Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Babadook. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Babadook. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 października 2014

Strach nosi cylinder i czarny płaszczyk - "The Babadook" (2014)

Od dawna przymierzałem się do obejrzenia The Babadook skuszony głównie... plakatem filmu. Naprawdę, wydał mi się całkowicie awangardowy i budził skojarzenia z rysunkami ze Scary Stories To Tell In The Dark, co swoją drogą serdecznie polecam. Krótki opis tej australijskiej produkcji również obiecywał wiele. Miałem także dość wygórowane oczekiwania - wiem, jak wygląda obecnie kwestia horrorów, większość stosuje tanie sztuczki, powiela schematy, a w trakcie fabuły absurdy rodzą absurdy. Czy film sprostał moim oczekiwaniom?
Groza na 102.
W pierwszych scenach poznajemy główne postacie dramatu (raczej horroru, choć z rozwojem fabuły budzą się w nas sprzeczne uczucia) - Amelię i Samuela. Amelia (Essie Davis) jest wdową, jej mąż zginął w wypadku w trakcie transportu żony do szpitala - była w ciąży i lada moment miał urodzić się ich syn. Ów chłopiec to Samuel (Noah Wiseman), jest trochę dziwaczny, ma problemy z kontaktem z rówieśnikami, a ponadto ma wybujałą wyobraźnię - wszędzie widzi potwory, na które bez ustanku zastawia pułapki, ze złomu zgromadzonego w domu konstruuje prowizoryczne bronie przeciwko nim. Amelia nie radzi sobie z wychowaniem Samuela, jest całkowicie specyficznym dzieckiem, a jej problemy pogłębia niemożność poradzenia sobie ze stratą męża - nawet po tylu latach rana na jej duszy jest wciąż otwarta i ani myśli się zagoić. Problemy rodziny sięgają zenitu kiedy Samuel prosi matkę o przeczytanie mu znalezionej na półce książki o Babadooku - mrocznym stworze żyjącym w ciemnościach, którego wpuszczenie do swojego życia jest równoznaczne z rozpoczęciem koszmaru. Nie muszę chyba wspominać, że na tym momencie film się nie kończy. Ostrzeżenia zawarte w pozornie niewinnej książce dla dzieci zdają się na nic - Amelia i Samuel będą musieli zmierzyć z czymś, o czym do tej pory im się nie śniło.

Film jest zrealizowany w świetny, bardzo oldschoolowy sposób. Z lekka wyblakłe kolory, zabiegi stosowane w celu nastraszenia widza, klimat budowany w wyjątkowym stylu, przywodzą na myśl najstarszych protoplastów rodziny horroru - na przykład Dziecko Rosemary. Widz straszony jest tutaj inaczej niż w większości nowszych filmów grozy, nie uświadczycie tu wrednych screamerów przyprawiających skórę o ciarki głównie hałasem i elementem zaskoczenia. Tutaj cała atmosfera budowana jest dużo bardziej subtelnie, stopniowo, lecz również zaskakująco. W wielu momentach, gdy akurat spodziewamy się czegoś strasznego, nic tak naprawdę się nie dzieje. Napięcie wyczuwalne jest cały czas. Sama zjawa nie jest tylko pretekstem do stosowania wyżej wymienionych "krzykaczy" - w zasadzie to widzimy ją w filmie zaledwie kilka razy, zawsze niewyraźnie, szybko migającą w kadrze. Kolejnym świetnym rozwiązaniem było przedstawienie ruchu Babadooka animacją poklatkową, co jest wyraźnym puszczeniem oka w stronę fanów starych, jeszcze niemych filmów grozy.

Zakończenie jest nieprzewidywalne, dziwne, dające większy popis raczej po głębszej interpretacji - przedstawienie w filmie mogłoby wydawać się płytkie, ale tylko gdy zlekceważymy jego drugie dno.

Babadook daje nadzieję na dobre jakościowo, nieprzewidywalne, nowoczesne, lecz staroszkolne kino grozy. Gdzie atmosfera zaszczucia budowana jest jak dawniej - muzyką, grą świateł, niewyraźnymi kształtami, w których możemy doszukiwać się konkretnych sylwetek. Trzeba być prawdziwym wirtuozem, by przy użyciu tak niewielu środków wzbudzić w widzu realny lęk. A to się pani reżyser z całą pewnością udało.

sobota, 19 lipca 2014

Wolność

Od dwóch dni jestem wolnym człowiekiem. Tak jest, już nie mam pracy. To jest naprawdę śmieszne, zwłaszcza, że tę pracę dostałem na początku lipca. Dzisiaj jest 19. Doświadczenie zawodowe level hard. Najbardziej smutno jest mi dlatego, że nie dostanę tyle pieniędzy na ile na początku liczyłem, ale już planuję coś na sierpień, coby się nie lenić za bardzo i jeszcze coś zarobić na przyjemności. Płyty się same nie kupią!
Z kolei plusów teraz widzę całe stosy. Mogę na przykład jeść obiad o normalnej godzinie. Nie muszę wysłuchiwać ludzi jęczących do mnie jakieś bzdury przez telefon, które tak naprawdę mnie nie interesują. Mogę się częściej widywać z dziewczyną. I przede wszystkim dostrzegłem to, że mogę o większej ilości rzeczy pisać tutaj, na blogu.

Wcześniej to była dla mnie jedynie drobna odskocznia od rzeczywistości, teraz jednak mogę potraktować to bardziej na poważnie, urozmaicać trochę wpisy, które na pewno będą się tu pojawiały regularnie. Postaram się też, żeby były pół na pół luźne i profesjonalne. Tak jest, bardzo się zaangażowałem. Obecnie jestem w trakcie oglądania "Silent Hill", muszę dokończyć, a możliwe, że jeszcze tej nocy obejrzę "The Babadook", jeden z fajniejszych horrorów jakie obecnie grano w kinach. Możliwe też, że o tym drugim napiszę coś tutaj. Noszę się też z zamiarem opisania swoich wrażeń odnośnie "To Be Kind" Swansów, bo ta płyta i odczucia, które we mnie wzbudziła zasługują na oddzielny wpis. I jeszcze Doctor Who. I American Horror Story. I może jakiś przekrojowy felieton o Zeppelinach, albo komiksach, które czytałem. Mam masę pomysłów.

A co do pracy - nie lubiłem jej, wykańczała mnie. Była fajna atmosfera, ale klienci to w dużej mierze tępa hołota. I ona przecież ma zawsze rację. Polecam tylko cierpliwym.