Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 listopada 2014

"Sierociniec" (2007) - wrażenia

Hiszpanie mają głowę do horrorów, to jest wiadome od zawsze - spójrzcie sobie chociażby na Labirynt Fauna albo [Rec] (chociaż co do horrorowatości tego pierwszego można mieć pewne wątpliwości). Do Sierocińca zbierałem się niestety dość długo, bo, wiadomo, szczególnie zależało mi na tym, by obejrzeć ten film już po ciemku, późną nocą, ale w jakiś dziwny sposób zawsze znajdowało się jakieś inne zajęcie, ewentualnie dużo bardziej pociągało mnie... spanie. Parę dni temu w końcu udało mi się dokonać niedokonanego i niemalże świeżo po seansie zabieram się do tego posta. A na wstępie muszę zaznaczyć, że film kompletnie nie zepsuł mojej wizji europejskiego horroru, a dodatkowo ją umocnił.
Złowieszczo.
Zawsze lubiłem, gdy film grozy rzeczywiście budził grozę i jakiś irracjonalny lęk przed nocnym pójściem do toalety - no bo jakby nie było, taka jest rola horrorów. Od jakiegoś momentu właściwie trudno mi się przestraszyć na jakimkolwiek horrorze, więc w ogromnym skupieniu szukam tego, który zbiera najbardziej pochlebne opinie w tej materii. Problem jest taki, że każdy człowiek ma inne nerwy, każdy inaczej odbiera kolejne czynniki, natężenie dźwięków, jumpscare'y, misternie budowany klimat, gęsty niczym smog w Tokio. Jakiś czas temu porzuciłem ideę poszukiwania filmów straszących "po chamsku", a skupiam się raczej na takich, które mają niepowtarzalny klimat, jakąś taką atmosferę, która choć pozornie nie jest groźna, to powoduje ciarki nawet na wybrednym człowieku. Do takich filmów należy wymieniony wyżej Labirynt Fauna, który w swojej genialnej baśniowości jest cholernie niepokojący i depresyjny. Do tego grona dołączył Sierociniec, bo opowiada historię inaczej niż zwykle.

 Mamy więc kobietę, która kiedyś mieszkała w sierocińcu, a w życiu dorosłym ponownie wprowadza się do niego (tym razem z mężem i synem), by stworzyć na jego bazie ośrodek dla niepełnosprawnych dzieci. Simon (czyli syn) nie jest zwyczajnym chłopcem - cierpi na śmiertelną chorobę, a zmiana otoczenia i brak znajomych twarzy nie działają na niego pozytywnie. W końcu zaczyna zadawać się z wymyślonymi przyjaciółmi, z których jeden szczególnie upodoba sobie absorbowanie wolnego czasu najmłodszego mieszkańca budynku. W tym momencie film właściwie się rozpoczyna, bo okazuje się, że nowy przyjaciel Simona nie będzie się w swych zabawach ograniczał jedynie do niego, co niekoniecznie spodoba się rodzicom chłopca. Powiedzmy, że będą raczej... zaniepokojeni. A to i tak dość łagodnie powiedziane.

Nie owijając w bawełnę - film nie jest przerażający do bólu. Jest niepokojący, bardzo zagadkowy, momentami można podskoczyć w fotelu, jednak zdecydowanie nie wykręca nam organów wewnętrznych ze strachu. To właśnie tajemnica przeszłości i sekret, który skrywa sierociniec, będą osią napędową produkcji.
Film dąży do niejednoznacznego, ale bardzo przejmującego zakończenia, które właściwie idealnie podsumowuje całość i nie pozostawia niedosytu. Moim zdaniem tak właśnie powinny wyglądać współczesne horrory. Jeśli już wszystkie straszące zagrywki zostały w kinematografii wykorzystane, twórcy powinni skupiać się na klimacie budowanym stopniowo, przekonującym i angażującym widza. Choć film ma już 7 lat, to z powodzeniem mógłby wyznaczać trendy w gatunku.

czwartek, 30 października 2014

Halloween special: TOP 10 najlepszych horrorów (według mnie)

Bu! Halloween już jutro. Nie żebym kiedykolwiek specjalnie przejmował się amerykańskim zwyczajem obchodzenia Święta Zmarłych (polskim w zasadzie też niespecjalnie, bo, hejże, o zmarłych trzeba zawsze pamiętać), ale w jakiś sposób dzień ten zapisał się na dobre w naszym kręgu kulturowym i sam w sobie ma ciekawy klimat (przynajmniej dawniej, bo teraz już nikomu się nie chce go kultywować), który warto uczcić serwując sobie dawkę grozy w postaci kilku świetnych horrorów (bo przecież Halloween to dobra okazja!). Z tej przyczyny tematem przewodnim owego wpisu jest kolejna toplista, tym razem - 10 moich ulubionych horrorów. Do dzieła!

