Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Space Fest 2014 - relacja

Jedna relacja już pojawiła się na Magnetoffonie, zatem wzorem tej  z Soundrive'a, ta będzie raczej okrojona i zaledwie streszczę w niej swoje wrażenia, które rozwlekłem już wcześniej na drugiej stronie. Let's go, shall we?

To był mój pierwszy Space Fest, ale naczytałem się o nim zawczasu całej masy pozytywnych opinii, a do tegorocznej edycji zachęcały:

a) line-up, który był POTĘŻNY i kozacki. Serio, The KVB, The Oscillation, Tales of Murder and Dust - jak na dwa dni, to naprawdę parę zespołów, których już wcześniej słuchałem i lubiłem je;
b) lokalizacja klubu - Gdańsk, a zatem krótka przejażdżka busem i kolejką.
Czego chcieć więcej? Już mniej więcej od połowy roku (czy coś koło tego, mam problemy z określaniem czasu) nosiłem się z zamiarem wzięcia udziału w SF - ostatecznie oczywiście się to udało, więc właśnie o tym chciałbym trochę się rozpisać.

Dzień 1.

Dzień pierwszy, czyli swoiste wybadanie terenu i pierwszy rzut zespołów i muzyków różnorakich - niestety, przez dwa dni zawitałem tylko pod sceną główną, ponieważ wydarzenia na mniejszej nie do końca mnie jarały. Wracając - klub okazał się jakby większy wewnątrz (a' la Tardis), a zarazem całkiem przytulny i kameralny. Wszystko było elegancko osadzone w odpowiednim miejscu, scena główna była całkiem spora, wszystko można było oglądać również z wyższych pięter, natomiast mniejsza scena była połączona z kawiarenką/barem. Miło i sensownie. Ale najważniejsza była muzyka, a zatem:

2kilos &More + Black Sifichi
 Niespecjalnie mnie ta eksperymentalna elektronika zajarała, ale Ci goście dali znak, że ten festiwal będzie inny niż każdy inny - ot tak, wymagająca muzyka już na samym początku pierwszego dnia.  Doceniłem specyfikę wykonań utworów, wizualizację odgrywaną przed zespołem (a nie za nim, co było dość wyjątkowe), niecodzienne partie wokalne (czyli w zasadzie recytację, bo śpiewu tam nie szło uświadczyć), jednak nie wiem, czy chciałbym się w to dalej zagłębiać.

The Oscillation
Tu już było grubo, bo na koncert The Oscillation naprawdę czekałem - i, co cudowne i najbardziej satysfakcjonujące, był dokładnie takim, jakim go sobie imaginowałem w najskrytszych meandrach umysłu! Było kosmicznie, magicznie, wielowymiarowo i psychodelicznie do ostatnich granic narkotycznych tripów - zaczęli z grubej rurki - No Place to Go. To tak, jakby na koncercie Sterowce zaczęły od Stairway to Heaven. Wyobraźcie to sobie, ludzie. Na koniec udało mi się wyhaczyć setlistę i podpis Demiana Castellanosa - hipstersko-shoegaze'owego frontmana bandu - zdjęcie powinno być gdzieś na samym dole.

Silver Apples
Ten dziadek i jego elektroniczny osprzęt wyprali mi mózg i wykręcili mój światopogląd na lewą stronę - kto by pomyślał, że koleś w tym wieku może robić TE rzeczy z syntezatorami, których obsługa zapewne nie należy do najprostszych?! Wciąż twierdzę, że to tak, jakby Aphex Twin tworzył w latach 60' - i w zasadzie brzmiało to bardzo podobnie, jednak AT nie ma w sobie tej surowości, która cechowała proto-elektronikę, i której tworzenie było utrudnione ograniczonymi środkami. Jak szanowny Simeon Coxe III to wymyślił - zachodzę w głowę do teraz. Istotne jednak, że spełniło to swoje zadanie i porwało ludzi do zabawy. Niektórzy bawili się aż za bardzo. Tak, hałaśliwi ludzie. Mówię o was.

Death Hawks
Tu już trochę przysypiałem, bo było późno i w ogóle, ale coś tam wyniosłem z tego występu. Przede wszystkim skojarzyłem frontmana z Jamesem Bagshawem z Temples. Ale tak naprawdę tylko fryzury mieli podobne. A muzyka obu zespołów niby jakoś była ze sobą związana (czynnik psychodeliczny), aczkolwiek Death Hawks stawiało na raczej bluesowo-akustyczny aspekt, który średnio mi się podobał. Owszem, było żwawo i niebanalnie, ale to jakby nie są moje klimaty, więc to ten aspekt przeważył na miernej ocenie występu.

Dzień 2.

Tutaj jak ostatnio - bardzo błogo, lub średniawo.

