Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 stycznia 2015

Opowieść bez sensu.

Pustynia. Jak okiem sięgnąć - bezkresne i jałowe pustkowie. Ot, kolejny zaprzepaszczony kawałek gruntu na tym zapomnianym przez bogów świecie. Najpewniej obszar ten do kogoś kiedyś należał, bo, o zgrozo, ludzie przypisują sobie prawo do posiadania ziemi. Od kiedy ziemia jest niby własnością człowieka? Przecież nie jest jego dziełem.

To jednak nieważne, skupmy się na istocie tej nieurodzajnej ziemi, na której nie widać nawet cienia żywego stworzenia. Nie ujrzysz na niej, drogi czytelniku, żadnego psa, kojota, szakala, żyrafy, pod sklepieniem nie ujrzysz klucza żurawi, pikującego orła. Prawdę mówiąc - nawet chmur tam nie ma. Jest tylko gorące słońce swymi promieniami palące i niszczące znajdujący się pod nim grunt i każde małe ziarenko, źdźbło trawy odznaczające się najniklejszą wolą życia. Wielkie i nieskończone nic. Nic, przez duże "N".

I gdy tak wytężasz wzrok, by jednak mój nikomu niepotrzebny opis tego upiornego krajobrazu okazał się fałszem, nareszcie dostrzegasz coś. A raczej błysk, słońce odbijające się od jakiegoś drobnego elementu wyłamującego się z tej monotonnej kompozycji. Z początku ciężko Ci zdefiniować CO dokładnie widzisz, starasz się patrzeć na tyle długo, by wyróżnić kontury, a na tyle krótko, by oślepiające halo (jednakże ziemskie, a nie kosmiczne) nie zrujnowało stanu siatkówki Twojego oka. Nie wiesz także jakim cudem cokolwiek mogłoby błyszczeć w ten sposób w takim miejscu. Jeśli znajduje się tam od dawna, najpewniej powinno być przykryte kurzem, ewentualnie mocno nim przysypane i zabrudzone. Odpuszczę sobie gadkę o nadziei i Lynchowskim świetle jako symbolu dobra - po prostu stoisz tam, w tym jednym miejscu i namacalnie, czyli zmysłami, odbierasz ten jeden element krajobrazu. Widzisz go.

Po jakimś czasie blask słabnie. Uświadamiasz sobie, że marnujesz czas na takie bzdury, ba marnujesz go tyle, iż słońce zmienia swą pozycję na nieboskłonie. Zbliża się wieczór i nareszcie (gdyż wciąż jest wystarczająco jasno) masz okazję przyjrzeć się intrygującemu zjawisku dokładniej. Dziwisz się, bo owym oślepiającym wcześniej przedmiotem jest... właz. Znasz tę konstrukcję. Kojarzysz ten układ wrót, charakterystyczną konsolę przy wejściu, od dawna nieużywaną. To krypta, taka, jakie kiedyś budowano, gdy to wszystko się zaczęło. Ten cały bajzel, dzięki któremu masz teraz "przyjemność" oglądać pustynię, na której właśnie stoisz.

Twoją kontemplację reliktu przeszłości przerywa przeciągły syk. Ale nie gadzi syk. SYK. Który niemal rozsadza Ci czaszkę, nawet z tak wielkiej odległości. Bo doskonale wiesz skąd dobiega. Ponownie zawieszasz wzrok na metalicznym monolicie (jakbyś tylko to robił/a cały dzień). I widzisz, nareszcie coś zaczyna się dziać. Coś, co nie daje złudzeń i jest rzeczywiste i jednoznaczne. Nie musisz już zamęczać swego umysłu domniemaniami. Po prostu patrzysz jak dzieje się coś wyjątkowego.

Niedługo potem syk zostaje zastąpiony przez łomot, jakby wyginano ogromną tytanową płytę. A może właśnie to robią? Widzisz, że wrota krypty delikatnie (idealne słowo na czynność zardzewiałej kupy złomu) cofają się do środka kompleksu, a następnie staczają się na bok dając drogę ucieczki... czemuś? Komuś?
W kłębach pary rysuje się jakaś postać. Ma ręce i nogi na swoim miejscu. Ma tylko jedną głowę, co jest dla Ciebie szokiem. Przez krótki moment istnieje w twej wyobraźni myśl, że to może być człowiek. To jest człowiek, to pewne. Czujesz to w głębi. Widzisz odzianego w krypciane łachmany człowieczka, który zakrywa usta dłonią. Najpewniej chroni je przed dostaniem się do środka pyłu. Nikt tego nie lubi. Słyszysz kaszel - to normalne. Po kaszlu następuje wykrzyczane pytanie: "Jest tu kto?!".

ALEŻ JESTEM AMBITNY. Tak, to miała być metafora powrotu do pisania blożka. Tak, UWIELBIAM Fallouta. Tak, mam przerost ambicji. Tak, uwielbiam metafory. Tak, mam nowe tematy na bloga. W skrócie: "Żyj pączku, krocz". Widzimy się (czytamy..?) w kolejnym poście!

piątek, 14 listopada 2014

Mannequin Neurose - Mannequin Neurose (1985)

Jestem świeżo po odsłuchu wyżej wymienionej EPki japońskiej grupy Mannequin Neurose i jednak bardziej niż na recenzję wzięło mnie na dość luźne przemyślenia - odkąd interesuję się jako-takim nurtem post-punkowym, nowofalowym, ogółem - wszystkimi pokręconymi krewniakami punku, nigdy jeszcze nie słuchałem grupy prezentującej swoją twórczością taki kierunek, jednak pochodzącej z innego miejsca niż Europa i Stany. Nie sądziłem, że to powiem, jednak jestem tak samo jak wy zaskoczony swoją opinią - okazuje się, że Japończycy też mieli swego czasu solidną scenę post-punkową, oczywiście w latach 80', na które przypadał rozkwit gatunku i wysyp post-punkowych potworków.


No więc to tyle z przemyśleń - co do samej EPki - jest kozacka jak mało co - w sensie, nic ostatnio nie porwało mnie tak jak to czteroutworowe dzieło. Od typowo nastawionego na bas riffu z wokalem podobnym do... Cerebral Ballzy (serio, sam się zdziwiłem) w pierwszym utworze, którego tytułu nie jestem w stanie napisać; poprzez Urabe, które ma jakiś sznyt Big Black z czasów Atomizera (o zgrozo) - wokalnie wciąż jest to zbolały lament do post-punku pozornie nieprzystający; po drodze napotykając Aomushi swoim biciem na perkusji zdolnym zmusić nasze serce do arytmii - wokal po raz kolejny udowadnia, że nie jest to spokojny i płaczliwy post-punk spod szyldu Joy Division; aż do Myoyaku, które włączyło mnie do grona wyznawców tego utworu. No bo serio, zaczyna się kultowym phaserem, który robi szum jakich mało. Prawdziwe party zaczyna się od momentu wejścia wokalu, który jest niepokojący, rozedrgany, podzielony na kilka warstw, zawodzi niczym rzucający zaklęcie. Jako że to dzieło Japończyków, od razu skojarzyłem go z przygodami Harry'ego Masona w Silent Hill, a bardziej z samą atmosferą tego porąbanego miasteczka i jego "piekielną", rdzawą wersją.

Tylko cztery kawałki, a wrażeń co niemiara. Przynajmniej dostałem nauczkę, że nie samą Europą i USA post-punk żyje. Już raz mnie Japonia oczarowała, przy okazji psychodelicznego Bo Ningen, które po części wygrało tegoroczną edycję Offa. Czekam na więcej, bo na pewno do niejednego jeszcze się przekonam.

piątek, 7 listopada 2014

All-New Ghost Rider (2014-2015) - garść przemyśleń

Nie sposób zaprzeczyć temu, że Ghost Rider jest jednym z ciekawszych bohaterów nie tylko Marvela, ale i komiksu w ogóle. No bo serio, gościu w skórce,  na płonącym motorze, z płonącą czaszką, łańcuchami w charakterze broni? Większość osób średnio obeznanych w komiksie z pewnością kojarzy tego najsłynniejszego z Ghost Riderów (a w sumie kilku ich było) - Johnny'ego Blaze'a, którego w filmowej adaptacji tej 40-stoletniej serii zagrał dość... ekhem, brawurowo, Nicolas Cage. O filmie nie będę się wypowiadał, bo zasługuje na solidnego klapsa, na przykład w dziąsło. Jeśli chodzi o komiksową wersję Blaze'a, to był to skurczybyk jakich mało, który w sumie mógłby być świetnym kumplem Wolverine'a (i w zasadzie mieli kilka okazji do spotkania) - nawet po utracie swych nadprzyrodzonych umiejętności łoił tyłki demonom aż się kurzyło. Serii nigdy specjalnie nie śledziłem, wyjątkiem było przeczytanie komiksu o genezie kolejnego z Riderów - Dana Ketcha; komiks w Polsce wywodził się z serii nazwanej Mega Marvel i w 2016  będzie obchodził swoje 20-stolecie.

Na poważniej zainteresowałem się bohaterem parę dni temu, gdy w końcu zdecydowałem się przeczytać jakieś zeszyty ze świeżo rozpoczętej serii zatytułowanej All-New Ghost Rider, co przy okazji jest elementem Marvel NOW!, czyli operacji mającej na celu odświeżenie różnych superbohaterów Marvela i marvelowskich supergrup, co przydarzyło się już np. X-Factor i Lokiemu.
Co najistotniejsze, pałeczkę łowcy dusz przejął kolejny świeżak - tym razem padło na Robbiego Reyesa, dorastającego gościa pracującego w warsztacie samochodowym, opiekującego się młodszym niepełnosprawnym bratem. Planem historii będzie do bólu niebezpieczna dzielnica Los Angeles, w której narkotyki, rozboje, haracze to problem codzienności. Nie będę zdradzał fabuły i kolejnych zdarzeń prowadzących do przemiany Robbiego w Ducha Zemsty, gdyż można się tego samemu dowiedzieć w jakieś 15 minut, co serdecznie polecam! W Reyesa znacznie łatwiej się wczuć niż w Blaze'a, jest w końcu zwyczajnym kolesiem, nic specjalnego go nie wyróżnia, poza trudnościami życia w miejscu, w jakim przyszło mu żyć. Scenariusz jest napisany sensownie, nie jest nadzwyczajnie ambitny, ale sprawia, że całość szybko się czyta. Rysunki Tradda Moore'a są bardzo kreskówkowe, ale nie powinny wadzić również fanom realizmu - są schludne, dopracowane, i mają "to coś". Ja póki co jestem dopiero po trzech zeszytach, ale na pewno sięgnę po więcej, ponieważ jest to obecnie jedna z przystępniejszych serii wychodzących regularnie i nie wymagająca ogromnej znajomości uniwersum (dzięki, X-Men). Polecam.