#10. The Ring (2002)
Kto nie zna Kręgu? Wszyscy znają? Tak myślałem. Powstały na bazie japońskiego filmu o tym samym tytule, amerykański Krąg jest zdecydowanie bardziej dopracowany i doszlifowany od swojego azjatyckiego odpowiednika. Rzecz jasna, opowiada tę samą historię - a więc mamy tu samotną matkę z dzieckiem, która poznaje legendę o kasecie zdolnej zabić każdego kto ją obejrzy. Nie jest zaskakującym fakt, iż i ona będzie w końcu zmuszona obejrzeć to nagranie. Następujące potem wydarzenia to istna poezja grozy, gapienia się na ekran przez drobną szparę między palcami, niepewności i świetnej fabuły. Kluczowe monstrum stanowiące w produkcji najgorsze zło - Samara, na dobre wpisała się w kanon ikonicznych postaci filmów grozy.

#9. Piła (2004)
 Przyznaję się bez bicia, że kompletnie nie nadążam za serią z piłą w tytule. Po trzeciej części kompletnie się pogubiłem i straciło dla mnie jakikolwiek sens odnajdywanie się w całym tym bajzlu. A więc tak, obejrzałem tylko trzy części, więc co ja mogę wiedzieć? Moim zdaniem, po tych trzech filmach mam już obraz setki pozostałych. Wracając jednak do mojej ulubionej, to jest to część pierwsza, bezapelacyjnie i niewątpliwie. Przede wszystkim, pomysł na film był jeszcze świeży i wnosił coś nowego. Mamy sobie dwóch gości uwięzionych w jakiejś łazience, czy czymś na jej kształt. Nijak nie mogą się wydostać i dostają tylko krótkie komunikaty od ich oprawcy, przekazywane im za pomocą nagrań na małym ekraniku. Ich porywacz nie ukazuje się im osobiście, a używa do tego celu charakterystycznej kukły. Co mogło się nie udać? Fabuła jest świetna (jak na horror), a pewien plot twist zdecydowanie mnie urzekł (możliwe, że to on zadecydował o tak wysokiej pozycji tego filmu). 

#8. Paranormal Activity (2007)
Okej, ta seria chyba uczyła się od twórców Piły skutecznego psucia i rozwlekania jakiejś konkretnej serii. Wybaczcie mi ten mainstream, ale ten film jest cholernie dobry! Zwłaszcza w porównaniu do swoich następców, którzy w sumie równie dobrze mogliby nigdy nie powstać. Wracając do części pierwszej - mamy parkę, która mieszka sobie razem w domu. Pod ich dachem zaczynają dziać się dziwne rzeczy, co posuwa młodych właścicieli do zamontowania monitoringu i przeglądania go po każdej nocy. To, co zobaczą na nagraniach przejdzie ich najśmielsze oczekiwania... Łał, to zabrzmiało jak z takiego tekstu na tylnej części pudełka po filmie. Fabuła może wydać się początkowo leniwa, powolna i całkiem niewartka, aczkolwiek cierpliwość popłaca i z czasem wszystko nabiera tempa. Serio, dość niechętnie przyjmowałem momenty, w których rozpoczynała się noc i zmuszeni byliśmy moment po momencie obserwować na własne oczy wszystkie te chore rzeczy, które zaczynały dziać się w domu w czasie snu gospodarzy. Nie, że mnie nudziły, po prostu się bałem. Efekt grozy potęguje informacja o autentyczności materiału.

#7. V/H/S (2012)
 Ten film to w zasadzie świeżynka sprzed dwóch lat, ale z powodzeniem zburzył mój pogląd o współczesnych horrorach porównywalnych jakościowo do zawartości kociej kuwety. Jest to horror z gatunku found footage, czyli mamy wrażenie nakręcenia go z ręki, amatorskiego i przez to bardziej wiarygodnego (w zasadzie jest to bliski krewniak Paranormal Activity). Tutaj akurat mamy krótki wstęp, efektem którego jest zaprezentowanie nam kilku krótkich historii kompletnie ze sobą niepowiązanych, z których każda kolejna jest GO-RSZA od poprzedniej. Serio, klimat w nich zawarty, ich treść, często całkowita irracjonalność budują niesamowitą i oryginalną całość. Warto obejrzeć. Jest też część druga, choć już jakby nieco słabsza.

