Pokazywanie postów oznaczonych etykietą review. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą review. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 marca 2015

Cocteau Twins - Garlands [4AD; 1982]


Zespół: Cocteau Twins
Tytuł albumu: Garlands
Rok: 1982
Wydawnictwo: 4AD
Gatunek: post-punk, ethereal (?)

Lata osiemdziesiąte. Gdybym miał wehikuł czasu (do czego oczywiście dążę), to nie zawahałbym się nawet przez moment przed ustawieniem tego właśnie okresu dziejów ludzkości jako punktu docelowego na panelu kontrolnym mojego niezwykłego wynalazku. To definitywnie mój ulubiony okres w dziedzinie rozwoju kultury wszelakiej, od kinematografii, aż po muzykę (na której chciałbym się tutaj skupić). To właśnie wtedy narodziło się (lub stało się bardziej powszechnymi) mnóstwo gatunków, które wcześniej raczkowały, albo też zwyczajnie nie umiały zdefiniować się w swoich zasadach. To czasy niepokoju, w których największe triumfy święcił post-punk i cała gama okołorockowych typów muzyki, przeważnie o bardzo pesymistycznym, nieomal dekadenckim wydźwięku. To taki romantyzm w muzyce - nie do końca wiadomo o co chodzi, ale to fantastyczne w swej efemeryczności i odmienności od głupiego materializmu. Rok 1980 zaowocował powstaniem wytwórni 4AD, czyli aż do czasów dzisiejszych jednego z najbardziej dochodowych, a zarazem alternatywnych wydawnictw muzycznych. Jednym z najsłynniejszych dzieciąt 4AD okazało się być Cocteau Twins, co do którego pierwotnie miałem dość mieszane uczucia. Po prostu, posłuchajcie sobie któregokolwiek ich utworu z pierwszego albumu, a zrozumiecie, że to nie jest zespół, który można rozpatrywać w typowych kategoriach.

Cocteau Twins to trio pochodzące ze Szkocji. Zespół tworzyli pierwotnie Will Heggie (baśka), Elizabeth Fraser (wokal) oraz Robin Guthrie (ogarniający trochę gitarę, trochę bas i cały bajzel z automatem perkusyjnym). W 1983 Heggie powiedział papa (albo został bezpardonowo wykopany) i w ramach focha stworzył Lowlife. Został zastąpiony przez Simona Raymonde'a, który w zespole trwał do końca (czyli do 1997), jednak przy tworzeniu Garlands brał udział jeszcze Heggie. Grupa istniała od 1979, jednak przez dłuższy czas szukali sobie kogoś, kto wydałby jakiekolwiek ich płyty. Dopiero po trzech latach z pomocą przyszło im wspaniałomyślne 4AD, co koniec końców okazało się być jednym z najbardziej trafionych deali w historii wytwórni.

Kiedy robiłem pierwsze podejście do Garlands, nie wiedziałem jeszcze do końca czego oczekuję. Ciężko mi było sobie wyobrazić fuzję post-punku z damskim wokalem (błądziłem myślami gdzieś w rejonach Xmal Deutschland, którzy notabene wydali pierwszy album za pośrednictwem 4AD) i etherealu, o którym w sumie nie miałem zielonego pojęcia i, jak mi się obecnie wydaje, jest to termin raczej orientacyjny, nie może być głównym gatunkiem, a jedynie charakterystyką wydźwięku danego post-punku czy szeroko pojętego rocka, do którego się odnosił (podobnie taguje się darkwave'ową Lycię chociażby). Po pierwszym odsłuchu byłem jakby zawiedziony. Bo to ani Lycia (nie wiem co sobie ubzdurałem, ale jakby tak pomyśleć, to istnieje bardzo cienka linia pokrewieństwa), ani żwawe bębny i bas spod znaku Xmala. A już szczególnie zadziwił mnie wokal (serio) - rozedrgany, dziwny, może nawet trochę niezrozumiały.

A teraz - moje obecne zdanie na temat tego albumu, po wielokrotnym przewałkowaniu go, bez jakichkolwiek prób odniesień wydawnictwa do innych wykonawców.
Cocteau Twins wylansowali nie-ziem-ski styl w swojej muzyce. Cały ten zabieg jest niemożliwy do podrobienia, tak jak niemożliwe do podrobienia są totalnie powalone strojenia Thurstona Moore'a. Nawet ciężko to ubrać w słowa - to jak mega spowolniony post-punk z zachowanymi wszystkimi cechami gatunku (rytmiczne garnki, intensywny bas, gitara o mrożącym wydźwięku) z wokalem, który po czasie przemówił do mnie jako jeden z najoryginalniejszych głosów damskich spośród wszystkich jakich miałem okazję słuchać. Panowanie Elisabeth Fraser nad dźwiękami generowanymi przez jej struny głosowe przypomina mi starannie dopracowane ewolucje doświadczonej baletnicy. Choć taniec i śpiew to dwie różne dziedziny kultury, Fraser zdołała je zrównać pod względem kunsztu. Muzyki Cocteau Twins (zwłaszcza na Garlands) nie słuchało się dla "zajebistego riffu i pierdolnięcia blastów". To dzięki zespołom takim jak ten nie mam oporów przed nazywaniem muzyki dziedziną sztuki. Współczesnej muzyki, y'now, 30 lat nie robi różnicy.

Już początek definiuje styl całości - Blood Bitch rozpoczyna się tłustym basem z reverbem, by za chwilę przy pomocy gitary wygenerować zabójczą chmurę niepokojącego klimatu, a wszystko to przy niebywałej rytmice automatu. Niepewność i mrok lat 80' to za mało, by opisać specyfikę tego albumu. Moment wejścia dzikiego vibrato Fraser (rozpływam się, wiem) budzi całkiem niezgorszy paradoks. Anielski i rozedrgany głos (będący bezbłędnym instrumentem) i ten klimat. To właśnie tę kombinację ciężko mi było przetrawić dawniej. Zdziwaczałem.
Koniecznie przeanalizujcie liryczną warstwę, nie tylko tego wydawnictwa, ale i całej twórczości Cocteau Twins. Ich teksty po prostu nie mają najmniejszego sensu, a opowieść snuta w kolejnych wersetach jest przeważnie fantastyczna i dziwna, momentami brutalna. W późniejszych latach Elizabeth Fraser posuwa się nawet do śpiewania w wyimaginowanym języku. Skoro do tej pory to nie miało sensu, to czemu nie mogłoby nie mieć go jeszcze bardziej, hę?

Blind Dumb Deaf  to jeden z moich faworytów tej płyty. To kolejne ze świadectw poetyzmu Garlands, które samo w sobie jest niebywale pięknym albumem, jednak na stuprocentowo dołujący sposób. Wspaniały zapętlony motyw gitary, powolny bas wybrzmiewający gdzieś daleko w tle, jeden prosty beat, a na szczycie ten dziwny nosowy głos dziewiętnastoletniej wówczas Fraser, którego nie sposób z czymkolwiek pomylić. Nie zapomnijcie o interpretacji tekstu, bo pomimo okrojenia (przeważnie ich teksty mają kilka linijek), zakładam, że wpakowane jest w niego mnóstwo zapewne nieznoszącego kompromisu przekazu. Na odświeżonej wersji płyty istnieje również Blind Dumb Deaf (2), które brzmi jak demówka pierwowzoru. Jest znacznie surowsze w warstwie instrumentalnej, a w połączeniu z idealnie klarownym wokalem jest chyba jeszcze bardziej interesujące. Jeśli poszukujecie tu najbardziej post-punkowego utworu, to z pewnością jest to Hazel, utwór szybszy od poprzednich, bardziej stawiający na tempo i rytm, niż na właściwą melodykę. Ale ponownie: jeśli tylko tego oczekujecie po Cocteau Twins, to równie dobrze możecie nie zapuszczać się w te rejony. To nie jest "po prostu kolejny post-punk". To zespół, do którego podchodzi się indywidualnie. Jak do każdego innego białego kruka.

Spytacie pewnie dlaczego odniosłem się do tak niewielu utworów. Być może zabrzmię (... zaczytam?) jak waryjat, jednak pomimo pewnego wzorca, na podstawie którego powstały utwory Garlands, całość rozpatruję jak... tomik poezji. Ot tak. Dla jednego będzie wadą swoista schematyczność tego albumu (głównie dlatego płyta jest gnojona przez "wielkie" media, które podniecają się raczej Heaven or Las Vegas), jednak w całości pokochałem ją za niecodzienny i ponury klimat, a także za to oryginalne brzmienie, jeden ze znaków rozpoznawczych wczesnego CT. To właśnie tę specyfikę lubię w muzyce Cocteau Twins najbardziej i to właśnie z niej trio stopniowo rezygnowało w kolejnych wydawnictwach. Quo vadis, mój guście?

Ocena: 10/10*


* - trzecia dziesiątka na trzy albumy z ocenami (zieeew).






poniedziałek, 26 stycznia 2015

Indie-rogalowe patologie o biblijnym posmaku - The Binding of Isaac: Rebirth

Niestety, nie znalazłem bardziej trafnego obrazka.

Tytuł oryginału: The Binding of Isaac: Rebirth
Rok wydania: 2014
Studio: Nicalis
Gatunek: roguelike, dungeon crawler
Kraj: USA

Nigdy nie spodziewałem się, że jakakolwiek gamingowa pikseloza pochłonie aż tyle mojego wolnego czasu. To się stało... tak nagle. Otóż, któregoś razu włączam sobie podstawową wersję gry (The Binding of Isaac), ot tak, z ciekawości. I potem znowu, i jeszcze raz, i kolejny. The Binding of Isaac w oryginale było więcej niż uzależniające. Cholernie trudny rogal (roguelike, czyli oldschoolowe bieganie po losowo generowanych planszach i wyżynanie hord przeciwników) w iście retro oprawie, z diabelnie satysfakcjonującym ogromem przedmiotów i chorą stylistyką, skradł moje serce na długo. Wszystko jednak z czasem traci na uroku, podobnie było także z tym tytułem. Po jakimś czasie (około roku) pojawiła się odświeżona odsłona tego kozackiego dungeon crawlera, tym razem opatrzona podtytułem Rebirth. Niewiele myśląc, jak wzorowy maturzysta, postanowiłem stracić kolejne ogromne fragmenty życia na przebijanie się przez fale absurdalnie ohydnie zaprojektowanych adwersarzy. Ale od początku! O co tu chodzi? Gdzie biblijny aspekt? Poluzujcie zatem kalesony, bo oto spieszę z wyjaśnieniami.