niedziela, 2 listopada 2014

"Sierociniec" (2007) - wrażenia

Hiszpanie mają głowę do horrorów, to jest wiadome od zawsze - spójrzcie sobie chociażby na Labirynt Fauna albo [Rec] (chociaż co do horrorowatości tego pierwszego można mieć pewne wątpliwości). Do Sierocińca zbierałem się niestety dość długo, bo, wiadomo, szczególnie zależało mi na tym, by obejrzeć ten film już po ciemku, późną nocą, ale w jakiś dziwny sposób zawsze znajdowało się jakieś inne zajęcie, ewentualnie dużo bardziej pociągało mnie... spanie. Parę dni temu w końcu udało mi się dokonać niedokonanego i niemalże świeżo po seansie zabieram się do tego posta. A na wstępie muszę zaznaczyć, że film kompletnie nie zepsuł mojej wizji europejskiego horroru, a dodatkowo ją umocnił.
Złowieszczo.
Zawsze lubiłem, gdy film grozy rzeczywiście budził grozę i jakiś irracjonalny lęk przed nocnym pójściem do toalety - no bo jakby nie było, taka jest rola horrorów. Od jakiegoś momentu właściwie trudno mi się przestraszyć na jakimkolwiek horrorze, więc w ogromnym skupieniu szukam tego, który zbiera najbardziej pochlebne opinie w tej materii. Problem jest taki, że każdy człowiek ma inne nerwy, każdy inaczej odbiera kolejne czynniki, natężenie dźwięków, jumpscare'y, misternie budowany klimat, gęsty niczym smog w Tokio. Jakiś czas temu porzuciłem ideę poszukiwania filmów straszących "po chamsku", a skupiam się raczej na takich, które mają niepowtarzalny klimat, jakąś taką atmosferę, która choć pozornie nie jest groźna, to powoduje ciarki nawet na wybrednym człowieku. Do takich filmów należy wymieniony wyżej Labirynt Fauna, który w swojej genialnej baśniowości jest cholernie niepokojący i depresyjny. Do tego grona dołączył Sierociniec, bo opowiada historię inaczej niż zwykle.

 Mamy więc kobietę, która kiedyś mieszkała w sierocińcu, a w życiu dorosłym ponownie wprowadza się do niego (tym razem z mężem i synem), by stworzyć na jego bazie ośrodek dla niepełnosprawnych dzieci. Simon (czyli syn) nie jest zwyczajnym chłopcem - cierpi na śmiertelną chorobę, a zmiana otoczenia i brak znajomych twarzy nie działają na niego pozytywnie. W końcu zaczyna zadawać się z wymyślonymi przyjaciółmi, z których jeden szczególnie upodoba sobie absorbowanie wolnego czasu najmłodszego mieszkańca budynku. W tym momencie film właściwie się rozpoczyna, bo okazuje się, że nowy przyjaciel Simona nie będzie się w swych zabawach ograniczał jedynie do niego, co niekoniecznie spodoba się rodzicom chłopca. Powiedzmy, że będą raczej... zaniepokojeni. A to i tak dość łagodnie powiedziane.

Nie owijając w bawełnę - film nie jest przerażający do bólu. Jest niepokojący, bardzo zagadkowy, momentami można podskoczyć w fotelu, jednak zdecydowanie nie wykręca nam organów wewnętrznych ze strachu. To właśnie tajemnica przeszłości i sekret, który skrywa sierociniec, będą osią napędową produkcji.
Film dąży do niejednoznacznego, ale bardzo przejmującego zakończenia, które właściwie idealnie podsumowuje całość i nie pozostawia niedosytu. Moim zdaniem tak właśnie powinny wyglądać współczesne horrory. Jeśli już wszystkie straszące zagrywki zostały w kinematografii wykorzystane, twórcy powinni skupiać się na klimacie budowanym stopniowo, przekonującym i angażującym widza. Choć film ma już 7 lat, to z powodzeniem mógłby wyznaczać trendy w gatunku.

poniedziałek, 27 października 2014

Patrick Wolf i Soundedit Festival 2014

W sobotę rano wyjechaliśmy z Gdyni - ja, Gołomp (zwany też Magdą) i Oriana. Wspaniały i nowoczesny pociąg z gatunku pamiętających stan wojenny miał nas zawieźć do Łodzi, gdzie miał odbyć się koncert Patricka Wolfa (dla niewiedzących - Anglik, multiinstrumentalista, folk, elektronika, dużo akustyki i klawiszy), który był częścią Soundedit Festivalu. Ów festiwal, o dziwo, jest całkiem poważany na planie nie tylko samej Polski - jest to jedyny festiwal na świecie poświęcony producentom muzycznym. Stąd na nim takie sławy jak John Cale (The Velvet Underground) czy Karl Bartos (Kraftwerk). Jeśli zaś chodzi o moje oczekiwania wobec występu Pata - były wysokie, zwłaszcza, że naoglądałem się masy koncertów w internetach i znałem większość dyskografii, która wręcz obfituje w żwawe i energetyczne kawałki - perfekcyjne na występ na żywo. Po zdeponowaniu itemów u naszej przyjaciółki mieszkającej w Łodzi, wraz z nią wyruszyliśmy na miasto i potem już prosto pod klub Wytwórnia, w którym miało zajść całe wydarzenie. Całkiem sprawnie dotarliśmy na czas i okazało się, że łódzka komunikacja potrafi być czasami niezawodna. Pod klubem spotkaliśmy się z resztą ekipy i było nas już w sumie siedem osób.

Koncert miał zacząć się lada moment, napięcie narastało, brokat jeszcze dobrze nie ostygł - ale tak, wchodzi Patrick! Ale... jak to? Pierwszy moment niepewności i zawahania. Znowu jest rudy i ma totalnie krótką fryzurkę. Odziany jest w sumie po domowemu - sweter w dziwne wzory, jakieś tam spodnie, glany, chyba do obrony przed fanami Widzewa. No dobra, może odkuje się muzycznie.  No właśnie, problem był taki, że moje oczekiwania były chyba aż nazbyt wygórowane, bo, no.... średnio mnie to porwało. Liczyłem na to, że będę dziko baunsował i deptał ludzi glanami w rytm Tristana, a jednak ów Tristan nawet nie zagościł na setliście! Liczyłem, że po zakończeniu trasy akustycznej Patrick porzuci wizerunek eleganckiego, dostojnego i nieco puszystszego paniczyka przy klawiszach, a zmieni się w znanego fanom, dobrego, młodego i jakże narwanego szaleńca o wesołym usposobieniu. Wszystkie utwory zagrane na sobotnim koncercie, choć popularne, przybierały znacznie spokojniejszy, oszczędny w instrumentaliach wymiar. Obecni na koncercie mogli usłyszeć The Libertine zagrane niemalże całkowicie na jedno kopyto, Pigeon Song rozpoczynane przez Wolfa przynajmniej trzy razy z okazji nieumiejętnie nastrojonych skrzypiec; Magic Position wykastrowane na potrzeby klawiszy, harfy (która, moim zdaniem, zrobiła najlepszą robotę) i akordeonu. W sensie, koncert ten nie był zły, był po prostu przegadany i przez artystę potraktowany trochę zbyt luźno. Samo przegadanie (choć gęste i częste) było w zasadzie całkiem interesujące, Patrick opowiadał o bezdomności, o źródłach inspiracji dla niektórych utworów - bardziej skupiał się jednak na tym niż na właściwej muzyce. Momentami nawet był zabawny, bo robił śmieszne miny, coś pomylił, tu się zaplątał i inne takie. Albo bardzo się czepiam, albo po prostu setlista była trochę zbyt mało rozmaita i raczej rozlazła. Myślę, że całość wypadłaby lepiej, gdyby była samodzielnym występem poświęconym jedynie Patrickowi. Z chęcią zobaczę go jeszcze raz, ale mam nadzieję, że w bardziej porywającym wydaniu.

Potem załapaliśmy się jeszcze na fragment występu Lecha Janerki, następnie odbyło się wręczenie nagród dla Człowieka ze Złotym Uchem, no i później zostaliśmy na kawałku Johna Cale'a (znanego głównie z The Velvet Underground). Niedługo potem byliśmy już w domu, oglądaliśmy Porę na Przygodę, a potem kładliśmy się spać, bo w niedzielne południe wracaliśmy do Gdyni. Podróż powrotna zleciałaBY nam bez zbędnych ekscesów, gdyby nie specyficzny człowiek z wąsem, lat na oko 50+, który koniecznie musiał zagadywać wszystkich w przedziale, wypytując o najdrobniejsze detale z ich życia. Przez cztery godziny podróży w jego towarzystwie zdołałem przeczytać zaledwie trzy strony książki. Na szczęście po owych czterech godzinach odpuścił i przesiadł się gdzieś indziej, bo miał tam jakąś pilną sprawę. Jazda PKP to loteria, nigdy nie wiesz na kogo trafisz.

Na koniec zdjęcia autorstwa Oriany (ale ja też tam byłem, naprawdę):


środa, 22 października 2014

"Bogowie" (2014) - wrażenia

Jak już parokrotnie wspominałem - nie jestem fanem polskich filmów. Już miałem nadzieję, że zmieni się to uprzedzenie po seansie Miasta 44, i rzeczywiście, do połowy filmu było spoko, ale dwie durne i pasujące jak pięść do nosa sceny skutecznie zachwiały ocenę całości - nic się nie zmieniło w mojej opinii. Idąc na Bogów nie miałem jakichś wygórowanych oczekiwań, bo z góry założyłem mierny film, albo najwyżej nieco lepszy niż przeciętny. Nigdy nie byłem też jakimś fanatykiem Religi (choć nie mogę odmówić mu ogromnego przyczynku dla rozwoju polskiej transplantologii), więc na film szedłem raczej z ciekawości. Jakże zaskoczyły mnie opinie i recenzje przeczytane w internecie - nie wytknięto mu niemal żadnych wad! A zdziwiłem się jeszcze bardziej, gdy już po seansie mogłem wyrzucić swoją pierwotną opinię o polskich produkcjach do pobliskiego śmietnika.
Kot odwalił kawał dobrej roboty.
Nie mam zamiaru rozwodzić się nad fabułą, bo scenarzyści wyjęli ją z życia. Każdy kto jest mniej czy więcej zorientowany w historii polskiej medycyny wie, że zmagania Religi z dezaprobatą otoczenia wobec ryzykownego zabiegu transplantacji serca  napsuły mu niemało krwi - i to jest właściwy motor napędowy produkcji.