#6. Jestem Legendą (2007)
Mam świadomość tego, że ten film kompletnie odbiega fabularnie od książki, która jest jego pierwowzorem. Mam świadomość tego, że nie jest bardzo ambitny, że nie jest specjalnie oryginalny, nie straszy też tak bardzo jak inne filmy na tej liście. Jestem jednak nieuleczalnym fanem klimatu post-apo, co poskutkowało takim, a nie innym obrotem spraw. No więc mamy krótki wstęp, wedle którego wynaleziony został lek na raka i zadziałał na wszystkich badanych. Po chwili przenosimy się już do właściwego czasu i miejsca. Mamy Willa Smitha jako ostatniego człowieka na ziemi (podpowiadam: lek się nie udał), towarzyszy mu jego suka (owczarek niemiecki), no i tak sobie pętają się po kompletnie zarośniętym i zniszczonym Nowym Jorku w poszukiwaniu żywej duszy. Pozornie nic specjalnego, jednak wszystko nabiera barw nocą (he, he), bo jak się okazuje, Will Smith nie jest taki do końca sam. Gdzieś tam w ciemnościach czają się ofiary "szczepionki" na nowotwór, teraz już jako zombie-wampiry o  über sile i über prędkości, na które światło działa jak najgorsza zaraza. Motyw całego tego barykadowania się w domu, spieszenia się przed zachodem słońca do domu, samotnością, rozmów z psem tworzy harmoniczną i niesamowicie łapiącą za gardło całość. Najbardziej urzekła mnie jego relacja z psem, której koniec był, no... złamał mi serce. No co? Mały byłem.

#5. Shutter - Widmo (2004)
Pisałem już tutaj recenzję tego filmu, więc co się będę rozwlekał. Pozornie typowe ghost story czyniące polaroida całkowicie nowym i pomysłowym źródłem pomysłów i rozwiązań. Straszak w postaci azjatyckiej laski o dość niepokojącym wyglądzie, biegającej po ścianach i suficie, prześladującej naszego bohatera bez chwili wytchnienia. Zakończenie - idealne i zaskakujące. No, polecam.
#4. Obcy - 8. Pasażer "Nostromo" (1979)
- Co mówi obcy jak schodzi po schodach?
- Nostromo.

Przepraszam, musiałem. Wracając do samego filmu - nareszcie jakaś oldschoolowa klasyka! Na pierwszy rzut oka, mało tu horroru, a raczej więcej science-fiction. No właśnie, współczesnemu widzowi może się tak wydawać, a jednak kiedyś ludzie zwiewali z kin, żeby tylko oszczędzić sobie widoku jajogłowego stwora wykreowanego przez H.R. Gigera (którego twórczość ogólnie polecam, tak btw.). Zaczyna się całkiem typowo - statek kosmiczny z załogą (jeszcze ludzką) ląduje na nieznanej planecie. Ekipa znajduje tam dziwne jajka, jednak podczas zwiedzania planety jedno z nich otwiera się i na twarz jednego z członków załogi wyskakuje obca forma życia, znana fanom jako facehugger, Potem jest tylko gorzej, ale oszczędzę sobie spoilerowania. No kurczę - legenda kinematografii o tematyce pozaziemskiej, co ja się będę tłumaczył. Ostatnio film przeżywa drugą młodość, ze względu na niedawno wydaną grę Obcy: Izolacja, która w pewien sposób łączy się z fabułą pierwszego filmu.
#3. Czwarty Stopień (2009)
 Przez długi czas po obejrzeniu tego filmu żałowałem tego wyczynu. Naprawdę, w żadnym stopniu nie byłem z siebie dumny, że przeżyłem ten seans. Wolałem zginąć w jego trakcie. I nie żartuję, na najbliższy miesiąc borykałem się z bezsennością nabytą na własne życzenie. No dobra, tylko opowiadam o swoich wrażeniach, ale o co tu chodzi? Film otwiera krótka wstawka, którą winię za swoje stany lękowe - "film jest oparty na faktach". Zacznijmy od tytułu - dotyczy on skali pomiaru dotyczącej spotkań z obcymi - analogicznie, od pierwszego stopnia (czyli jakichś obserwacji UFO, itp.), aż do czwartego - uprowadzenia przez obcych. No więc wiadomo już o czym będzie film. Milla Jovovich gra tutaj panią psycholog zajmującą się na Alasce grupą osób, która okazuje podobne objawy, zdaje się borykać z tym samym problemem. Film przepleciony jest "autentycznymi" nagraniami, bo, jak zapewniał wstęp, wszystko to działo się naprawdę. To, co odkryją badania pacjentów, analizy, jest KOSZMAREM. Naprawdę, dawno nie siedziałem półtorej godziny w takim napięciu, od pierwszej do ostatniej minuty. Szczerze żałuję, że to obejrzałem, bo do teraz mam zniszczoną psychikę. Jeśli jesteście odważni i fascynują was takie klimaty - powodzenia.