The Binding of Isaac: Rebirth, podobnie jak oryginał, jest wariacją na temat biblijnej przypowieści o Abrahamie i jego synu Izaaku, który z polecenia Trójkąta Opisanego Na Oku, miał zostać zgładzony przez własnego padre. Ot tak, dla sprawdzenia siły wiary - bo wcale nie dało się tego zrobić w nieco... łagodniejszy sposób? Nie o tym jednak tutaj, tylko o samej grze. Izaak, będący naszym głównym bohaterem, kryje się w piwnicy, aby uchronić się przed złowieszczym fatum. W rzeczonym bejsmencie, pokonując kolejne armie przeciwników, ładuje się w jeszcze większą kabałę niż ta, która czekałaby go ze strony ojca - bo wiadomo, że ta akurat biblijna przypowieść skończyła się dość optymistycznym akcentem. Tak więc ta oto historia jest jedynie pretekstem do tego, by z pieśnią na ustach pokonywać kolejne pokoje, obrabiać tzw. Treasure Roomy ze skarbów, by ostatecznie zarzynając bossa danego piętra, skoczyć w mroczną czeluść prowadzącą na następne - od zwyczajnego Basementu, poprzez brudne i smutne Necropolis, na Sheolu czy Katedrze kończąc. A i każda z postaci (bo z czasem przyjdzie ci ich odblokować więcej, m.in. Judasza, Kaina czy chociażby Ewkę) ma swoje zakończenia, swoje przedmioty początkowe i swoje statystyki. Gameplayu co niemiara.

Losowość jest tu Twoim najlepszym przyjacielem, ale też najgorszym z przeciwników. Spójrzmy prawdzie w oczy - możesz trafić na genialny run świetnymi przedmiotami i miodem płynący, a możesz też trafić na taki, w którym badziewne akcesoria będą doprowadzać cię do torsji, aż w końcu staną się twoim katem i zginiesz od źle postawionej bomby lub zmyli cię twoja własna łza, tutaj pełniąca rolę pocisku. Ta gra się nie patyczkuje, a zadania nie ułatwiają także wymyślne maszkary, które przychodzi nam siekać od pokoju do pokoju. Bo jeśli o nie chodzi (zarówno o zwykłe moby jak i bossów, którzy także mogą mieć biblijną genezę, ale nie muszą*), to są zaprojektowane bez-błę-dnie. Gwarantuje ci przy tym, drogi czytelniku, że przy pierwszej rozgrywce nie ominie cię auto-pytanie w stylu: "co me oczy słyszą?!". Bo zmierzysz się tu z takimi stworkami jak zwyczajne muchy, pijawy czy pająki, ale zgładzisz też Dziecko-Arlekina (omg), skaczącą główkę z zajęczą wargą, czy gościa o imieniu Peep, który, no... leje pod siebie. Na ciebie zresztą też.

Oprawa graficzna sama w sobie robi tutaj całą grę, zwłaszcza w tej rozszerzonej wersji gry - podczas gdy tam wszystko wyglądało jak żywcem wyjęte z komiksu, tutaj już można swobodnie policzyć piksele. Oczywiście jest to zabieg celowy i dodaje jedynie smaczku, ba, przywodzi na myśl prawdziwe ośmiobitowe hiciory sprzed dekad. Muzyka to prawdziwy kosmos, z lekka melancholijne partie na klawiszach są przeplecione niemalże post-rockowymi (SERIO!) kompozycjami na elektryku. Nie muszę mówić, że dźwięki wszystkich stworków są również wykreowane świetnie i brzmią w zasadzie, no... zbyt groźnie jak na grę wyglądającą w TEN sposób!

Chciałbym dać maksa, ale aż nie przystoi, bo nie jest to w zasadzie wyjątkowo ambitna gra zmieniająca światopogląd. Owszem, z każdym podejściem wszystko będzie wyglądało inaczej, na odmienną modłę zbudujemy naszego bohatera, pokonamy innych bosów, być może sprzedamy życie za dodatkowe itemki w pokoju diabła (serio, i takie możliwości istnieją) - możliwości są chyba tysiące. Problem jest taki, że TYLKO i AŻ tyle ma do zaoferowania TBoI: R. Jeśli jednak interesuje was cudownie szybki gameplay i ćwiczenie palców w akompaniamencie dziwnych realiów - nie wiem na co jeszcze czekacie.

Ocena: 8/10

*- ciężko mi sobie wyobrazić, by walka z wielką kupą miała jakieś biblijne pochodzenie.

niedziela, 16 listopada 2014

King Crimson - Red [Island/Atlantic; 1974]

Właśnie sączę sobie rzekomo czeskie piwo o nic nie mówiącej mi nazwie Starovar. Wiem tylko tyle, że ma żurawinowy smak i jest przeraźliwie słodkie. Ale nie o tym tutaj - to jedynie miało uzmysłowić Ci, drogi czytelniku, że stworzyłem sobie idealne warunki do pisania o muzyce. A muzyka, którą dziś wziąłem na tapetę w żaden sposób nie kojarzy się ze słodyczą - paradoks? Zespół i album, o którym mowa, są mistrzami paradoksu, łamliwych, zmiennych i płynnie ewoluujących kompozycji, ciężkich niczym bloki ze Stonehenge; mistrzami progresywy i budowy klimatu - od zawsze, na zawsze. Mam na myśli oczywiście King Crimson i mój ulubiony album tej grupy - Red.


To właśnie z King Crimson wypływają korzenie, będące przy okazji źródłem inspiracji dla wielu współczesnych zespołów nie tylko hard rockowych, ale też psychodelicznych, progresywnych, w skrajnych przypadkach krautrockowych. Zespół uformowany w 1968 przechodził szereg różnych zmian przez niemalże pięć dekad swojego istnienia, jednak zdecydowanie najbardziej pamiętanym i najchętniej wspominanym okresem twórczości był ten od 1969 do końcówki lat 70'/początku 80'. Moja przygoda z KC zaczęła się od rzeczonego Red, więc to właśnie tę płytę najbardziej chciałbym polecić - między innymi dlatego, że jest niezwykle przystępna, dość krótka, a przy tym składna, trzymająca się całości.
Pierwszą częścią klamry spinającej całość jest utwór instrumentalny - imiennik albumu. Przez sześć minut dane jest nam słyszeć niesamowicie chwytliwy, łamiący się i zgrzytliwy riff zmieniający swą rytmikę i akcenty. Wsłuchując się w tło, można usłyszeć swoiście industrialne smaczki (przynajmniej ja je tak odbieram) - uderzenia o blachę wybijające takt. Pojawienie się wiolonczeli w połowie to istny majstersztyk, budujący przy okazji specyficzną, gęstą i ciemną atmosferę płynącą swobodnie jak fluid. Fallen Angel nasuwa pewne skojarzenia z Pink Floyd za czasów (nie)sławnego Syda Baretta - spokojna ballada na czystym kanale o momentami dość akustycznym wydźwięku - wokal Wettona i w takim klimacie świetnie się sprawdza - na plus także pojawienie się trąbki (która zazwyczaj mnie wkurza) i oboju. Dalej, mój ulubiony utwór płyty i chyba KC w ogóle - One More Nightmare. Riff początkowo zapowiadający klona Red, po chwili przeradza się w wesołą/charczącą/burczącą/blaszaną/saksofonową kompozycję o cudownym tekście (z którym polecam się zapoznać), z charakterystycznymi dla progresywy przejściami w spokojniejsze stadia, zmienną rytmiką i nastrojem całości. Nagłe zakończenie nie pozostawia niesmaku, co jest nieczęstym zjawiskiem. Providence skłania się raczej w eksperymentalną muzycznie stronę - utwór był zaimprowizowany w całości. Mimo tego faktu, zespołowi udało się zachować "heavymetalowy" sznyt i zmienność całości - na pierwszy plan wysuwa się ponownie Wetton, tym razem dwojąc się i trojąc przy basie. Gościnny występ Davida Crossa ze skrzypcami także miał niemały wpływ na wygląd całości - jest po prostu nieodłącznym elementem tego utworu. Zamykające całość Starless jest jakby fuzją wszystkich składowych KC występujących w pozostałych kompozycjach - mamy tu spokojniejszy wstęp, przeradzający się stopniowo w coś bardziej rockowego wraz ze zmianą tempa.

W utworach King Crimson nigdy nie istniało "tu i teraz". Każda kolejna sekunda przynosi coś nowego, pozornie drobne elementy, jednak zmieniające całość nie do poznania. Właśnie za to cenię twórczość zespołu - sumienność w swoim zamierzeniu. Sam fakt bycia legendą w świecie progresywy skłania do zapoznania się z twórczością grupy - a zdecydowanie najłatwiej i najlepiej (moim zdaniem) zacząć tę przygodę z Red.

piątek, 14 listopada 2014

Mannequin Neurose - Mannequin Neurose (1985)

Jestem świeżo po odsłuchu wyżej wymienionej EPki japońskiej grupy Mannequin Neurose i jednak bardziej niż na recenzję wzięło mnie na dość luźne przemyślenia - odkąd interesuję się jako-takim nurtem post-punkowym, nowofalowym, ogółem - wszystkimi pokręconymi krewniakami punku, nigdy jeszcze nie słuchałem grupy prezentującej swoją twórczością taki kierunek, jednak pochodzącej z innego miejsca niż Europa i Stany. Nie sądziłem, że to powiem, jednak jestem tak samo jak wy zaskoczony swoją opinią - okazuje się, że Japończycy też mieli swego czasu solidną scenę post-punkową, oczywiście w latach 80', na które przypadał rozkwit gatunku i wysyp post-punkowych potworków.


No więc to tyle z przemyśleń - co do samej EPki - jest kozacka jak mało co - w sensie, nic ostatnio nie porwało mnie tak jak to czteroutworowe dzieło. Od typowo nastawionego na bas riffu z wokalem podobnym do... Cerebral Ballzy (serio, sam się zdziwiłem) w pierwszym utworze, którego tytułu nie jestem w stanie napisać; poprzez Urabe, które ma jakiś sznyt Big Black z czasów Atomizera (o zgrozo) - wokalnie wciąż jest to zbolały lament do post-punku pozornie nieprzystający; po drodze napotykając Aomushi swoim biciem na perkusji zdolnym zmusić nasze serce do arytmii - wokal po raz kolejny udowadnia, że nie jest to spokojny i płaczliwy post-punk spod szyldu Joy Division; aż do Myoyaku, które włączyło mnie do grona wyznawców tego utworu. No bo serio, zaczyna się kultowym phaserem, który robi szum jakich mało. Prawdziwe party zaczyna się od momentu wejścia wokalu, który jest niepokojący, rozedrgany, podzielony na kilka warstw, zawodzi niczym rzucający zaklęcie. Jako że to dzieło Japończyków, od razu skojarzyłem go z przygodami Harry'ego Masona w Silent Hill, a bardziej z samą atmosferą tego porąbanego miasteczka i jego "piekielną", rdzawą wersją.

