Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toplista. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą toplista. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 października 2014

Halloween special: TOP 10 najlepszych horrorów (według mnie)

Bu! Halloween już jutro. Nie żebym kiedykolwiek specjalnie przejmował się amerykańskim zwyczajem obchodzenia Święta Zmarłych (polskim w zasadzie też niespecjalnie, bo, hejże, o zmarłych trzeba zawsze pamiętać), ale w jakiś sposób dzień ten zapisał się na dobre w naszym kręgu kulturowym i sam w sobie ma ciekawy klimat (przynajmniej dawniej, bo teraz już nikomu się nie chce go kultywować), który warto uczcić serwując sobie dawkę grozy w postaci kilku świetnych horrorów (bo przecież Halloween to dobra okazja!). Z tej przyczyny tematem przewodnim owego wpisu jest kolejna toplista, tym razem - 10 moich ulubionych horrorów. Do dzieła!

#10. The Ring (2002)
Kto nie zna Kręgu? Wszyscy znają? Tak myślałem. Powstały na bazie japońskiego filmu o tym samym tytule, amerykański Krąg jest zdecydowanie bardziej dopracowany i doszlifowany od swojego azjatyckiego odpowiednika. Rzecz jasna, opowiada tę samą historię - a więc mamy tu samotną matkę z dzieckiem, która poznaje legendę o kasecie zdolnej zabić każdego kto ją obejrzy. Nie jest zaskakującym fakt, iż i ona będzie w końcu zmuszona obejrzeć to nagranie. Następujące potem wydarzenia to istna poezja grozy, gapienia się na ekran przez drobną szparę między palcami, niepewności i świetnej fabuły. Kluczowe monstrum stanowiące w produkcji najgorsze zło - Samara, na dobre wpisała się w kanon ikonicznych postaci filmów grozy.

#9. Piła (2004)
 Przyznaję się bez bicia, że kompletnie nie nadążam za serią z piłą w tytule. Po trzeciej części kompletnie się pogubiłem i straciło dla mnie jakikolwiek sens odnajdywanie się w całym tym bajzlu. A więc tak, obejrzałem tylko trzy części, więc co ja mogę wiedzieć? Moim zdaniem, po tych trzech filmach mam już obraz setki pozostałych. Wracając jednak do mojej ulubionej, to jest to część pierwsza, bezapelacyjnie i niewątpliwie. Przede wszystkim, pomysł na film był jeszcze świeży i wnosił coś nowego. Mamy sobie dwóch gości uwięzionych w jakiejś łazience, czy czymś na jej kształt. Nijak nie mogą się wydostać i dostają tylko krótkie komunikaty od ich oprawcy, przekazywane im za pomocą nagrań na małym ekraniku. Ich porywacz nie ukazuje się im osobiście, a używa do tego celu charakterystycznej kukły. Co mogło się nie udać? Fabuła jest świetna (jak na horror), a pewien plot twist zdecydowanie mnie urzekł (możliwe, że to on zadecydował o tak wysokiej pozycji tego filmu). 

#8. Paranormal Activity (2007)
Okej, ta seria chyba uczyła się od twórców Piły skutecznego psucia i rozwlekania jakiejś konkretnej serii. Wybaczcie mi ten mainstream, ale ten film jest cholernie dobry! Zwłaszcza w porównaniu do swoich następców, którzy w sumie równie dobrze mogliby nigdy nie powstać. Wracając do części pierwszej - mamy parkę, która mieszka sobie razem w domu. Pod ich dachem zaczynają dziać się dziwne rzeczy, co posuwa młodych właścicieli do zamontowania monitoringu i przeglądania go po każdej nocy. To, co zobaczą na nagraniach przejdzie ich najśmielsze oczekiwania... Łał, to zabrzmiało jak z takiego tekstu na tylnej części pudełka po filmie. Fabuła może wydać się początkowo leniwa, powolna i całkiem niewartka, aczkolwiek cierpliwość popłaca i z czasem wszystko nabiera tempa. Serio, dość niechętnie przyjmowałem momenty, w których rozpoczynała się noc i zmuszeni byliśmy moment po momencie obserwować na własne oczy wszystkie te chore rzeczy, które zaczynały dziać się w domu w czasie snu gospodarzy. Nie, że mnie nudziły, po prostu się bałem. Efekt grozy potęguje informacja o autentyczności materiału.

#7. V/H/S (2012)
 Ten film to w zasadzie świeżynka sprzed dwóch lat, ale z powodzeniem zburzył mój pogląd o współczesnych horrorach porównywalnych jakościowo do zawartości kociej kuwety. Jest to horror z gatunku found footage, czyli mamy wrażenie nakręcenia go z ręki, amatorskiego i przez to bardziej wiarygodnego (w zasadzie jest to bliski krewniak Paranormal Activity). Tutaj akurat mamy krótki wstęp, efektem którego jest zaprezentowanie nam kilku krótkich historii kompletnie ze sobą niepowiązanych, z których każda kolejna jest GO-RSZA od poprzedniej. Serio, klimat w nich zawarty, ich treść, często całkowita irracjonalność budują niesamowitą i oryginalną całość. Warto obejrzeć. Jest też część druga, choć już jakby nieco słabsza.

