego, a zarazem nowoczesnego. To jak kompromis między futuryzmem i tradycją. Nie potrafię wyjaśnić co dokładnie mam na myśli, słuchanie tego utworu budzi we mnie takie odczucia!
Marzę o tym, by opisać to jeszcze bardziej, jeszcze dogłębniej, ale oszczędzę wam spoilerów i po prostu odsyłam was do odsłuchania płyty samodzielnie.Wydawnictwo kultowe dla każdego fana gatunku. Idealny album do wyczilowania lub jakiegoś kreatywnego zajęcia, rysowania, malowania, czy czegoś. No po prostu, Aphex Twin, legenda sceny elektronicznej.
Etykiety:
1992,
2014,
Ageispolis,
album,
ambient,
Aphex Twin,
chill,
Die Antwoord,
electonic,
elektronika,
muzyka,
opis,
recenzja,
Richard David James,
rozrywka,
Selected Ambient Works 85-92,
Syro,
wrażenia,
Xtal
Subskrybuj:
Posty (Atom)