Najdłuższe wypracowanie można napisać tutaj o Tomku Kocie, który wcielił się w główną rolę. Nie muszę mówić, że jego wygląd, gestykulacja, sposób wysławiania się, sylwetka, były odegrane I-DE-AL-NIE. Poważnie - niepozorny, wysoki i chudy Kot, zagrał Religę lepiej, niż ktokolwiek inny mógłby kiedykolwiek. Religa w jego wydaniu nie był także złotym i niewinnym człowiekiem - odpalał fajkę od fajki (scena z Religą bez papierosa to tutaj rzadkość), ból niepowodzeń zabijał czystą, klął na potęgę, brawurowo prowadził Fiata, sprawy związane z pracą stawiał ponad rodziną. Cholernie przekonujący obraz. Pozostali bohaterowie nieco usuwają się na dalszy plan, właśnie ze względu na niesamowitą charyzmę postaci pierwszoplanowej, jednak nie zanikają oni całkowicie - najbardziej rzucają się w oczy bliscy przyjaciele i współzałożyciele kliniki kardiochirurga, a także Magdalena Czerwińska w roli żony lekarza - Anny (choć jej rola jest tutaj w zasadzie nieznaczna).

Postarano się nawet o parę żarcików, coby film nie emanował patosem charakterystycznym dla polskiego kina - zdanie "Z samymi łóżkami to możemy tu burdel zrobić, a nie szpital" wygrało dla mnie życie.

Realia lat 80' nie zawodzą, nie brak tu oldschoolowej muzyki, samochodów sprzed trzech dekad, trochę kiczowatych strojów, fryzur - tutaj nie ma na co narzekać.

Może dziwić punkt, w którym kończy się film, jednak uważam go za idealny - czas przed pierwszym stuprocentowo udanym przeszczepem serca był najbardziej burzliwy i interesujący na tyle, by to ten okres wykorzystać w filmie.

Gdy tak wracam pamięcią parę godzin wstecz, do seansu, to niestety, ale naprawdę nie jestem sobie w stanie przypomnieć niczego, co przeszkadzałoby mi w tym filmie. To chyba pierwszy polski film, na który w żadnym stopniu nie mogę ponarzekać. Świetna realizacja, oddane realia i główna postać. Sio, oglądać, nawet jeśli nie interesuje was biografia Religi. Nie będziecie zawiedzeni.

poniedziałek, 20 października 2014

Strach nosi cylinder i czarny płaszczyk - "The Babadook" (2014)

Od dawna przymierzałem się do obejrzenia The Babadook skuszony głównie... plakatem filmu. Naprawdę, wydał mi się całkowicie awangardowy i budził skojarzenia z rysunkami ze Scary Stories To Tell In The Dark, co swoją drogą serdecznie polecam. Krótki opis tej australijskiej produkcji również obiecywał wiele. Miałem także dość wygórowane oczekiwania - wiem, jak wygląda obecnie kwestia horrorów, większość stosuje tanie sztuczki, powiela schematy, a w trakcie fabuły absurdy rodzą absurdy. Czy film sprostał moim oczekiwaniom?
Groza na 102.
W pierwszych scenach poznajemy główne postacie dramatu (raczej horroru, choć z rozwojem fabuły budzą się w nas sprzeczne uczucia) - Amelię i Samuela. Amelia (Essie Davis) jest wdową, jej mąż zginął w wypadku w trakcie transportu żony do szpitala - była w ciąży i lada moment miał urodzić się ich syn. Ów chłopiec to Samuel (Noah Wiseman), jest trochę dziwaczny, ma problemy z kontaktem z rówieśnikami, a ponadto ma wybujałą wyobraźnię - wszędzie widzi potwory, na które bez ustanku zastawia pułapki, ze złomu zgromadzonego w domu konstruuje prowizoryczne bronie przeciwko nim. Amelia nie radzi sobie z wychowaniem Samuela, jest całkowicie specyficznym dzieckiem, a jej problemy pogłębia niemożność poradzenia sobie ze stratą męża - nawet po tylu latach rana na jej duszy jest wciąż otwarta i ani myśli się zagoić. Problemy rodziny sięgają zenitu kiedy Samuel prosi matkę o przeczytanie mu znalezionej na półce książki o Babadooku - mrocznym stworze żyjącym w ciemnościach, którego wpuszczenie do swojego życia jest równoznaczne z rozpoczęciem koszmaru. Nie muszę chyba wspominać, że na tym momencie film się nie kończy. Ostrzeżenia zawarte w pozornie niewinnej książce dla dzieci zdają się na nic - Amelia i Samuel będą musieli zmierzyć z czymś, o czym do tej pory im się nie śniło.

Film jest zrealizowany w świetny, bardzo oldschoolowy sposób. Z lekka wyblakłe kolory, zabiegi stosowane w celu nastraszenia widza, klimat budowany w wyjątkowym stylu, przywodzą na myśl najstarszych protoplastów rodziny horroru - na przykład Dziecko Rosemary. Widz straszony jest tutaj inaczej niż w większości nowszych filmów grozy, nie uświadczycie tu wrednych screamerów przyprawiających skórę o ciarki głównie hałasem i elementem zaskoczenia. Tutaj cała atmosfera budowana jest dużo bardziej subtelnie, stopniowo, lecz również zaskakująco. W wielu momentach, gdy akurat spodziewamy się czegoś strasznego, nic tak naprawdę się nie dzieje. Napięcie wyczuwalne jest cały czas. Sama zjawa nie jest tylko pretekstem do stosowania wyżej wymienionych "krzykaczy" - w zasadzie to widzimy ją w filmie zaledwie kilka razy, zawsze niewyraźnie, szybko migającą w kadrze. Kolejnym świetnym rozwiązaniem było przedstawienie ruchu Babadooka animacją poklatkową, co jest wyraźnym puszczeniem oka w stronę fanów starych, jeszcze niemych filmów grozy.

Zakończenie jest nieprzewidywalne, dziwne, dające większy popis raczej po głębszej interpretacji - przedstawienie w filmie mogłoby wydawać się płytkie, ale tylko gdy zlekceważymy jego drugie dno.

Babadook daje nadzieję na dobre jakościowo, nieprzewidywalne, nowoczesne, lecz staroszkolne kino grozy. Gdzie atmosfera zaszczucia budowana jest jak dawniej - muzyką, grą świateł, niewyraźnymi kształtami, w których możemy doszukiwać się konkretnych sylwetek. Trzeba być prawdziwym wirtuozem, by przy użyciu tak niewielu środków wzbudzić w widzu realny lęk. A to się pani reżyser z całą pewnością udało.

wtorek, 14 października 2014

5 albumów muzycznych, które są świetne w całości

Na wstępie zaznaczam, że moja opinia jest całkowicie subiektywna (co mówi też sama nazwa pojęcia - "opinia"). Lista płyt jest również dość niestała, strasznie szybko potrafię zmienić zdanie, więc są to właściwie płyty, które póki co wydają mi się w całości świetne, wyjątkowe i warte przesłuchania. No i postaram się urozmaicić to gatunkowo, coby nie były to płyty tylko folkowe, metalowe, czy jeszcze jakieś inne.
Nie owijając bawełnę, kolejność absolutnie przypadkowa.

#1. Led Zeppelin - Physical Graffiti (1975)
Ołowiane sterowce należą do tej grupy zespołów, że którejkolwiek płyty z ich stajni byś nie odtworzył, w całości będzie słuchalna i absolutnie interesująca. I choć rzeczywiście tak uważam (podobnie z np. Beatlesami), to musiałem się zdecydować na tę jedną i najlepszą płytę. W tym wypadku - Physical Graffiti. Dlaczego? Po pierwsze, jest to pierwszy ich album, jakiego słuchałem. Wykazuję się tu niebywałym brakiem obiektywizmu, ale hejże. Mój blog, moje zasady. Po drugie, jest to najcięższy, najbardziej wyrazisty album w dorobku zespołu. O ile większość osób bez zawahania wymieniłaby "czwórkę", o tyle ja postawiłem na to, co najbardziej mnie porwało. Bardzo surowy, rockowy klimat, gęsty niczym tokijski smog. Również dobry dla fanów genezy współczesnego metalu.
Fav tracks: In My Time of Dying, The Rover, Kashmir, Trampled Underfoot, In The Light.

#2. Animal Collective - Centipede Hz (2012)
Wkraczamy na eksperymentalne tory z najnowszym wydawnictwem AC. Co mogę o tym powiedzieć? O ile z resztą dyskografii amerykańskiego kolektywu ciężko mi było się zaprzyjaźnić, o tyle Centipede Hz wszedł mi przy pierwszym podejściu. Masa energetycznych, momentami zahaczających o folk kawałków, mnóstwo pozytywnej energii, emanacji jakąś naturą i gorączką kolorów i dźwięków. Zdecydowanie napawa optymizmem, nie używając przy tym nadzwyczaj złożonej formy,
Fav tracks: Wymieniłbym wszystko, ale najbardziej Moonjock, Today's Supernatural, Amanita.

#3. Burzum - Fallen (2011)
 Pora na jakieś cięższe klimaty, bo oto Burzuś. Stary dobry Burzuś. Czym wyróżnia się Fallen, w obliczu bujnej i liczącej 11 płyt dyskografii projektu Varga Vikernesa? Pierwsze wydawnictwa charakteryzowała dość prymitywna forma granego przez Burzum black metalu. Wokal Varga Vikernesa sprowadzał się do prostych i rozdzierających wrzasków, jednak riffy już wtedy miały w sobie coś mocno melodyjnego i emanowały wprost swoistym lo-fi charakterystycznym dla gatunku. Fallen okazało się odskocznią w tej kwestii. Pozbawienie kawałków tego słynnego szumu i pogłosu wyszło projektowi na dobre, bo to wydawnictwo uważam za najlepsze w dziejach muzyki black metalowej. Album zyskał na pewnej mistyczności, fantastycznym i przyprawionym magią klimacie, utwory zyskały głębię, a Varg postawił raczej na wyrazistość, niż na głośność wrzasku.
Fav tracks: Jeg Faller, Valen, Vanvidd.

#4. Swans - To Be Kind (2014)
Ponownie postaram się być oszczędny w słowach, ponieważ gdy tylko w jakimś moim tekście pisanym pojawia się wzmianka o Łabędziach, mam od razu ochotę przeprowadzić wywód na temat złożoności ich muzyki. Najnowsze dzieło dziadka Giry i reszty ekipy to niezaprzeczalnie opus magnum w ponad trzydziestoletniej (z przerwą) karierze nowojorskiej formacji. Emanujące mistycyzmem i eksperymentalizmem The Seer z 2012 jako pierwsze było określane mianem dzieła doskonałego i nikt nie przewidywał przeskoczenia tej poprzeczki. To Be Kind zaskoczyło wszystkich. Album jest w całości hipnotyzujący, wielowymiarowy, dający szerokie pole do interpretacji - a z drugiej strony angażujący, wymagający, trudny do zrozumienia przy pierwszym odsłuchu. A z osobistych odczuć - był to album, który nawrócił mnie na Swans.
Fav tracks: Screen Shot, Just a Little Boy, A Little God In My Hands, Oxygen.

