Wiedziałem, że koncert Swans będzie jednym z najważniejszych w moim życiu jeszcze na długo przed rzeczywistym wydarzeniem. Nawet jeśli na żywo nie daliby rady, i tak mieliby zapewnione specjalne miejsce w moich wspomnieniach - coś w stylu koncertowej nagrody pocieszenia, albo zdobycia osobnej nagrody w oddzielnej kategorii. Ich występ w Gdańsku był dla mnie utopijną wizją od czasów Unsounda - no bo Kraków daleko, a w sumie w Trójmieście już mieli występować w 2011, już witali się z gąską, a jednak koncert został odwołany. Od czasów zakochania się w twórczości tej nowojorskiej formacji wyczekiwałem tego zaiste poruszającego momentu pojawienia się nazwy zespołu na stronie jakiegoś trójmiejskiego klubu, z dopiskiem - 2014. I nadszedł ten dzień - 02.12.2014 w gdańskim B90. Oczekiwanie uśmiercało mnie po trochu, jednak trwałem niczym asceta ze stali. Zrodziło się też wiele obaw - czy to nie będzie tylko bezkształtną kupą hałasu? No bo ich muzyka jest specyficzna, więc na żywo, bez całej tej obróbki to na pewno będzie inaczej brzmiało, być może gorzej. Zawsze też podśmiewałem się z ludzi, którzy pisali o występach Swans na żywo, jako o mrocznych rytuałach pod wodzą duchowego guru - Michaela Giry, mózgu i założyciela zespołu - że to wpadają w transy, że to nie jest zwykły koncert, tylko dogłębnie emocjonalne przeżycie pełne niejasności i chaosu.
Cóż - zmieniłem zdanie. I zdecydowanie nie mówię tego tylko po to, by stać się "typowym fanem Swans", który jest taki sam jak każdy inny. O nie, nie, nie. Prawdę mówiąc, nienawidzę przyznawać komuś racji i zmieniać swojego dotychczasowego nastawienia. Tutaj jednak przyszło mi to bez bólu, bowiem nagrodą było coś... coś niesamowitego. Ale od początku.
Tego wieczoru darowaliśmy sobie z Orianą (bo to właśnie z nią byłem na tym koncercie) support, no bo w perspektywie 2,5-godzinnego grania Łabędzi, support całkowicie nikł w oczach - poza tym, postawiliśmy na oszczędność energii i chcieliśmy zobaczyć jedynie główną atrakcję wieczoru. Moment oczekiwania pod sceną na wyjście zespołu z każdą sekundą pogłębiał moje obawy. Bałem się, że jeden z moich ulubionych zespołów, na żywo okaże się klapą niewartą grosza. "Ale zaraz, przecież to Gira, spłodził Filth i To Be Kind, czemu na żywo miałby być gorszy?" - mówiłem sam do siebie. I zaczęło się, i to dokładnie w sposób, jakiego oczekiwałem. Pierwszy na scenie stanął (albo raczej - usiadł) Thor Harris, wiking zabawiający się na ogół perkusją, tym razem jednak zaczął z dzwoneczkami/innymi metalicznymi rzeczami, które budowały nastrojowe intro. Niedługo potem dołączył do niego Christoph Hahn, zajmujący się elektronicznym aspektem występu. Następnie na scenie pojawiła się cała reszta - wybuchła drone'owa bomba - The Apostate. Dość spokojny początek, nijak mający się do masakry następującej później. Tu jednak wybitnie odznaczał się każdy pojedynczy dźwięk - było przerażająco, mozolnie, gęsto i drapieżnie. Pewność co do prawdziwości Apostaty jest w moim przypadku raczej nikła - jedynie drone'owy wstęp pokrywał się ze studyjną wersją utworu, później zalatywało mi to raczej żwawą improwizacją/nowym utworem.
Pojawiło się także Frankie M, które niczym Oxygen czy A Little God In My Hands, znacznie wyprzedzało album, na którym miało się znaleźć - można przypuszczać, że w wersji studyjnej utwór będzie można usłyszeć za rok, dwa. Co do samego utworu - niesamowicie poruszyła mnie zmienność akordów i rytmiki, początkowo bardzo Swansowo-spokojna ballada przerodziła się w istny chaos wraz z wejściem bębnów. Stylistycznie nawet kojarzyło mi się nieco z zawartością To Be Kind, jednak prawdziwy mistrz nie zdradza swych sztuczek tak od razu - trzeba poczekać do kolejnego albumu.
Łabędzie zagrały także mój ulubiony utwór z repertuaru grupy - wyżej wymienione A Little God In My Hands - cała funkowość i narwane slajdy trwające niemalże w nieskończoność idealnie oddawały powszechnie wiadomą "tyranię" dziadka Giry, bowiem doskonale utrzymywał całość w ryzach, był najjaśniejszym punktem sceny, aczkolwiek wizualnie właściwie nie ma czego podziwiać - zdecydowanie wolałem zamykać oczy i zanurzać się w otaczającą mnie falę kontrastowych dźwięków i vibe'ów - do tego też zachęcał sam zespół. Nie tylko w trakcie tego utworu, ale i każdego innego, muzycy zbijali się w jedną, tętniącą życiem i energią kupkę, która wylewała z siebie siódme poty, budując ten niepowtarzalny nastrój.
Nie obeszło się bez Just a Little Boy, które ostatnio regularnie gości na setlistach Swans. Powolne, pozornie jednostajne crescendo prowadziło (jak w studiu) do wybuchu instrumentalnego bogatego w onomatopeje wielmożnego mistrza Giry - tutaj jednak wyraźnie słychać było wzmacniacze na granicy swej wytrzymałości, właściwie o krok od miniaturowej eksplozji, która jedynie uświetniłaby całość, dodałaby jej charakteru, którego zdecydowanie i tak nie brakowało.
Bring The Sun wymiotło wszystko i wszystkich, nie pozostawiło także wątpliwości co do kunsztu muzycznego grupy. Charakterystyczny migotliwy wstęp dał jedynie iluzję następującego potem wybuchu, słuchacze zostali potrzymani w niepewności jeszcze przez parę długich minut, nim w ekstazie mogli oddać się repetatywnemu miotaniu głową na planie góra-dół, całość, niczym na offowym koncercie Bo Ningen, została rozciągnięta, każdy fragment został powielony, co (przynajmniej dla mnie) nie było odczuwalne w żaden sposób. Zostałem wciągnięty w to wszystko, byłem tego częścią, byłem przesiąknięty hałasem i rytmem. Bring The Sun przerodziło się w kolejny utwór - Black Hole Man, czyli kolejna hitowa nowinka w repertuarze zespołu. Jakby mało było słuchaczom iście rockowej strony zespołu, BHM na zakończenie wyprało im mózgi i wykręciło ich na lewą stronę - utwór o dość post-punkowym aromacie nie wypuścił nas ze swych złowieszczych szponów, kontynuując misterne założenie Bring The Sun. Kawałek był przerywany dwa razy, przez jakiegoś idiotę, który nie do końca zdawał sobie sprawę z koncertu, na jakim się znajdował. Po pierwsze - muzyka Swans nie nadaje się do pogo. Do samoistnego kołysania się w transie - owszem. Po drugie - nie, Gira nie chce z Tobą przybijać piątek w trakcie GRY NA GITARZE. Otrząśnij się gościu. I tak, oto koniec. Po dwóch i pół godzinie tej ekstatycznej udręki dla mięśni i umysłu mogliśmy ponownie pogrążyć się w smutnej materii naszych ciał, tak obolałych po tym niedającym wytchnienia artystycznym "czymś", bo koncertem zdecydowanie nie było.