#6. Jestem Legendą (2007)
Mam świadomość tego, że ten film kompletnie odbiega fabularnie od książki, która jest jego pierwowzorem. Mam świadomość tego, że nie jest bardzo ambitny, że nie jest specjalnie oryginalny, nie straszy też tak bardzo jak inne filmy na tej liście. Jestem jednak nieuleczalnym fanem klimatu post-apo, co poskutkowało takim, a nie innym obrotem spraw. No więc mamy krótki wstęp, wedle którego wynaleziony został lek na raka i zadziałał na wszystkich badanych. Po chwili przenosimy się już do właściwego czasu i miejsca. Mamy Willa Smitha jako ostatniego człowieka na ziemi (podpowiadam: lek się nie udał), towarzyszy mu jego suka (owczarek niemiecki), no i tak sobie pętają się po kompletnie zarośniętym i zniszczonym Nowym Jorku w poszukiwaniu żywej duszy. Pozornie nic specjalnego, jednak wszystko nabiera barw nocą (he, he), bo jak się okazuje, Will Smith nie jest taki do końca sam. Gdzieś tam w ciemnościach czają się ofiary "szczepionki" na nowotwór, teraz już jako zombie-wampiry o  über sile i über prędkości, na które światło działa jak najgorsza zaraza. Motyw całego tego barykadowania się w domu, spieszenia się przed zachodem słońca do domu, samotnością, rozmów z psem tworzy harmoniczną i niesamowicie łapiącą za gardło całość. Najbardziej urzekła mnie jego relacja z psem, której koniec był, no... złamał mi serce. No co? Mały byłem.

#5. Shutter - Widmo (2004)
Pisałem już tutaj recenzję tego filmu, więc co się będę rozwlekał. Pozornie typowe ghost story czyniące polaroida całkowicie nowym i pomysłowym źródłem pomysłów i rozwiązań. Straszak w postaci azjatyckiej laski o dość niepokojącym wyglądzie, biegającej po ścianach i suficie, prześladującej naszego bohatera bez chwili wytchnienia. Zakończenie - idealne i zaskakujące. No, polecam.
#4. Obcy - 8. Pasażer "Nostromo" (1979)
- Co mówi obcy jak schodzi po schodach?
- Nostromo.

Przepraszam, musiałem. Wracając do samego filmu - nareszcie jakaś oldschoolowa klasyka! Na pierwszy rzut oka, mało tu horroru, a raczej więcej science-fiction. No właśnie, współczesnemu widzowi może się tak wydawać, a jednak kiedyś ludzie zwiewali z kin, żeby tylko oszczędzić sobie widoku jajogłowego stwora wykreowanego przez H.R. Gigera (którego twórczość ogólnie polecam, tak btw.). Zaczyna się całkiem typowo - statek kosmiczny z załogą (jeszcze ludzką) ląduje na nieznanej planecie. Ekipa znajduje tam dziwne jajka, jednak podczas zwiedzania planety jedno z nich otwiera się i na twarz jednego z członków załogi wyskakuje obca forma życia, znana fanom jako facehugger, Potem jest tylko gorzej, ale oszczędzę sobie spoilerowania. No kurczę - legenda kinematografii o tematyce pozaziemskiej, co ja się będę tłumaczył. Ostatnio film przeżywa drugą młodość, ze względu na niedawno wydaną grę Obcy: Izolacja, która w pewien sposób łączy się z fabułą pierwszego filmu.
#3. Czwarty Stopień (2009)
 Przez długi czas po obejrzeniu tego filmu żałowałem tego wyczynu. Naprawdę, w żadnym stopniu nie byłem z siebie dumny, że przeżyłem ten seans. Wolałem zginąć w jego trakcie. I nie żartuję, na najbliższy miesiąc borykałem się z bezsennością nabytą na własne życzenie. No dobra, tylko opowiadam o swoich wrażeniach, ale o co tu chodzi? Film otwiera krótka wstawka, którą winię za swoje stany lękowe - "film jest oparty na faktach". Zacznijmy od tytułu - dotyczy on skali pomiaru dotyczącej spotkań z obcymi - analogicznie, od pierwszego stopnia (czyli jakichś obserwacji UFO, itp.), aż do czwartego - uprowadzenia przez obcych. No więc wiadomo już o czym będzie film. Milla Jovovich gra tutaj panią psycholog zajmującą się na Alasce grupą osób, która okazuje podobne objawy, zdaje się borykać z tym samym problemem. Film przepleciony jest "autentycznymi" nagraniami, bo, jak zapewniał wstęp, wszystko to działo się naprawdę. To, co odkryją badania pacjentów, analizy, jest KOSZMAREM. Naprawdę, dawno nie siedziałem półtorej godziny w takim napięciu, od pierwszej do ostatniej minuty. Szczerze żałuję, że to obejrzałem, bo do teraz mam zniszczoną psychikę. Jeśli jesteście odważni i fascynują was takie klimaty - powodzenia.