#5. Płyta niespodzianka - ???
Ha, tego na pewno nikt się nie spodziewał. Swojego gustu muzycznego nigdy nie uznam za rozwinięty w pełni, jestem otwarty na nowe doznania, gatunki, utwory, a idąc tym tropem - płyty. Nie zamykam tej listy i zostawiam na niej pozycję niezapełnioną - czekam, na kolejne miłe zaskoczenia. 

niedziela, 12 października 2014

Is there life on Mars? - "Kontakt" (1997)

Z wielu stron napływały do mnie głosy polecające mi ten film, jako, o dziwo, ambitny (wbrew swej tematyce). Jako fanatyk filmów o obcych i wszystkich pochodnych science fiction, nie poczułem większych oporów przed obejrzeniem tworu Roberta Zemeckisa (który w temacie sci-fi siedzi po uszy - przykładem może być chociażby Powrót do przyszłości). Nie spodziewałem się wybuchów, abdukcji, bliskich spotkań "któregośtam" stopnia. I dobrze, bo obcy mają tu charakter zdecydowanie symboliczny.
Plakat filmu.
 Film otwiera fantastyczne ujęcie na naszą "ukochaną" planetę. W tle słyszymy pocięte i totalnie przemieszane odgłosy przemijających losów ludzi na Ziemi - trochę wypowiedzi prezydentów, trochę ulicznego zgiełku - ot, życie. Niedługo potem poznajemy główną bohaterkę Kontaktu - Ellie Arroway (Jodie Foster). W pierwszych scenach jest jeszcze dzieckiem. Wychowana jedynie przez ojca całkowicie zagłębia się w świat sygnałów, odgłosów, fal radiowych, nasłuchiwania i kosmosu. Ów prolog ma dość dramatyczne zakończenie, jednak już za moment przechodzimy do właściwego czasu i miejsca fabuły. Ellie jest już poważaną osobą w świecie nauki, a jej pasja ani na trochę nie wygasła - wręcz przeciwnie, teraz jest pielęgnowana jeszcze dogłębniej, niemalże maniakalnie. Celem Ellie jest odkrycie życia pozaziemskiego na podstawie sygnału, który do tej pory jeszcze nie został nadany. Nasza pani naukowiec boryka się z problemami finansowymi i dość sceptycznym przełożonym, jednak w końcu wkracza na właściwe tory i uzyskuje warunki odpowiednie do badań. Nie muszę chyba mówić, że niedługo potem odebrany zostaje sygnał, którego znaczenie jest raczej enigmatyczne, ale od pierwszych chwil sugeruje "obcość" zjawiska.

Ellie, jak to naukowiec, raczej sceptycznie podchodzi do kwestii Boga, bo i ona ma ogromne znaczenie dla fabuły filmu. Wątek romansu z uduchowionym Palmerem Jossem (Matthew McConaughey) dodaje całości smaczku, bo obie postacie ostro ścierają się ze sobą na planie metafizycznym (który dla Ellie właściwie nie istnieje). Zakończenie filmu jest, pomimo swoistego "wyjaśnienia", wieloznaczne i niejednowymiarowe. Można je przypisać zarówno do stricte naukowej części filmu, jak i tej duchowej, reprezentowanej przez Jossa.

Z łatwością można zarzucić Kontaktowi schematyczność. Bo owszem, jest przerażająco wręcz schematyczny. Jak w każdej produkcji tego typu, i tu musiała się znaleźć ekipa sceptyków, maniakalne dążenie do sukcesu, ogólna niewiara i sprzeciw ludzkości. To było rzeczywiście łatwe do przewidzenia, jednak mające miejsce w odpowiednim punkcie fabuły, rozegrane sensownie.

Kino dotyczące istot pozaziemskich wkroczyło dla mnie na wyższy poziom wraz z obejrzeniem tego filmu. Uznaję, że sami obcy nie muszą nawet pojawić się na ekranie, by zagadkowość, namnażające się pytania i interesujące zabiegi budowały klimat ogromnej tajemnicy. A co do samych obcych? Ludzkość zdecydowanie nie jest gotowa na przyjęcie do wiadomości możliwości ich istnienia. Okazuje się, że wiemy zbyt mało o nas samych. Siedzi w nas równie wiele nieodkrytych tajemnic, które mogą być równie zaskakujące.

piątek, 10 października 2014

Krótka historia o muzycznej stronie mego życia.

Jeśli miałbym określić swoje muzykalne przygody (w sensie, jeśli chodzi o słuchanie muzyki, bo z gitarą uprawiam regularne stosunku zaledwie od pół roku) jednym słowem, to pasowałoby tu słowo nietypowe. Poważnie, chwytałem się chyba każdego możliwego gatunku (co obecnie uznaję za idiotyczne i do bólu ograniczające). Nie bardzo nawet wiem od czego zacząć, więc może cofnę się w czasie do momentu, w którym moja świadomość zaczynała tolerować jakiś gatunek całkowicie i w pełni.

Była to może 6. klasa podstawówki, albo i 1. gimnazjum. W każdym razie, okolice 13. roku życia. Wiadomo, że chłopięciem (he, he) będąc, nie do końca ogarnia się świat i wszystko jest dla nas niestabilne, nowe. Jako dorastający dzieciak chcesz się czymś wyróżnić, być alternatywny, przykuwać uwagę, budować oryginalny wizerunek siebie w oczach innych (nadal mi to doskwiera, teraz jednak jest to całkowicie naturalne i bez premedytacji). W wyniku dziwnych zawirowań, poniekąd też pod wpływem niektórych znajomych, zacząłem zagłębiać się w utwory Behemotha, starego, dobrego polskiego Bezia. Teraz w sumie nie wiem co ja tym widziałem, black metal jakich wiele. Wtedy jednak uznawałem, że taki gatunek może być ostatnią rzeczą, którą osoba w moim wieku mogłaby się interesować. Trwałem w tym swoim udawanym fanbojostwie, jednak nigdy nie doszło do zapuszczenia brud-metalowych kłaków. Minęło parę miesięcy, aż w końcu mój "gust" muzyczny po raz kolejny musiał się dostosować. Kolejne dziwne zawirowania doprowadziły do tego, że w absurdalnie dziwny i niezrozumiały sposób zaczęło mnie jarać screamo i wszelkie pochodne tego... ekhem, gatunku. Tak, to jest ten moment, na wspomnienie którego mam ochotę popełnić samobójstwo. Na przykład strzelając sobie w głowę z łuku brwiowego, albo topiąc się w stawie kolanowym.

Z niechęcią przyznaję, że to nie do końca MNIE jarało. To dziwne, ale to zdanie łatwo zinterpretować. Wracając do tematu - sympatia do chłoptasiów piłujących swoje wymalowane buźki bezpowrotnie minęła i zawiesiłem się w czasie i przestrzeni bez punktu zaczepienia. To był czas absolutnego pustostanu i ponownie szukania swojego wizerunku w kwestii dźwięków i obrazów nimi malowanych. Aż pewnego wieczoru (na potrzeby klimatu przyjmijmy, że był ciemny, zimny i deszczowy) krążąc po meandrach Jutjuba wkroczyłem na nieprzebyte ścieżki dyskografii Led Zeppelin. Przysięgam, że była to jedna z najlepszych decyzji mojego życia. W końcu poczułem, że to mnie naprawdę coś jara, że absolutnie kręcą mnie te fantastyczne riffy, kunsztowne solówki, rozdzierający wokal i cholernie satysfakcjonujący mix gatunkowy. Miłość do zespołu i chora fascynacja gitarzystą zespołu, Jimmym Pagem, siedzi we mnie do dziś, choć teraz już wolę poświęcać się czemuś nowemu, eksperymentować i odkrywać. Przez dłuższy czas siedziałem w klasycznym rocku, hard rocku, połowicznie w staroszkolnym metalu (Metallica, Iron Maiden, etc.), natomiast moja strona na last.fm obumierała, bo nic nowego się na niej nie pojawiało i prawdę mówiąc - zamykałem się na wszystkie cuda muzyki, które gdzieś tam na mnie czekały.

Rozpoczęcie nauki w liceum totalnie wywróciło moje postrzeganie tematu. Chyba największą rolę odegrała w tym Oriana, która poniekąd wprowadziła mnie w jakieś nowości, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Wyzbyłem się durnego przeświadczenia, że "pop to ścierwo, a ambient usypia". W końcu zacząłem odnajdywać ciekawe elementy w każdym z gatunków, i teraz już szczerze mogę powiedzieć, że słucham naprawdę wszystkiego. Sprawy potoczyły się szybko - początkowo dość niechętnie post-punk, nowa fala, wszystkie pochodne "fale", elektronika, gotyk, całkiem niedawno rapsy, pokochałem eksperymentalę, folki, industrial, a nawet techno zaczęło mnie pociągać. Zacząłem chętnie chodzić na koncerty, przywiązywać ogromną uwagę do detali!

Led Zeppelin musiało udostępnić trochę miejsca w mojej duszy drugiemu genialnemu projektowi (który obok Led Zeppelin, IMHO, był najlepszym, co mogło spotkać muzykę ever)  - Swans (Łabędzie, tak btw., zasługują na całkiem oddzielny wpis na blożku). Cholera, strasznie emocjonalnie do tego podchodzę. Obecnie nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Mało tego, że spełniam się literacko (och, Magnetoffonie), to jeszcze czuję się jakiś, hmm... Wywyższony na ultra boski poziom, przeniesiony do totalnie innej rzeczywistości. Uważam, że to medium mogłoby z powodzeniem zastąpić każde inne w życiu codziennym - zwłaszcza telewizję. Magia. Słuchajcie muzyki, ludzie.

Macie jeszcze mojego lasta, cobyście wiedzieli czym się raczę w chwili obecnej:
  http://www.lastfm.pl/user/GodDamnMoose

środa, 8 października 2014

O prozie Stephena Kinga słów kilka.

Gdyby w tym momencie dano mi książkę Kinga, jednak nie wiedziałbym kto jest jej autorem i na podstawie stylu, w jakim została napisana, miałbym odgadnąć kto ją napisał - nie miałbym najmniejszego problemu z określeniem tego. Myślę, że większość osób (nawet te, które nie czytają jego książek) ma świadomość tego, że człowiek ten wykształcił wyjątkowy, niesamowicie kunsztowny (jak na literaturę typowo mainstreamową) styl, który:
a) jest ciężki do podrobienia;
b) jest łatwy do rozpoznania;
c) współcześnie stanowi wzorzec dla wielu początkujących (i nie tylko) pisarzy.
Jestem przekonany, że tytułów takich jak Miasteczko Salem, Christine, Cmętarz Zwieżąt, czy sławetna Mroczna Wieża, nie trzeba wymieniać.