Tylko cztery kawałki, a wrażeń co niemiara. Przynajmniej dostałem nauczkę, że nie samą Europą i USA post-punk żyje. Już raz mnie Japonia oczarowała, przy okazji psychodelicznego Bo Ningen, które po części wygrało tegoroczną edycję Offa. Czekam na więcej, bo na pewno do niejednego jeszcze się przekonam.

poniedziałek, 20 października 2014

Strach nosi cylinder i czarny płaszczyk - "The Babadook" (2014)

Od dawna przymierzałem się do obejrzenia The Babadook skuszony głównie... plakatem filmu. Naprawdę, wydał mi się całkowicie awangardowy i budził skojarzenia z rysunkami ze Scary Stories To Tell In The Dark, co swoją drogą serdecznie polecam. Krótki opis tej australijskiej produkcji również obiecywał wiele. Miałem także dość wygórowane oczekiwania - wiem, jak wygląda obecnie kwestia horrorów, większość stosuje tanie sztuczki, powiela schematy, a w trakcie fabuły absurdy rodzą absurdy. Czy film sprostał moim oczekiwaniom?
Groza na 102.
W pierwszych scenach poznajemy główne postacie dramatu (raczej horroru, choć z rozwojem fabuły budzą się w nas sprzeczne uczucia) - Amelię i Samuela. Amelia (Essie Davis) jest wdową, jej mąż zginął w wypadku w trakcie transportu żony do szpitala - była w ciąży i lada moment miał urodzić się ich syn. Ów chłopiec to Samuel (Noah Wiseman), jest trochę dziwaczny, ma problemy z kontaktem z rówieśnikami, a ponadto ma wybujałą wyobraźnię - wszędzie widzi potwory, na które bez ustanku zastawia pułapki, ze złomu zgromadzonego w domu konstruuje prowizoryczne bronie przeciwko nim. Amelia nie radzi sobie z wychowaniem Samuela, jest całkowicie specyficznym dzieckiem, a jej problemy pogłębia niemożność poradzenia sobie ze stratą męża - nawet po tylu latach rana na jej duszy jest wciąż otwarta i ani myśli się zagoić. Problemy rodziny sięgają zenitu kiedy Samuel prosi matkę o przeczytanie mu znalezionej na półce książki o Babadooku - mrocznym stworze żyjącym w ciemnościach, którego wpuszczenie do swojego życia jest równoznaczne z rozpoczęciem koszmaru. Nie muszę chyba wspominać, że na tym momencie film się nie kończy. Ostrzeżenia zawarte w pozornie niewinnej książce dla dzieci zdają się na nic - Amelia i Samuel będą musieli zmierzyć z czymś, o czym do tej pory im się nie śniło.

Film jest zrealizowany w świetny, bardzo oldschoolowy sposób. Z lekka wyblakłe kolory, zabiegi stosowane w celu nastraszenia widza, klimat budowany w wyjątkowym stylu, przywodzą na myśl najstarszych protoplastów rodziny horroru - na przykład Dziecko Rosemary. Widz straszony jest tutaj inaczej niż w większości nowszych filmów grozy, nie uświadczycie tu wrednych screamerów przyprawiających skórę o ciarki głównie hałasem i elementem zaskoczenia. Tutaj cała atmosfera budowana jest dużo bardziej subtelnie, stopniowo, lecz również zaskakująco. W wielu momentach, gdy akurat spodziewamy się czegoś strasznego, nic tak naprawdę się nie dzieje. Napięcie wyczuwalne jest cały czas. Sama zjawa nie jest tylko pretekstem do stosowania wyżej wymienionych "krzykaczy" - w zasadzie to widzimy ją w filmie zaledwie kilka razy, zawsze niewyraźnie, szybko migającą w kadrze. Kolejnym świetnym rozwiązaniem było przedstawienie ruchu Babadooka animacją poklatkową, co jest wyraźnym puszczeniem oka w stronę fanów starych, jeszcze niemych filmów grozy.

Zakończenie jest nieprzewidywalne, dziwne, dające większy popis raczej po głębszej interpretacji - przedstawienie w filmie mogłoby wydawać się płytkie, ale tylko gdy zlekceważymy jego drugie dno.

Babadook daje nadzieję na dobre jakościowo, nieprzewidywalne, nowoczesne, lecz staroszkolne kino grozy. Gdzie atmosfera zaszczucia budowana jest jak dawniej - muzyką, grą świateł, niewyraźnymi kształtami, w których możemy doszukiwać się konkretnych sylwetek. Trzeba być prawdziwym wirtuozem, by przy użyciu tak niewielu środków wzbudzić w widzu realny lęk. A to się pani reżyser z całą pewnością udało.

piątek, 17 października 2014

Kolejne 10 ulubionych albumów Michała.

Czyli moich. Wiem, że lista była umówiona na 20 albumów, czyli w sumie dodatkowe 15 nawiązując do poprzedniej mojej topki, ale prawdę mówiąc, zbyt dużo albumów i zespołów lubię, żeby rozdrabniać się na te kilka płyt. Więc voila, oto bonusowe 10 płyt, które naprawdę mnie kręcą. Jedna informacja - jak wiadomo z któregoś mojego poprzedniego posta, kiedyś skupiałem się wyłącznie na chamskiej muzyce mainstreamowo-metalowo-rockowej, nie zagłębiając się nigdy w pozostałe gatunku. Ideą poniższej listy było to, żeby zawrzeć na niej albumy, które bardzo spodobały mi od momentu mojego ogarnięcia z muzyką. Po prostu, nie będą to płyty, które kocham od lat. Będą to takie, które za kilka lat wciąż będę kochał, do których z nostalgią będę wracał.

10. The Woken Trees - NNON (2013)
Bardzo lubię post-punk i właściwie nigdy, naprawdę, nigdy nie mogłem trafić na grupę, która ten gatunek muzyki z powodzeniem przenosiłaby na współczesne realia - wiecie, bez tego całego szumu, głosu nieco przesuniętego na tło, zachowując przy tym wszystkie wspaniałości gatunku. Okazuje się, że idea jest jak najbardziej rzeczywista, a w dodatku bardzo strawna! NNON to symfonia basu, jeżącego włosy niskiego wokalu, hipnotyzujących riffów i szarego, ponurego klimatu. The Woken Trees trafili w sam środek mego gustu.

9. Temples - Sun Structures (2014)
Wiele z pozycji na tej liście nawet mnie zaskakuje swoją obecnością, ale lubię podejmować spontaniczne decyzje - oto jedna z nich. Sun Structures to tegoroczna świeżynka, która ani na krok nie odstaje od tego, co dokonane było już parę dekad temu. Temples z powodzeniem pogodzili na swoim debiutanckim krążku typowego, klasycznego indie rocka, z oldschoolową psychodelą spod znaku pierwotnych Beatlesów, ewentualnie Pink Floydów za czasów Syda Barretta. Dźwięki gitary są bardzo "catchy", perkusja angażuje w nerwowe wystukiwanie palcami rytmu, natomiast rzewny wokal Jamesa Bagshawa tłucze się w głowie bez opamiętania.

8. Slowdive - Souvlaki (1993)
 To musiało się stać - w końcu "Suwałki" zagościły na którejkolwiek z moich list. Porzucając melancholię i żale, albo raczej zmieniając ich ujście, przejdźmy do Slowdive. Brytyjska grupa może być wyśmiewana za budzące realny smutek kompozycje, ogólną płaczliwość fanów, itp., jednak trzeba im przyznać, że w swoim stylu są mistrzami. Jakby w opozycji do teoretycznie pokrewnego im My Bloody Valentine, swoiście uładzili shoegaze, czyniąc go zarazem agresywnym, atakującym falą gitarowego brzmienia, a jednocześnie bardzo spokojnym, płynnym i poetyckim. A Souvlaki to sztos i płyta ta powinna być znana każdemu fanowi wszelkich dziwniejszych pochodnych muzyki rockowej.

7. Fleetwood Mac - Tango In The Night (1987)
Właściwie wszystko co ma jakikolwiek związek ze Stevie Nicks, bądź resztą ekipy, jest wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju i na pewno zasługuje na uwagę, ale spośród obszernej dyskografii Fleetwood Mac, postanowiłem wybrać właśnie ten album. Kilka razy robiłem podejście do muzyki zespołu, ale pierwsze wydawnictwa raczej mnie odstraszały, nie miały jakiegoś charakterystycznego punktu zaczepienia, nie porywały, były raczej jednolite i w moim odczuciu zlewały się w jedną, dość niesmaczną całość. W końcu został mi polecony album Tango In The Night. W momencie pierwszego odsłuchu doznałem małego szoku, bo płyta była zaskakująco świetna! Kawałki były składne, kompozycje akustyczne przeplatane z lekko popowymi, elektrycznymi, żwawsze ze spokojniejszymi, awangardowe z dość wzorcowymi. To było Fleetwood Mac, o którego legendzie tyle się naczytałem.

6. Mac DeMarco - 2 (2012)
 Tutaj mogłaby się znaleźć każda płyta tego wesołego Kanadyjczyka, serio. Dlaczego zatem jest to 2? Do pierwszej płyty naprawdę nic nie mam, jest świetna, wylansowała specyficzny lo-fi/indie styl muzyka, zawierała masę przyjemnych kawałków. Problem jest taki, że jej następczyni jest... dużo lepsza! O ile to możliwe, oczywiście. Zwyczajnie ulepszała każdy z elementów, pokazując jednocześnie jak bardzo poprzednia płyta była wybrakowana. A Salad Days, no cóż... Trochę powtórka z rozrywki. Co nie zmienia faktu, że z muzyką tego gościa trzeba się zapoznać, zwłaszcza jeśli lubicie być hipnotyzowani przez skomplikowane riffy i dziwaczne pasaże okraszone psychodelicznym vibem.

5. IAMX - Kiss + Swallow (2004)
 Muzyka Krzysia Cornera może się albo podobać, albo cholernie męczyć. Czy naprawdę są ludzie, których męczy? Zwłaszcza ten album nie ma prawa tego robić! Corner pojawił się już na liście Oriany przy okazji wymieniania albumu Sneaker Pimps - tam jednak wkraczał bardziej na zmienne i efemeryczne tereny trip-hopowe. IAMX to solowy projekt muzyka, co przełożyło się na niemal całkowitą zmianę klimatu i tematyki. Kiss+Swallow to 100 % elektroniki w elektronice. Już na papierze muzyka IAMXa jest złożona jak mało co, rzeczywistość pogłębia to wrażenie. Album momentami zapuszcza się w meandry synth-rocka, przeradza się w powolne, ale czarujące mroczną atmosferą ballady, by za chwilę totalnie urzec dziwnym beatem i niemalże erotycznym vibem. W mojej opinii - opus magnum Cornera.

4. The Horrors - Strange House (2007)
 Nasza lista przebojów wkracza na niebezpieczne tereny mainstreamu (he, he)!  The Horrors! Historia z nimi jest nadzwyczaj ciekawa i niecodzienna, bowiem każda ich płyta prezentuje sobą co innego, więc ciężko się tu we wszystkim połapać. Takie Skying sięga momentami po mocno wyraziste wydanie dream popu, z kolei tegoroczne Luminous dla wielu było marnym skokiem na kasę i porzuceniem oryginalnej stylówki (i ja poniekąd tak to odebrałem). Zdecydowałem się na płytę z ich stajni, która była najbardziej "horrorsowa", podnieciła mnie pomysłem i sprawiła, że razem z Farisem Badwanem śpiewałem: "Jack the Ripper, Jack the Ripper". Mowa tu oczywiście o Strange House, czyli jedynym garażowym, niemalże punkowym wydawnictwie od The Horrors. Późniejsze fascynacje elektroniczną warstwą muzyki tutaj jeszcze kiełkowały, zatem muzycy niemal całkowicie skupiali się na mocno przesterowanych, skrzeczących gitarach. Wrzaski Farisa i dość mroczny klimacik nadawały całości fantastycznego kształtu, który później niestety został zabity. Wciąż liczę na powrót do korzeni.