#2. Hellraiser (1987)
Każdemu przeciętnemu widzowi Hellraiser wyda się tandetą na 102. No bo serio, nie ma świetnych efektów, wszystko to guma, dziwne charakteryzacje i specyficzny klimat. A ja uznaję ten horror za mistrzostwo gatunku, i choć dziś raczej obrzydza niż straszy, to zdecydowanie zasługuje na swoje miejsce na moim podium. Nasz główny bohater, Frank Cotton, kupuje jakąś dziwną i tajemniczą kostkę, która teoretycznie umożliwia przyzwanie demonów z piekła. Ów dziwaczny artefakt, to kostka LeMarchanda, która rzeczywiście jest zdolna przywołać demony z najciemniejszych czeluści piekła, które wcale nie będzie dantejskie, o nie. Cenobici (bo tak zwą się te demony) to dziwaczne humanoidy, których wygląd sugeruje zamiłowanie do masochizmu. A to twarz nadziana szpilkami (genialny Pinhead), a to zaszyte usta, a to rozdarta krtań. Ot, wesoła kompania. Co gorsza, domniemany masochizm wcale nie jest domniemany i celem tych nietypowych gości jest zabranie ofiary do piekła, gdzie będzie torturowana po wsze czasy, aż w swym cierpieniu odnajdzie szczęście i ekstazę, a w końcu pokocha je na tyle, że dołączy do porypanego grona Cenobitów. Pinhead i reszta gromady otrzymali rangę postaci kultowych i doczekali się kolejnych części serii (choć pierwsza jest zdecydowanie najbardziej godna polecenia). Mnóstwo krwi, okropnych i niepokojących wizji piekła, dziwacznych stworów i samych Cenobitów. Klasyka.


WERBLE


#1. Evil Dead 2 (1987)
Tak jest, stare i dobre Martwe Zło 2! Seria obecnie jest chyba znana głównie z remake'u stworzonego w 2013, a szkoda, bo klasyczne części są dużo lepsze. Zwłaszcza część druga, dlatego właśnie zajęła pierwsze miejsce na mojej liście. Seria o Ashu (który jest jedną z ikon popkultury) zawsze słynęła z dość luźnego podejścia do gatunku, starała się raczej pogodzić film grozy z czarnym humorem, ewentualnie humorem w ogólnym tego słowa znaczeniu. Pierwsza część robiła to z dość miernym skutkiem, czego efektem był stricte horrorowy film. Część trzecia (czyli Armia Ciemności) z kolei przesadziła z humorem, dzięki czemu żadnej grozy tam nie uświadczymy - nie muszę mówić o przeniesieniu całości w realia fantasy. Druga część dokonała niemożliwego, bo widzowie dostali doskonały miszmasz komedii z horrorem - jednak komedii bardzo subtelnej, nie chamskiej i głupiej. Mamy tutaj Asha z jego kwadratową szczęką i jedną brwią, który na prawo i lewo rzuca tekstami znanymi chyba niejednej osobie (Groovy!), mamy jego piłę zamiast ręki, mamy domek w głębi lasu opętany demonicznymi mocami, mamy Necronomicon wywodzący się z Lovecrafta - czego chcieć więcej? Nie oczekujcie cudownie ambitnego kina. Ale z drugiej strony - który horror taki jest?


Tak jest, to by było na tyle! Mam nadzieję, że lista wam się spodoba, zachęci do wyrażania swoich opinii, i, cóż... Wesołego Halloween! Tylko nie przesadzajcie z cukierkami, bo będziecie grubi, o. 

piątek, 17 października 2014

Kolejne 10 ulubionych albumów Michała.

Czyli moich. Wiem, że lista była umówiona na 20 albumów, czyli w sumie dodatkowe 15 nawiązując do poprzedniej mojej topki, ale prawdę mówiąc, zbyt dużo albumów i zespołów lubię, żeby rozdrabniać się na te kilka płyt. Więc voila, oto bonusowe 10 płyt, które naprawdę mnie kręcą. Jedna informacja - jak wiadomo z któregoś mojego poprzedniego posta, kiedyś skupiałem się wyłącznie na chamskiej muzyce mainstreamowo-metalowo-rockowej, nie zagłębiając się nigdy w pozostałe gatunku. Ideą poniższej listy było to, żeby zawrzeć na niej albumy, które bardzo spodobały mi od momentu mojego ogarnięcia z muzyką. Po prostu, nie będą to płyty, które kocham od lat. Będą to takie, które za kilka lat wciąż będę kochał, do których z nostalgią będę wracał.