Tales of Murder and Dust
Strasznie spodobało mi się napięcie, które zdołali zbudować Ci Duńczycy - za pośrednictwem swych utworów w istocie potrafili opowiedzieć historie o "Mordzie i Pyle". Rola basu i przesterowanej gitary przywiodła mi na myśl Sigur Rós, które na Kveikur z 2013 korzystało głównie z tych czynników w warstwie melodycznej - w sensie, miały tam one największe znaczenie. Tak, ToMaD dużo bardziej spodobał mi się na żywo. Widocznie głośniki/słuchawki przekazują hałas tylko do pewnego pułapu.

The Enters
 To było całkiem zaskakujące, bowiem Entersi wcale nie wyglądali na szugejzerów. Ot, tacy trzej goście, co to na pewnym etapie życia postanowili sobie połoić na wiosłach/garach - typowa historia. Jak się okazuje, szugejzowali na światowym poziomie (a byli Polakami) - jeden z ich utworów tak bardzo skojarzył mi się z Glass In My Mouth od Highspire, że aż naprawdę zacząłem obawiać się plagiatu. A jeśli jednak nie inspirowali się tym ani trochę, to cóż - szugejz zdaje się kończyć, za dużo podobieństw *chlip*

Pure Phase Ensemble & Mark Gardener
Tutaj to już w ogóle nie wiedziałem czego się spodziewać - a było, cóż, całkiem znośnie. PPE to warsztaty organizowane dla muzyków-amatorów na każdej edycji Space Festa - czwarte wydanie tych warsztatów było prowadzone przez członka legendarnego Ride'u - Marka Gardenera. W całości wypadło zgranie i całkiem Ride'owo (o dziwo), jednak nie było aż tak intensywnie. Być może zbyt wiele oczekiwałem porównując ze sobą te dwa zespoły, jednak nie był to mój ulubiony koncert festiwalu. Przynajmniej Gardener wspomniał o możliwości występu Ride'u w Katowicach, co jest niebywale kuszącą wizją.

The KVB
Tym koncertem baaardzo się jarałem. Ba, jarałem się bardzo-bardzo. Ale Oriana jarała się najbardziej, bo The KVB należy do jej ulubionych zespołów - wyobraźcie sobie tę manię, która po części i na mnie się przełożyła. Jakiś tam strach był, no bo często wielkie oczekiwania wiążą się z wielkim zawodem, tutaj jednak brytyjski duet dał czadu i spisał się na medal, nie robiąc przy tym quasi-energetycznej rozróby pokroju tej na The Oscillation. Dźwięki były idealnie zgrane, idealnie oprawione efektami, Kat czarowała nogami, Klaus fryzurką i szugejzowym obyciem - było perfekcyjnie, zdecydowanie jeden z występów festiwalu. A po występie udało nam się zagadać do nich i zrobić sobie z nimi zdjęcie, a nawet zdobyć podpisy na bilecie Oriany.

Po tych dwóch dniach zdążyła mnie oczywiście dopaść depresja pokoncertowa, jednak już nawet mi przeszła i stwierdzam, że z całą pewnością wezmę udział w kolejnej edycji Space Festa, bo warto - ot tak, nie owijając w bawełnę. Focie standardowo poniżej.











środa, 3 grudnia 2014

Koncert Swans - relacja [02.12.2014, Gdańsk - B90]

Wiedziałem, że koncert Swans będzie jednym z najważniejszych w moim życiu jeszcze na długo przed rzeczywistym wydarzeniem. Nawet jeśli na żywo nie daliby rady, i tak mieliby zapewnione specjalne miejsce w moich wspomnieniach - coś w stylu koncertowej nagrody pocieszenia, albo zdobycia osobnej nagrody w oddzielnej kategorii. Ich występ w Gdańsku był dla mnie utopijną wizją od czasów Unsounda - no bo Kraków daleko, a w sumie w Trójmieście już mieli występować w 2011, już witali się z gąską, a jednak koncert został odwołany. Od czasów zakochania się w twórczości tej nowojorskiej formacji wyczekiwałem tego zaiste poruszającego momentu pojawienia się nazwy zespołu na stronie jakiegoś trójmiejskiego klubu, z dopiskiem - 2014. I nadszedł ten dzień - 02.12.2014 w gdańskim B90. Oczekiwanie uśmiercało mnie po trochu, jednak trwałem niczym asceta ze stali. Zrodziło się też wiele obaw - czy to nie będzie tylko bezkształtną kupą hałasu? No bo ich muzyka jest specyficzna, więc na żywo, bez całej tej obróbki to na pewno będzie inaczej brzmiało, być może gorzej. Zawsze też podśmiewałem się z ludzi, którzy pisali o występach Swans na żywo, jako o mrocznych rytuałach pod wodzą duchowego guru - Michaela Giry, mózgu i założyciela zespołu - że to wpadają w transy, że to nie jest zwykły koncert, tylko dogłębnie emocjonalne przeżycie pełne niejasności i chaosu.