Oczywiście, w międzyczasie pojawiły się z dwa spokojniejsze utwory, które jednak zlały mi się w jedność w wyniku dość dużego podobieństwa do siebie - zdecydowanie bardziej wyróżniały się te intensywniejsze, bardziej swansowe utwory. Takie, w których zespół sprawdza się najlepiej.
Przed opuszczeniem klubu można było jeszcze zagadać z Girą, który dumnie trwał przy merchu podpisując płyty, plakaty, i inne bajery (nam podpisał bilety) - w dodatku, udało mi się wyrazić moje pozytywne wrażenia i pogratulować mu, co przypieczętowaliśmy uściśnięciem dłoni (której już nigdy nie umyję).
Swans na występach jest molochem, wielką konstrukcją chaosu niemożliwą do ogarnięcia dla zwykłego śmiertelnika. I mnie zdarza się nudzić na koncertach trzy razy krótszych niż wczorajszy, jednak tamte 2,5 godziny minęły mi w jednym momencie. Nie wiem jak to się stało, chyba na dość spory moment zatraciłem się we własnej wyobraźni, której akompaniowały te cudowne (ale nie tak cudowne jak kucyki, to jest raczej specyficzna, ta mniej optymistyczna cudowność) dźwięki, tak oryginalne i niemożliwe do podrobienia. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy tak bardzo nie zaangażowałem się w koncert i nie bez powodu przyszło mi to tak łatwo - 2,5 godziny to dużo czasu na zaprzyjaźnienie się z klimatem.
Tak, to był (póki co) najbardziej intensywny, najlepszy (pokuszę się o to słowo, choć nie cierpię używać go w jakimkolwiek kontekście) występ zespołu na żywo, jaki kiedykolwiek widziałem. I chciałbym też podziękować Orianie, że pokazała mi Łabędzie (choć to na pewno ja jestem większym maniakiem), bo inaczej tylko bym się wynudził. Bum. Już po wszystkim. Nie wierzę w to. Depresja pokoncertowa jednak jest rzeczywistą dolegliwością.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty
środa, 3 grudnia 2014
piątek, 17 października 2014
Kolejne 10 ulubionych albumów Michała.
Czyli moich. Wiem, że lista była umówiona na 20 albumów, czyli w sumie dodatkowe 15 nawiązując do poprzedniej mojej topki, ale prawdę mówiąc, zbyt dużo albumów i zespołów lubię, żeby rozdrabniać się na te kilka płyt. Więc voila, oto bonusowe 10 płyt, które naprawdę mnie kręcą. Jedna informacja - jak wiadomo z któregoś mojego poprzedniego posta, kiedyś skupiałem się wyłącznie na chamskiej muzyce mainstreamowo-metalowo-rockowej, nie zagłębiając się nigdy w pozostałe gatunku. Ideą poniższej listy było to, żeby zawrzeć na niej albumy, które bardzo spodobały mi od momentu mojego ogarnięcia z muzyką. Po prostu, nie będą to płyty, które kocham od lat. Będą to takie, które za kilka lat wciąż będę kochał, do których z nostalgią będę wracał.
10. The Woken Trees - NNON (2013)
Bardzo lubię post-punk i właściwie nigdy, naprawdę, nigdy nie mogłem trafić na grupę, która ten gatunek muzyki z powodzeniem przenosiłaby na współczesne realia - wiecie, bez tego całego szumu, głosu nieco przesuniętego na tło, zachowując przy tym wszystkie wspaniałości gatunku. Okazuje się, że idea jest jak najbardziej rzeczywista, a w dodatku bardzo strawna! NNON to symfonia basu, jeżącego włosy niskiego wokalu, hipnotyzujących riffów i szarego, ponurego klimatu. The Woken Trees trafili w sam środek mego gustu.
9. Temples - Sun Structures (2014)
Wiele z pozycji na tej liście nawet mnie zaskakuje swoją obecnością, ale lubię podejmować spontaniczne decyzje - oto jedna z nich. Sun Structures to tegoroczna świeżynka, która ani na krok nie odstaje od tego, co dokonane było już parę dekad temu. Temples z powodzeniem pogodzili na swoim debiutanckim krążku typowego, klasycznego indie rocka, z oldschoolową psychodelą spod znaku pierwotnych Beatlesów, ewentualnie Pink Floydów za czasów Syda Barretta. Dźwięki gitary są bardzo "catchy", perkusja angażuje w nerwowe wystukiwanie palcami rytmu, natomiast rzewny wokal Jamesa Bagshawa tłucze się w głowie bez opamiętania.
8. Slowdive - Souvlaki (1993)
To musiało się stać - w końcu "Suwałki" zagościły na którejkolwiek z moich list. Porzucając melancholię i żale, albo raczej zmieniając ich ujście, przejdźmy do Slowdive. Brytyjska grupa może być wyśmiewana za budzące realny smutek kompozycje, ogólną płaczliwość fanów, itp., jednak trzeba im przyznać, że w swoim stylu są mistrzami. Jakby w opozycji do teoretycznie pokrewnego im My Bloody Valentine, swoiście uładzili shoegaze, czyniąc go zarazem agresywnym, atakującym falą gitarowego brzmienia, a jednocześnie bardzo spokojnym, płynnym i poetyckim. A Souvlaki to sztos i płyta ta powinna być znana każdemu fanowi wszelkich dziwniejszych pochodnych muzyki rockowej.
7. Fleetwood Mac - Tango In The Night (1987)
Właściwie wszystko co ma jakikolwiek związek ze Stevie Nicks, bądź resztą ekipy, jest wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju i na pewno zasługuje na uwagę, ale spośród obszernej dyskografii Fleetwood Mac, postanowiłem wybrać właśnie ten album. Kilka razy robiłem podejście do muzyki zespołu, ale pierwsze wydawnictwa raczej mnie odstraszały, nie miały jakiegoś charakterystycznego punktu zaczepienia, nie porywały, były raczej jednolite i w moim odczuciu zlewały się w jedną, dość niesmaczną całość. W końcu został mi polecony album Tango In The Night. W momencie pierwszego odsłuchu doznałem małego szoku, bo płyta była zaskakująco świetna! Kawałki były składne, kompozycje akustyczne przeplatane z lekko popowymi, elektrycznymi, żwawsze ze spokojniejszymi, awangardowe z dość wzorcowymi. To było Fleetwood Mac, o którego legendzie tyle się naczytałem.