10. The Woken Trees - NNON (2013)
Bardzo lubię post-punk i właściwie nigdy, naprawdę, nigdy nie mogłem trafić na grupę, która ten gatunek muzyki z powodzeniem przenosiłaby na współczesne realia - wiecie, bez tego całego szumu, głosu nieco przesuniętego na tło, zachowując przy tym wszystkie wspaniałości gatunku. Okazuje się, że idea jest jak najbardziej rzeczywista, a w dodatku bardzo strawna! NNON to symfonia basu, jeżącego włosy niskiego wokalu, hipnotyzujących riffów i szarego, ponurego klimatu. The Woken Trees trafili w sam środek mego gustu.

9. Temples - Sun Structures (2014)
Wiele z pozycji na tej liście nawet mnie zaskakuje swoją obecnością, ale lubię podejmować spontaniczne decyzje - oto jedna z nich. Sun Structures to tegoroczna świeżynka, która ani na krok nie odstaje od tego, co dokonane było już parę dekad temu. Temples z powodzeniem pogodzili na swoim debiutanckim krążku typowego, klasycznego indie rocka, z oldschoolową psychodelą spod znaku pierwotnych Beatlesów, ewentualnie Pink Floydów za czasów Syda Barretta. Dźwięki gitary są bardzo "catchy", perkusja angażuje w nerwowe wystukiwanie palcami rytmu, natomiast rzewny wokal Jamesa Bagshawa tłucze się w głowie bez opamiętania.

8. Slowdive - Souvlaki (1993)
 To musiało się stać - w końcu "Suwałki" zagościły na którejkolwiek z moich list. Porzucając melancholię i żale, albo raczej zmieniając ich ujście, przejdźmy do Slowdive. Brytyjska grupa może być wyśmiewana za budzące realny smutek kompozycje, ogólną płaczliwość fanów, itp., jednak trzeba im przyznać, że w swoim stylu są mistrzami. Jakby w opozycji do teoretycznie pokrewnego im My Bloody Valentine, swoiście uładzili shoegaze, czyniąc go zarazem agresywnym, atakującym falą gitarowego brzmienia, a jednocześnie bardzo spokojnym, płynnym i poetyckim. A Souvlaki to sztos i płyta ta powinna być znana każdemu fanowi wszelkich dziwniejszych pochodnych muzyki rockowej.

7. Fleetwood Mac - Tango In The Night (1987)
Właściwie wszystko co ma jakikolwiek związek ze Stevie Nicks, bądź resztą ekipy, jest wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju i na pewno zasługuje na uwagę, ale spośród obszernej dyskografii Fleetwood Mac, postanowiłem wybrać właśnie ten album. Kilka razy robiłem podejście do muzyki zespołu, ale pierwsze wydawnictwa raczej mnie odstraszały, nie miały jakiegoś charakterystycznego punktu zaczepienia, nie porywały, były raczej jednolite i w moim odczuciu zlewały się w jedną, dość niesmaczną całość. W końcu został mi polecony album Tango In The Night. W momencie pierwszego odsłuchu doznałem małego szoku, bo płyta była zaskakująco świetna! Kawałki były składne, kompozycje akustyczne przeplatane z lekko popowymi, elektrycznymi, żwawsze ze spokojniejszymi, awangardowe z dość wzorcowymi. To było Fleetwood Mac, o którego legendzie tyle się naczytałem.

6. Mac DeMarco - 2 (2012)
 Tutaj mogłaby się znaleźć każda płyta tego wesołego Kanadyjczyka, serio. Dlaczego zatem jest to 2? Do pierwszej płyty naprawdę nic nie mam, jest świetna, wylansowała specyficzny lo-fi/indie styl muzyka, zawierała masę przyjemnych kawałków. Problem jest taki, że jej następczyni jest... dużo lepsza! O ile to możliwe, oczywiście. Zwyczajnie ulepszała każdy z elementów, pokazując jednocześnie jak bardzo poprzednia płyta była wybrakowana. A Salad Days, no cóż... Trochę powtórka z rozrywki. Co nie zmienia faktu, że z muzyką tego gościa trzeba się zapoznać, zwłaszcza jeśli lubicie być hipnotyzowani przez skomplikowane riffy i dziwaczne pasaże okraszone psychodelicznym vibem.

5. IAMX - Kiss + Swallow (2004)
 Muzyka Krzysia Cornera może się albo podobać, albo cholernie męczyć. Czy naprawdę są ludzie, których męczy? Zwłaszcza ten album nie ma prawa tego robić! Corner pojawił się już na liście Oriany przy okazji wymieniania albumu Sneaker Pimps - tam jednak wkraczał bardziej na zmienne i efemeryczne tereny trip-hopowe. IAMX to solowy projekt muzyka, co przełożyło się na niemal całkowitą zmianę klimatu i tematyki. Kiss+Swallow to 100 % elektroniki w elektronice. Już na papierze muzyka IAMXa jest złożona jak mało co, rzeczywistość pogłębia to wrażenie. Album momentami zapuszcza się w meandry synth-rocka, przeradza się w powolne, ale czarujące mroczną atmosferą ballady, by za chwilę totalnie urzec dziwnym beatem i niemalże erotycznym vibem. W mojej opinii - opus magnum Cornera.