Pisanie w superlatywach odłóżmy na bok, bo, co oczywiste, jego proza nie jest bez wad. W mojej opinii pisze on bardzo nierówno. Prawdę mówiąc, jego wyjątkowy styl odczuwalny jest niemalże w każdej książce z jego stajni, jednak często książki są schematyczne, powtarzają ten sam wzór prowadzenia fabuły, lub są całkowicie absurdalne i dziwaczne (w tym śmiesznym stylu). W żadnym wypadku nie mogę odmówić pomysłowości zawartej w wodzeniu czytelnika za nos, zaskakiwaniu go totalnie niespodziewanymi rozwiązaniami, podejmowania pewnej gry z odbiorcą. Problem polega na tym, że wielokrotnie łapałem się na "przewidywaniu" kolejnych wydarzeń w książce, zwyczajnie kierując się schematem z innej. Być może mieliście szczęście i trafiliście na bardziej odmienne jego książki, ja jednak miałem "pecha".

Zostawmy na razie wady w spokoju. Wracając do dobrych książek - ich przodująca cecha jest taka, że są BARDZO dobre. Naprawdę, jak już Kingowi udaje się wbić we właściwy rytm, to wszystko dąży do najczęściej całkowicie satysfakcjonującego końca. Za przykład mogę tu podać Cmętarz Zwieżąt (nie regulujcie odbiorników) - jest to moja ulubiona książka autora. Cenię ją za niesamowity klimat, którym przesiąka od pierwszych stron, wylewający się "grobowy" klimacik, fajnie przeplecione wątki typowo realistyczne z fantastycznymi, a nawet za obecność subtelnych, choć stosunkowo istotnych wątków plemiennych, rytualnych. Zakończenie na długo zostało w mojej głowie. Może właśnie to był mój problem. Może pierwsza książka Kinga, którą przeczytałem, była zbyt dobra i wyśrubowała we mnie oczekiwania niemożliwe do zaspokojenia. Hmm...

Wyżej wspomniana Mroczna Wieża również należy do moich ulubionych książek, a raczej serii książek. Saga o rewolwerowcu Rolandzie i reszcie gromadki zmagających się z przeciwnościami losu w post-apokaliptycznym świecie nie mogła się nie udać. Zwłaszcza, że seria ta łączy wszystkie możliwe uniwersa, motywy, a także najlepsze rozwiązania zakwitłe kiedykolwiek w przepełnionym fantazją umyśle Stephena Kinga.

Łatka najlepszego pisarza zajmującego się grozą pasuje do niego, jednak tylko (lub "aż") połowicznie. Zamykanie twórczości tego autora w szufladzie z naklejką "groza", jest zwyczajnie krzywdzące. King potrafi zbudować wspaniałą i intrygującą fabułę nie uciekając się tutaj do straszenia czytelnika w jakikolwiek sposób. Równie dobrze można przypisać mu miano dramaturga, ewentualnie fantasty-pisarza.

Wysokie noty dotyczące jego książek o czymś świadczą i gwarantuję, że w jego twórczości każdy znajdzie coś dla siebie (no, może poza dziećmi). Pomijając kilka tytułów, które niczym mnie nie zaskoczyły i zwyczajnie wynudziły, styl Kinga jest jedyny w swoim rodzaju, momentami obsceniczny, jednak do bólu naturalny, obrazowy. Dla mnie już chyba na zawsze pozostanie niedoścignionym wzorcem.

niedziela, 5 października 2014

Kolejna wizyta w Gotham - "Gotham" S01E01 (2014)

Z dużą dozą rezerwy przyjąłem wiadomość o powstawaniu serialu na podstawie komiksu o Batmanie. Nigdy nie byłem specjalnym fanem seriali opartych na przygodach superbohaterów - Arrow wydawał mi się całkowicie nużący i naiwny, Tajemnice Smallville nawet obiecujące (jednak nie doczekały się mojego większego zainteresowania). Krótko mówiąc, zawsze odnosiłem wrażenie, że temat jest traktowany trochę po macoszemu, trochę na odwal się, twórcy jakby trochę pasożytowali na marce nie starając się jednak o jakąś sensowną jakość produkcji. Gotham z lekka odmienił moje zdanie w kwestii takich seriali. Albo to ja do tego dojrzałem, albo jego wykonanie rzeczywiście jest naprawdę obiecujące.
Same znajome twarze (tylko nieco młodsze).
Gotham jest serialem produkcji amerykańskiej emitowanym przez stację FOX. Jego gatunek nie jest łatwy do określenia, wbrew tytułowi i bazie, na której się opiera, to w dużej mierze serial kryminalny. Głównym bohaterem jest tu James Gordon, świeżo upieczony detektyw policji w Gotham, mieście pełnym niebezpieczeństw, mrocznym, nieprzyjemnym. To był pierwszy fakt, który zaskoczył wielu fanów człowieka-nietoperza. Bo jak to, głównym bohaterem - Gordon? Okej, jest to istotna postać w uniwersum DC, jednak nikt raczej nie spodziewałby się przyznania mu głównej roli. Wiele osób nie dopuszczało do siebie takiej myśli, wiele do sprawy podchodziło sceptycznie, myślę jednak, że odcinek pilotażowy całkowicie rozwiał wątpliwości obu grup. Postać Jamesa Gordona już za czasów komiksu lub chociażby filmów Nolana, była całkiem obiecująca. Wiele z aspektów jego charakteru i historii nigdy nie zostało w pełni wyjaśnionych, w skrajnych przypadkach zostały opisane/przedstawione po łebkach. Tutaj poznajemy genezę detektywa, widzimy budującą się stopniowo relację z młodym jeszcze Brucem Waynem, przyszłym strażnikiem miasta.
Jeszcze brak mu czarującego wąsa, ale dajmy mu szansę. A w tle od lewej: Harvey Bullock i niedoszły Pingwin.
Miasto, czyli główny plan, na którym rozgrywają się wydarzenia, od początku czaruje. Na pierwszy rzut oka widać, że jednym z celów twórców było zachowanie z lekka burtonowskiego, subtelnie gotyckiego i mrocznego klimatu. Tutaj nawet za dnia jest jakby ciemno i szaro, każdy stalowy element jest trochę zardzewiały, budynki mają surowy kształt, a w każdej ciemniejszej uliczce łatwo o darmową korekcję zgryzu. Zachowanie klimatu zdecydowanie na plus. W pierwszym odcinku poznajemy też całą rzeszę postaci ikonicznych dla fanów komiksu. Napotykamy tu młodocianą Selinę Kyle, która wesoło hasa po dachach, Ivy Pepper*, której zamiłowanie do roślin później przerodzi się w chorą manię; mamy dziwnie wychudzonego Pingwina, który niekoniecznie przepada za swoją ksywką; Edwarda Nygmę, który w każdą wypowiedź stara się wpleść zagadkę - nie można się nudzić. Problem jest taki, że atrybuty tych postaci zostały przerysowane - kotów jest za dużo, roślin też, zagadek podobnie. Rozumiem puszczenie oczka w stronę fanów Batmana, rozumiem też, że nadmiar tego wszystkiego był skierowany raczej w stronę osób niezapoznanych z komiksem - do wybaczenia. Cieszę się, że postacie te mają potencjał, a z pewnością pojawi się ich jeszcze więcej i wątpię, aby ktoś został pominięty. Nieopierzony Jim Gordon jest jeszcze trochę porywczy, nie do końca ogarnia procedury istotne w pracy w policji, jednak ciekawe będzie obserwowanie swoistej ewolucji bohatera. Jedyną wadą dotyczącą go, mogą być nieco drętwe i naiwne kwestie. W sumie dotyczyłoby to całej gromady bohaterów. Wierzę jednak, że w kolejnych odcinkach wstąpi to na nieco wyższy poziom i zyskamy Gotham takim, jakim powinno być zawsze.

Póki co, widzę ogromny potencjał. Będę śledził losy bohaterów z zapartym tchem i czuję, że ciężko będzie to zepsuć. Nie łudźcie się jednak, nie uświadczycie tu epickich walk wśród walących się budynków. Jeśli interesuje was natomiast akcent psychologiczny, powolna przemiana przyszłych nemezis nietoperza i samego Jima Gordona - oglądajcie śmiało.

*Niektóre fakty z komiksu zostały nagięte i twórcy dość luźno podeszli do pierwowzoru. Zatem nie dziwcie się, że coś wam się tutaj nie zgadza.

piątek, 26 września 2014

Opowieść o dwóch braciach - "Supernatural" (2005-???)

Ostatnio postanowiłem wrócić do Supernatural i nadrobić zaległe odcinki, bo jak się okazało, miałem niemalże cały 9. sezon do obejrzenia. I tak z każdym kolejnym oglądanym odcinkiem narastała we mnie jakaś dziwna melancholia. Bo jak to tak, to już 9 (SIC!) sezonów? Kiedy to się stało?  Przecież każdy sezon to kolejny rok z mojego życia! Kiedy rozpoczynałem przygodę z Winchesterami byłem jeszcze dzieciakiem na skraju nastoletniości, kształtował się mój styl, mój gust muzyczny, moje obycie ze światem. To przez ten serial zacząłem słuchać Led Zeppelin, mojego ulubionego obecnie zespołu! To musi coś znaczyć. Ale wróćmy do samego początku, bo zaczynam się motać w nostalgii. *wdech i wydech* Ekhem.
Główni bohaterowie serialu - Sam i Dean Winchesterowie.
Nie z tego świata, jak zwą jest ten serial w nadwiślańskim kraju, jest produkcją amerykańską stworzoną przez Erica Kripkego. Emisja pierwszego odcinka nastąpiła w 2005 roku, czyli już niemalże dekadę temu! Od początku było wiadomo, że produkcja wprowadzi powiew świeżości na dość jałowe ówcześnie pola telewizyjne. Po zakończeniu dość znanej i uwielbianej Buffy rzecze maniaków grozy szukały czegoś dla siebie. I oto pojawia się takie Superanatural. Głównymi bohaterami są bracia Winchester. Starszy, Dean (czyli Jensen Ackles), jest typowym podrywaczem, pewnym siebie (czasem aż za bardzo) gościem, który porażki nie przyjmuje do wiadomości. Jego młodszy brat, Sam (Jarek Padalecki), jest bardziej spokojny, rozważny, podejmuje wszelkie decyzje po dłuższym namyśle, często nie zgadza się z Deanem, co prowadzi do wielu konfliktów. Dość istotnym faktem jest to, że rodzeństwo nie żyje sobie w zwykłym sąsiedztwie, nic nie studiują, nie mieszkają z rodzicami. Są łowcami, polują na wszelkiego rodzaju paskudztwa pochodzące, o dziwo, nie z tego świata. Fach został wpojony im przez ojca po szokującej i nagłej śmierci ich matki - dziwnym trafem którejś nocy zawisła pod sufitem w falach płomieni. Dom spłonął, uratowała się pozostała trójka. Od tego momentu mniej lub bardziej w celu rozwiązania tajemnicy tępią wszystkie te wampiry, wilkołaki, zmory i duchy.