Cóż - zmieniłem zdanie. I zdecydowanie nie mówię tego tylko po to, by stać się "typowym fanem Swans", który jest taki sam jak każdy inny. O nie, nie, nie. Prawdę mówiąc, nienawidzę przyznawać komuś racji i zmieniać swojego dotychczasowego nastawienia. Tutaj jednak przyszło mi to bez bólu, bowiem nagrodą było coś... coś niesamowitego. Ale od początku.

Tego wieczoru darowaliśmy sobie z Orianą (bo to właśnie z nią byłem na tym koncercie) support, no bo w perspektywie 2,5-godzinnego grania Łabędzi, support całkowicie nikł w oczach - poza tym, postawiliśmy na oszczędność energii i chcieliśmy zobaczyć jedynie główną atrakcję wieczoru. Moment oczekiwania pod sceną na wyjście zespołu z każdą sekundą pogłębiał moje obawy. Bałem się, że jeden z moich ulubionych zespołów, na żywo okaże się klapą niewartą grosza. "Ale zaraz, przecież to Gira, spłodził Filth i To Be Kind, czemu na żywo miałby być gorszy?" - mówiłem sam do siebie. I zaczęło się, i to dokładnie w sposób, jakiego oczekiwałem. Pierwszy na scenie stanął (albo raczej - usiadł) Thor Harris, wiking zabawiający się na ogół perkusją, tym razem jednak zaczął z dzwoneczkami/innymi metalicznymi rzeczami, które budowały nastrojowe intro. Niedługo potem dołączył do niego Christoph Hahn, zajmujący się elektronicznym aspektem występu. Następnie na scenie pojawiła się cała reszta - wybuchła drone'owa bomba - The Apostate. Dość spokojny początek, nijak mający się do masakry następującej później. Tu jednak wybitnie odznaczał się każdy pojedynczy dźwięk - było przerażająco, mozolnie, gęsto i drapieżnie. Pewność co do prawdziwości Apostaty jest w moim przypadku raczej nikła - jedynie drone'owy wstęp pokrywał się ze studyjną wersją utworu, później zalatywało mi to raczej żwawą improwizacją/nowym utworem.

Pojawiło się także Frankie M, które niczym Oxygen czy A Little God In My Hands, znacznie wyprzedzało album, na którym miało się znaleźć - można przypuszczać, że w wersji studyjnej utwór będzie można usłyszeć za rok, dwa. Co do samego utworu - niesamowicie poruszyła mnie zmienność akordów i rytmiki, początkowo bardzo Swansowo-spokojna ballada przerodziła się w istny chaos wraz z wejściem bębnów. Stylistycznie nawet kojarzyło mi się nieco z zawartością To Be Kind, jednak prawdziwy mistrz nie zdradza swych sztuczek tak od razu - trzeba poczekać do kolejnego albumu.

Łabędzie zagrały także mój ulubiony utwór z repertuaru grupy - wyżej wymienione A Little God In My Hands - cała funkowość i narwane slajdy trwające niemalże w nieskończoność idealnie oddawały powszechnie wiadomą "tyranię" dziadka Giry, bowiem doskonale utrzymywał całość w ryzach, był najjaśniejszym punktem sceny, aczkolwiek wizualnie właściwie nie ma czego podziwiać - zdecydowanie wolałem zamykać oczy i zanurzać się w otaczającą mnie falę kontrastowych dźwięków i vibe'ów - do tego też zachęcał sam zespół. Nie tylko w trakcie tego utworu, ale i każdego innego, muzycy zbijali się w jedną, tętniącą życiem i energią kupkę, która wylewała z siebie siódme poty, budując ten niepowtarzalny nastrój.

Nie obeszło się bez Just a Little Boy, które ostatnio regularnie gości na setlistach Swans. Powolne, pozornie jednostajne crescendo prowadziło (jak w studiu) do wybuchu instrumentalnego bogatego w onomatopeje wielmożnego mistrza Giry - tutaj jednak wyraźnie słychać było wzmacniacze na granicy swej wytrzymałości, właściwie o krok od miniaturowej eksplozji, która jedynie uświetniłaby całość, dodałaby jej charakteru, którego zdecydowanie i tak nie brakowało.