6. Mac DeMarco - 2 (2012)
Tutaj mogłaby się znaleźć każda płyta tego wesołego Kanadyjczyka, serio. Dlaczego zatem jest to 2? Do pierwszej płyty naprawdę nic nie mam, jest świetna, wylansowała specyficzny lo-fi/indie styl muzyka, zawierała masę przyjemnych kawałków. Problem jest taki, że jej następczyni jest... dużo lepsza! O ile to możliwe, oczywiście. Zwyczajnie ulepszała każdy z elementów, pokazując jednocześnie jak bardzo poprzednia płyta była wybrakowana. A Salad Days, no cóż... Trochę powtórka z rozrywki. Co nie zmienia faktu, że z muzyką tego gościa trzeba się zapoznać, zwłaszcza jeśli lubicie być hipnotyzowani przez skomplikowane riffy i dziwaczne pasaże okraszone psychodelicznym vibem.
5. IAMX - Kiss + Swallow (2004)
Muzyka Krzysia Cornera może się albo podobać, albo cholernie męczyć. Czy naprawdę są ludzie, których męczy? Zwłaszcza ten album nie ma prawa tego robić! Corner pojawił się już na liście Oriany przy okazji wymieniania albumu Sneaker Pimps - tam jednak wkraczał bardziej na zmienne i efemeryczne tereny trip-hopowe. IAMX to solowy projekt muzyka, co przełożyło się na niemal całkowitą zmianę klimatu i tematyki. Kiss+Swallow to 100 % elektroniki w elektronice. Już na papierze muzyka IAMXa jest złożona jak mało co, rzeczywistość pogłębia to wrażenie. Album momentami zapuszcza się w meandry synth-rocka, przeradza się w powolne, ale czarujące mroczną atmosferą ballady, by za chwilę totalnie urzec dziwnym beatem i niemalże erotycznym vibem. W mojej opinii - opus magnum Cornera.
4. The Horrors - Strange House (2007)
Nasza lista przebojów wkracza na niebezpieczne tereny mainstreamu (he, he)! The Horrors! Historia z nimi jest nadzwyczaj ciekawa i niecodzienna, bowiem każda ich płyta prezentuje sobą co innego, więc ciężko się tu we wszystkim połapać. Takie Skying sięga momentami po mocno wyraziste wydanie dream popu, z kolei tegoroczne Luminous dla wielu było marnym skokiem na kasę i porzuceniem oryginalnej stylówki (i ja poniekąd tak to odebrałem). Zdecydowałem się na płytę z ich stajni, która była najbardziej "horrorsowa", podnieciła mnie pomysłem i sprawiła, że razem z Farisem Badwanem śpiewałem: "Jack the Ripper, Jack the Ripper". Mowa tu oczywiście o Strange House, czyli jedynym garażowym, niemalże punkowym wydawnictwie od The Horrors. Późniejsze fascynacje elektroniczną warstwą muzyki tutaj jeszcze kiełkowały, zatem muzycy niemal całkowicie skupiali się na mocno przesterowanych, skrzeczących gitarach. Wrzaski Farisa i dość mroczny klimacik nadawały całości fantastycznego kształtu, który później niestety został zabity. Wciąż liczę na powrót do korzeni.
3. My Bloody Valentine - Loveless (1991)
Jako tró fan szugejzu nie mogę nie lubić Loveless. A teraz na serio, już bez indoktrynacji ze strony muzyki. Poważnie, ta płyta jest satysfakcjonująca do bólu i właściwie mogłaby być wyznacznikiem dla wielu wykonawców tego samego gatunku. Brakuje symulowania smutku charakterystycznego dla pobratymców ze Slowdive, wokal jest usunięty w tło, ale ma znacznie inny wydźwięk, natomiast riffy... och, te riffy! Tak melodyjne, lo-fi, zmienne, hałaśliwe, jak mało gdzie. Obok wszelkich stworków spod rąk Olivera Ackermanna - płyta-instrukcja dla młodocianych gwałcicieli gitary.
2. Death Grips - Exmilitary (2011)
Nie byłbym sobą, gdyby na tej jakże profesjonalnej liście nie znalazło się coś rapsowego. A skoro rapsy, to tylko Def Gryps. Te nygasy (właściwie to w połowie) z Kalifornii, Ju Es Ej, do perfekcji opanowały arkana hip-hopu innego niż wszystkie. Od teraz bity nie stały się tylko przygrywką i punktem wyjścia dla wyrzucania z siebie salw słów - teraz to już sztuka i mało kto będzie w stanie powtórzyć coś takiego. Warstwa melodyczna stoi tu na równi z innymi gatunkami, jest tak samo pełnoprawnym elementem, jak u każdego innego zespołu (co w hip-hopie może być dość zaskakujące). Bity są całkowicie różnorodne i hipnotyzujące. nawijka MC Ride'a ma sens i płynie jak rzeka. Nie tylko dla fanów hip-hopu.
1. Swans - Filth (1983)
Te złowieszcze ząbki będą mnie prześladowały już do końca życia. "Brud" otworzył całkowicie nową drogę w dziejach muzyki i na pewno miał ogromny wpływ na obecny kształt łabędziej dyskografii. Powietrze jest ciężkie. Ściany obdarte z tapety. Tu i tam puszczają nam oko pordzewiałe rury. Przy samej ziemi niosą się jakieś opary, ni to mgła, ni to para. Wszędzie jest wilgotno, szaro, plugawie. Macie to? Właśnie zobrazowałem wizualną wersję Filth. Wersja muzyczna nie odbiega od tego opisu, a nawet go przewyższa. Hałas i repetatywne motywiki w kawałkach miażdżą naszą czaszkę z siłą tytanowego młota, klatka hałasu jest nadzwyczaj ciasna i ani myśli dać nam troszkę więcej miejsca na rozprostowanie kończyn. Mozolne dźwięki niedostrojonej gitary gwałcą nasze uszy bez opamiętania. W końcu dopada nas syndrom sztokholmski, i oto błagamy o więcej. Warto poznać, chociażby dla kontrastu z najnowszymi wydawnictwami.
10. The Woken Trees - NNON (2013)
Bardzo lubię post-punk i właściwie nigdy, naprawdę, nigdy nie mogłem trafić na grupę, która ten gatunek muzyki z powodzeniem przenosiłaby na współczesne realia - wiecie, bez tego całego szumu, głosu nieco przesuniętego na tło, zachowując przy tym wszystkie wspaniałości gatunku. Okazuje się, że idea jest jak najbardziej rzeczywista, a w dodatku bardzo strawna! NNON to symfonia basu, jeżącego włosy niskiego wokalu, hipnotyzujących riffów i szarego, ponurego klimatu. The Woken Trees trafili w sam środek mego gustu.