Co zdecydowanie przekonało mnie w Supernatural bardziej niż w Buffy, to dramatyczny akcent.
Jak nietrudno się domyślić, ogromny nacisk został wywarty na relacji braci. Dramaty, które z nimi przeżywamy, ich potyczki słowne, światopoglądowe, różnorakie podejścia do świata czynią ten serial absolutnie wyjątkowym. Po prostu, nie jest to taki zwyczajny dreszczowiec.
Nie obędzie się bez demonów.
Strasznie spodobał mi się sposób, w jaki stopniowo zmieniała się tematyka serialu. Tak więc pierwsza seria jest np. o typowym polowaniu na potwory, a któraś inna z kolei może już być o samych demonach. Trudno się tutaj nudzić, zwłaszcza że akcja jest poprowadzona bezbłędnie. Gorsze odcinki to wyjątki, a lepsze są pełne różnorakich plot twistów, dziwnych metod na pokonanie nemezis, fantastycznych dialogów i tego nieziemskiego klimatu. Trzeba przyznać, że ostatnie sezony owego klimatu trochę zatraciły, a zwróciły się raczej w stronę widowiskowości i podniosłych historii z końcem świata na czele. Niemniej jednak wciąż uważam ten serial za jeden z moich ulubionych. Sam i Dean to osoby, z którymi bardzo łatwo się utożsamić. Reprezentują cechy, które ma w sobie każdy z nas. Pokonują swoje słabości, stawiają czoła lękom, i ku zagrożeniu własnego życia ratują innych. Ich relacja jest często niemalże wroga, ale paradoksalnie ich przywiązanie do siebie jest silniejsze niż wszystko inne, właściwie w tym tkwi ich siła. W kolejnych sezonach serial wprowadza do głównej obsady parę kolejnych postaci, z których zdecydowanie ta grana przez Mishę Collinsa wysuwa się na pierwszy plan.

Cóż więcej rzec - jedyny serial, który przez lata emisji nie stracił na jakości. Można obejrzeć nawet dla ścieżki dźwiękowej - AC/DC to chleb powszedni, a użycie Carry on My Wayward Son zespołu Kansas zyskało tu chyba rangę kultowego. Tymczasem czekamy w zniecierpliwieniu na 10. sezon. Co tym razem zgotują nam scenarzyści, pozostaje wielką zagadką.

środa, 24 września 2014

Czego boi się Doktor, czyli Doctor Who - Listen (S08E04)

Muszę przyznać, że w tytule zawarłem niemały spoiler dotyczący fabuły odcinka. Prawda jest taka, że nie do końca mnie to obchodzi, a poza tym wątpię, by ktokolwiek miał czytać ten opis po to, by stwierdzić, że chce lub nie chce zobaczyć tego odcinka. Obawiam się, że przyjmę takie podejście przy każdym takim okołodoktorowym temacie i podejdę do tego dość... luźno. Cóż, zatem nie pozostaje mi nic innego, jak tylko - ENJOY!
Mania Doktora ponownie wplątuje Clarę w niebezpieczne przygody.
W dużym skrócie - w pierwszych scenach widzimy Clarę i jej nowego znajomego z grona nauczycieli - Danny'ego Pinka. Ale nie są "tak po prostu", a są na pierwszej randce. Całe spotkanie zapowiada się naprawdę miło, ale po pierwsze - perspektywa Doktora w tle rujnuje wszystko na wejściu; po drugie - gdy podczas rozmowy zostaje poruszony temat wojny, Danny zaczyna burzyć się i podchodzić do wszystkiego zbyt osobiście. Clara nie wytrzymuje napięcia i zwyczajnie wychodzi. Ale wieczór mimo wszystko będzie dla niej pełen wrażeń, bo oto w jej domu, w jej własnym domu ląduje podejrzanie niebieska budka telefoniczna z dziwnym siwym gościem w środku. Na wstępie - aluzji do starości niemalże brak. Teraz wszystkie jakby ustępują aluzjom do groźnych brwi Capaldiego. Wracając do tematu, Doktor ma tym razem problem z istotą, która jak mniema, towarzyszy każdemu z nas, nawet wtedy, gdy pozornie jesteśmy sami. Teoretycznie łączy się to ze snem, który ma na jakimś etapie życia każdy z nas - o ręce spod łóżka, która łapie nas za kostkę. Władca Czasu chce cofnąć się do dzieciństwa Clary za pośrednictwem więzi telepatycznej TARDIS, jednak w wyniku rozbiegania myśli bohaterki lądują nieopodal domu dziecka, w dzieciństwie Danny'ego, który wtedy jeszcze był Rupertem.
Doktor kontempluje nad istotą stworków spod łóżka.
Idiotycznego i przydługiego wstępu stało się zadość. Co bardzo spodobało mi się w odcinku, to wszelkie czasowe kombinacje. Dzieciństwo Danny'ego, dziwna przyszłość z jednym z potomków Pinka i najprawdopodobniej drugiej znanej nam postaci, oraz trzecie, dzieciństwo postaci najistotniejszej ze wszystkich. O tym właśnie mógłbym rozpisywać się najwięcej, bo to najbardziej mnie urzekło. Został wyjaśniony pewien drobny detal z The Day of the Doctor, przy okazji poznaliśmy Doktora od bliższej, nieco słabszej strony. Jeśli chodzi o pomysł na fabułę - wyjątkowy. Zdecydowanie dość mroczny i niepokojący. Co prawda, nie wywoływał ataku paniki jak każde spotkanie z Płaczącymi Aniołami, ale miał w sobie coś klimatycznego z delikatnym dreszczykiem. Humor był tutaj dość oszczędnie dawkowany, ale nie zabrakło go w ogóle, co również cenię. Przede wszystkim, fabuła była dużo bardziej zgrabna i klejąca się niż w odcinku piątym, o czym też nie omieszkam napisać.

Po tych kilku odcinkach walki z samym sobą ostatecznie stwierdzam, że Capaldi został Doktorem. Wpasował się w kanon, wykształcił swoją tożsamość zachowując zasady dziwności i nietypowości. Nie mogę się doczekać kolejnych wystąpień, a ten odcinek zdecydowanie zadziałał na jego korzyść.

niedziela, 21 września 2014

"Futurama", czyli sci-fi w wydaniu komicznym (1999-2013)

Tytuły seriali dla dorosłych można wymieniać godzinami - od klasycznych już Simpsonów, poprzez średniawe momentami Family Guy, aż po ordynarne do granic możliwości South Park. Na pierwszy rzut oka ciężko połapać się w ogromnym natłoku pozornie identycznych i nie różniących się od siebie seriali. W całym tym zbiorze fantastycznych, tragicznych, "takichsobie" produkcji jest jedna, którą wyróżnia wiele. Mowa tu o tytułowej Futuramie.
Ekipka głównych bohaterów. W skrócie - załoga Planet Express.
Co jest takiego wyjątkowego w tymże serialu? W odcinku pilotażowym pierwszego sezonu poznajemy głównego bohatera, którego porażek będziemy świadkami przez długi czas. Jest nim Philip J. Fry, życiowy nieudacznik, dostawca pizzy, którego kariera zawodowa jest z lekka upośledzona, a i w życiu prywatnym też niespecjalnie mu się powodzi. W wyniku dziwnych zawirowań, trafia on od komory kriogenicznej i z roku 1999 przenosi się 1000 lat naprzód. Łatwo się domyślić, że nieprędko ujrzy swoje czasy i swe poprzednie życie. Od tego momentu akcja nabiera właściwego tempa i w tych oto futurystycznych realiach będzie osadzona praktycznie do końca. Niedługo potem poznajemy kolejnych członków głównej obsady, będą to: jednooka mutantka Leela; Bender, zgorzkniały robot-alkoholik; Profesor Farnsworth, jedyny żyjący krewniak Fry'a, a także Doktor Zoidberg, krabopodobny lekarz, który praktycznie nie ma zielonego pojęcia o ludzkim organizmie.
Kwintesencja Bendera na jednym obrazku.
Nasi bohaterowie niedługo potem stają się pracownikami firmy Planet Express należącej do Farnswortha, a zajmującej się przesyłem towarów między planetami. W skrócie, taki prawie Star Trek, choć bardziej jego pastisz. Bo tak, napotkacie tu całe MASY gagów sytuacyjnych odwołujących się do nauki, do klimatów sci-fi, a nawet zwyczajnej i całkiem typowej popkultury. Motywy takie jak roboty-narkomani podłączający sobie wtyczkę będą tu na porządku dziennym. Bohaterowie są świetnie nakreśleni, mają swoją osobowość i zdecydowanie wzbudzają sympatię. Nawet kapitan Zapp Brannigan, z lekka zniewieściały kapitan-nieudacznik. Humor stoi tu na najwyższym możliwym poziomie, choć momentami sięga dna, jakby to była typowa cecha seriali animowanych dla dorosłych. Realia, w których osadzona została akcja sprawiły, że jest to moja ulubiona kreskówka tego typu. Wyłamuje się z tej nużącej już konwencji życia codziennego, użytej na przykład w Family Guy. Kreska w ogóle nie zestarzała się od 1999, a najnowsze odcinki wywodzą się z ubiegłego roku, więc na pewno nie odrzuci was warstwa wizualna. Głosy podłożone są bezbłędnie, zwłaszcza Bender rzuca się w uszy ze swymi sarkastycznymi docinkami i absolutnie przepitym głosem.

Futurama to serial, z którym powinien zapoznać się każdy maniak fikcji naukowej, niekoniecznie w tym całkowicie poważnym wydaniu.

piątek, 19 września 2014

Kolejny film o wojnie - "Miasto 44" (2014)

Mam takie zdanie o II Wojnie Światowej w mediach wszelakich, że jest ona oklepanym tematem. Filmów traktujących o porażce (bo tak, to była porażka) Polaków około 80 lat temu jest cała masa. Zaryzykuję stwierdzenie, że polscy twórcy w pewnym stopniu pasożytują na Wojnie, traktują ją jak niekończące się źródło dochodu, zapominając jednocześnie, że to wydarzenie historyczne, które należałoby w odpowiedni sposób upamiętnić. I należałoby to zrobić raz, a dobrze, a nie dziesiątki razy z miernym efektem. Ze względu na Gdyński Festiwal Filmowy udało nam się załapać na seans po niższej cenie, ponieważ film był wyświetlany jakby w ramach owego wydarzenia. Na samym początku, gdy dowiedziałem się, że będę miał okazję obejrzeć Miasto 44, zareagowałem mniej więcej tak:
Wiedziałem jak wyglądają filmy oparte na historii polskiej, mało tego, wiedziałem jak wyglądają obecnie polskie filmy w ogóle. Przeczytałem parę opinii i jednak się okazuje, że to niby taki widowiskowy film z iście hollywoodzkim rozmachem, w dodatku rzetelny. A jak jest naprawdę? W opiniach kryje się sporo prawdy.
Główny bohater i jego laska. No, nie mógłby być samotny.
Moda na pięknych i ulizanych chłopaczków w okupowanej Polsce wciąż nie odeszła do innej epoki, gdyż oto poznajemy jednego z nich, naszego bohatera, Stefana. Jego matka jest byłą aktorką, ma również drugiego, młodszego syna. Ojca nie ma, bo... no właśnie. W tajemniczych okolicznościach wyparował, ale najpewniej zginął na wojnie. W wyniku całkiem nietypowych i zapewne niespodziewanych dla widza okoliczności, Stefan trafia do konspiracji. Jak sama nazwa mówi, jest rok 1944, powstanie wisi w powietrzu, co matce naszego bohatera niekoniecznie się podoba. Nikt by nie chciał tracić kolejnego członka rodziny. Pominę opisywanie fabuły w jakimś szerszym stopniu, każdy wie z historii jak przebiegało powstanie - a nie był to zdecydowanie pozytywny obrót spraw.