Bring The Sun wymiotło wszystko i wszystkich, nie pozostawiło także wątpliwości co do kunsztu muzycznego grupy. Charakterystyczny migotliwy wstęp dał jedynie iluzję następującego potem wybuchu, słuchacze zostali potrzymani w niepewności jeszcze przez parę długich minut, nim w ekstazie mogli oddać się repetatywnemu miotaniu głową na planie góra-dół, całość, niczym na offowym koncercie Bo Ningen, została rozciągnięta, każdy fragment został powielony, co (przynajmniej dla mnie) nie było odczuwalne w żaden sposób. Zostałem wciągnięty w to wszystko, byłem tego częścią, byłem przesiąknięty hałasem i rytmem. Bring The Sun przerodziło się w kolejny utwór - Black Hole Man, czyli kolejna hitowa nowinka w repertuarze zespołu. Jakby mało było słuchaczom iście rockowej strony zespołu, BHM na zakończenie wyprało im mózgi i wykręciło ich na lewą stronę - utwór o dość post-punkowym aromacie nie wypuścił nas ze swych złowieszczych szponów, kontynuując misterne założenie Bring The Sun. Kawałek był przerywany dwa razy, przez jakiegoś idiotę, który nie do końca zdawał sobie sprawę z koncertu, na jakim się znajdował. Po pierwsze - muzyka Swans nie nadaje się do pogo. Do samoistnego kołysania się w transie - owszem. Po drugie - nie, Gira nie chce z Tobą przybijać piątek w trakcie GRY NA GITARZE. Otrząśnij się gościu.  I tak, oto koniec. Po dwóch i pół godzinie tej ekstatycznej udręki dla mięśni i umysłu mogliśmy ponownie pogrążyć się w smutnej materii naszych ciał, tak obolałych po tym niedającym wytchnienia artystycznym "czymś", bo koncertem zdecydowanie nie było.

 Oczywiście, w międzyczasie pojawiły się z dwa spokojniejsze utwory, które jednak zlały mi się w jedność w wyniku dość dużego podobieństwa do siebie - zdecydowanie bardziej wyróżniały się te intensywniejsze, bardziej swansowe utwory. Takie, w których zespół sprawdza się najlepiej.

Przed opuszczeniem klubu można było jeszcze zagadać z Girą, który dumnie trwał przy merchu podpisując płyty, plakaty, i inne bajery (nam podpisał bilety) - w dodatku, udało mi się wyrazić moje pozytywne wrażenia i pogratulować mu, co przypieczętowaliśmy uściśnięciem dłoni (której już nigdy nie umyję).

Swans na występach jest molochem, wielką konstrukcją chaosu niemożliwą do ogarnięcia dla zwykłego śmiertelnika. I mnie zdarza się nudzić na koncertach trzy razy krótszych niż wczorajszy, jednak tamte 2,5 godziny minęły mi w jednym momencie. Nie wiem jak to się stało, chyba na dość spory moment zatraciłem się we własnej wyobraźni, której akompaniowały te cudowne (ale nie tak cudowne jak kucyki, to jest raczej specyficzna, ta mniej optymistyczna cudowność) dźwięki, tak oryginalne i niemożliwe do podrobienia. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy tak bardzo nie zaangażowałem się w koncert i nie bez powodu przyszło mi to tak łatwo - 2,5 godziny to dużo czasu na zaprzyjaźnienie się z klimatem.

Tak, to był (póki co) najbardziej intensywny, najlepszy (pokuszę się o to słowo, choć nie cierpię używać go w jakimkolwiek kontekście) występ zespołu na żywo, jaki kiedykolwiek widziałem. I chciałbym też podziękować Orianie, że pokazała mi Łabędzie (choć to na pewno ja jestem większym maniakiem), bo inaczej tylko bym się wynudził. Bum. Już po wszystkim. Nie wierzę w to. Depresja pokoncertowa jednak jest rzeczywistą dolegliwością.


poniedziałek, 27 października 2014

Patrick Wolf i Soundedit Festival 2014

W sobotę rano wyjechaliśmy z Gdyni - ja, Gołomp (zwany też Magdą) i Oriana. Wspaniały i nowoczesny pociąg z gatunku pamiętających stan wojenny miał nas zawieźć do Łodzi, gdzie miał odbyć się koncert Patricka Wolfa (dla niewiedzących - Anglik, multiinstrumentalista, folk, elektronika, dużo akustyki i klawiszy), który był częścią Soundedit Festivalu. Ów festiwal, o dziwo, jest całkiem poważany na planie nie tylko samej Polski - jest to jedyny festiwal na świecie poświęcony producentom muzycznym. Stąd na nim takie sławy jak John Cale (The Velvet Underground) czy Karl Bartos (Kraftwerk). Jeśli zaś chodzi o moje oczekiwania wobec występu Pata - były wysokie, zwłaszcza, że naoglądałem się masy koncertów w internetach i znałem większość dyskografii, która wręcz obfituje w żwawe i energetyczne kawałki - perfekcyjne na występ na żywo. Po zdeponowaniu itemów u naszej przyjaciółki mieszkającej w Łodzi, wraz z nią wyruszyliśmy na miasto i potem już prosto pod klub Wytwórnia, w którym miało zajść całe wydarzenie. Całkiem sprawnie dotarliśmy na czas i okazało się, że łódzka komunikacja potrafi być czasami niezawodna. Pod klubem spotkaliśmy się z resztą ekipy i było nas już w sumie siedem osób.