9. Temples - Sun Structures (2014)
Wiele z pozycji na tej liście nawet mnie zaskakuje swoją obecnością, ale lubię podejmować spontaniczne decyzje - oto jedna z nich. Sun Structures to tegoroczna świeżynka, która ani na krok nie odstaje od tego, co dokonane było już parę dekad temu. Temples z powodzeniem pogodzili na swoim debiutanckim krążku typowego, klasycznego indie rocka, z oldschoolową psychodelą spod znaku pierwotnych Beatlesów, ewentualnie Pink Floydów za czasów Syda Barretta. Dźwięki gitary są bardzo "catchy", perkusja angażuje w nerwowe wystukiwanie palcami rytmu, natomiast rzewny wokal Jamesa Bagshawa tłucze się w głowie bez opamiętania.
8. Slowdive - Souvlaki (1993)
To musiało się stać - w końcu "Suwałki" zagościły na którejkolwiek z moich list. Porzucając melancholię i żale, albo raczej zmieniając ich ujście, przejdźmy do Slowdive. Brytyjska grupa może być wyśmiewana za budzące realny smutek kompozycje, ogólną płaczliwość fanów, itp., jednak trzeba im przyznać, że w swoim stylu są mistrzami. Jakby w opozycji do teoretycznie pokrewnego im My Bloody Valentine, swoiście uładzili shoegaze, czyniąc go zarazem agresywnym, atakującym falą gitarowego brzmienia, a jednocześnie bardzo spokojnym, płynnym i poetyckim. A Souvlaki to sztos i płyta ta powinna być znana każdemu fanowi wszelkich dziwniejszych pochodnych muzyki rockowej.
7. Fleetwood Mac - Tango In The Night (1987)
Właściwie wszystko co ma jakikolwiek związek ze Stevie Nicks, bądź resztą ekipy, jest wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju i na pewno zasługuje na uwagę, ale spośród obszernej dyskografii Fleetwood Mac, postanowiłem wybrać właśnie ten album. Kilka razy robiłem podejście do muzyki zespołu, ale pierwsze wydawnictwa raczej mnie odstraszały, nie miały jakiegoś charakterystycznego punktu zaczepienia, nie porywały, były raczej jednolite i w moim odczuciu zlewały się w jedną, dość niesmaczną całość. W końcu został mi polecony album Tango In The Night. W momencie pierwszego odsłuchu doznałem małego szoku, bo płyta była zaskakująco świetna! Kawałki były składne, kompozycje akustyczne przeplatane z lekko popowymi, elektrycznymi, żwawsze ze spokojniejszymi, awangardowe z dość wzorcowymi. To było Fleetwood Mac, o którego legendzie tyle się naczytałem.
6. Mac DeMarco - 2 (2012)
Tutaj mogłaby się znaleźć każda płyta tego wesołego Kanadyjczyka, serio. Dlaczego zatem jest to 2? Do pierwszej płyty naprawdę nic nie mam, jest świetna, wylansowała specyficzny lo-fi/indie styl muzyka, zawierała masę przyjemnych kawałków. Problem jest taki, że jej następczyni jest... dużo lepsza! O ile to możliwe, oczywiście. Zwyczajnie ulepszała każdy z elementów, pokazując jednocześnie jak bardzo poprzednia płyta była wybrakowana. A Salad Days, no cóż... Trochę powtórka z rozrywki. Co nie zmienia faktu, że z muzyką tego gościa trzeba się zapoznać, zwłaszcza jeśli lubicie być hipnotyzowani przez skomplikowane riffy i dziwaczne pasaże okraszone psychodelicznym vibem.
5. IAMX - Kiss + Swallow (2004)
Muzyka Krzysia Cornera może się albo podobać, albo cholernie męczyć. Czy naprawdę są ludzie, których męczy? Zwłaszcza ten album nie ma prawa tego robić! Corner pojawił się już na liście Oriany przy okazji wymieniania albumu Sneaker Pimps - tam jednak wkraczał bardziej na zmienne i efemeryczne tereny trip-hopowe. IAMX to solowy projekt muzyka, co przełożyło się na niemal całkowitą zmianę klimatu i tematyki. Kiss+Swallow to 100 % elektroniki w elektronice. Już na papierze muzyka IAMXa jest złożona jak mało co, rzeczywistość pogłębia to wrażenie. Album momentami zapuszcza się w meandry synth-rocka, przeradza się w powolne, ale czarujące mroczną atmosferą ballady, by za chwilę totalnie urzec dziwnym beatem i niemalże erotycznym vibem. W mojej opinii - opus magnum Cornera.
4. The Horrors - Strange House (2007)
Nasza lista przebojów wkracza na niebezpieczne tereny mainstreamu (he, he)! The Horrors! Historia z nimi jest nadzwyczaj ciekawa i niecodzienna, bowiem każda ich płyta prezentuje sobą co innego, więc ciężko się tu we wszystkim połapać. Takie Skying sięga momentami po mocno wyraziste wydanie dream popu, z kolei tegoroczne Luminous dla wielu było marnym skokiem na kasę i porzuceniem oryginalnej stylówki (i ja poniekąd tak to odebrałem). Zdecydowałem się na płytę z ich stajni, która była najbardziej "horrorsowa", podnieciła mnie pomysłem i sprawiła, że razem z Farisem Badwanem śpiewałem: "Jack the Ripper, Jack the Ripper". Mowa tu oczywiście o Strange House, czyli jedynym garażowym, niemalże punkowym wydawnictwie od The Horrors. Późniejsze fascynacje elektroniczną warstwą muzyki tutaj jeszcze kiełkowały, zatem muzycy niemal całkowicie skupiali się na mocno przesterowanych, skrzeczących gitarach. Wrzaski Farisa i dość mroczny klimacik nadawały całości fantastycznego kształtu, który później niestety został zabity. Wciąż liczę na powrót do korzeni.
3. My Bloody Valentine - Loveless (1991)
Jako tró fan szugejzu nie mogę nie lubić Loveless. A teraz na serio, już bez indoktrynacji ze strony muzyki. Poważnie, ta płyta jest satysfakcjonująca do bólu i właściwie mogłaby być wyznacznikiem dla wielu wykonawców tego samego gatunku. Brakuje symulowania smutku charakterystycznego dla pobratymców ze Slowdive, wokal jest usunięty w tło, ale ma znacznie inny wydźwięk, natomiast riffy... och, te riffy! Tak melodyjne, lo-fi, zmienne, hałaśliwe, jak mało gdzie. Obok wszelkich stworków spod rąk Olivera Ackermanna - płyta-instrukcja dla młodocianych gwałcicieli gitary.