3. My Bloody Valentine - Loveless (1991)
Jako tró fan szugejzu nie mogę nie lubić Loveless. A teraz na serio, już bez indoktrynacji ze strony muzyki. Poważnie, ta płyta jest satysfakcjonująca do bólu i właściwie mogłaby być wyznacznikiem dla wielu wykonawców tego samego gatunku. Brakuje symulowania smutku charakterystycznego dla pobratymców ze Slowdive, wokal jest usunięty w tło, ale ma znacznie inny wydźwięk, natomiast riffy... och, te riffy! Tak melodyjne, lo-fi, zmienne, hałaśliwe, jak mało gdzie. Obok wszelkich stworków spod rąk Olivera Ackermanna - płyta-instrukcja dla młodocianych gwałcicieli gitary.

2. Death Grips - Exmilitary (2011)

 Nie byłbym sobą, gdyby na tej jakże profesjonalnej liście nie znalazło się coś rapsowego. A skoro rapsy, to tylko Def Gryps. Te nygasy (właściwie to w połowie) z Kalifornii, Ju Es Ej, do perfekcji opanowały arkana hip-hopu innego niż wszystkie. Od teraz bity nie stały się tylko przygrywką i punktem wyjścia dla wyrzucania z siebie salw słów - teraz to już sztuka i mało kto będzie w stanie powtórzyć coś takiego. Warstwa melodyczna stoi tu na równi z innymi gatunkami, jest tak samo pełnoprawnym elementem, jak u każdego innego zespołu (co w hip-hopie może być dość zaskakujące). Bity są całkowicie różnorodne i hipnotyzujące. nawijka MC Ride'a  ma sens i płynie jak rzeka. Nie tylko dla fanów hip-hopu.

1. Swans - Filth (1983)
 Te złowieszcze ząbki będą mnie prześladowały już do końca życia. "Brud" otworzył całkowicie nową drogę w dziejach muzyki i na pewno miał ogromny wpływ na obecny kształt łabędziej dyskografii. Powietrze jest ciężkie. Ściany obdarte z tapety. Tu i tam puszczają nam oko pordzewiałe rury. Przy samej ziemi niosą się jakieś opary, ni to mgła, ni to para. Wszędzie jest wilgotno, szaro, plugawie. Macie to? Właśnie zobrazowałem wizualną wersję Filth. Wersja muzyczna nie odbiega od tego opisu, a nawet go przewyższa. Hałas i repetatywne motywiki w kawałkach miażdżą naszą czaszkę z siłą tytanowego młota, klatka hałasu jest nadzwyczaj ciasna i ani myśli dać nam troszkę więcej miejsca na rozprostowanie kończyn. Mozolne dźwięki niedostrojonej gitary gwałcą nasze uszy bez opamiętania. W końcu dopada nas syndrom sztokholmski, i oto błagamy o więcej. Warto poznać, chociażby dla kontrastu z najnowszymi wydawnictwami.

środa, 8 października 2014

O prozie Stephena Kinga słów kilka.

Gdyby w tym momencie dano mi książkę Kinga, jednak nie wiedziałbym kto jest jej autorem i na podstawie stylu, w jakim została napisana, miałbym odgadnąć kto ją napisał - nie miałbym najmniejszego problemu z określeniem tego. Myślę, że większość osób (nawet te, które nie czytają jego książek) ma świadomość tego, że człowiek ten wykształcił wyjątkowy, niesamowicie kunsztowny (jak na literaturę typowo mainstreamową) styl, który:
a) jest ciężki do podrobienia;
b) jest łatwy do rozpoznania;
c) współcześnie stanowi wzorzec dla wielu początkujących (i nie tylko) pisarzy.
Jestem przekonany, że tytułów takich jak Miasteczko Salem, Christine, Cmętarz Zwieżąt, czy sławetna Mroczna Wieża, nie trzeba wymieniać.

Pisanie w superlatywach odłóżmy na bok, bo, co oczywiste, jego proza nie jest bez wad. W mojej opinii pisze on bardzo nierówno. Prawdę mówiąc, jego wyjątkowy styl odczuwalny jest niemalże w każdej książce z jego stajni, jednak często książki są schematyczne, powtarzają ten sam wzór prowadzenia fabuły, lub są całkowicie absurdalne i dziwaczne (w tym śmiesznym stylu). W żadnym wypadku nie mogę odmówić pomysłowości zawartej w wodzeniu czytelnika za nos, zaskakiwaniu go totalnie niespodziewanymi rozwiązaniami, podejmowania pewnej gry z odbiorcą. Problem polega na tym, że wielokrotnie łapałem się na "przewidywaniu" kolejnych wydarzeń w książce, zwyczajnie kierując się schematem z innej. Być może mieliście szczęście i trafiliście na bardziej odmienne jego książki, ja jednak miałem "pecha".

Zostawmy na razie wady w spokoju. Wracając do dobrych książek - ich przodująca cecha jest taka, że są BARDZO dobre. Naprawdę, jak już Kingowi udaje się wbić we właściwy rytm, to wszystko dąży do najczęściej całkowicie satysfakcjonującego końca. Za przykład mogę tu podać Cmętarz Zwieżąt (nie regulujcie odbiorników) - jest to moja ulubiona książka autora. Cenię ją za niesamowity klimat, którym przesiąka od pierwszych stron, wylewający się "grobowy" klimacik, fajnie przeplecione wątki typowo realistyczne z fantastycznymi, a nawet za obecność subtelnych, choć stosunkowo istotnych wątków plemiennych, rytualnych. Zakończenie na długo zostało w mojej głowie. Może właśnie to był mój problem. Może pierwsza książka Kinga, którą przeczytałem, była zbyt dobra i wyśrubowała we mnie oczekiwania niemożliwe do zaspokojenia. Hmm...

Wyżej wspomniana Mroczna Wieża również należy do moich ulubionych książek, a raczej serii książek. Saga o rewolwerowcu Rolandzie i reszcie gromadki zmagających się z przeciwnościami losu w post-apokaliptycznym świecie nie mogła się nie udać. Zwłaszcza, że seria ta łączy wszystkie możliwe uniwersa, motywy, a także najlepsze rozwiązania zakwitłe kiedykolwiek w przepełnionym fantazją umyśle Stephena Kinga.

Łatka najlepszego pisarza zajmującego się grozą pasuje do niego, jednak tylko (lub "aż") połowicznie. Zamykanie twórczości tego autora w szufladzie z naklejką "groza", jest zwyczajnie krzywdzące. King potrafi zbudować wspaniałą i intrygującą fabułę nie uciekając się tutaj do straszenia czytelnika w jakikolwiek sposób. Równie dobrze można przypisać mu miano dramaturga, ewentualnie fantasty-pisarza.

Wysokie noty dotyczące jego książek o czymś świadczą i gwarantuję, że w jego twórczości każdy znajdzie coś dla siebie (no, może poza dziećmi). Pomijając kilka tytułów, które niczym mnie nie zaskoczyły i zwyczajnie wynudziły, styl Kinga jest jedyny w swoim rodzaju, momentami obsceniczny, jednak do bólu naturalny, obrazowy. Dla mnie już chyba na zawsze pozostanie niedoścignionym wzorcem.

niedziela, 5 października 2014

Kolejna wizyta w Gotham - "Gotham" S01E01 (2014)

Z dużą dozą rezerwy przyjąłem wiadomość o powstawaniu serialu na podstawie komiksu o Batmanie. Nigdy nie byłem specjalnym fanem seriali opartych na przygodach superbohaterów - Arrow wydawał mi się całkowicie nużący i naiwny, Tajemnice Smallville nawet obiecujące (jednak nie doczekały się mojego większego zainteresowania). Krótko mówiąc, zawsze odnosiłem wrażenie, że temat jest traktowany trochę po macoszemu, trochę na odwal się, twórcy jakby trochę pasożytowali na marce nie starając się jednak o jakąś sensowną jakość produkcji. Gotham z lekka odmienił moje zdanie w kwestii takich seriali. Albo to ja do tego dojrzałem, albo jego wykonanie rzeczywiście jest naprawdę obiecujące.
Same znajome twarze (tylko nieco młodsze).
Gotham jest serialem produkcji amerykańskiej emitowanym przez stację FOX. Jego gatunek nie jest łatwy do określenia, wbrew tytułowi i bazie, na której się opiera, to w dużej mierze serial kryminalny. Głównym bohaterem jest tu James Gordon, świeżo upieczony detektyw policji w Gotham, mieście pełnym niebezpieczeństw, mrocznym, nieprzyjemnym. To był pierwszy fakt, który zaskoczył wielu fanów człowieka-nietoperza. Bo jak to, głównym bohaterem - Gordon? Okej, jest to istotna postać w uniwersum DC, jednak nikt raczej nie spodziewałby się przyznania mu głównej roli. Wiele osób nie dopuszczało do siebie takiej myśli, wiele do sprawy podchodziło sceptycznie, myślę jednak, że odcinek pilotażowy całkowicie rozwiał wątpliwości obu grup. Postać Jamesa Gordona już za czasów komiksu lub chociażby filmów Nolana, była całkiem obiecująca. Wiele z aspektów jego charakteru i historii nigdy nie zostało w pełni wyjaśnionych, w skrajnych przypadkach zostały opisane/przedstawione po łebkach. Tutaj poznajemy genezę detektywa, widzimy budującą się stopniowo relację z młodym jeszcze Brucem Waynem, przyszłym strażnikiem miasta.
Jeszcze brak mu czarującego wąsa, ale dajmy mu szansę. A w tle od lewej: Harvey Bullock i niedoszły Pingwin.
Miasto, czyli główny plan, na którym rozgrywają się wydarzenia, od początku czaruje. Na pierwszy rzut oka widać, że jednym z celów twórców było zachowanie z lekka burtonowskiego, subtelnie gotyckiego i mrocznego klimatu. Tutaj nawet za dnia jest jakby ciemno i szaro, każdy stalowy element jest trochę zardzewiały, budynki mają surowy kształt, a w każdej ciemniejszej uliczce łatwo o darmową korekcję zgryzu. Zachowanie klimatu zdecydowanie na plus. W pierwszym odcinku poznajemy też całą rzeszę postaci ikonicznych dla fanów komiksu. Napotykamy tu młodocianą Selinę Kyle, która wesoło hasa po dachach, Ivy Pepper*, której zamiłowanie do roślin później przerodzi się w chorą manię; mamy dziwnie wychudzonego Pingwina, który niekoniecznie przepada za swoją ksywką; Edwarda Nygmę, który w każdą wypowiedź stara się wpleść zagadkę - nie można się nudzić. Problem jest taki, że atrybuty tych postaci zostały przerysowane - kotów jest za dużo, roślin też, zagadek podobnie. Rozumiem puszczenie oczka w stronę fanów Batmana, rozumiem też, że nadmiar tego wszystkiego był skierowany raczej w stronę osób niezapoznanych z komiksem - do wybaczenia. Cieszę się, że postacie te mają potencjał, a z pewnością pojawi się ich jeszcze więcej i wątpię, aby ktoś został pominięty. Nieopierzony Jim Gordon jest jeszcze trochę porywczy, nie do końca ogarnia procedury istotne w pracy w policji, jednak ciekawe będzie obserwowanie swoistej ewolucji bohatera. Jedyną wadą dotyczącą go, mogą być nieco drętwe i naiwne kwestie. W sumie dotyczyłoby to całej gromady bohaterów. Wierzę jednak, że w kolejnych odcinkach wstąpi to na nieco wyższy poziom i zyskamy Gotham takim, jakim powinno być zawsze.