4. The Horrors - Strange House (2007)
 Nasza lista przebojów wkracza na niebezpieczne tereny mainstreamu (he, he)!  The Horrors! Historia z nimi jest nadzwyczaj ciekawa i niecodzienna, bowiem każda ich płyta prezentuje sobą co innego, więc ciężko się tu we wszystkim połapać. Takie Skying sięga momentami po mocno wyraziste wydanie dream popu, z kolei tegoroczne Luminous dla wielu było marnym skokiem na kasę i porzuceniem oryginalnej stylówki (i ja poniekąd tak to odebrałem). Zdecydowałem się na płytę z ich stajni, która była najbardziej "horrorsowa", podnieciła mnie pomysłem i sprawiła, że razem z Farisem Badwanem śpiewałem: "Jack the Ripper, Jack the Ripper". Mowa tu oczywiście o Strange House, czyli jedynym garażowym, niemalże punkowym wydawnictwie od The Horrors. Późniejsze fascynacje elektroniczną warstwą muzyki tutaj jeszcze kiełkowały, zatem muzycy niemal całkowicie skupiali się na mocno przesterowanych, skrzeczących gitarach. Wrzaski Farisa i dość mroczny klimacik nadawały całości fantastycznego kształtu, który później niestety został zabity. Wciąż liczę na powrót do korzeni.

3. My Bloody Valentine - Loveless (1991)
Jako tró fan szugejzu nie mogę nie lubić Loveless. A teraz na serio, już bez indoktrynacji ze strony muzyki. Poważnie, ta płyta jest satysfakcjonująca do bólu i właściwie mogłaby być wyznacznikiem dla wielu wykonawców tego samego gatunku. Brakuje symulowania smutku charakterystycznego dla pobratymców ze Slowdive, wokal jest usunięty w tło, ale ma znacznie inny wydźwięk, natomiast riffy... och, te riffy! Tak melodyjne, lo-fi, zmienne, hałaśliwe, jak mało gdzie. Obok wszelkich stworków spod rąk Olivera Ackermanna - płyta-instrukcja dla młodocianych gwałcicieli gitary.

2. Death Grips - Exmilitary (2011)

 Nie byłbym sobą, gdyby na tej jakże profesjonalnej liście nie znalazło się coś rapsowego. A skoro rapsy, to tylko Def Gryps. Te nygasy (właściwie to w połowie) z Kalifornii, Ju Es Ej, do perfekcji opanowały arkana hip-hopu innego niż wszystkie. Od teraz bity nie stały się tylko przygrywką i punktem wyjścia dla wyrzucania z siebie salw słów - teraz to już sztuka i mało kto będzie w stanie powtórzyć coś takiego. Warstwa melodyczna stoi tu na równi z innymi gatunkami, jest tak samo pełnoprawnym elementem, jak u każdego innego zespołu (co w hip-hopie może być dość zaskakujące). Bity są całkowicie różnorodne i hipnotyzujące. nawijka MC Ride'a  ma sens i płynie jak rzeka. Nie tylko dla fanów hip-hopu.

1. Swans - Filth (1983)
 Te złowieszcze ząbki będą mnie prześladowały już do końca życia. "Brud" otworzył całkowicie nową drogę w dziejach muzyki i na pewno miał ogromny wpływ na obecny kształt łabędziej dyskografii. Powietrze jest ciężkie. Ściany obdarte z tapety. Tu i tam puszczają nam oko pordzewiałe rury. Przy samej ziemi niosą się jakieś opary, ni to mgła, ni to para. Wszędzie jest wilgotno, szaro, plugawie. Macie to? Właśnie zobrazowałem wizualną wersję Filth. Wersja muzyczna nie odbiega od tego opisu, a nawet go przewyższa. Hałas i repetatywne motywiki w kawałkach miażdżą naszą czaszkę z siłą tytanowego młota, klatka hałasu jest nadzwyczaj ciasna i ani myśli dać nam troszkę więcej miejsca na rozprostowanie kończyn. Mozolne dźwięki niedostrojonej gitary gwałcą nasze uszy bez opamiętania. W końcu dopada nas syndrom sztokholmski, i oto błagamy o więcej. Warto poznać, chociażby dla kontrastu z najnowszymi wydawnictwami.

środa, 15 października 2014

Top 20 albumów Oriany.