Na początek trochę pochwał. Film jest póki co najbardziej krwawym, brutalnym, widowiskowym i rzetelnym opowiadającym o powstaniu. Nie ma tu jakiegoś bycia popychadłami Niemców, a potem nagłego boskiego zrywu prowadzącego do zwycięstwa. Powstańcy tutaj to banda niedoszkolonych cywili, z bronią palną mających tyle wspólnego, co koza z Saturnem. Trup ściele się gęsto, bohaterowie padają jak muchy i dużo łatwiej jest mi w to uwierzyć, niż w niezniszczalnych komando powstańców, jak w wielu filmach są oni przedstawiani. Z całym szacunkiem dla osób poległych w walce o wyzwolenie Warszawy, ale gdyby to o mnie chodziło, wolałbym, aby w filmach o mnie przedstawiano prawdę. Za to - ogromny plus. Rozmach hollywoodzki - jest. Film poprzedza krótki wstęp o ilości gruzu wykorzystanego w filmie, liczbie aktorów, itp. Są to tylko liczby, ale nie powiem, robią wrażenie. Wszystko wygląda bardzo przekonująco i realistycznie, zadbano o najdrobniejsze detale, a sceny pokroju tej na cmentarzu - świetne.

Z drugiej strony - wiele niedoróbek i totalnych głupot. Główny bohater jest chyba Iron-Manem, gdyż śmierć omija go szerokim łukiem, podczas gdy wszystko wokół niego dosłownie sypie się. *SPOILER* Scena z deszczem kończyn i krwi wydała mi się kompletnie przesadzona. Fajnie, że film jest realistyczny, no ale bez przesady. *SPOILER* Są jeszcze dwie sceny w tej produkcji, które wyjątkowo do niczego nie pasują. Są nie na miejscu nawet jeśli chodzi o szacunek do ofiar - myślę, że każdy kto widział film wie o jakie sceny mi chodzi. Ich absurd i nierealność solidnie popsuły mi odbiór całego filmu. A użycie dubstepu w jednej z nich zrujnowało mój światopogląd. W sumie - można się tego było spodziewać po Komasie, który na swoim koncie ma już Salę samobójców. Te sceny nawet są w podobnym klimacie. Można narzekać na typową dla polskich produkcji o wojnie schematyczność. Nie mogło się obyć bez miałkiego wątki miłosnego (z którym notabene wiąże się jedna z absurdalnych scen).

Muszę przyznać, że film zrobił na mnie spore wrażenie. Jest przekonujący, pokazuje gorzką prawdę o wydarzeniach, o których wiele osób ma mylne pojęcie. Pokazał tragedię taką, jaką rzeczywiście była i zrobił to w iście zagranicznym stylu. Gra aktorska również była bez zarzutu. Przez nadmiar widowiskowości i dwie głupie sceny - zaledwie 7 na filmwebie. Porządna produkcja.

czwartek, 18 września 2014

Sukcesywne dążenie do samozagłady - "Głód" - Knut Hamsun

Do Głodu byłem już od dawna namawiany przez Orianę. Polecała mi przeczytać tę znaną dość powieść jesienią, gdyż, jak twierdziła, jesień najbardziej oddaje klimat powieści i jej nastrojowość. Tak mijały miesiące, a mój głód wobec książki narastał. Po cudownej ekstazie po przeczytaniu poleconego mi wcześniej Roku 1984 wiedziałem, że kolejna polecona mi pozycja nie będzie czasem stracony, i tak jak wyżej wymieniona antyutopia wywrze solidny wpływ na mojej samoświadomości i postrzeganiu otaczającego mnie świata. W przerwie między jedną lekturą a drugą udało mi się wygospodarować trochę wolnego czasu. To był TEN moment, wiedziałem, że im bliżej matury, tym mniej czasu, więc postanowiłem oszczędzić sobie nudną antycypację i w końcu zaznać tragedii głównego bohatera. I w istocie, była to tragedia sporych gabarytów.
Okładka wraz z tytułem w oryginale.
Fabuła jest poprowadzona narracją pierwszoosobową, a głównym bohaterem-nieszczęśnikiem, z którym dane będzie obcować czytelnikowi jest bezimienny człowiek, raczej młody, bez stałej pracy. Trudni się pisaniem jakichś totalnie różnorodnych i niepowiązanych ze sobą artykułów i tekstów, za które od czasu do czasu udaje mu się zarobić parę ore, w najlepszych przypadkach - kilka koron. W najgorszych momentach posuchy przez parę dni z rzędu nie ma włożyć czego do ust, nie stać go na spłacenie czynszu, zmuszony jest zastawiać nawet swoje ubrania u lichwiarza, aby jakoś dożyć następnego dnia, który być może przyniesie nieco spokoju i marnego (zazwyczaj) zysku. Miastem, które będzie świadkiem powolnej kaźni bohatera jest Oslo, ówczesna Christiania dziewiętnastego wieku.

 Dialogów w sumie jest tutaj jak na lekarstwo, zdarzają się wybiórczo, główną rolę odgrywa tu opis odczuć bohatera, który jest - mówię to z czystym sumieniem - B-E-Z-B-Ł-Ę-D-N-Y. Bo tak, tytułowy głód nie dotyczy jedynie pustego żołądka bohatera (który posuwa się nawet do żucia materiału odprutego z kieszeni, geniusz), ale do głodu wrażeń. Do wewnętrznego pragnienia próbowania, sprawdzania, porywczości i chwili. W pewnym momencie ma się ochotę podejść do naszego narratora i klepnąć go w tył głowy celem otrzeźwienia, bo tak, momentami zachowuje się absurdalnie. Śledzi kobietę wkręcając jej zgubienie książki, której nawet nie niosła, biega między ławkami, krzyczy sam do siebie. Jest ciekaw reakcji innych, świata zewnętrznego na jego osobę. Nic nie zostało mu w końcu do stracenia, w obliczu jego aktualnego trybu życia śmierć jest czymś całkiem namacalnym i bliskim. Później dopiero dociera do czytelnika tragizm postaci. On sam dostrzega beznadzieję swojego losu, nie widzi ratunku. Poza fizycznymi problemami, chorobami i nadwątlonym przez deficyt pokarmu organizmem, musi też zmagać się ze sobą samym, że swoją mająca autodestrukcyjne skłonności osobowością. Nie można powiedzieć, że sam nie wybrał sobie tego losu.

Gdzieś na jednym planie z tym tragicznym rozgrywa się plan zupełnie komiczny. Z nieopanowania i narwania naszego bohatera wynika cała masa zabawnych i dziwnych sytuacji. Co najciekawsze, są one całkowicie wiarygodne i najczęściej wynikają z osób postronnych, kompletnie nie rozumiejących psychiki protagonisty.  

Głód pochłonąłem w kilka dni i z miejsca pojawił się na liście moich ulubionych książek. Portret psychologiczny bohatera zbudowany rzetelnie, bardzo kompleksowo, podobnie jak w np.  Zbrodni i Karze, czy Procesie. Tutaj jednak zdecydowanie łatwiej wczuć się w bohatera, bo to emocjom jest poświęcona cała książka. I właśnie, po lekturze tej powieści nasze emocje są dosłownie zszargane. Jeśli nie chcecie się poważnie zdołować i poznać dowodu na absurd i bezsens ludzkiego życia - możecie ominąć tę książkę szerokim łukiem. Jeśli jednak jesteście głodni doznań, niczym nasz bohater, śmiało możecie się dziełem Hamsuna zainteresować. Po lekturze wasze spojrzenie na świat może wyglądać nieco inaczej.

poniedziałek, 8 września 2014

Legenda trip-hopu na żywo - Portishead; Artloop Festival 2014, Sopot


Dziś wyjątkowo to nie Michał napisze posta o koncercie, tylko Oriana. Uznaliśmy wspólnie, że blog wzbogaci notka napisana z nieco innej perspektywy niż zazwyczaj. Poza tym potrzeba stworzenia takiego posta wynikła z faktu dwóch fantastycznych wydarzeń, które miały miejsce w ostatnich dniach - Soundrive Festivalu w Gdańsku oraz koncertu Portishead w ramach 3. edycji Artloop Festivalu w Sopocie.

Z tego co pamiętam najpierw poznaliśmy dokładną datę trwania Soundrive'a. I tu był wielki entuzjazm, chęci udziału i ciekawość, jak się sprawuje klub B90. To miejsce urzeka nas już od poprzedniej edycji tego festiwalu i właściwe już wtedy postanowiliśmy, że następnym razem też się wybierzemy. Szyki pokrzyżowała nam jednak kolejna informacja odnośnie koncertu Portishead. Ciężko było nam uwierzyć w to, że tak wspaniały zespół zagra w Sopocie, jeszcze ciężej - że jego termin pokrywa się z terminem Soundrive'a. Fakt faktem, że nie mogliśmy się obejść bez kompromisów. Wolałam zobaczyć Brytyjczyków, ponieważ Portishead jest jednym z moich ulubionych zespołów, które znam od lat i dzięki którym zaczęłam odkrywać muzykę. Nareszcie mogło mi się to udać po moich poprzednich planach, które nie wypaliły (wpierw Portishead na festiwalu Malta w 2011, potem Portishead na Sacrum Profanum 2013). Dla Michała priorytetem pozostał Soundrive. I tak oto mogę opowiedzieć o tym, co zobaczyłam i usłyszałam w sopockiej Operze Leśnej chłodną nocą 5 września.

Tego wieczoru do Portishead w roli supportu dołączył polski duet o nazwie Skalpel. Muszę wyznać, że przed tym występem ani razu nie zainteresowałam się dorobkiem Polaków, więc na widowni Opery Leśnej zasiadłam jako czysta karta gotowa na nowe doznania. Starałam się sobie wyobrazić ich brzmienie i, szczerze powiedziawszy, nawet trafiłam. Skalpel zaprezentował muzykę elektroniczną wyważoną, o charakterze pętli, która z każdym ruchem mocniej się zaciska. Raz na jakiś czas w utworach przewijały się sample i jazzowe wstawki. Nie potrafię określić takiej muzyki, miejscami przypominała monotonną mantrę, gdzie indziej prawie-ambientowe pomruki. Bywało nudnawo, ale niesamowite wizualizacje wyświetlane w trakcie utworów ratowały od senności - fraktaliczne formy naprzemiennie z filmami posiadającymi fabułę przeplatały się, tworząc spójną, niepokojącą historię. Generalnie cieszę się, że mogłam zapoznać się z tym zespołem w takich, a nie innych okolicznościach. Zrozumiałe jest też to, że niecierpliwiłam się, czekając na Portishead.