Koncert miał zacząć się lada moment, napięcie narastało, brokat jeszcze dobrze nie ostygł - ale tak, wchodzi Patrick! Ale... jak to? Pierwszy moment niepewności i zawahania. Znowu jest rudy i ma totalnie krótką fryzurkę. Odziany jest w sumie po domowemu - sweter w dziwne wzory, jakieś tam spodnie, glany, chyba do obrony przed fanami Widzewa. No dobra, może odkuje się muzycznie.  No właśnie, problem był taki, że moje oczekiwania były chyba aż nazbyt wygórowane, bo, no.... średnio mnie to porwało. Liczyłem na to, że będę dziko baunsował i deptał ludzi glanami w rytm Tristana, a jednak ów Tristan nawet nie zagościł na setliście! Liczyłem, że po zakończeniu trasy akustycznej Patrick porzuci wizerunek eleganckiego, dostojnego i nieco puszystszego paniczyka przy klawiszach, a zmieni się w znanego fanom, dobrego, młodego i jakże narwanego szaleńca o wesołym usposobieniu. Wszystkie utwory zagrane na sobotnim koncercie, choć popularne, przybierały znacznie spokojniejszy, oszczędny w instrumentaliach wymiar. Obecni na koncercie mogli usłyszeć The Libertine zagrane niemalże całkowicie na jedno kopyto, Pigeon Song rozpoczynane przez Wolfa przynajmniej trzy razy z okazji nieumiejętnie nastrojonych skrzypiec; Magic Position wykastrowane na potrzeby klawiszy, harfy (która, moim zdaniem, zrobiła najlepszą robotę) i akordeonu. W sensie, koncert ten nie był zły, był po prostu przegadany i przez artystę potraktowany trochę zbyt luźno. Samo przegadanie (choć gęste i częste) było w zasadzie całkiem interesujące, Patrick opowiadał o bezdomności, o źródłach inspiracji dla niektórych utworów - bardziej skupiał się jednak na tym niż na właściwej muzyce. Momentami nawet był zabawny, bo robił śmieszne miny, coś pomylił, tu się zaplątał i inne takie. Albo bardzo się czepiam, albo po prostu setlista była trochę zbyt mało rozmaita i raczej rozlazła. Myślę, że całość wypadłaby lepiej, gdyby była samodzielnym występem poświęconym jedynie Patrickowi. Z chęcią zobaczę go jeszcze raz, ale mam nadzieję, że w bardziej porywającym wydaniu.

Potem załapaliśmy się jeszcze na fragment występu Lecha Janerki, następnie odbyło się wręczenie nagród dla Człowieka ze Złotym Uchem, no i później zostaliśmy na kawałku Johna Cale'a (znanego głównie z The Velvet Underground). Niedługo potem byliśmy już w domu, oglądaliśmy Porę na Przygodę, a potem kładliśmy się spać, bo w niedzielne południe wracaliśmy do Gdyni. Podróż powrotna zleciałaBY nam bez zbędnych ekscesów, gdyby nie specyficzny człowiek z wąsem, lat na oko 50+, który koniecznie musiał zagadywać wszystkich w przedziale, wypytując o najdrobniejsze detale z ich życia. Przez cztery godziny podróży w jego towarzystwie zdołałem przeczytać zaledwie trzy strony książki. Na szczęście po owych czterech godzinach odpuścił i przesiadł się gdzieś indziej, bo miał tam jakąś pilną sprawę. Jazda PKP to loteria, nigdy nie wiesz na kogo trafisz.

Na koniec zdjęcia autorstwa Oriany (ale ja też tam byłem, naprawdę):


poniedziałek, 8 września 2014

Legenda trip-hopu na żywo - Portishead; Artloop Festival 2014, Sopot


Dziś wyjątkowo to nie Michał napisze posta o koncercie, tylko Oriana. Uznaliśmy wspólnie, że blog wzbogaci notka napisana z nieco innej perspektywy niż zazwyczaj. Poza tym potrzeba stworzenia takiego posta wynikła z faktu dwóch fantastycznych wydarzeń, które miały miejsce w ostatnich dniach - Soundrive Festivalu w Gdańsku oraz koncertu Portishead w ramach 3. edycji Artloop Festivalu w Sopocie.