Z muzyką to jest dziwna sprawa, bo można się nabawić całkowicie maniackiego podejścia do niej. Ostatnio Michaś opublikował listę swoich 5 ulubionych albumów. Uważam, że to za mało i, że zdecydowanie należy temu tematowi zrobić przebitkę. Przede wszystkim, selekcja ulubionej muzyki jest bardzo trudna do wykonania, bo praktycznie każde wydawnictwo jest inne i jeśli się podoba, to na wiele różnych sposobów. Uznaliśmy jednak, że powtórzymy ranking, tym razem zawierając po 20 najukochańszych pozycji.
Poprzez pojęcie ulubionego albumu rozumiem taki krążek, którego pragnie się słuchać i zapętlać w nieskończoność. Oprócz tego nie wyobrażam sobie nazwać jakiegokolwiek ulubionym, jeśli przynajmniej 2/3 utworów nie uwielbiam (zupełnym bezsensem byłoby zachwycanie się całym albumem ze względu na jedną-dwie piosenki...), a już najlepiej, gdy każdą piosenkę z osobna darzę ukochaniem.
Dodam jeszcze, że muzyka powinna przede wszystkim sprawiać przyjemność. Pewnie dlatego niektórzy słuchają muzycznych potworków, które tworzą jedynie pod publikę. Okej, rozumiem to. Moje gusta także nie są jakieś najwybitniejsze, zmieniały się na przestrzeni lat, aczkolwiek z pewnych rzeczy nie jestem w stanie zrezygnować tylko dlatego, że np. wyszły z mody lub są kiczowe.
Listę moich 20 ulubionych albumów ułożyłam z naprawdę obszernego zbioru muzyki, z którą sympatyzuję. Gdyby komukolwiek chciało się to czytać, wypisałabym ich nawet 200 i więcej. Powtarzam, w muzyce zaczyna się na przyjemności, poprzez emocje i wyrażanie siebie, akcentując pod koniec walory estetyczne. Uzewnętrznię się, ale nie będę się silić na wypisywanie arcydzieł na skalę światową.

20. Killing Joke - Night Time (1985)
Trochę zawiesiłam się nad tym zespołem, czy o nim wspomnieć, czy nie. Cóż, KJ to zespół swojej epoki, ich najstarsze albumy są naprawdę dobre, bo opisują rzeczywistość taką, jaka była. Początkowo chciałam uwzględnić album Killing Joke z 1980, ale, po pierwsze, na tej liście pojawi się dziwnym trafem kilka albumów self-titled, a po drugie, stwierdziłam, że Night Time to najfajniejszy zbiór cech zespołów - piosenki są zarówno ponure, jak i zawierające ten wyjątkowy roztańczony smaczek charakterystyczny dla lat 80.

 19. Arctic Monkeys - Humbug (2009) 
AM to fajny, radiowy zespolik, a Humbug to fajowy albumik urzekający wyrazistym basem i spójnym konceptem. Nie będę się rozpisywać, po prostu ten album musi być na mojej liście i już.

 18. Portishead - Dummy (1994)
Pierwsze z dwóch trip-hopowych wydawnictw, jakie tu uwzględniam. Nic się nie zmieniło od czasu, gdy wyznałam, że Portishead to jeden z moich najukochańszych zespołów wszechczasów. Mimo iż często od niego odchodzę, miałabym do siebie wyrzuty, nie wspominając w rankingu o którymś ich albumie. Dummy to wg mnie kwintesencja, choć podobno źle uważam.






17. Jefferson Airplane - Surrealistic Pillow (1967)
Zmagałam się ze sobą - napisać o tym, czy o którymś z wydawnictw Fleetwood Mac? No tak, dylemat jest, aczkolwiek FM cenię po całości, a przy Jeffersonie naprawdę ostro skupiłam uwagę na jednym albumie. Ostatnio wyjątkowo często go katuję, odkrywam epokę, którą do czasu interesowałam się bardzo po macoszemu. Dzięki temu bardzo wciągnęłam się w muzykę psychodeliczną, mimo iż Surrealistic Pillow psychodelicznego brzmienia nie ma zbyt dużo. Teksty wystarczą. Detale.

16. Theatre of Tragedy - Theatre of Tragedy (1995)
Nie będę ukrywać, że moimi korzeniami jest muzyka gotycka. A właściwie metal gotycki (rock gotycki to sztucznie wygenerowane pojęcie, które uważam za poronione i niepotrzebne). Ale, uwaga, mówiąc o metalu gotyckim mam na myśli samą jego genezę, gdyż po 2000 roku ten gatunek zupełnie się spsioczył. Self titled ToT był dla mnie swoistym objawieniem w swej dziedzinie. Pianino, rozanielony głosik Liv Kristine, doomowe pełzanie ścian dźwiękowych i oczywiście stara angielszczyzna, którą napisane były wszystkie teksty to niezbyt oczywiste połączenia. ToT stworzyło przesmutną baśń, udało im się przenieść słuchacza w odległe, wzruszające czasy. Jest ckliwie i wciąż to kupuję