Zgodnie z programem gwiazdy wieczoru wkroczyły na scenę o 21:30. Zaczęli od "Silence", wnosząc nieco energii w gnuśne towarzystwo szumnie zajmujące swoje miejsca. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Portishead na żywo brzmi zdecydowanie bardziej psychodelicznie, niż sugerowałyby nagrania (nota bene piękne nagrania). Już druga piosenka - "Nylon smile" - zaserwowała mi nadzwyczajnego tripa. Dopiero przy "Mysterons" w pełni uświadomiłam sobie, że właśnie spełnia się moje marzenie. Zespół zagrał "Wandering star" w inny sposób, niż się spodziewałam - wykorzystując minimalistyczną formę, która tylko potęgowała smutek płynący z tekstu piosenki - Beth zasiadła pośrodku zupełnie wyciemnionej sceny i starała się wszystkich wciągnąć w otchłań rozpaczy. Zaraz po tej niezwykle intymnej chwili zagrzmiała "Machine gun". Basy, basy, basy, te słynne basy, którzy wszyscy tak wychwalają, gdy dzielą się wrażeniami z koncertów Portishead - nareszcie mogłam się przekonać o wiarygodności tych opinii. Utwór dosłownie wgniatał w siedzenie, tak jakby dźwięk miał rozstrzelać wszystkich zgromadzonych. Apogeum osiągnięto w instrumentalnej części piosenki, kiedy można było praktycznie zemdleć z natężenia mocy. Ale to nie było wszystko - "Over" rozkwitła, aby pochłonąć kolejne ofiary. Potem mogłam się troszkę popowzruszać w trakcie "Glory box". Zbliżając się pomału do końca Portishead zagrali piosenkę o tytule "Chase the tear", której nie słyszałam nigdy wcześniej, chociaż ma już parę lat. Nie była dla mnie kanoniczna, ale podobała mi się. Zespół zagrał na bis dwa utwory - naszpikowane uczuciami "Roads" oraz wybornie miażdżące "We carry on". Mimo iż byłam zmęczona, zmarznięta i nieco głodna, żałowałam, gdy występ dobiegł końca. Bawiłam się fantastycznie i wyjątkowo przeżywałam ten wieczór. Zdecydowanie będzie to jeden z ważniejszych koncertów w moim życiu. Zdaję sobie sprawę, że Portishead to zespół, który od lat niczego nowego nie nagrał, a wszystkie koncerty są do siebie podobne, a nawet powtarzalne. Nie traktowałabym jednak takiego stanu rzeczy jako wadę, poniekąd dlatego, że usłyszałam ukochany zespół w takiej postaci, w jakiej go poznałam, ale nawet po zbudowaniu tego komfortowego wrażenia Portishead zdołali zaskoczyć mnie czymś nowym i pokazać swoje umiejętności w mieszaniu muzyki. Potrafią zagrać to samo na tysiąc różnych sposobów i ja to w pełni doceniam.

Następnego dnia dołączyłam do Michała na Soundrivie i razem mogliśmy zobaczyć między innymi występ Austry, ale o tym zapewne opowie już sam Michał.

niedziela, 7 września 2014

Do czego zmierza świat? - "Metro 2033"

Metro stało na mojej półce i się kurzyło już od jakiegoś roku. Ot tak, byłem sobie pewnego razu w antykwariacie i stwierdziłem, że kupię, bo i tak nosiłem się z zamiarem przeczytania go. Niestety, czasu zawsze jakoś brakowało, niczym topór kata wisiała nade mną Zbrodnia i Kara, albo na przykład Chłopi, i tak dopiero teraz, w te wakacje nadarzyła się niebywała okazja zaliczenia tej książki. A muszę przyznać, że zrobiła na mnie niemałe wrażenie i zaspokoiła chcicę fana klimatów post-apo i post-sowieckich.
Tak, to jest okładka, jakby ktoś miał wątpliwości.
Głównym bohaterem powieści jest Artem, młody chłopak mieszkający w jednej z bezpieczniejszych (na tyle, na ile bezpieczne może być ruskie metro po apokalipsie) stacji tytułowego moskiewskiego metra. Jest sierotą, jego rodzice zginęli, opiekuje się nim przybrany wujek. W momencie poznania Artem rozpoczyna się raczej kryzysowy okres dziejów stacji, bowiem nękana jest ona przez tzw. "czarnych". Wiadomo o nich tylko tyle, że są istotami niewiadomego pochodzenia, są czarni jak noc, a każde spotkanie z nimi to walka o przetrwanie, lub dopadający ich ofiarę obłęd. Wyjście jest jedno - strzelać we wszystko, co w najmniejszym stopniu nie przypomina homo sapiens. Oczywiście, w całość wchodzi wplątanie naszego młodego bohatera w swoistą przepowiednię, zlecenie mu misji, od której może zależeć los całego podziemnego labiryntu tuneli, ostatniej ostoi ludzkości w tym mrocznym, zimnym, obcym już człowiekowi świecie. Nie będę teraz zdradzał więcej fabuły (która niejednokrotnie was zaskoczy), opowiem raczej o tym, co mnie urzekło.
#1. Realność i namacalność świata przedstawionego. Czytanie tej książki nocą albo późnym wieczorem wiąże się z niemalże stuprocentową możliwością pojawienia się gęsiej skórki. Czytając opisy poszczególnych stacji, nowych, niezbadanych tuneli, autentycznie czujemy się jak ofiary tych tuneli. Z liter kolejnych stron zionie na nas rdza, wulgarne bazgroły napisane na ścianach przez pre-atomowych chuliganów, smród spoconych cielsk w ołowianych kombinezonach, krew, pleśń i chłodny powiew nieujarzmionego metra. Rozpad otaczającego nas świata jest przedstawiony tak rzetelnie, jak nigdzie indziej. Nie bez powodu zresztą, Głuchowski jest reporterem, który spędził trochę czasu w dotkniętych wojną i zniszczeniem punktach Izraela. Wie trochę o tragedii.

#2. Wstawki polityczne, struktura ludności i społeczeństwa. Poza ogólną dziczą i zbrodnią, w metrze istnieje też wiele ugrupowań politycznych, mniejszych lub większych. Poza istnieniem Hanzy, pojawiają się również takie grupy jak Polis (czyli właściwie żyjąca swoim życiem, najbardziej cywilizowana część metra), Linia Czerwona (nie muszę mówić co sobą reprezentują), czy całkiem interesująca, nadzwyczaj zaskakująca Czwarta Rzesza, z trójramienną swastyką jako symbolem. Mnogość, wielość, ogrom.

#3. Pewien mistycyzm, tajemniczość. Chodzi o m.in. stacje metra, które bezpośrednio oddziałują na umysł zwiedzającego. Dotykają jego... duszy. Bo w sumie, czy jakikolwiek bóg może istnieć w takim świecie?

#4. Przekaz filozoficzny/światopoglądowy. Jeśli w porę nie ogarniemy się jako gatunek rozumny, skończymy tak jak w powieści. Okazuje się, że sami jesteśmy sobie zagrożeniem, a najgorsze jest to, że nie mamy nad sobą kontroli. Rzecz w tym, że ewolucja w pewien sposób usiłuje zatoczyć koło, bo niedługo z powodzeniem przekształcimy się w naczelne popitalające po drzewach w poszukiwaniu dorodnego banana.

W skrócie, świetna powieść, fabuła momentami zbyt napompowana patosem, ale zaskakująca. Klimat wylewający się tonami. Świetni bohaterowie, dialogi. Sceny akcji trzymające w napięciu. Zakończenie dość enigmatyczne, ale dające nadzieję na więcej. Niestety, doszły mnie słuchy, że Metro 2034 to nieporozumienie.

wtorek, 2 września 2014

Podróż do wnętrza Daleka, czyli Doctor Who - Into the Dalek (S08E02)

Po takim sobie odcinku otwierającym ósmy sezon i po dość ciekawej zapowiedzi odcinka drugiego, niecierpliwiłem się jeszcze bardziej przez te kilka dni. Oczekiwałem, że Capaldi nareszcie zabłyśnie, odcinek będzie się kleił, będzie miał ciekawą fabułę i sporo humoru (w przeciwieństwie do poprzednika). Z radością muszę przyznać, że wszystkie moje obawy rozwiały się i po seansie byłem bardzo zadowolony, ba, był fantastyczny!
Dwaj główni bohaterowie tego odcinka.
W wyniku różnych dziwnych okoliczności (jak to na niego przystało) Doktor trafia na statek kosmiczny. Załoga ma niemały problem, bo na pokładzie jest ktoś, kto natychmiast potrzebuje lekarza, a że natrafił się Doktor, to czemu miałby nie pomóc. Pacjent jest dość nietypowy, bo to... Dalek. Właściwie to tylko wzywa doktora, ale nie wygląda na chorego. Lepiej - to Dalek, który nienawidzi swoich pobratymców. Nasz wspaniały Władca Czasu musi zmniejszyć się do rozmiarów mikroskopijnych, by odkryć źródło dziwnej zmiany w osobowości swego nemezis. Oczywiście, uprzednio porywa Clarę Oswald, która właściwie była w trakcie nawiązywania jakiejś poważniejszej relacji z nowym nauczycielem.
Więc tak, tak jak mówiłem, nie zawiodłem się. Czuć, że Capaldi jeszcze się rozkręca i jeszcze ma wiele do pokazania, ale powoli już wkracza na te doktorowe tory. Fabuła - świetna. Pomysł bardzo świeży, zaskakujący, odpowiedni, by nadać sezonowi właściwe tempo. Moffat ponownie pokazuje się od swojej lepszej strony (a wiadomo, że jest nieprzebytą skarbnicą pomysłów). Bardzo podobało mi się przybliżenie nam postaci Daleka. Nie tej całej solniczkopodobnej obudowy z przepychaczem i trzepaczką w charakterze uzbrojenia, ale tego dziwnego, nieco odrażającego mackowatego glutka obsługującego całą tę maszynerię. Jak się okazuje, oni też mają wspomnienia. I jest możliwe, by byli bardziej podobni nam. By z kosmicznych nazistów nie zmienili się od razu w kosmicznych hipisów, ale by przynajmniej poczuli empatię. Ten motyw otwiera całą gamę możliwości na przyszłe odcinki. Plus, kolejne pojawienie się tajemniczej postaci w dziwnym miejscu, co notabene miało też miejsce w odcinku poprzednim.
Biedny, dobry Dalek.
Odcinek trzeci też zapowiada się na ciekawy, a przynajmniej dziwny. Sherwood? Robin Hood? Doktor? To nie może się nie udać.