Póki co, widzę ogromny potencjał. Będę śledził losy bohaterów z zapartym tchem i czuję, że ciężko będzie to zepsuć. Nie łudźcie się jednak, nie uświadczycie tu epickich walk wśród walących się budynków. Jeśli interesuje was natomiast akcent psychologiczny, powolna przemiana przyszłych nemezis nietoperza i samego Jima Gordona - oglądajcie śmiało.

*Niektóre fakty z komiksu zostały nagięte i twórcy dość luźno podeszli do pierwowzoru. Zatem nie dziwcie się, że coś wam się tutaj nie zgadza.

niedziela, 21 września 2014

"Futurama", czyli sci-fi w wydaniu komicznym (1999-2013)

Tytuły seriali dla dorosłych można wymieniać godzinami - od klasycznych już Simpsonów, poprzez średniawe momentami Family Guy, aż po ordynarne do granic możliwości South Park. Na pierwszy rzut oka ciężko połapać się w ogromnym natłoku pozornie identycznych i nie różniących się od siebie seriali. W całym tym zbiorze fantastycznych, tragicznych, "takichsobie" produkcji jest jedna, którą wyróżnia wiele. Mowa tu o tytułowej Futuramie.
Ekipka głównych bohaterów. W skrócie - załoga Planet Express.
Co jest takiego wyjątkowego w tymże serialu? W odcinku pilotażowym pierwszego sezonu poznajemy głównego bohatera, którego porażek będziemy świadkami przez długi czas. Jest nim Philip J. Fry, życiowy nieudacznik, dostawca pizzy, którego kariera zawodowa jest z lekka upośledzona, a i w życiu prywatnym też niespecjalnie mu się powodzi. W wyniku dziwnych zawirowań, trafia on od komory kriogenicznej i z roku 1999 przenosi się 1000 lat naprzód. Łatwo się domyślić, że nieprędko ujrzy swoje czasy i swe poprzednie życie. Od tego momentu akcja nabiera właściwego tempa i w tych oto futurystycznych realiach będzie osadzona praktycznie do końca. Niedługo potem poznajemy kolejnych członków głównej obsady, będą to: jednooka mutantka Leela; Bender, zgorzkniały robot-alkoholik; Profesor Farnsworth, jedyny żyjący krewniak Fry'a, a także Doktor Zoidberg, krabopodobny lekarz, który praktycznie nie ma zielonego pojęcia o ludzkim organizmie.
Kwintesencja Bendera na jednym obrazku.
Nasi bohaterowie niedługo potem stają się pracownikami firmy Planet Express należącej do Farnswortha, a zajmującej się przesyłem towarów między planetami. W skrócie, taki prawie Star Trek, choć bardziej jego pastisz. Bo tak, napotkacie tu całe MASY gagów sytuacyjnych odwołujących się do nauki, do klimatów sci-fi, a nawet zwyczajnej i całkiem typowej popkultury. Motywy takie jak roboty-narkomani podłączający sobie wtyczkę będą tu na porządku dziennym. Bohaterowie są świetnie nakreśleni, mają swoją osobowość i zdecydowanie wzbudzają sympatię. Nawet kapitan Zapp Brannigan, z lekka zniewieściały kapitan-nieudacznik. Humor stoi tu na najwyższym możliwym poziomie, choć momentami sięga dna, jakby to była typowa cecha seriali animowanych dla dorosłych. Realia, w których osadzona została akcja sprawiły, że jest to moja ulubiona kreskówka tego typu. Wyłamuje się z tej nużącej już konwencji życia codziennego, użytej na przykład w Family Guy. Kreska w ogóle nie zestarzała się od 1999, a najnowsze odcinki wywodzą się z ubiegłego roku, więc na pewno nie odrzuci was warstwa wizualna. Głosy podłożone są bezbłędnie, zwłaszcza Bender rzuca się w uszy ze swymi sarkastycznymi docinkami i absolutnie przepitym głosem.

Futurama to serial, z którym powinien zapoznać się każdy maniak fikcji naukowej, niekoniecznie w tym całkowicie poważnym wydaniu.

poniedziałek, 8 września 2014

Legenda trip-hopu na żywo - Portishead; Artloop Festival 2014, Sopot


Dziś wyjątkowo to nie Michał napisze posta o koncercie, tylko Oriana. Uznaliśmy wspólnie, że blog wzbogaci notka napisana z nieco innej perspektywy niż zazwyczaj. Poza tym potrzeba stworzenia takiego posta wynikła z faktu dwóch fantastycznych wydarzeń, które miały miejsce w ostatnich dniach - Soundrive Festivalu w Gdańsku oraz koncertu Portishead w ramach 3. edycji Artloop Festivalu w Sopocie.

Z tego co pamiętam najpierw poznaliśmy dokładną datę trwania Soundrive'a. I tu był wielki entuzjazm, chęci udziału i ciekawość, jak się sprawuje klub B90. To miejsce urzeka nas już od poprzedniej edycji tego festiwalu i właściwe już wtedy postanowiliśmy, że następnym razem też się wybierzemy. Szyki pokrzyżowała nam jednak kolejna informacja odnośnie koncertu Portishead. Ciężko było nam uwierzyć w to, że tak wspaniały zespół zagra w Sopocie, jeszcze ciężej - że jego termin pokrywa się z terminem Soundrive'a. Fakt faktem, że nie mogliśmy się obejść bez kompromisów. Wolałam zobaczyć Brytyjczyków, ponieważ Portishead jest jednym z moich ulubionych zespołów, które znam od lat i dzięki którym zaczęłam odkrywać muzykę. Nareszcie mogło mi się to udać po moich poprzednich planach, które nie wypaliły (wpierw Portishead na festiwalu Malta w 2011, potem Portishead na Sacrum Profanum 2013). Dla Michała priorytetem pozostał Soundrive. I tak oto mogę opowiedzieć o tym, co zobaczyłam i usłyszałam w sopockiej Operze Leśnej chłodną nocą 5 września.

Tego wieczoru do Portishead w roli supportu dołączył polski duet o nazwie Skalpel. Muszę wyznać, że przed tym występem ani razu nie zainteresowałam się dorobkiem Polaków, więc na widowni Opery Leśnej zasiadłam jako czysta karta gotowa na nowe doznania. Starałam się sobie wyobrazić ich brzmienie i, szczerze powiedziawszy, nawet trafiłam. Skalpel zaprezentował muzykę elektroniczną wyważoną, o charakterze pętli, która z każdym ruchem mocniej się zaciska. Raz na jakiś czas w utworach przewijały się sample i jazzowe wstawki. Nie potrafię określić takiej muzyki, miejscami przypominała monotonną mantrę, gdzie indziej prawie-ambientowe pomruki. Bywało nudnawo, ale niesamowite wizualizacje wyświetlane w trakcie utworów ratowały od senności - fraktaliczne formy naprzemiennie z filmami posiadającymi fabułę przeplatały się, tworząc spójną, niepokojącą historię. Generalnie cieszę się, że mogłam zapoznać się z tym zespołem w takich, a nie innych okolicznościach. Zrozumiałe jest też to, że niecierpliwiłam się, czekając na Portishead.


Zgodnie z programem gwiazdy wieczoru wkroczyły na scenę o 21:30. Zaczęli od "Silence", wnosząc nieco energii w gnuśne towarzystwo szumnie zajmujące swoje miejsca. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Portishead na żywo brzmi zdecydowanie bardziej psychodelicznie, niż sugerowałyby nagrania (nota bene piękne nagrania). Już druga piosenka - "Nylon smile" - zaserwowała mi nadzwyczajnego tripa. Dopiero przy "Mysterons" w pełni uświadomiłam sobie, że właśnie spełnia się moje marzenie. Zespół zagrał "Wandering star" w inny sposób, niż się spodziewałam - wykorzystując minimalistyczną formę, która tylko potęgowała smutek płynący z tekstu piosenki - Beth zasiadła pośrodku zupełnie wyciemnionej sceny i starała się wszystkich wciągnąć w otchłań rozpaczy. Zaraz po tej niezwykle intymnej chwili zagrzmiała "Machine gun". Basy, basy, basy, te słynne basy, którzy wszyscy tak wychwalają, gdy dzielą się wrażeniami z koncertów Portishead - nareszcie mogłam się przekonać o wiarygodności tych opinii. Utwór dosłownie wgniatał w siedzenie, tak jakby dźwięk miał rozstrzelać wszystkich zgromadzonych. Apogeum osiągnięto w instrumentalnej części piosenki, kiedy można było praktycznie zemdleć z natężenia mocy. Ale to nie było wszystko - "Over" rozkwitła, aby pochłonąć kolejne ofiary. Potem mogłam się troszkę popowzruszać w trakcie "Glory box". Zbliżając się pomału do końca Portishead zagrali piosenkę o tytule "Chase the tear", której nie słyszałam nigdy wcześniej, chociaż ma już parę lat. Nie była dla mnie kanoniczna, ale podobała mi się. Zespół zagrał na bis dwa utwory - naszpikowane uczuciami "Roads" oraz wybornie miażdżące "We carry on". Mimo iż byłam zmęczona, zmarznięta i nieco głodna, żałowałam, gdy występ dobiegł końca. Bawiłam się fantastycznie i wyjątkowo przeżywałam ten wieczór. Zdecydowanie będzie to jeden z ważniejszych koncertów w moim życiu. Zdaję sobie sprawę, że Portishead to zespół, który od lat niczego nowego nie nagrał, a wszystkie koncerty są do siebie podobne, a nawet powtarzalne. Nie traktowałabym jednak takiego stanu rzeczy jako wadę, poniekąd dlatego, że usłyszałam ukochany zespół w takiej postaci, w jakiej go poznałam, ale nawet po zbudowaniu tego komfortowego wrażenia Portishead zdołali zaskoczyć mnie czymś nowym i pokazać swoje umiejętności w mieszaniu muzyki. Potrafią zagrać to samo na tysiąc różnych sposobów i ja to w pełni doceniam.

Następnego dnia dołączyłam do Michała na Soundrivie i razem mogliśmy zobaczyć między innymi występ Austry, ale o tym zapewne opowie już sam Michał.

sobota, 30 sierpnia 2014

Jak poznałem Harry'ego Pottera...

Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. Była wigilia świąt Bożego Narodzenia. Było już późno po kolacji, w telewizji leciał Kevin Sam w Domu, a ja siedziałem na fotelu babci trzymając w rękach książkę. Miałem wtedy może 6 albo 7 lat. Tytuł przemawiał do mnie złotymi literami: Harry Potter i Kamień Filozoficzny. Ale faza, czegoś takiego jeszcze nie znałem. Po pierwszych paru stronach byłem, hmm... zszokowany? Zawiedziony? To chyba dobre słowo. Fabuła nie porwała mnie od samego początku. Opowiadała o jakichś nudnych Dursleyach. Bałem się, że tak będzie cały czas. Że zostałem paskudnie oszukany a cały ten "kamień filozoficzny" to jakaś zmyłka albo metafora. Starałem się wtedy nie myśleć o najczarniejszych możliwych scenariuszach (czyli totalnie skopanej książce), a wręcz brnąłem dalej, bo wierzyłem, że może mi się to spodobać. Oczywiście, moje przeczucia nie były mylne.
Okładka , którą widziałem tamtego dnia.
Wszystko co działo się później w fabule zrobiło mi totalne pranie mózgu, w tym pozytywnym sensie. Był bohater, który był nieco starszy ode mnie, ale taki... zwyczajny, zupełnie jak ja. Miał stereotypowo nierozumiejących niczego opiekunów, spinających się do niego o wszystko. Nie miał rodziców, ani nawet przyjaciół, zatem był samotny. Aż w końcu, nagle, ni stąd ni zowąd stał się kimś wyjątkowym. Okazało się, że jest czarodziejem i czeka go kilka lat edukacji w tak fantastycznej placówce, jaką był Hogwart. Wszystkie te niesamowite wydarzenia, które go spotykały, mecze Quidditcha, zajęcia z zielarstwa, a nawet porypanych (z powodu Snape'a) eliksirów były czymś, co było dla mnie całkiem nowe i urzekające tak bardzo, że chciałem, aby spotkało mnie to w prawdziwym życiu. Nazwijcie mnie wariatem albo kimś nienormalnym, ale przez długi czas wierzyłem, że być może to wcale nie jest fikcja i w końcu, gdy będę miał 11 lat, przyjdzie do mnie ten upragniony list. Wracając do fabuły, była niesamowita, różnorodna. Że aż użyję takiego oklepanego zwrotu: magiczna. Okej, magia to powszechny temat w książkach, podobnie fantastyczne stwory i czarodzieje-mordercy. Ale o wyjątkowości tej książki stanowi to, że dzieje się ona jakby na tym samym planie, na którym toczy się zwyczajne, szare, nudne życie. Świadomość tego, że gdzieś obok nas, nieświadomych niczego, mogą toczyć się zaciekłe boje o losy świata, jest przytłaczająca.
Plakat filmowy "jedynki".
Obawiam się, że ten cały opis i opinia o pierwszej części tej historii jest nacechowana emocjonalnie. Oczywiście, że jest, ale nie na tyle, żeby miała wpływ na ocenę końcową. Bo nawet osoba, która nie jest fanem Harry'ego Pottera musi przyznać, że seria ta miała ogromny wpływ na współczesną literaturą, a nawet popkulturę w ogólnym tego słowa znaczeniu. Jak to powiedział kiedyś Stephen King: Harry Potter jest o przezwyciężaniu strachu, znajdowaniu wewnętrznej siły i robienia tego, co jest słuszne w walce z przeciwnościami. Zmierzch jest o tym, jak ważne jest to, by mieć chłopaka.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Thorgal Aegirsson - nie taki zwykły wiking

Komiksy były pierwszym nerdowskim medium z jakim miałem styczność. Szczęśliwym trafem, mój ojciec w moim wieku był takim samym nerdem jak ja teraz i kolekcjonował je.

Offtop: Kolekcjonowanie komiksów było kiedyś znacznie prostsze. Jeden zeszyt kosztował koło 7 złotych polskich. Obecnie cienkie zeszyty powiązane w jakieś serie usuwają się w cień na rzecz "grubych" i znacznie droższych powieści graficznych. Czy to dobry zabieg? Odpowiedzcie sobie sami.

Wracając jednak do komiksów - najpierw sięgałem oczywiście po te bardziej znane serie - Spider-Man, X-Men, Mega Marvele, a nawet Asterix i Obelix. Czytałem też Punishera, ale totalnie mnie wynudził. Ot, typek z karabinem. Na szarym końcu została mi do przeczytania jedna tylko seria - Thorgal duetu polsko-belgijskiego - rysował Grzegorz Rosiński, scenarzystował Jean Van Hamme. Nie byłem do końca przekonany do tej serii, od początku głównie nastawiałem się na te o superbohaterach, a ta akurat seria opowiadała o przygodach... wikinga. Nie sądziłem, że może się w niej dziać coś ciekawego, myślałem, że to bardziej realistyczny twór, niemalże historyczny. Dałem w końcu Thorgalowi szansę i nie pożałowałem.
Pierwsze kadry pierwszego zeszytu serii.
Jak się okazuje, to polsko-belgijskie dzieło jest serią bardzo baśniową, fantastyczną. Tak naprawdę to niewiele jest tu prawdziwej, realnej historii, właściwie ciężko ją tu w ogóle wyczuć. Akcja może się dziać właściwie gdziekolwiek, jednak ubiór bohaterów, niektóre określenia, wyrazy sugerują, że jest to najprawdopodobniej Skandynawia. Baśniowość, o której wyżej wspomniałem, jest tutaj ogromną zaletą. Każda z kolejnych przygód naszego wikinga jest inna, jest nietypowa, momentami potrafi nawet zjeżyć włos (genialna opowieść o "Alinoe", koniecznie obczajcie). Scenarzysta wielokrotnie pokusił się tutaj o sięgnięcie do mitów, podań, lub nawet o stworzenie własnych. Miejsca takie jak Kraina Olbrzymów, postacie takie jak Branka z Najwyższej Wieży lub Strażniczka Kluczy wydają się być zaczerpnięte z jakiś starych, zakurzonych tomiszczy o przygodach minionych skandynawskich herosów, a jednak wcale nie są. Świat przedstawiony jest (w swojej fantastyczności) zbudowany bardzo przekonująco, klimatycznie. Żyje własnym życiem, jest pełen magii, zagrożeń, niesamowitości i rzeczy tak dziwnych, że aż niemożliwych.
"Alinoe", czyli jeden z najciekawszych zeszytów serii.
W pewnym momencie rozpoczyna się dość długa historia o Thorgalu, który zmuszony jest udać się do krainy swych przodków. To może zabrzmieć dziwnie, ale rzeczywiście, czeka go daleka droga. Zwrot akcji, który następuje w tym momencie jest co najmniej szokujący. Mało tego, to chyba najlepszy zwrot akcji, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem w komiksie. Powiem tylko, że zwrot ten na pewno zmieni wasze postrzeganie głównej postaci.
I właśnie, docieramy do bohaterów, a i oni są tutaj wyjątkowi. Thorgal na przykład, to bohater, z którym każdy będzie się utożsamiał. Jest prawy, odważny, nadzwyczaj mądry i sprytny. Później, gdy zakłada rodzinę, okazuje się również osobą bardzo odpowiedzialną, kochającą, opiekuńczą. Żona Thorgala, Aaricia, nie jest zwyczajną kurą domową. Owszem, gdy nie ma w domu męża, to ona zajmuje się wszystkim, pilnuje dzieci. Ale gdy trzeba, budzi się w niej duch córki wikingów, jest nieustraszona, waleczna, za wszelką cenę pragnie bronić swoich bliskich. Swoją drogą, to ona staje do walki z demonicznym Alinoe.  Jolan jest synem dwójki wyżej wymienionych. W fajny sposób została nam przedstawiona jego przemiana. Z byle chłystka zmienia się w wojownika, zbiera własną ekipę i zostaje poświęcona mu oddzielna seria. Drugim dzieckiem Thorgala i Aaricii jest Louve. Dziewczynka zdecydowanie wdała się w matkę, jest zadziorna, ciekawska, żądna przygody.
Thorgal i Aaricia.
Rysunek trzyma poziom i trzyma go przez cały czas, aż do teraz. Charakterystyczna kreska Rosińskiego jest bardzo znośna nawet po tylu latach, wszystko jest czytelne, proporcje są odpowiednio zachowane, a fantastyczne zjawiska są odpowiednio szalone i ciekawie narysowane. Scenariusz każdego zeszytu jest inny od poprzedniego, ciężko się tutaj wynudzić, bo wszystko jest całkiem inne i ciężkie do porównania ze sobą.
Jeśli znudzili się wam bohaterowie Marvela i DC - gorąco polecam Thorgala. Sam fakt, że po tylu latach wciąż gromadzi rzesze czytelników jest chyba wystarczającym dowodem. Seria obowiązkowa dla każdego fana komiksu.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Off Festival 2014 - 02.08 i 03.08 (część 2)

W ostatniej części wrażenia z dnia 0. i 1., teraz druga część, może zmieszczę się tutaj też z podsumowaniem. Kontynuujmy zatem, bo wydarzenie było zaiste fantastyczne!

02.08.2014
W ciągu dnia poszliśmy do Reala na mały szoping i na Somersby zaraz za sklepem (tam gdzie cała reszta Offowej ekipy), a na koncerty standardowo poszliśmy około 17:00. Tego dnia wyjątkowo dopiero o 17:50, pierwszym zespołem, na który poszliśmy było Hookworms. Szczerze mówiąc, nie zapadł mi jakoś specjalnie ten zespół w pamięć, tak tam, zwyczajny rock.

Następnie polski zespół, Variété. Rzekomo rock, ale więcej akustyki, niestety nuda, ja w takiej muzyce nie gustuję. Może innym się podobało.

Później mieliśmy trochę oczekiwania, bo już o 19:40 było Deafheaven. Mój borze, jeden z lepszych koncertów Offa i chyba najlepszy tamtego dnia. Hipsterski blackmetalowy zespół dał czadu jak mało który, wszyscy skakali, pogowali, ludzie byli noszeni przez tłum, bardzo energetyczny występ. Szkoda tylko, że skończyli wcześniej, bo pewna wspaniała ekipa wciąż stała pod sceną i śpiewała słynne "dub dub dub" Scootera (robili to non stop, nawet poza koncertami). Fejspalm to za mało.Sam Deafheaven słuchałem raczej mało, ale wiem, że nadrobienie materiału to tylko kwestia czasu, bo zostałem solidnie zachęcony.

Chwilę później poszliśmy na kawałek Mister D, ale też jakoś specjalnie nas nie poruszyła. Na szczęście chwilę potem na Scenie Leśnej miała zjawić się Chelsea Wolfe, na którą bardzo się nastawialiśmy, na dodatek udało nam się zająć fajowe miejsca pod barierką, więc było idealnie. Koncert był bardzo udany, wszyscy narzekali, że to takie magiczne i podniosłe, ale wbrew pozorom wszystko technicznie stało na najwyższym poziomie. Zaśpiewała kawałki z The Grime and Glow, które znam i lubię, gościu na skrzypcach grał melodyjnie jak szalony, perkusista i basista też nadążali, byłem bardzo zadowolony - miła chwila wytchnienia po Deafheaven.