2. Death Grips - Exmilitary (2011)
Nie byłbym sobą, gdyby na tej jakże profesjonalnej liście nie znalazło się coś rapsowego. A skoro rapsy, to tylko Def Gryps. Te nygasy (właściwie to w połowie) z Kalifornii, Ju Es Ej, do perfekcji opanowały arkana hip-hopu innego niż wszystkie. Od teraz bity nie stały się tylko przygrywką i punktem wyjścia dla wyrzucania z siebie salw słów - teraz to już sztuka i mało kto będzie w stanie powtórzyć coś takiego. Warstwa melodyczna stoi tu na równi z innymi gatunkami, jest tak samo pełnoprawnym elementem, jak u każdego innego zespołu (co w hip-hopie może być dość zaskakujące). Bity są całkowicie różnorodne i hipnotyzujące. nawijka MC Ride'a ma sens i płynie jak rzeka. Nie tylko dla fanów hip-hopu.
1. Swans - Filth (1983)
Te złowieszcze ząbki będą mnie prześladowały już do końca życia. "Brud" otworzył całkowicie nową drogę w dziejach muzyki i na pewno miał ogromny wpływ na obecny kształt łabędziej dyskografii. Powietrze jest ciężkie. Ściany obdarte z tapety. Tu i tam puszczają nam oko pordzewiałe rury. Przy samej ziemi niosą się jakieś opary, ni to mgła, ni to para. Wszędzie jest wilgotno, szaro, plugawie. Macie to? Właśnie zobrazowałem wizualną wersję Filth. Wersja muzyczna nie odbiega od tego opisu, a nawet go przewyższa. Hałas i repetatywne motywiki w kawałkach miażdżą naszą czaszkę z siłą tytanowego młota, klatka hałasu jest nadzwyczaj ciasna i ani myśli dać nam troszkę więcej miejsca na rozprostowanie kończyn. Mozolne dźwięki niedostrojonej gitary gwałcą nasze uszy bez opamiętania. W końcu dopada nas syndrom sztokholmski, i oto błagamy o więcej. Warto poznać, chociażby dla kontrastu z najnowszymi wydawnictwami.
wtorek, 14 października 2014
5 albumów muzycznych, które są świetne w całości
Na wstępie zaznaczam, że moja opinia jest całkowicie subiektywna (co mówi też sama nazwa pojęcia - "opinia"). Lista płyt jest również dość niestała, strasznie szybko potrafię zmienić zdanie, więc są to właściwie płyty, które póki co wydają mi się w całości świetne, wyjątkowe i warte przesłuchania. No i postaram się urozmaicić to gatunkowo, coby nie były to płyty tylko folkowe, metalowe, czy jeszcze jakieś inne.
Nie owijając bawełnę, kolejność absolutnie przypadkowa.
#1. Led Zeppelin - Physical Graffiti (1975)
Ołowiane sterowce należą do tej grupy zespołów, że którejkolwiek płyty z ich stajni byś nie odtworzył, w całości będzie słuchalna i absolutnie interesująca. I choć rzeczywiście tak uważam (podobnie z np. Beatlesami), to musiałem się zdecydować na tę jedną i najlepszą płytę. W tym wypadku - Physical Graffiti. Dlaczego? Po pierwsze, jest to pierwszy ich album, jakiego słuchałem. Wykazuję się tu niebywałym brakiem obiektywizmu, ale hejże. Mój blog, moje zasady. Po drugie, jest to najcięższy, najbardziej wyrazisty album w dorobku zespołu. O ile większość osób bez zawahania wymieniłaby "czwórkę", o tyle ja postawiłem na to, co najbardziej mnie porwało. Bardzo surowy, rockowy klimat, gęsty niczym tokijski smog. Również dobry dla fanów genezy współczesnego metalu.
Fav tracks: In My Time of Dying, The Rover, Kashmir, Trampled Underfoot, In The Light.
#2. Animal Collective - Centipede Hz (2012)
Wkraczamy na eksperymentalne tory z najnowszym wydawnictwem AC. Co mogę o tym powiedzieć? O ile z resztą dyskografii amerykańskiego kolektywu ciężko mi było się zaprzyjaźnić, o tyle Centipede Hz wszedł mi przy pierwszym podejściu. Masa energetycznych, momentami zahaczających o folk kawałków, mnóstwo pozytywnej energii, emanacji jakąś naturą i gorączką kolorów i dźwięków. Zdecydowanie napawa optymizmem, nie używając przy tym nadzwyczaj złożonej formy,
Fav tracks: Wymieniłbym wszystko, ale najbardziej Moonjock, Today's Supernatural, Amanita.
#3. Burzum - Fallen (2011)
Pora na jakieś cięższe klimaty, bo oto Burzuś. Stary dobry Burzuś. Czym wyróżnia się Fallen, w obliczu bujnej i liczącej 11 płyt dyskografii projektu Varga Vikernesa? Pierwsze wydawnictwa charakteryzowała dość prymitywna forma granego przez Burzum black metalu. Wokal Varga Vikernesa sprowadzał się do prostych i rozdzierających wrzasków, jednak riffy już wtedy miały w sobie coś mocno melodyjnego i emanowały wprost swoistym lo-fi charakterystycznym dla gatunku. Fallen okazało się odskocznią w tej kwestii. Pozbawienie kawałków tego słynnego szumu i pogłosu wyszło projektowi na dobre, bo to wydawnictwo uważam za najlepsze w dziejach muzyki black metalowej. Album zyskał na pewnej mistyczności, fantastycznym i przyprawionym magią klimacie, utwory zyskały głębię, a Varg postawił raczej na wyrazistość, niż na głośność wrzasku.
Fav tracks: Jeg Faller, Valen, Vanvidd.
#4. Swans - To Be Kind (2014)
Ponownie postaram się być oszczędny w słowach, ponieważ gdy tylko w jakimś moim tekście pisanym pojawia się wzmianka o Łabędziach, mam od razu ochotę przeprowadzić wywód na temat złożoności ich muzyki. Najnowsze dzieło dziadka Giry i reszty ekipy to niezaprzeczalnie opus magnum w ponad trzydziestoletniej (z przerwą) karierze nowojorskiej formacji. Emanujące mistycyzmem i eksperymentalizmem The Seer z 2012 jako pierwsze było określane mianem dzieła doskonałego i nikt nie przewidywał przeskoczenia tej poprzeczki. To Be Kind zaskoczyło wszystkich. Album jest w całości hipnotyzujący, wielowymiarowy, dający szerokie pole do interpretacji - a z drugiej strony angażujący, wymagający, trudny do zrozumienia przy pierwszym odsłuchu. A z osobistych odczuć - był to album, który nawrócił mnie na Swans.
Fav tracks: Screen Shot, Just a Little Boy, A Little God In My Hands, Oxygen.
#5. Płyta niespodzianka - ???
Ha, tego na pewno nikt się nie spodziewał. Swojego gustu muzycznego nigdy nie uznam za rozwinięty w pełni, jestem otwarty na nowe doznania, gatunki, utwory, a idąc tym tropem - płyty. Nie zamykam tej listy i zostawiam na niej pozycję niezapełnioną - czekam, na kolejne miłe zaskoczenia.
Nie owijając bawełnę, kolejność absolutnie przypadkowa.