Z tego co pamiętam najpierw poznaliśmy dokładną datę trwania Soundrive'a. I tu był wielki entuzjazm, chęci udziału i ciekawość, jak się sprawuje klub B90. To miejsce urzeka nas już od poprzedniej edycji tego festiwalu i właściwe już wtedy postanowiliśmy, że następnym razem też się wybierzemy. Szyki pokrzyżowała nam jednak kolejna informacja odnośnie koncertu Portishead. Ciężko było nam uwierzyć w to, że tak wspaniały zespół zagra w Sopocie, jeszcze ciężej - że jego termin pokrywa się z terminem Soundrive'a. Fakt faktem, że nie mogliśmy się obejść bez kompromisów. Wolałam zobaczyć Brytyjczyków, ponieważ Portishead jest jednym z moich ulubionych zespołów, które znam od lat i dzięki którym zaczęłam odkrywać muzykę. Nareszcie mogło mi się to udać po moich poprzednich planach, które nie wypaliły (wpierw Portishead na festiwalu Malta w 2011, potem Portishead na Sacrum Profanum 2013). Dla Michała priorytetem pozostał Soundrive. I tak oto mogę opowiedzieć o tym, co zobaczyłam i usłyszałam w sopockiej Operze Leśnej chłodną nocą 5 września.

Tego wieczoru do Portishead w roli supportu dołączył polski duet o nazwie Skalpel. Muszę wyznać, że przed tym występem ani razu nie zainteresowałam się dorobkiem Polaków, więc na widowni Opery Leśnej zasiadłam jako czysta karta gotowa na nowe doznania. Starałam się sobie wyobrazić ich brzmienie i, szczerze powiedziawszy, nawet trafiłam. Skalpel zaprezentował muzykę elektroniczną wyważoną, o charakterze pętli, która z każdym ruchem mocniej się zaciska. Raz na jakiś czas w utworach przewijały się sample i jazzowe wstawki. Nie potrafię określić takiej muzyki, miejscami przypominała monotonną mantrę, gdzie indziej prawie-ambientowe pomruki. Bywało nudnawo, ale niesamowite wizualizacje wyświetlane w trakcie utworów ratowały od senności - fraktaliczne formy naprzemiennie z filmami posiadającymi fabułę przeplatały się, tworząc spójną, niepokojącą historię. Generalnie cieszę się, że mogłam zapoznać się z tym zespołem w takich, a nie innych okolicznościach. Zrozumiałe jest też to, że niecierpliwiłam się, czekając na Portishead.


Zgodnie z programem gwiazdy wieczoru wkroczyły na scenę o 21:30. Zaczęli od "Silence", wnosząc nieco energii w gnuśne towarzystwo szumnie zajmujące swoje miejsca. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Portishead na żywo brzmi zdecydowanie bardziej psychodelicznie, niż sugerowałyby nagrania (nota bene piękne nagrania). Już druga piosenka - "Nylon smile" - zaserwowała mi nadzwyczajnego tripa. Dopiero przy "Mysterons" w pełni uświadomiłam sobie, że właśnie spełnia się moje marzenie. Zespół zagrał "Wandering star" w inny sposób, niż się spodziewałam - wykorzystując minimalistyczną formę, która tylko potęgowała smutek płynący z tekstu piosenki - Beth zasiadła pośrodku zupełnie wyciemnionej sceny i starała się wszystkich wciągnąć w otchłań rozpaczy. Zaraz po tej niezwykle intymnej chwili zagrzmiała "Machine gun". Basy, basy, basy, te słynne basy, którzy wszyscy tak wychwalają, gdy dzielą się wrażeniami z koncertów Portishead - nareszcie mogłam się przekonać o wiarygodności tych opinii. Utwór dosłownie wgniatał w siedzenie, tak jakby dźwięk miał rozstrzelać wszystkich zgromadzonych. Apogeum osiągnięto w instrumentalnej części piosenki, kiedy można było praktycznie zemdleć z natężenia mocy. Ale to nie było wszystko - "Over" rozkwitła, aby pochłonąć kolejne ofiary. Potem mogłam się troszkę popowzruszać w trakcie "Glory box". Zbliżając się pomału do końca Portishead zagrali piosenkę o tytule "Chase the tear", której nie słyszałam nigdy wcześniej, chociaż ma już parę lat. Nie była dla mnie kanoniczna, ale podobała mi się. Zespół zagrał na bis dwa utwory - naszpikowane uczuciami "Roads" oraz wybornie miażdżące "We carry on". Mimo iż byłam zmęczona, zmarznięta i nieco głodna, żałowałam, gdy występ dobiegł końca. Bawiłam się fantastycznie i wyjątkowo przeżywałam ten wieczór. Zdecydowanie będzie to jeden z ważniejszych koncertów w moim życiu. Zdaję sobie sprawę, że Portishead to zespół, który od lat niczego nowego nie nagrał, a wszystkie koncerty są do siebie podobne, a nawet powtarzalne. Nie traktowałabym jednak takiego stanu rzeczy jako wadę, poniekąd dlatego, że usłyszałam ukochany zespół w takiej postaci, w jakiej go poznałam, ale nawet po zbudowaniu tego komfortowego wrażenia Portishead zdołali zaskoczyć mnie czymś nowym i pokazać swoje umiejętności w mieszaniu muzyki. Potrafią zagrać to samo na tysiąc różnych sposobów i ja to w pełni doceniam.