Później od razu wbiliśmy się w okolice Sceny Trójki, bo miało grać Bo Ningen, na które zwłaszcza ja bardzo czekałem. I było świetnie. Ja słuchałem tylko ich Line The Wall z 2012, ale byłem zachwycony. Co więcej, zagrali utwory właśnie z tej płyty. Staliśmy nieco na uboczu, ale i tak szaleństwo nas dopadło. Taigen Kawabe i reszta ekipy wprowadzili wszystkich słuchaczy i widzów w psychodeliczny amok, wszyscy się trzęśli, skakali, gibali na wszystkie możliwe kierunki. Byliśmy zaledwie na połowie ich koncertu, bo chcieliśmy trochę wcześniej wyjść, aby odpocząć przed The Jesus And Mary Chain, ale mimo to był to jak dla mnie jeden z występów festiwalu.

Wróciliśmy na pole, chwilę odpoczęliśmy, w sumie to dopadł nas sen i kompletnie nie chciało mi się potem wstać, by pójść zobaczyć TJMC, które przecież miało być jedną z twarzy tej edycji Offa. Jakoś jednak się zebraliśmy, stanęliśmy w tłumie i czekaliśmy na rozpoczęcie. No i w końcu się zaczęło. Nie był to może najfajniejszy koncert na jakim byłem, ale był dobry technicznie. Panowie zagrali trochę na jedno kopyto, trochę za mało różnorodnie, trochę się już postarzeli (co widać), ale cieszę się, że mogłem na żywo usłyszeć takie ich hiciory jak Just Like Honey, In A Hole, czy na przykład Some Candy Talking. A potem spać.

03.08.2014
Ostatni dzień i oto atakuje nas nostalgia, bo już wiem, że będę tęsknił za Offem aż do przyszłego roku. Zapominając o tym, zbroimy się jednak, ogarniamy, wcinamy śniadanie, prowizoryczny obiad i już o 17:00 zaczynamy rajd po scenach.

Na pierwszy ogień - Perfect Pussy. Porównanie do Iceage w przewodniku festiwalowym bardzo mnie skusiło na ten koncert, jednak prawdę mówiąc, nie wniósł on czegoś wielkiego do mojego życia. Zwykły, powiedziałbym, tępy punk.

Zaraz po tym jakże wspaniałym koncercie czekała nas długa przerwa aż do 20:45, kiedy to miały zacząć grać ważne dla nas zespoły/wykonawcy. W międzyczasie poznałem dwoje członków redakcyjnego grona Magnetoffonu, którzy byli bardzo mili i strasznie fajnie było ich poznać, i których serdecznie pozdrawiam (choć pewnie i tak tego nie przeczytają).

Po jakimś czasie udaliśmy się jednak na jakiś koncert, coby nie marnować czasu. Wybór padł na Andrew W.K. Okej, nie była to muzyka wysokich lotów, bardziej podchodziła pod jakiś pop, wizerunek raczej tandetno-metalowy, ale jako performer facet był świetny i umiał poruszyć tłum. Zabawne tańce, teksty utworów podziałały na nas naprawdę pozytywnie.

Jakiś czas później poszliśmy na Rojka, o 20:45, bo chcieliśmy zobaczyć jak wita publiczność, ale widocznie musiał to zrobić już wcześniej, bo po prostu zaczął grać. A zapowiadało się smętnie, więc przykro, panie dyrektorze artystyczny, ale Nisennenmondai wygrało w losowaniu. Japońskie trio kobiet czarowało hipnotycznym rytmem perkusji, głośnym, mruczącym basem. Niestety, również nie mieliśmy okazji bardziej się wsłuchać, bo musieliśmy pójść czatować na...
SLOWDIVE. Udało się nam zająć dogodne miejsca prawie pod sceną. I bardzo dobrze, bo był to jak dla mnie koncert Offa. Zagrali moje ulubione piosenki, w tym słynne Souvlaki Space Station i Alison. Zaprezentowali 100 % shoegaze'u w shoegazie, wszystko było takie jak sobie wyobrażałem. Faceci z TJMC powinni zobaczyć jak zespół  starzeje się w pięknym stylu. Bo lata minęły, a wszystko wciąż było tak czarujące, poruszające jak na nagraniach. Może głos Rachel był nieco za cicho w stosunku do reszty, ale to nie mogło zepsuć całego wrażenia. Było po prostu zajebiście. Po koncercie czailiśmy się na autografy od zespołu, niestety, pojawił się tylko autograf Neila Halsteada, ale to przecież twarz zespołu, więc i tak radość.
Później kawałek Belle & Sebastian zobaczyliśmy, ale byliśmy już zmęczeni po prawie godzinie czekania na podpis, więc zwinęliśmy się do namiotu, a następnego dnia już wracaliśmy do domu. Off minął szybciej niż się zaczął.

Podsumowując:
Miejsce akcji naprawdę mi się podobało. Pole namiotowe było ogarnięte, było czysto, kabiny prysznicowe działały sprawnie, kolejki nieco się dłużyły, ale zawsze udawało nam się szybciej ogarnąć. Ludzie też byli w porządku, nie było zamieszek, hałasów (poza bandą Scootera) ani rozrób. Jeśli chodzi o muzykę, bo to ona jest esencją Offa, było świetnie. Nie widzieliśmy aż tak wielu zespołów, wiele nam zwyczajnie przepadło przez zmęczenie, ale było bardzo różnorodnie, nie nudziliśmy się. Technicznie wszystko grało, drobiazgi takie jak zły stosunek głośności poszczególnych instrumentów nie psuły pozytywnego wrażenia. Zobaczyliśmy takie legendy jak The Jesus and Mary Chain, Neutral Milk Hotel, czy wybitny Slowdive. Nie żałuję. I już teraz planuję pojawić się na następnej edycji. A żeby było trochę ciekawiej - poniżej trochę zdjęć.
Kościół w Katowicach.
Chelsea Wolfe na scenie.
Szalone Deafheaven.
Scena mBanku, czyli scena główna.
Moja Oriana w trakcie soundchecku Chelsea Wolfe.

W oczekiwaniu na Slowdive.
Focia przed The Jesus and Mary Chain.

Slowdive na scenie.
Offowe przewodniki z podpisem Halsteada.

wtorek, 29 lipca 2014

Swans - "To Be Kind" (2014)

Ten post w założeniu ma być krótką recenzją wydawnictwa, ale poniekąd będzie też historią mojego nawrócenia się na Swans. W którymś wpisie wcześniej napisałem częściowo jaki był mój stosunek do zespołu. Krótko mówiąc - nie przepadałem za nim.O ile starsze nagrania tolerowałem, o tyle wszystkie albumy wydane po wznowieniu działalności przez Swans wydawały mi się nudne. Największą wadą, która mnie w nich męczyła była długość utworów. Utwór tytułowy z "The Seer" (2012) był dla mnie katorgą, bite 32 minuty powtarzalnej, monotonnej melodii. Wszystkie kawałki wydawały mi się jednakowe. Odpuściłem sobie słuchania tego po raz kolejny, bo nie widziałem dla "The Seer" ratunku. Minęły dwa lata i oto wychodzi na światło dzienne "To Be Kind", najnowsze dzieło Łabędzi. Po parokrotnym przesłuchaniu, w mojej opinii ich opus magnum.

Nieszczęśliwy dzieciaczek patrzący na nas z okładki albumu.

I oto wracamy do punktu wyjścia. Przy pierwszy podejściu myślę sobie: "O nie, znowu kawałki po pół godziny? Po 20 minut? Nieee, nie mam na to siły." Chwilę później stwierdzam: "Ale przecież wszystkie portale tak chwalą ten album, a nawet jego poprzednika, coś musi w tym być, może to ja coś robiłem źle."
Owszem, robiłem. Otóż, słuchając "The Seer" najczęściej w tym samym momencie robiłem coś innego. Muzyka leciała sobie cicho w tle, a ja na przykład gadałem na Skypie, przeglądałem 9gaga. Robiłem wszystko poza skupianiem się na muzyce. Przy "To Be Kind" postanowiłem całkowicie poświęcić się tej płycie. Wyłapywałem każdy najmniejszy dźwięk, każde przejście, każde wejście nowego instrumentu. I oczarowało mnie to. "To Be Kind", w przeciwieństwie do "The Seer" skupia się raczej na ludzkich sprawach. Brakuje mu tego mistycyzmu, który prezentował sobą poprzednik. Zamiast obłędu, dzikości, pewnej tajemniczości dostajemy album również nieprzewidywalny, ciężki w odbiorze, bardzo złożony, ale traktujący już o takich problemach jak dorastanie, samotność, monotonia ludzkiego życia, ograniczenia.
Warstwa muzyczna jest tak samo profesjonalna jak ostatnio, a wręcz udoskonalona. Pierwszą płytę otwiera "Screen Shot" - idealny wręcz utwór, magiczne preludium całości.
Charakterystyczny swing, nieco dzikie, quasi-folkowe bębny, Gira wykrzykujący "no hate, no will" pokazują, że Swans są w szczytowej formie i nie boją się sięgać bo ciężkie i nieprzyjemne tematy.
Następujące chwilę potem "Just A Little Boy" to utwór, w którym Gira wciela się w rolę dziecka. Nikt nie traktuje go poważnie, co potwierdzają jedynie śmiechy dorosłych, traktujących małego z dystansem.
"A Little God In My Hands" to mój faworyt. Z lekka funkowy (zaskakująco, jak na styl zespołu) kawałek chwilę potem atakujący nas głośną ścianą hałasu. Małym bogiem w naszych rękach jest wolna wola - "forever lazy, forever needing". Jesteśmy więźniami jedynie naszych żądz i natury, która jest nieubłagana.

Następnie, utwór sztandarowy płyty pierwszej, przebijające nawet tytułowe "The Seer" z poprzednika - "Bring The Sun Toussaint L'Ouverture". 34 minuty hołdu złożonego hawajskiemu dowódcy powstania przeciwko Francuzom na Haiti. Atakuje nas rytmicznym riffem robiącym nam papkę z mózgu. Dołóżcie do tego Girę wykrzykującego: "Liberte!". Aż sami się rwiemy do walki.
Zamykające płytę "Some Thing We Do" udowadnia, jak bardzo jesteśmy ograniczeni i jak bardzo monotonne jest nasze życie - "We see, we taste, we seek, we love, we fuck". I tak cały czas, i w kółko, i każdy z nas. Nie jesteśmy wyjątkowi.
Aby nie opisywać wszystkiego po kolei i zostawić wam trochę do odkrycia samodzielnie, wspomnę o jeszcze jednym tylko utworze z drugiej płyty - "Oxygen", kawałek, który był grany przez Swans na koncertach jeszcze na długo przed wydaniem "To Be Kind".

Bardzo rockowy moment albumu, charakterystyczny riff ciągnący się przez całe 8 minut, atakujący nas charakterystycznym "DUM" przy końcówce motywu. Wzbogacony brudną, metaliczną perkusją przywodzącą na myśl dawnych Swansów. Tlen jest tu potraktowany jako narkotyk, karmi nas, karmi nasz umysł, łamie kości.