#1. Led Zeppelin - Physical Graffiti (1975)
Ołowiane sterowce należą do tej grupy zespołów, że którejkolwiek płyty z ich stajni byś nie odtworzył, w całości będzie słuchalna i absolutnie interesująca. I choć rzeczywiście tak uważam (podobnie z np. Beatlesami), to musiałem się zdecydować na tę jedną i najlepszą płytę. W tym wypadku - Physical Graffiti. Dlaczego? Po pierwsze, jest to pierwszy ich album, jakiego słuchałem. Wykazuję się tu niebywałym brakiem obiektywizmu, ale hejże. Mój blog, moje zasady. Po drugie, jest to najcięższy, najbardziej wyrazisty album w dorobku zespołu. O ile większość osób bez zawahania wymieniłaby "czwórkę", o tyle ja postawiłem na to, co najbardziej mnie porwało. Bardzo surowy, rockowy klimat, gęsty niczym tokijski smog. Również dobry dla fanów genezy współczesnego metalu.
Fav tracks: In My Time of Dying, The Rover, Kashmir, Trampled Underfoot, In The Light.
#2. Animal Collective - Centipede Hz (2012)
Wkraczamy na eksperymentalne tory z najnowszym wydawnictwem AC. Co mogę o tym powiedzieć? O ile z resztą dyskografii amerykańskiego kolektywu ciężko mi było się zaprzyjaźnić, o tyle Centipede Hz wszedł mi przy pierwszym podejściu. Masa energetycznych, momentami zahaczających o folk kawałków, mnóstwo pozytywnej energii, emanacji jakąś naturą i gorączką kolorów i dźwięków. Zdecydowanie napawa optymizmem, nie używając przy tym nadzwyczaj złożonej formy,
Fav tracks: Wymieniłbym wszystko, ale najbardziej Moonjock, Today's Supernatural, Amanita.
#3. Burzum - Fallen (2011)
Pora na jakieś cięższe klimaty, bo oto Burzuś. Stary dobry Burzuś. Czym wyróżnia się Fallen, w obliczu bujnej i liczącej 11 płyt dyskografii projektu Varga Vikernesa? Pierwsze wydawnictwa charakteryzowała dość prymitywna forma granego przez Burzum black metalu. Wokal Varga Vikernesa sprowadzał się do prostych i rozdzierających wrzasków, jednak riffy już wtedy miały w sobie coś mocno melodyjnego i emanowały wprost swoistym lo-fi charakterystycznym dla gatunku. Fallen okazało się odskocznią w tej kwestii. Pozbawienie kawałków tego słynnego szumu i pogłosu wyszło projektowi na dobre, bo to wydawnictwo uważam za najlepsze w dziejach muzyki black metalowej. Album zyskał na pewnej mistyczności, fantastycznym i przyprawionym magią klimacie, utwory zyskały głębię, a Varg postawił raczej na wyrazistość, niż na głośność wrzasku.
Fav tracks: Jeg Faller, Valen, Vanvidd.
#4. Swans - To Be Kind (2014)
Ponownie postaram się być oszczędny w słowach, ponieważ gdy tylko w jakimś moim tekście pisanym pojawia się wzmianka o Łabędziach, mam od razu ochotę przeprowadzić wywód na temat złożoności ich muzyki. Najnowsze dzieło dziadka Giry i reszty ekipy to niezaprzeczalnie opus magnum w ponad trzydziestoletniej (z przerwą) karierze nowojorskiej formacji. Emanujące mistycyzmem i eksperymentalizmem The Seer z 2012 jako pierwsze było określane mianem dzieła doskonałego i nikt nie przewidywał przeskoczenia tej poprzeczki. To Be Kind zaskoczyło wszystkich. Album jest w całości hipnotyzujący, wielowymiarowy, dający szerokie pole do interpretacji - a z drugiej strony angażujący, wymagający, trudny do zrozumienia przy pierwszym odsłuchu. A z osobistych odczuć - był to album, który nawrócił mnie na Swans.
Fav tracks: Screen Shot, Just a Little Boy, A Little God In My Hands, Oxygen.
#5. Płyta niespodzianka - ???
Ha, tego na pewno nikt się nie spodziewał. Swojego gustu muzycznego nigdy nie uznam za rozwinięty w pełni, jestem otwarty na nowe doznania, gatunki, utwory, a idąc tym tropem - płyty. Nie zamykam tej listy i zostawiam na niej pozycję niezapełnioną - czekam, na kolejne miłe zaskoczenia.
Etykiety:
album,
albums,
Animal Collective,
Burzum,
experimental,
Led Zeppelin,
lifestyle,
music,
muzyka,
perfect,
płyta,
release,
rock,
Swans,
taste,
top 5,
top lista,
wydawnictwo
piątek, 10 października 2014
Krótka historia o muzycznej stronie mego życia.
Jeśli miałbym określić swoje muzykalne przygody (w sensie, jeśli chodzi o słuchanie muzyki, bo z gitarą uprawiam regularne stosunku zaledwie od pół roku) jednym słowem, to pasowałoby tu słowo nietypowe. Poważnie, chwytałem się chyba każdego możliwego gatunku (co obecnie uznaję za idiotyczne i do bólu ograniczające). Nie bardzo nawet wiem od czego zacząć, więc może cofnę się w czasie do momentu, w którym moja świadomość zaczynała tolerować jakiś gatunek całkowicie i w pełni.
Była to może 6. klasa podstawówki, albo i 1. gimnazjum. W każdym razie, okolice 13. roku życia. Wiadomo, że chłopięciem (he, he) będąc, nie do końca ogarnia się świat i wszystko jest dla nas niestabilne, nowe. Jako dorastający dzieciak chcesz się czymś wyróżnić, być alternatywny, przykuwać uwagę, budować oryginalny wizerunek siebie w oczach innych (nadal mi to doskwiera, teraz jednak jest to całkowicie naturalne i bez premedytacji). W wyniku dziwnych zawirowań, poniekąd też pod wpływem niektórych znajomych, zacząłem zagłębiać się w utwory Behemotha, starego, dobrego polskiego Bezia. Teraz w sumie nie wiem co ja tym widziałem, black metal jakich wiele. Wtedy jednak uznawałem, że taki gatunek może być ostatnią rzeczą, którą osoba w moim wieku mogłaby się interesować. Trwałem w tym swoim udawanym fanbojostwie, jednak nigdy nie doszło do zapuszczenia brud-metalowych kłaków. Minęło parę miesięcy, aż w końcu mój "gust" muzyczny po raz kolejny musiał się dostosować. Kolejne dziwne zawirowania doprowadziły do tego, że w absurdalnie dziwny i niezrozumiały sposób zaczęło mnie jarać screamo i wszelkie pochodne tego... ekhem, gatunku. Tak, to jest ten moment, na wspomnienie którego mam ochotę popełnić samobójstwo. Na przykład strzelając sobie w głowę z łuku brwiowego, albo topiąc się w stawie kolanowym.