#2. Hellraiser (1987)
Każdemu przeciętnemu widzowi Hellraiser wyda się tandetą na 102. No bo serio, nie ma świetnych efektów, wszystko to guma, dziwne charakteryzacje i specyficzny klimat. A ja uznaję ten horror za mistrzostwo gatunku, i choć dziś raczej obrzydza niż straszy, to zdecydowanie zasługuje na swoje miejsce na moim podium. Nasz główny bohater, Frank Cotton, kupuje jakąś dziwną i tajemniczą kostkę, która teoretycznie umożliwia przyzwanie demonów z piekła. Ów dziwaczny artefakt, to kostka LeMarchanda, która rzeczywiście jest zdolna przywołać demony z najciemniejszych czeluści piekła, które wcale nie będzie dantejskie, o nie. Cenobici (bo tak zwą się te demony) to dziwaczne humanoidy, których wygląd sugeruje zamiłowanie do masochizmu. A to twarz nadziana szpilkami (genialny Pinhead), a to zaszyte usta, a to rozdarta krtań. Ot, wesoła kompania. Co gorsza, domniemany masochizm wcale nie jest domniemany i celem tych nietypowych gości jest zabranie ofiary do piekła, gdzie będzie torturowana po wsze czasy, aż w swym cierpieniu odnajdzie szczęście i ekstazę, a w końcu pokocha je na tyle, że dołączy do porypanego grona Cenobitów. Pinhead i reszta gromady otrzymali rangę postaci kultowych i doczekali się kolejnych części serii (choć pierwsza jest zdecydowanie najbardziej godna polecenia). Mnóstwo krwi, okropnych i niepokojących wizji piekła, dziwacznych stworów i samych Cenobitów. Klasyka.


WERBLE


#1. Evil Dead 2 (1987)
Tak jest, stare i dobre Martwe Zło 2! Seria obecnie jest chyba znana głównie z remake'u stworzonego w 2013, a szkoda, bo klasyczne części są dużo lepsze. Zwłaszcza część druga, dlatego właśnie zajęła pierwsze miejsce na mojej liście. Seria o Ashu (który jest jedną z ikon popkultury) zawsze słynęła z dość luźnego podejścia do gatunku, starała się raczej pogodzić film grozy z czarnym humorem, ewentualnie humorem w ogólnym tego słowa znaczeniu. Pierwsza część robiła to z dość miernym skutkiem, czego efektem był stricte horrorowy film. Część trzecia (czyli Armia Ciemności) z kolei przesadziła z humorem, dzięki czemu żadnej grozy tam nie uświadczymy - nie muszę mówić o przeniesieniu całości w realia fantasy. Druga część dokonała niemożliwego, bo widzowie dostali doskonały miszmasz komedii z horrorem - jednak komedii bardzo subtelnej, nie chamskiej i głupiej. Mamy tutaj Asha z jego kwadratową szczęką i jedną brwią, który na prawo i lewo rzuca tekstami znanymi chyba niejednej osobie (Groovy!), mamy jego piłę zamiast ręki, mamy domek w głębi lasu opętany demonicznymi mocami, mamy Necronomicon wywodzący się z Lovecrafta - czego chcieć więcej? Nie oczekujcie cudownie ambitnego kina. Ale z drugiej strony - który horror taki jest?


Tak jest, to by było na tyle! Mam nadzieję, że lista wam się spodoba, zachęci do wyrażania swoich opinii, i, cóż... Wesołego Halloween! Tylko nie przesadzajcie z cukierkami, bo będziecie grubi, o. 

poniedziałek, 20 października 2014

Strach nosi cylinder i czarny płaszczyk - "The Babadook" (2014)