Następnego dnia dołączyłam do Michała na Soundrivie i razem mogliśmy zobaczyć między innymi występ Austry, ale o tym zapewne opowie już sam Michał.

piątek, 5 września 2014

Soundrive 2014

Oto dlaczego nie pojawiają się kolejne posty - po szkole wracam na chwilę do domu i znowu do Gdańska, bo Soundrive. Nie to, że nie mam czasu w ogóle, ale po prostu jest go za mało i wolę się polenić zamiast napisać coś na bloga. TRUDNO, ale niedługo pojawi się moja relacja z Sounda i jeszcze coś specjalnego. Także uzbrójcie się w cierpliwość!

wtorek, 5 sierpnia 2014

Off Festival 2014 - 02.08 i 03.08 (część 2)

W ostatniej części wrażenia z dnia 0. i 1., teraz druga część, może zmieszczę się tutaj też z podsumowaniem. Kontynuujmy zatem, bo wydarzenie było zaiste fantastyczne!

02.08.2014
W ciągu dnia poszliśmy do Reala na mały szoping i na Somersby zaraz za sklepem (tam gdzie cała reszta Offowej ekipy), a na koncerty standardowo poszliśmy około 17:00. Tego dnia wyjątkowo dopiero o 17:50, pierwszym zespołem, na który poszliśmy było Hookworms. Szczerze mówiąc, nie zapadł mi jakoś specjalnie ten zespół w pamięć, tak tam, zwyczajny rock.

Następnie polski zespół, Variété. Rzekomo rock, ale więcej akustyki, niestety nuda, ja w takiej muzyce nie gustuję. Może innym się podobało.

Później mieliśmy trochę oczekiwania, bo już o 19:40 było Deafheaven. Mój borze, jeden z lepszych koncertów Offa i chyba najlepszy tamtego dnia. Hipsterski blackmetalowy zespół dał czadu jak mało który, wszyscy skakali, pogowali, ludzie byli noszeni przez tłum, bardzo energetyczny występ. Szkoda tylko, że skończyli wcześniej, bo pewna wspaniała ekipa wciąż stała pod sceną i śpiewała słynne "dub dub dub" Scootera (robili to non stop, nawet poza koncertami). Fejspalm to za mało.Sam Deafheaven słuchałem raczej mało, ale wiem, że nadrobienie materiału to tylko kwestia czasu, bo zostałem solidnie zachęcony.

Chwilę później poszliśmy na kawałek Mister D, ale też jakoś specjalnie nas nie poruszyła. Na szczęście chwilę potem na Scenie Leśnej miała zjawić się Chelsea Wolfe, na którą bardzo się nastawialiśmy, na dodatek udało nam się zająć fajowe miejsca pod barierką, więc było idealnie. Koncert był bardzo udany, wszyscy narzekali, że to takie magiczne i podniosłe, ale wbrew pozorom wszystko technicznie stało na najwyższym poziomie. Zaśpiewała kawałki z The Grime and Glow, które znam i lubię, gościu na skrzypcach grał melodyjnie jak szalony, perkusista i basista też nadążali, byłem bardzo zadowolony - miła chwila wytchnienia po Deafheaven.

Później od razu wbiliśmy się w okolice Sceny Trójki, bo miało grać Bo Ningen, na które zwłaszcza ja bardzo czekałem. I było świetnie. Ja słuchałem tylko ich Line The Wall z 2012, ale byłem zachwycony. Co więcej, zagrali utwory właśnie z tej płyty. Staliśmy nieco na uboczu, ale i tak szaleństwo nas dopadło. Taigen Kawabe i reszta ekipy wprowadzili wszystkich słuchaczy i widzów w psychodeliczny amok, wszyscy się trzęśli, skakali, gibali na wszystkie możliwe kierunki. Byliśmy zaledwie na połowie ich koncertu, bo chcieliśmy trochę wcześniej wyjść, aby odpocząć przed The Jesus And Mary Chain, ale mimo to był to jak dla mnie jeden z występów festiwalu.

Wróciliśmy na pole, chwilę odpoczęliśmy, w sumie to dopadł nas sen i kompletnie nie chciało mi się potem wstać, by pójść zobaczyć TJMC, które przecież miało być jedną z twarzy tej edycji Offa. Jakoś jednak się zebraliśmy, stanęliśmy w tłumie i czekaliśmy na rozpoczęcie. No i w końcu się zaczęło. Nie był to może najfajniejszy koncert na jakim byłem, ale był dobry technicznie. Panowie zagrali trochę na jedno kopyto, trochę za mało różnorodnie, trochę się już postarzeli (co widać), ale cieszę się, że mogłem na żywo usłyszeć takie ich hiciory jak Just Like Honey, In A Hole, czy na przykład Some Candy Talking. A potem spać.