Z niechęcią przyznaję, że to nie do końca MNIE jarało. To dziwne, ale to zdanie łatwo zinterpretować. Wracając do tematu - sympatia do chłoptasiów piłujących swoje wymalowane buźki bezpowrotnie minęła i zawiesiłem się w czasie i przestrzeni bez punktu zaczepienia. To był czas absolutnego pustostanu i ponownie szukania swojego wizerunku w kwestii dźwięków i obrazów nimi malowanych. Aż pewnego wieczoru (na potrzeby klimatu przyjmijmy, że był ciemny, zimny i deszczowy) krążąc po meandrach Jutjuba wkroczyłem na nieprzebyte ścieżki dyskografii Led Zeppelin. Przysięgam, że była to jedna z najlepszych decyzji mojego życia. W końcu poczułem, że to mnie naprawdę coś jara, że absolutnie kręcą mnie te fantastyczne riffy, kunsztowne solówki, rozdzierający wokal i cholernie satysfakcjonujący mix gatunkowy. Miłość do zespołu i chora fascynacja gitarzystą zespołu, Jimmym Pagem, siedzi we mnie do dziś, choć teraz już wolę poświęcać się czemuś nowemu, eksperymentować i odkrywać. Przez dłuższy czas siedziałem w klasycznym rocku, hard rocku, połowicznie w staroszkolnym metalu (Metallica, Iron Maiden, etc.), natomiast moja strona na last.fm obumierała, bo nic nowego się na niej nie pojawiało i prawdę mówiąc - zamykałem się na wszystkie cuda muzyki, które gdzieś tam na mnie czekały.
Rozpoczęcie nauki w liceum totalnie wywróciło moje postrzeganie tematu. Chyba największą rolę odegrała w tym Oriana, która poniekąd wprowadziła mnie w jakieś nowości, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Wyzbyłem się durnego przeświadczenia, że "pop to ścierwo, a ambient usypia". W końcu zacząłem odnajdywać ciekawe elementy w każdym z gatunków, i teraz już szczerze mogę powiedzieć, że słucham naprawdę wszystkiego. Sprawy potoczyły się szybko - początkowo dość niechętnie post-punk, nowa fala, wszystkie pochodne "fale", elektronika, gotyk, całkiem niedawno rapsy, pokochałem eksperymentalę, folki, industrial, a nawet techno zaczęło mnie pociągać. Zacząłem chętnie chodzić na koncerty, przywiązywać ogromną uwagę do detali!
Led Zeppelin musiało udostępnić trochę miejsca w mojej duszy drugiemu genialnemu projektowi (który obok Led Zeppelin, IMHO, był najlepszym, co mogło spotkać muzykę ever) - Swans (Łabędzie, tak btw., zasługują na całkiem oddzielny wpis na blożku). Cholera, strasznie emocjonalnie do tego podchodzę. Obecnie nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Mało tego, że spełniam się literacko (och, Magnetoffonie), to jeszcze czuję się jakiś, hmm... Wywyższony na ultra boski poziom, przeniesiony do totalnie innej rzeczywistości. Uważam, że to medium mogłoby z powodzeniem zastąpić każde inne w życiu codziennym - zwłaszcza telewizję. Magia. Słuchajcie muzyki, ludzie.
Macie jeszcze mojego lasta, cobyście wiedzieli czym się raczę w chwili obecnej:
http://www.lastfm.pl/user/GodDamnMoose
Była to może 6. klasa podstawówki, albo i 1. gimnazjum. W każdym razie, okolice 13. roku życia. Wiadomo, że chłopięciem (he, he) będąc, nie do końca ogarnia się świat i wszystko jest dla nas niestabilne, nowe. Jako dorastający dzieciak chcesz się czymś wyróżnić, być alternatywny, przykuwać uwagę, budować oryginalny wizerunek siebie w oczach innych (nadal mi to doskwiera, teraz jednak jest to całkowicie naturalne i bez premedytacji). W wyniku dziwnych zawirowań, poniekąd też pod wpływem niektórych znajomych, zacząłem zagłębiać się w utwory Behemotha, starego, dobrego polskiego Bezia. Teraz w sumie nie wiem co ja tym widziałem, black metal jakich wiele. Wtedy jednak uznawałem, że taki gatunek może być ostatnią rzeczą, którą osoba w moim wieku mogłaby się interesować. Trwałem w tym swoim udawanym fanbojostwie, jednak nigdy nie doszło do zapuszczenia brud-metalowych kłaków. Minęło parę miesięcy, aż w końcu mój "gust" muzyczny po raz kolejny musiał się dostosować. Kolejne dziwne zawirowania doprowadziły do tego, że w absurdalnie dziwny i niezrozumiały sposób zaczęło mnie jarać screamo i wszelkie pochodne tego... ekhem, gatunku. Tak, to jest ten moment, na wspomnienie którego mam ochotę popełnić samobójstwo. Na przykład strzelając sobie w głowę z łuku brwiowego, albo topiąc się w stawie kolanowym.
Z niechęcią przyznaję, że to nie do końca MNIE jarało. To dziwne, ale to zdanie łatwo zinterpretować. Wracając do tematu - sympatia do chłoptasiów piłujących swoje wymalowane buźki bezpowrotnie minęła i zawiesiłem się w czasie i przestrzeni bez punktu zaczepienia. To był czas absolutnego pustostanu i ponownie szukania swojego wizerunku w kwestii dźwięków i obrazów nimi malowanych. Aż pewnego wieczoru (na potrzeby klimatu przyjmijmy, że był ciemny, zimny i deszczowy) krążąc po meandrach Jutjuba wkroczyłem na nieprzebyte ścieżki dyskografii Led Zeppelin. Przysięgam, że była to jedna z najlepszych decyzji mojego życia. W końcu poczułem, że to mnie naprawdę coś jara, że absolutnie kręcą mnie te fantastyczne riffy, kunsztowne solówki, rozdzierający wokal i cholernie satysfakcjonujący mix gatunkowy. Miłość do zespołu i chora fascynacja gitarzystą zespołu, Jimmym Pagem, siedzi we mnie do dziś, choć teraz już wolę poświęcać się czemuś nowemu, eksperymentować i odkrywać. Przez dłuższy czas siedziałem w klasycznym rocku, hard rocku, połowicznie w staroszkolnym metalu (Metallica, Iron Maiden, etc.), natomiast moja strona na last.fm obumierała, bo nic nowego się na niej nie pojawiało i prawdę mówiąc - zamykałem się na wszystkie cuda muzyki, które gdzieś tam na mnie czekały.