Od dawna przymierzałem się do obejrzenia The Babadook skuszony głównie... plakatem filmu. Naprawdę, wydał mi się całkowicie awangardowy i budził skojarzenia z rysunkami ze Scary Stories To Tell In The Dark, co swoją drogą serdecznie polecam. Krótki opis tej australijskiej produkcji również obiecywał wiele. Miałem także dość wygórowane oczekiwania - wiem, jak wygląda obecnie kwestia horrorów, większość stosuje tanie sztuczki, powiela schematy, a w trakcie fabuły absurdy rodzą absurdy. Czy film sprostał moim oczekiwaniom?
Groza na 102.
W pierwszych scenach poznajemy główne postacie dramatu (raczej horroru, choć z rozwojem fabuły budzą się w nas sprzeczne uczucia) - Amelię i Samuela. Amelia (Essie Davis) jest wdową, jej mąż zginął w wypadku w trakcie transportu żony do szpitala - była w ciąży i lada moment miał urodzić się ich syn. Ów chłopiec to Samuel (Noah Wiseman), jest trochę dziwaczny, ma problemy z kontaktem z rówieśnikami, a ponadto ma wybujałą wyobraźnię - wszędzie widzi potwory, na które bez ustanku zastawia pułapki, ze złomu zgromadzonego w domu konstruuje prowizoryczne bronie przeciwko nim. Amelia nie radzi sobie z wychowaniem Samuela, jest całkowicie specyficznym dzieckiem, a jej problemy pogłębia niemożność poradzenia sobie ze stratą męża - nawet po tylu latach rana na jej duszy jest wciąż otwarta i ani myśli się zagoić. Problemy rodziny sięgają zenitu kiedy Samuel prosi matkę o przeczytanie mu znalezionej na półce książki o Babadooku - mrocznym stworze żyjącym w ciemnościach, którego wpuszczenie do swojego życia jest równoznaczne z rozpoczęciem koszmaru. Nie muszę chyba wspominać, że na tym momencie film się nie kończy. Ostrzeżenia zawarte w pozornie niewinnej książce dla dzieci zdają się na nic - Amelia i Samuel będą musieli zmierzyć z czymś, o czym do tej pory im się nie śniło.

Film jest zrealizowany w świetny, bardzo oldschoolowy sposób. Z lekka wyblakłe kolory, zabiegi stosowane w celu nastraszenia widza, klimat budowany w wyjątkowym stylu, przywodzą na myśl najstarszych protoplastów rodziny horroru - na przykład Dziecko Rosemary. Widz straszony jest tutaj inaczej niż w większości nowszych filmów grozy, nie uświadczycie tu wrednych screamerów przyprawiających skórę o ciarki głównie hałasem i elementem zaskoczenia. Tutaj cała atmosfera budowana jest dużo bardziej subtelnie, stopniowo, lecz również zaskakująco. W wielu momentach, gdy akurat spodziewamy się czegoś strasznego, nic tak naprawdę się nie dzieje. Napięcie wyczuwalne jest cały czas. Sama zjawa nie jest tylko pretekstem do stosowania wyżej wymienionych "krzykaczy" - w zasadzie to widzimy ją w filmie zaledwie kilka razy, zawsze niewyraźnie, szybko migającą w kadrze. Kolejnym świetnym rozwiązaniem było przedstawienie ruchu Babadooka animacją poklatkową, co jest wyraźnym puszczeniem oka w stronę fanów starych, jeszcze niemych filmów grozy.

Zakończenie jest nieprzewidywalne, dziwne, dające większy popis raczej po głębszej interpretacji - przedstawienie w filmie mogłoby wydawać się płytkie, ale tylko gdy zlekceważymy jego drugie dno.

Babadook daje nadzieję na dobre jakościowo, nieprzewidywalne, nowoczesne, lecz staroszkolne kino grozy. Gdzie atmosfera zaszczucia budowana jest jak dawniej - muzyką, grą świateł, niewyraźnymi kształtami, w których możemy doszukiwać się konkretnych sylwetek. Trzeba być prawdziwym wirtuozem, by przy użyciu tak niewielu środków wzbudzić w widzu realny lęk. A to się pani reżyser z całą pewnością udało.

poniedziałek, 29 września 2014

Nie tylko dla zbuntowanych nastolatek - "American Horror Story" (2011-???)

Jak widać, serialowych tematów ciąg dalszy, bo oto przechodzimy do produkcji znacznie mniej popularnej niż Doctor, Walking Wieś, czy Supernatural. Mowa tu o American Horror Story, amerykańskim serialu z gatunku horror/dramat nadawanym przez stację FX od roku 2011. Nie będę rozdrabniał się na kolejne sezony w poszczególnych postach, postanowiłem rozprawić się z notką o tym serialu przy jednym podejściu..Jak to śpiewał jeden z Beatlesów - Let It Be.