15. Tristania - Beyond the veil (1999)
Drugie i ostatnie wydawnictwo gotyckometalowe na dziś. W przeciwieństwie do ToT, nie ma tu teatrzyku, jest za to mroczne nabożeństwo z rozmachem. Wyczytałam gdzieś, że w pracę nad tym albumem zaangażowanych było multum ludzi. Przepadam za każdą piosenką. Jest growl, metalowe wykrzyknienia, ładna pani na chórkach, gregoriański chór, łacina, niezrozumiałe teksty, no i najważniejsze - MONUMENTALNE kompozycje, bowiem na każdy utwór składa się ogrom elementów, akcentów, melodii, są mosty, punkty kulminacyjne, zwroty akcji, muzyczne fabuły; sam album dzieli się jakby na dwie części, delikatna kompozycja o tytule "Simbelmyne" rozdziela połówkę muzycznych gigantów od krótszych, bardziej zwięzłych kawałków. Uważam, że to mądry album i opus magnum w historii zespołu (chwilę potem nadszedł rok 2000 i klęska również dla Tristanii)




14. Modern Eon - Fiction Tales (1981)
Czas trochę przewietrzyć. Ta pozycja z kolei jest bardzo dziwną, enigmatyczną mieszanką muzycznej poezji dorosłych, którzy nigdy nie chcieli dorosnąć. Niedoceniana perełka wczesnego post-punku. Polecam każdemu, kto lubi minimalistyczne eksperymenty.
13. Sonic Youth - Washing Machine (1995)
Z tym zespołem bratałam się na raty po rekomendacji mojej znajomej. Mimo iż zaczęłam od Goo, to Pralce przypadła cała reszta mojego zainteresowania SY. Dźwięki połykają słuchacza w całości. Tytułowy kawałek podoba mi się najbardziej. Cóż, generalnie muzykę Sonic Youth dzielę na fantastyczną albo całkiem bezsensowną, a ten album plasuje się na samym szczycie tej pierwszej grupki.


12. The Birthday Massacre - Violet (2005)
Czuję pewną niechęć, przyznając się wciąż do miłości dla tego albumu. Zauważyłam bowiem, że TBM nieodwracalnie otrzymało łatkę gotyckich do porzygu dzieciaków (mimo iż członkowie zespołu mają obecnie grubo po trzydziestce), a przez to amatorzy muzyki alternatywnej kręcą noskami i lekceważą. Cóż, poza tym, że ich sceniczny wygląd rzeczywiście przywodzi na myśl przebranych gimnazjalistów, muzyka znajduje się zupełnie gdzieś indziej i robiłaby równie dobre wrażenie w innej otoczce estetycznej. To nie jest "rock gotycki", "industrial" (PHAHAHAHAHAHAH), ani "darkwave". TBM gra rocka alternatywnego oraz synthrock, w dość unikalnym wydaniu ociekającym lukrem i bajkową otoczką a'la "Alicja w Krainie Czarów". Violet to ich najlepszy twór, który wszystko ma na swoim miejscu, nie jest groteskowy czy przesadzony. Trochę kojarzy mi się z jakimś amerykańskim filmem młodzieżowym lat 90; taka mroczna historia dla outsiderów ze szkoły średniej. Gorąco zachęcam zamknąć oczy i po prostu wsłuchać się w szumną, iskrzącą się ścianę dźwięków.

 11. Lydia Lunch - 13.13 (1982)
Pamiętam, że kiedy pierwszy raz sięgnęłam po Lydię był grudzień, śnieg za oknami sypał się nieodwracalnie, a świat był ciemny i lodowaty. Piękny czas na odsłuchanie 13.13, choć oczywiście to nie jedyna okazja na wydobycie wyjątkowości tych nagrań. Tu znowu jest coś ponurego, właściwie to nawet zakurzonego, utwory pasują do siebie. Pani Lunch jęczy, basy płyną, gitara skrzeczy i wytycza melodyjne tory. Jeżeli po Queen of Siam zbiera Wam się na mdłości i pragniecie uciec jak najdalej od Lydii - nie róbcie tego. Otrzyjcie łzy, wydmuchajcie noski i włączcie sobie 13.13, a wiara w możliwości tej artystki z pewnością do Was powróci.