Rozpoczęcie nauki w liceum totalnie wywróciło moje postrzeganie tematu. Chyba największą rolę odegrała w tym Oriana, która poniekąd wprowadziła mnie w jakieś nowości, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Wyzbyłem się durnego przeświadczenia, że "pop to ścierwo, a ambient usypia". W końcu zacząłem odnajdywać ciekawe elementy w każdym z gatunków, i teraz już szczerze mogę powiedzieć, że słucham naprawdę wszystkiego. Sprawy potoczyły się szybko - początkowo dość niechętnie post-punk, nowa fala, wszystkie pochodne "fale", elektronika, gotyk, całkiem niedawno rapsy, pokochałem eksperymentalę, folki, industrial, a nawet techno zaczęło mnie pociągać. Zacząłem chętnie chodzić na koncerty, przywiązywać ogromną uwagę do detali!
Led Zeppelin musiało udostępnić trochę miejsca w mojej duszy drugiemu genialnemu projektowi (który obok Led Zeppelin, IMHO, był najlepszym, co mogło spotkać muzykę ever) - Swans (Łabędzie, tak btw., zasługują na całkiem oddzielny wpis na blożku). Cholera, strasznie emocjonalnie do tego podchodzę. Obecnie nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Mało tego, że spełniam się literacko (och, Magnetoffonie), to jeszcze czuję się jakiś, hmm... Wywyższony na ultra boski poziom, przeniesiony do totalnie innej rzeczywistości. Uważam, że to medium mogłoby z powodzeniem zastąpić każde inne w życiu codziennym - zwłaszcza telewizję. Magia. Słuchajcie muzyki, ludzie.
Macie jeszcze mojego lasta, cobyście wiedzieli czym się raczę w chwili obecnej:
http://www.lastfm.pl/user/GodDamnMoose
Etykiety:
alternatywa,
historia,
history,
inne,
last.fm,
Led Zeppelin,
lifestyle,
Magnetoffon,
młodość,
music,
pamiętnik,
płacz,
rock,
rozrywka,
screamo,
Swans,
życie
wtorek, 29 lipca 2014
Swans - "To Be Kind" (2014)
| Nieszczęśliwy dzieciaczek patrzący na nas z okładki albumu. |
I oto wracamy do punktu wyjścia. Przy pierwszy podejściu myślę sobie: "O nie, znowu kawałki po pół godziny? Po 20 minut? Nieee, nie mam na to siły." Chwilę później stwierdzam: "Ale przecież wszystkie portale tak chwalą ten album, a nawet jego poprzednika, coś musi w tym być, może to ja coś robiłem źle."
Owszem, robiłem. Otóż, słuchając "The Seer" najczęściej w tym samym momencie robiłem coś innego. Muzyka leciała sobie cicho w tle, a ja na przykład gadałem na Skypie, przeglądałem 9gaga. Robiłem wszystko poza skupianiem się na muzyce. Przy "To Be Kind" postanowiłem całkowicie poświęcić się tej płycie. Wyłapywałem każdy najmniejszy dźwięk, każde przejście, każde wejście nowego instrumentu. I oczarowało mnie to. "To Be Kind", w przeciwieństwie do "The Seer" skupia się raczej na ludzkich sprawach. Brakuje mu tego mistycyzmu, który prezentował sobą poprzednik. Zamiast obłędu, dzikości, pewnej tajemniczości dostajemy album również nieprzewidywalny, ciężki w odbiorze, bardzo złożony, ale traktujący już o takich problemach jak dorastanie, samotność, monotonia ludzkiego życia, ograniczenia.
Warstwa muzyczna jest tak samo profesjonalna jak ostatnio, a wręcz udoskonalona. Pierwszą płytę otwiera "Screen Shot" - idealny wręcz utwór, magiczne preludium całości.
Charakterystyczny swing, nieco dzikie, quasi-folkowe bębny, Gira wykrzykujący "no hate, no will" pokazują, że Swans są w szczytowej formie i nie boją się sięgać bo ciężkie i nieprzyjemne tematy.
Następujące chwilę potem "Just A Little Boy" to utwór, w którym Gira wciela się w rolę dziecka. Nikt nie traktuje go poważnie, co potwierdzają jedynie śmiechy dorosłych, traktujących małego z dystansem.
"A Little God In My Hands" to mój faworyt. Z lekka funkowy (zaskakująco, jak na styl zespołu) kawałek chwilę potem atakujący nas głośną ścianą hałasu. Małym bogiem w naszych rękach jest wolna wola - "forever lazy, forever needing". Jesteśmy więźniami jedynie naszych żądz i natury, która jest nieubłagana.
Następnie, utwór sztandarowy płyty pierwszej, przebijające nawet tytułowe "The Seer" z poprzednika - "Bring The Sun Toussaint L'Ouverture". 34 minuty hołdu złożonego hawajskiemu dowódcy powstania przeciwko Francuzom na Haiti. Atakuje nas rytmicznym riffem robiącym nam papkę z mózgu. Dołóżcie do tego Girę wykrzykującego: "Liberte!". Aż sami się rwiemy do walki.
Zamykające płytę "Some Thing We Do" udowadnia, jak bardzo jesteśmy ograniczeni i jak bardzo monotonne jest nasze życie - "We see, we taste, we seek, we love, we fuck". I tak cały czas, i w kółko, i każdy z nas. Nie jesteśmy wyjątkowi.
Aby nie opisywać wszystkiego po kolei i zostawić wam trochę do odkrycia samodzielnie, wspomnę o jeszcze jednym tylko utworze z drugiej płyty - "Oxygen", kawałek, który był grany przez Swans na koncertach jeszcze na długo przed wydaniem "To Be Kind".
Bardzo rockowy moment albumu, charakterystyczny riff ciągnący się przez całe 8 minut, atakujący nas charakterystycznym "DUM" przy końcówce motywu. Wzbogacony brudną, metaliczną perkusją przywodzącą na myśl dawnych Swansów. Tlen jest tu potraktowany jako narkotyk, karmi nas, karmi nasz umysł, łamie kości.
"To Be Kind" już teraz jest moim ulubionym albumem roku. Brakuje mu chaosu i mistycyzmu "The Seer" (do którego również się przekonałem), ale podejmuje dywagacje na temat sensu ludzkiego życia, problemów, z którymi zmagamy się codziennie nawet nie mając o nich pojęcia. Misterne konstrukcje utworów, choć bardzo długie, co chwila nas czymś zaskakują, lekko cichną, by za chwilę wprowadzić jakiś nowy instrument, zaatakować umysł słuchacza hałasem. Wszystko jest tu zróżnicowane, stonowane, nic nie dominuje, niczego nie brakuje. Widać, że po 30 latach Gira i reszta ekipy nie próżnują, a jedynie ulepszają się, cały czas wydając album bardziej dopracowany od poprzednika. Ponownie postawili poprzeczkę bardzo wysoko, ale znając ich dokonania wiem, że przebicie "To Be Kind" to dla nich zaledwie kwestia czasu.
Etykiety:
2014,
album,
CD,
eksperymentalna,
experimental,
music,
muzyka,
płyta,
recenzja,
release,
review,
rock,
Swans,
The Seer,
To Be Kind,
Young God
Subskrybuj:
Posty (Atom)