Plakat promujący sezon pierwszy.
Warto nadmienić na wstępie, że na dzień dzisiejszy, tj. 29.09.2014, powstały 3 sezony serialu, a pierwszy odcinek kolejnej serii pojawi się na początku października. Każda z nich opowiada całkiem inną historię, zatem bez skrępowania można zacząć od którejkolwiek. Niemniej jednak, każda ma coś ciekawego do zaoferowania, zatem warto zapoznać się ze wszystkimi.

Seria 1. opowiada historię rodziny Harmonów, którą poznajemy w momencie przeprowadzki do całkiem nowego, wielkiego i tajemniczego domu. Jednym z celów tego przedsięwzięcia jest swoiste oderwanie się od problemów, z którymi nasza familia zmagała się jeszcze przed rozpoczęciem akcji właściwej - Vivien niedawno poroniła, Ben jest niespełnionym psychologiem, natomiast ich córka, nastoletnia Violet, sprawia niemało problemów wychowawczych. Jak się okazuje, to dom odegra tutaj większą i ważniejszą rolę spychając problemy Harmonów na jakiś dalszy plan. Bo tak, ten sezon pokazał mi, że seriale-horrory to nie tylko zarzynanie potworów i zombie. Dało się wyczuć niesamowity klimat produkcji, taki... niepokojący, przytłaczający. Był to autentycznie serial grozy. Oczywiście, wątek dramatyczny-romantyczny był dość miałki i przewidywalny, ale nie kradł całego czasu antenowego (na szczęście). Postacie były odegrane wyraziście, najwięcej laurów zebrała Jessica Lange (występująca w każdym sezonie), która tutaj zagrała dziwną creepy sąsiadkę z wieloma sekretami. Zdecydowanie warto się zainteresować.
Plakat nie zwiastuje niczego dobrego - sezon 2: Asylum.
Sezon 2. (o podtytule Asylum) to całkowita zmiana czasu, miejsca, tematyki. Przenosimy się w lata 60', poznajemy całą ekipę głównych bohaterów - granych przez znanych nam już aktorów. Kit Walker (Evan Peters) jest mechanikiem. Któregoś razu jego żona znika w dość niepokojących okolicznościach, a on, jako jedyna osoba na miejscu zdarzenia, zostaje oskarżony o morderstwo. Mało tego, zostaje mu przypięta łatka Krwawej Twarzy, czyli niesławnego zabójcy kobiet grasującego w tamtych latach. Jakby nieszczęść było mało, Kit trafia do azylu dla obłąkanych, prowadzonego przez despotyczną zakonnicę - siostrę Jud (ponownie Jessica Lange, ponownie fantastyczna). Zdarzenia następujące później w zakładzie przechodzą najśmielsze oczekiwania każdego widza. Nie będzie spoilerem, jeśli powiem, że zamieszane są nadnaturalne siły, legendarny zabójca, demony, oraz nazistowskie eksperymenty. Poważnie, w pewnym momencie nie wiadomo już o co chodzi i wszystko zaczyna zlewać się w jedną, wielką, nieogarniętą całość. Sam klimat azylu jest prze-świe-tny, zakonnice są przerażające, pacjenci bez opamiętania rozbijają ściany głowami, a w tle wciąż leci irytujące Dominique, które słyszane setny raz doprowadziło mnie do pasji. Seria obfituje w szalone zwroty akcji. Warto obejrzeć, chociażby dla dzikiego The Name Game.
Wiedźmy w XXI wieku - sezon 3: Coven.
 Znów wracamy do czasów współczesnych, konkretnie do Nowego Orleanu (momentami do XIX wieku), ale nie myślcie, że znowu zobaczycie nawiedzony dom z typową rodzinką. Życie wiedźm nie jest łatwe, nawet 300 lat po wydarzeniach z Salem. Zostały założone specjalne szkoły dla młodych czarownic, i właśnie jedna z takich szkół będzie motorem napędowym fabuły trzeciego sezonu. Poznajemy 3 nowe adeptki sztuk magicznych, z których, rzecz jasna, najważniejsza będzie Zoe Benson, czyli Taissa Farmiga (którą notabene wiele osób oskarża o bycie pochodną drewna, niezależnie jakiego gatunku, po prostu drewna). Dyrektorką owej szkoły jest Cordelia Foxx (Sarah Paulson), która nieustannie jest szkalowana przez swoją podstarzałą już matkę, Fionę (Jessica Lange). Uczennice będą walczyć ze sobą o dominację i tytuł najpotężniejszej czarownicy (którą póki co jest Fiona), niebezpiecznie wzrastają również napięcia związane z niechęcią wobec czarownic, toczą się walki między poszczególnymi klanami. Gdzieś tam odbywa się również wątek miłosny, z Evanem Petersem, rzecz jasna, którego rola będzie tutaj, hmm... dość dziwna (łagodnie mówiąc). Sezon naprawdę ciekawy, zwłaszcza gdy interesują was klimaty okultystyczne, bagna Louisiany, voodoo i stosy. I Stevie Nicks, która z niewiadomych przyczyn również zagościła w serialu.