"To Be Kind" już teraz jest moim ulubionym albumem roku. Brakuje mu chaosu i mistycyzmu "The Seer" (do którego również się przekonałem), ale podejmuje dywagacje na temat sensu ludzkiego życia, problemów, z którymi zmagamy się codziennie nawet nie mając o nich pojęcia. Misterne konstrukcje utworów, choć bardzo długie, co chwila nas czymś zaskakują, lekko cichną, by za chwilę wprowadzić jakiś nowy instrument, zaatakować umysł słuchacza hałasem. Wszystko jest tu zróżnicowane, stonowane, nic nie dominuje, niczego nie brakuje. Widać, że po 30 latach Gira i reszta ekipy nie próżnują, a jedynie ulepszają się, cały czas wydając album bardziej dopracowany od poprzednika. Ponownie postawili poprzeczkę bardzo wysoko, ale znając ich dokonania wiem, że przebicie "To Be Kind" to dla nich zaledwie kwestia czasu.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Ojej, fatalnie wyszedłem na tym zdjęciu! - "Shutter - Widmo" (2004)

Tego wieczoru po raz drugi miałem okazję obejrzeć ten tajski film. Sam kraj, w którym miała miejsce produkcja może czynić ją wyjątkową. Ale nie to czyni. Po raz drugi czułem nieziemski klimat, który otacza ten film, który aż rzyga z ekranu prosto w moją skalaną zaniepokojeniem twarz. Może nie przestraszył mnie aż tak bardzo jak za pierwszym razem (byłem młodszy i była późna noc), ale wciąż świetnie się bawiłem i czułem owe zaniepokojenie, o którym wspomniałem nieco wyżej.
Najlepszy azjatycki horror od czasów "Kręgu" - coś w tym jest.
Głównego bohatera, Tuna, poznajemy w trakcie jedzenia kolacji w restauracji w towarzystwie starych kumpli i dziewczyny. Wracając do domu samochodem, dziewczyna naszego głównego bohatera, Jane, uderza w przechodzącą przez ulicę dziewczynę. Tun ogląda się na ciało, po czym ponagla swą dziewczynę, by natychmiast jechała dalej. I tu zaczyna się właściwa akcja. Nasz główny bohater jako fotograf robi wiele zdjęć. Na tych właśnie zdjęciach zaczynają się pojawiać tajemnicze smugi, w końcu sylwetka potrąconej dziewczyny. Policja zabezpieczająca miejsce nieumyślnej zbrodni wspomina jednak jedynie o uderzeniu w przydrożny znak, brak natomiast wzmianek o jakichkolwiek rannych, bądź co gorsza, martwych. Nie zamierzam zagłębiać się tutaj w fabułę, jak zwykle w swoich recenzjach. Warto natomiast wspomnieć, że jest przemyślana, trzyma się kupy, a końcowy zwrot akcji na pewno niejednemu widzowi zamota w głowie.
Muzyka jest świetna, mroczna, buduje napięcie stopniowo, pojawia się w kluczowych momentach. Idealna do takiego horroru. Straszaki w postaci nagłych wyskoczeń czegoś na widza, pojawieniu się zjawy na ekranie, głośnych dźwiękach choć prymitywne, są całkiem mądrze usytuowane w trakcie trwania fabuły, nieraz można podskoczyć na krześle, a poddenerwowanie towarzyszy nam cały czas, aż do napisów końcowych. Wykorzystanie aparatu fotograficznego jako głównego rekwizytu Tuna nie było do końca oryginalnym pomysłem, ale potencjał tej idei wyczerpano w pełni. Od wywoływania zdjęć w mrocznej ciemni, po powolnie ukazujące się obrazy na kliszy polaroida - te właśnie elementy budują tutaj klimat i nastrój niepokoju, niepewności, grozy.
Typowa azjatycka zmora.

Gra aktorska - bez zarzutu. Podobała mi się przede wszystkim relacja Tuna z Jane, oraz w późniejszym etapie filmu, narastający obłęd głównego bohatera. Bo tak, historia w filmie będzie obłędna również dla niego.

Podsumowując - świetny tajski horror. Jak dla mnie, najlepszy azjatycki horror w ogóle. Mroczny, tajemniczy, niepokojący, wywołujący ciarki na plecach. Oglądać, najlepiej samotnie, nocą, w ciemnym pokoju. A potem cyknąć sobie selfie, ot tak.

poniedziałek, 14 lipca 2014

"Zaklęci w czasie" (2009)

Tego wieczoru miałem okazję obejrzeć ciekawy film o tytule widniejącym na samej górze wpisu, tak trafnie przetłumaczonym z oryginalnego "The Time Traveller's Wife". Fuszerkę odwaloną przez tłumaczy zostawię na inną okazję, ponieważ w przypadku tego filmu została dokonana jedynie na tytule. O czym opowiada ta produkcja? Głównym bohaterem jest facet, który rodzi się z chorobą genetyczną, która sprawia, że w totalnie losowych momentach swojego życia przenosi się w czasie. Nie ma on nad tym żadnej kontroli, jednak są pomniejsze aspekty, które mogą te podróże wywoływać, w tym wypadku np. picie alkoholu lub stresujące sytuacje. Jak podpowiada oryginalny angielski tytuł, po parunastu minutach wstępuje on w związek. A dzieje się to nie byle jak, bo spotyka w bibliotece (bo tam pracuje) kobietę, która pamięta starszą jego wersję, która odwiedzała ją, gdy była małą dziewczynką. Jakieś niejasności?

Fabułę zostawiam w spokoju, nie zamierzam robić tutaj streszczenia filmu, który notabene polecam obejrzeć, bo jest to produkcja wyjątkowa. Może nie jest do końca wyjątkowa, bo to właściwie ekranizacja książki, ale dla mnie, jako dla osoby, która owej książki nie przeczytała - jest wyjątkowa. Cały ten motyw z przenoszeniem się w czasie i to w losowych, kompletnie niezależnych od bohatera momentach dał twórcom filmu całe spektrum rozwiązań, dość nietypowych, nieszablonowych, które to twórcy w pełni wykorzystali. Jako osoba wyjątkowo i szalenie błyskotliwa jakoś przewidziałem niektóre z tych rozwiązań, ale patrząc na to okiem przeciętnego widza, mógłby on być naprawdę zaskoczony. Chwilę po ujrzeniu napisów końcowych dostałem od dziewczyny w swe eksperckie dłonie książkę, na której bazował film i muszę powiedzieć, że jej zakończenie jest dużo ciekawsze (nie, nie przeczytałem całej w ciągu kilku chwil). Ale to filmowe też jest niezgorsze.

Z bardziej technicznych aspektów, muszę przyznać, że urzekły mnie ujęcia. Były przemyślane i wykorzystywały w wystarczającym stopniu na przykład momenty znikania głównego bohatera. Również muzyka zasługuje na pochwałę, wyjątkowo oczarowało mnie "Love Will Tear Us Apart" w wykonaniu orkiestry. Gra aktorska - świetna. Eric Bana, znany na przykład z roli Bruce'a Bannera w filmie o Hulku z 2003 (który był w mojej opinii zmarnowanymi pieniędzmi) dawał radę w roli podróżnika, Henry'ego, nawet bardzo dawał radę. Podobnie Rachel McAdams (m.in. Irene Adler z "Sherlocka Holmesa" z Downeyem Juniorem) w roli żony naszego quasi-doctorowho'owego-time travellera.

Podsumowując - możecie powiedzieć, że romansidło. Że dramat. Że dla bab. Że wyciskacz łez. I wszystko to poniekąd prawda. Ale sam pomysł na fabułę jest bardzo oryginalny (to dotyczy raczej książki) i wszystko w filmie pięknie gra i działa jak należy. Polecam jak najbardziej. Na wieczór z dziewczyną idealny.

sobota, 12 lipca 2014

Punk Fest i Wieże Fabryk

Wczoraj razem z moją dziewczyną wybraliśmy się na Punk Fest, który miał miejsce w gdyńskim klubie Uchem zwanym. Dlaczego się tam znaleźliśmy? Głównie ze względu na tytułowe Wieże Fabryk, które tam grały, ale taki fest to również fajna sprawa sama w sobie. Niestety, zespół na który czekaliśmy najbardziej miał być na samym końcu (SIC!), więc pozostawało nam tylko czekać i słuchać tego co zaserwowali. A po drodze grały same rozmaitości! Żartuję, same punkowe zespoły. Na samym początku grał zespół Alert! Alert! z Polski. Gitarzyście przy pierwszym utworze pękł pasek przy wiośle, ale twardo kończył utwór klęcząc, a w tym samym czasie jakiś koleś z działu technicznego/pomocnego próbował mu ten pasek naprawić. Skończyło się na tym, że obkleił sobie gitarę licznymi zwojami taśmy izolacyjnej i był spokój.

Potem grał jakiś Agent Attitude ze śmiesznym grubaskiem na wokalu, i ponownie nic specjalnego. Oczekiwanie dłużyło mi się coraz bardziej.

Następnie, o ile się nie mylę, wystąpił Nervous Trend z Australii. Ekipa wyglądająca prawie jak Belgrado, zwłaszcza gitarzysta. Oczekiwałem podobnego brzmienia, nawet opisali ich jako post-punk, więc nie mogło być źle. No dobra, bas, gitara, perkusja były prawie post-punkowe. Wokal w ogóle nie pasował do tego gatunku i jakoś średnio mi to wszystko podeszło. Tak, pewnie jestem wybredny. Uroki posiadania własnego zdania.

Potem Rattus. Czyli jakiś fiński zespół, oczywiście wiadomo co grał. Nawet podobała mi się gitara, była całkiem cool, bardzo fajne brzmienie miała, ale wszystkie kawałki brzmiały podobnie. A basista w sandałach i skarpetkach rozbroił mnie do reszty.

Następnie Blind Authority z UK. Serio, nawet nie wiem jak to skomentować. Grali punk, oczywiście. Jakby to opisać? Na scenę wybiega kilku dresów i zaczynają grać. Publiczność z niewiadomych przyczyn zaczyna szaleć. A najlepsze jest to, że przyjechało z tym zespołem kilku ich kumpli. No i ci kumple rozkręcali swoje pogo, które nie wiedzieć czemu, ale mi bardziej kojarzyło się z chodem kurczaka niż pogowaniem. Może ja się po prostu nie znam.

I tu następuje cudowna niespodzianka, bo jeden z zespołów został odwołany. Myśleliśmy, że już teraz go coś zastąpi, ale na szczęście wcześniej wystąpiły łódzkie Wieże Fabryk. Myślałem, że wszyscy słuchacze/widzowie skoczą na fajkę, bo "to zbyt lajtowe na punk", ale nie. Zebrała się cała kupa ludzi. No i zespół zaczął grać. Ja słuchałem ich wcześniej z dwa lub trzy razy, ale teraz wiem, że powinienem nadrobić zaległości. Zagrali świetne kawałki, bas był idealny, nie przewyższał jednak roli gitary, a perkusja była podręcznikowym przykładem post-punkowej. I wokal, a wokal oczywiście wymiatał. Żałuję, że nie znałem większości tekstów, tak jak moja dziewczyna, która chyba zdarła sobie na tym gardło. Podsumowując - takie punk festy są naprawdę ciekawe, ale lubię mieć w line-upie coś dla siebie, co znam i co lubię, bo inaczej po prostu mogę się nudzić. Tutaj warto było czekać i mam nadzieję, że za rok również wcisną coś ciekawego. Na dokładkę z dwie focie i kawałek Wież.