10. Ladyhawke - Ladyhawke (2008)
No i tu kolejny self titled. Tym razem Ladyhawke, indie popowa artystka, która skradła moje serce nie tylko swą skoczną, prostą w odbiorze, aczkolwiek wciąż mądrą muzyką, ale również samą swoją osobą. Ta kobieta pozostanie moją dożywotnią inspiracją. Przyznam, że rozważałam uwzględnienie Anxiety zamiast debiutu, ale rozmyśliłam się, gdy rozważyłam, co znajduje się na self titledzie - są tu wyraźne nawiązania do muzyki lat 70. i 80., detale pokrewne stylowi Fleetwood Mac, wokal miejscami kojarzący się z manierą Stevie Nicks oraz... mnóstwo zabawy. Do tej pory nie spotkałam żwawszego i bardziej porywającego krążka tego typu. Nawet nie potrafię zwięźle przedstawić specyficzności tych nagrań, są po prostu cool.
9. Pulp - Separations (1992)
To jeden z takich albumów, które co do joty opisują Twoje życie. Jest bezpośrednio, bezkompromisowo, szczerze do bólu i emocjonalnie. To w tym miejscu zakochałam się w głosie Cockera oraz w wirtuozerii jego tekstów. Odrobina nawiedzonych smyczków i banalnych bitów sprawia, że to wydawnictwo ponadczasowe i nie rozumiem, czemu jest mniej lubiane niż chociażby Different Class
8. Sneaker Pimps - Becoming X (1996)
Najpierw poznałam IAMXa. Oszalałam na jego punkcie, ale chociaż podobały mi się jego dziwaczne piosenki, Kiss and Swallow mocno nawiązujący do trip-hopu najbardziej mnie zaintrygował, bo odstawał od pozostałych albumów. I kiedy po dłuższej przerwie zabrałam się za Sneaker Pimps, czyli pierwszy band Chrisa Cornera, uśmiechnęłam się od ucha do ucha słysząc znane z K&S motywy na Becoming X, tyle że z żeńskim wokalem. Narkotyczna i buntownicza muzyka wypaliła we mnie dziurę, mimo to wreszcie znalazłam to, co w pewnej chwili urwało się u IAMXa.

 7. And Also the Trees - And Also the Trees (1984)
Zdecydowanie zapętlałam, gdyż nic tak nie przenosiło w czasie i przestrzeni jak piosenki zawarte na tym debiucie. Muzycznie zespół przypominał tutaj najbardziej depresyjną epokę The Cure, lecz z lekka oniryczną, wiejską otoczką, do której AATT nawiązywało w kolejnych latach. Obrazy, jakie podsuwa ten post-punkowy (na upartego gotycki, hehe) twór, to przede wszystkim mgliste wrzosowisko rodem z "Wichrowych Wzgórz". Nadaje się do słuchania w trakcie spaceru po lesie lub po skąpanych w popołudniowym słońcu łąkach.

 6. A Place to Bury Strangers - Exploding Head (2009)
To jest to, co najbardziej pociąga mnie w garażowym, hałaśliwym graniu oraz najlepsza odmiana shoegaze'u, na jaką wpadła ludzkość. A właściwie - Oliver Ackermann.

 5. Skywave - Synthstatic (2004)
Wcześniejszy projekt Ackermanna z nieco inną ekipą, tyle że jeszcze lepszy. Nie dość, że jest hałaśliwie, szumnie, dynamicznie i agresywnie, znajduje się tu również mnóstwo romantyczności, shoegaze'owej ckliwości i nostalgii. Po prostu zapiera dech.

 4. Dead Can Dance - Dead Can Dance (1984)
Kolejny cudowny debiut, z którym miałam szansę się zaprzyjaźnić. Przede wszystkim głos Brendana Perry'ego - uwielbiam. A passage in time to przecudna piosenka. Może i Lisy Gerrard nie doceniam tak, jak to sobie zasłużyła, ale nie pomnę zauważyć, że bez niej to też nie byłby tak piękny album. Fantastyczna mieszanka stylów.

 3. Patrick Wolf - Wind in the Wires (2005)
Pat to kolejny taki wieczny dzieciak, a w jego twórczości da się usłyszeć gigantyczną niechęć dla dorastania i dorosłych rzeczy. Ból istnienia najbardziej udzielił się mu właśnie na tym albumie. Pamiętam, że połączenie elektroniki i folku w tak smutne aranżacje przybrało dla mnie zupełnie nową jakość dźwięku, która oczarowała mnie na bardzo, bardzo długi czas. Od razu "kupiłam" ten koncept smutnego, zbuntowanego chłopca, przywiązanego do przyrody i samotności. Obok artystycznej duszyczki Patrysia nie można przejść obojętnie, z tego albumu wyziera ona jak zjawa.

 2. Cocteau Twins - Garlands (1982)
Kolejne oryginalne... coś. Rozumiem, że post-punk to nie to, co zespół chciał tworzyć i co robił przez całą swoją karierę, ale ten album jest dowodem na to, że miał prześwietną genezę. Wszystkie piosenki są raczej niepokojące i abstrakcyjne. Nie jestem w stanie napisać o tej pozycji niczego więcej ponad to, że kompozycje na niej zawarte wzbudziły we mnie chorą fascynację. Kiedy ich słucham, czuję się jak zamknięta w innym wymiarze, o wiele ciaśniejszym i ciemniejszym niż znany nam na co dzień świat...

1. Lycia - Cold (1996)
Skoro już mowa o innych wymiarach, członkowie Lycii wiedzieli, jak otworzyć portal do krainy wiecznej zmarzliny. Cold to introwertyczna wędrówka przez lodową pustynię błyszczącą płatkami śniegu i różami utkanymi z kryształów. Lubię enigmatyczność i ta pozycja chyba najbardziej we mnie ugodziła. Album jest po prostu ślicznie mroczny.