Pomysły na kolejne sezony bardzo ciekawy, fajna idea urozmaicania tak naprawdę tego samego serialu. Postawiono na zaledwie kilka postaci w serii, dzięki czemu są one świetnie nakreślone i zagrane porządnie, z sercem. Klimat za każdym razem miażdży, a odcinki obfitują w ciekawe rozwiązania i plot twisty. Obecnie czekamy na sezon 4., którego fabuła będzie kręciła się wkoło cyrku osobliwości. Zobaczyć dwugłową Paulson - bezcenne.

piątek, 26 września 2014

Opowieść o dwóch braciach - "Supernatural" (2005-???)

Ostatnio postanowiłem wrócić do Supernatural i nadrobić zaległe odcinki, bo jak się okazało, miałem niemalże cały 9. sezon do obejrzenia. I tak z każdym kolejnym oglądanym odcinkiem narastała we mnie jakaś dziwna melancholia. Bo jak to tak, to już 9 (SIC!) sezonów? Kiedy to się stało?  Przecież każdy sezon to kolejny rok z mojego życia! Kiedy rozpoczynałem przygodę z Winchesterami byłem jeszcze dzieciakiem na skraju nastoletniości, kształtował się mój styl, mój gust muzyczny, moje obycie ze światem. To przez ten serial zacząłem słuchać Led Zeppelin, mojego ulubionego obecnie zespołu! To musi coś znaczyć. Ale wróćmy do samego początku, bo zaczynam się motać w nostalgii. *wdech i wydech* Ekhem.
Główni bohaterowie serialu - Sam i Dean Winchesterowie.
Nie z tego świata, jak zwą jest ten serial w nadwiślańskim kraju, jest produkcją amerykańską stworzoną przez Erica Kripkego. Emisja pierwszego odcinka nastąpiła w 2005 roku, czyli już niemalże dekadę temu! Od początku było wiadomo, że produkcja wprowadzi powiew świeżości na dość jałowe ówcześnie pola telewizyjne. Po zakończeniu dość znanej i uwielbianej Buffy rzecze maniaków grozy szukały czegoś dla siebie. I oto pojawia się takie Superanatural. Głównymi bohaterami są bracia Winchester. Starszy, Dean (czyli Jensen Ackles), jest typowym podrywaczem, pewnym siebie (czasem aż za bardzo) gościem, który porażki nie przyjmuje do wiadomości. Jego młodszy brat, Sam (Jarek Padalecki), jest bardziej spokojny, rozważny, podejmuje wszelkie decyzje po dłuższym namyśle, często nie zgadza się z Deanem, co prowadzi do wielu konfliktów. Dość istotnym faktem jest to, że rodzeństwo nie żyje sobie w zwykłym sąsiedztwie, nic nie studiują, nie mieszkają z rodzicami. Są łowcami, polują na wszelkiego rodzaju paskudztwa pochodzące, o dziwo, nie z tego świata. Fach został wpojony im przez ojca po szokującej i nagłej śmierci ich matki - dziwnym trafem którejś nocy zawisła pod sufitem w falach płomieni. Dom spłonął, uratowała się pozostała trójka. Od tego momentu mniej lub bardziej w celu rozwiązania tajemnicy tępią wszystkie te wampiry, wilkołaki, zmory i duchy.

Co zdecydowanie przekonało mnie w Supernatural bardziej niż w Buffy, to dramatyczny akcent.
Jak nietrudno się domyślić, ogromny nacisk został wywarty na relacji braci. Dramaty, które z nimi przeżywamy, ich potyczki słowne, światopoglądowe, różnorakie podejścia do świata czynią ten serial absolutnie wyjątkowym. Po prostu, nie jest to taki zwyczajny dreszczowiec.
Nie obędzie się bez demonów.
Strasznie spodobał mi się sposób, w jaki stopniowo zmieniała się tematyka serialu. Tak więc pierwsza seria jest np. o typowym polowaniu na potwory, a któraś inna z kolei może już być o samych demonach. Trudno się tutaj nudzić, zwłaszcza że akcja jest poprowadzona bezbłędnie. Gorsze odcinki to wyjątki, a lepsze są pełne różnorakich plot twistów, dziwnych metod na pokonanie nemezis, fantastycznych dialogów i tego nieziemskiego klimatu. Trzeba przyznać, że ostatnie sezony owego klimatu trochę zatraciły, a zwróciły się raczej w stronę widowiskowości i podniosłych historii z końcem świata na czele. Niemniej jednak wciąż uważam ten serial za jeden z moich ulubionych. Sam i Dean to osoby, z którymi bardzo łatwo się utożsamić. Reprezentują cechy, które ma w sobie każdy z nas. Pokonują swoje słabości, stawiają czoła lękom, i ku zagrożeniu własnego życia ratują innych. Ich relacja jest często niemalże wroga, ale paradoksalnie ich przywiązanie do siebie jest silniejsze niż wszystko inne, właściwie w tym tkwi ich siła. W kolejnych sezonach serial wprowadza do głównej obsady parę kolejnych postaci, z których zdecydowanie ta grana przez Mishę Collinsa wysuwa się na pierwszy plan.