03.08.2014
Ostatni dzień i oto atakuje nas nostalgia, bo już wiem, że będę tęsknił za Offem aż do przyszłego roku. Zapominając o tym, zbroimy się jednak, ogarniamy, wcinamy śniadanie, prowizoryczny obiad i już o 17:00 zaczynamy rajd po scenach.

Na pierwszy ogień - Perfect Pussy. Porównanie do Iceage w przewodniku festiwalowym bardzo mnie skusiło na ten koncert, jednak prawdę mówiąc, nie wniósł on czegoś wielkiego do mojego życia. Zwykły, powiedziałbym, tępy punk.

Zaraz po tym jakże wspaniałym koncercie czekała nas długa przerwa aż do 20:45, kiedy to miały zacząć grać ważne dla nas zespoły/wykonawcy. W międzyczasie poznałem dwoje członków redakcyjnego grona Magnetoffonu, którzy byli bardzo mili i strasznie fajnie było ich poznać, i których serdecznie pozdrawiam (choć pewnie i tak tego nie przeczytają).

Po jakimś czasie udaliśmy się jednak na jakiś koncert, coby nie marnować czasu. Wybór padł na Andrew W.K. Okej, nie była to muzyka wysokich lotów, bardziej podchodziła pod jakiś pop, wizerunek raczej tandetno-metalowy, ale jako performer facet był świetny i umiał poruszyć tłum. Zabawne tańce, teksty utworów podziałały na nas naprawdę pozytywnie.

Jakiś czas później poszliśmy na Rojka, o 20:45, bo chcieliśmy zobaczyć jak wita publiczność, ale widocznie musiał to zrobić już wcześniej, bo po prostu zaczął grać. A zapowiadało się smętnie, więc przykro, panie dyrektorze artystyczny, ale Nisennenmondai wygrało w losowaniu. Japońskie trio kobiet czarowało hipnotycznym rytmem perkusji, głośnym, mruczącym basem. Niestety, również nie mieliśmy okazji bardziej się wsłuchać, bo musieliśmy pójść czatować na...
SLOWDIVE. Udało się nam zająć dogodne miejsca prawie pod sceną. I bardzo dobrze, bo był to jak dla mnie koncert Offa. Zagrali moje ulubione piosenki, w tym słynne Souvlaki Space Station i Alison. Zaprezentowali 100 % shoegaze'u w shoegazie, wszystko było takie jak sobie wyobrażałem. Faceci z TJMC powinni zobaczyć jak zespół  starzeje się w pięknym stylu. Bo lata minęły, a wszystko wciąż było tak czarujące, poruszające jak na nagraniach. Może głos Rachel był nieco za cicho w stosunku do reszty, ale to nie mogło zepsuć całego wrażenia. Było po prostu zajebiście. Po koncercie czailiśmy się na autografy od zespołu, niestety, pojawił się tylko autograf Neila Halsteada, ale to przecież twarz zespołu, więc i tak radość.
Później kawałek Belle & Sebastian zobaczyliśmy, ale byliśmy już zmęczeni po prawie godzinie czekania na podpis, więc zwinęliśmy się do namiotu, a następnego dnia już wracaliśmy do domu. Off minął szybciej niż się zaczął.

Podsumowując:
Miejsce akcji naprawdę mi się podobało. Pole namiotowe było ogarnięte, było czysto, kabiny prysznicowe działały sprawnie, kolejki nieco się dłużyły, ale zawsze udawało nam się szybciej ogarnąć. Ludzie też byli w porządku, nie było zamieszek, hałasów (poza bandą Scootera) ani rozrób. Jeśli chodzi o muzykę, bo to ona jest esencją Offa, było świetnie. Nie widzieliśmy aż tak wielu zespołów, wiele nam zwyczajnie przepadło przez zmęczenie, ale było bardzo różnorodnie, nie nudziliśmy się. Technicznie wszystko grało, drobiazgi takie jak zły stosunek głośności poszczególnych instrumentów nie psuły pozytywnego wrażenia. Zobaczyliśmy takie legendy jak The Jesus and Mary Chain, Neutral Milk Hotel, czy wybitny Slowdive. Nie żałuję. I już teraz planuję pojawić się na następnej edycji. A żeby było trochę ciekawiej - poniżej trochę zdjęć.
Kościół w Katowicach.
Chelsea Wolfe na scenie.
Szalone Deafheaven.
Scena mBanku, czyli scena główna.
Moja Oriana w trakcie soundchecku Chelsea Wolfe.

W oczekiwaniu na Slowdive.
Focia przed The Jesus and Mary Chain.

Slowdive na scenie.
Offowe przewodniki z podpisem Halsteada.