Cóż więcej rzec - jedyny serial, który przez lata emisji nie stracił na jakości. Można obejrzeć nawet dla ścieżki dźwiękowej - AC/DC to chleb powszedni, a użycie Carry on My Wayward Son zespołu Kansas zyskało tu chyba rangę kultowego. Tymczasem czekamy w zniecierpliwieniu na 10. sezon. Co tym razem zgotują nam scenarzyści, pozostaje wielką zagadką.

niedziela, 7 września 2014

Do czego zmierza świat? - "Metro 2033"

Metro stało na mojej półce i się kurzyło już od jakiegoś roku. Ot tak, byłem sobie pewnego razu w antykwariacie i stwierdziłem, że kupię, bo i tak nosiłem się z zamiarem przeczytania go. Niestety, czasu zawsze jakoś brakowało, niczym topór kata wisiała nade mną Zbrodnia i Kara, albo na przykład Chłopi, i tak dopiero teraz, w te wakacje nadarzyła się niebywała okazja zaliczenia tej książki. A muszę przyznać, że zrobiła na mnie niemałe wrażenie i zaspokoiła chcicę fana klimatów post-apo i post-sowieckich.
Tak, to jest okładka, jakby ktoś miał wątpliwości.
Głównym bohaterem powieści jest Artem, młody chłopak mieszkający w jednej z bezpieczniejszych (na tyle, na ile bezpieczne może być ruskie metro po apokalipsie) stacji tytułowego moskiewskiego metra. Jest sierotą, jego rodzice zginęli, opiekuje się nim przybrany wujek. W momencie poznania Artem rozpoczyna się raczej kryzysowy okres dziejów stacji, bowiem nękana jest ona przez tzw. "czarnych". Wiadomo o nich tylko tyle, że są istotami niewiadomego pochodzenia, są czarni jak noc, a każde spotkanie z nimi to walka o przetrwanie, lub dopadający ich ofiarę obłęd. Wyjście jest jedno - strzelać we wszystko, co w najmniejszym stopniu nie przypomina homo sapiens. Oczywiście, w całość wchodzi wplątanie naszego młodego bohatera w swoistą przepowiednię, zlecenie mu misji, od której może zależeć los całego podziemnego labiryntu tuneli, ostatniej ostoi ludzkości w tym mrocznym, zimnym, obcym już człowiekowi świecie. Nie będę teraz zdradzał więcej fabuły (która niejednokrotnie was zaskoczy), opowiem raczej o tym, co mnie urzekło.
#1. Realność i namacalność świata przedstawionego. Czytanie tej książki nocą albo późnym wieczorem wiąże się z niemalże stuprocentową możliwością pojawienia się gęsiej skórki. Czytając opisy poszczególnych stacji, nowych, niezbadanych tuneli, autentycznie czujemy się jak ofiary tych tuneli. Z liter kolejnych stron zionie na nas rdza, wulgarne bazgroły napisane na ścianach przez pre-atomowych chuliganów, smród spoconych cielsk w ołowianych kombinezonach, krew, pleśń i chłodny powiew nieujarzmionego metra. Rozpad otaczającego nas świata jest przedstawiony tak rzetelnie, jak nigdzie indziej. Nie bez powodu zresztą, Głuchowski jest reporterem, który spędził trochę czasu w dotkniętych wojną i zniszczeniem punktach Izraela. Wie trochę o tragedii.

#2. Wstawki polityczne, struktura ludności i społeczeństwa. Poza ogólną dziczą i zbrodnią, w metrze istnieje też wiele ugrupowań politycznych, mniejszych lub większych. Poza istnieniem Hanzy, pojawiają się również takie grupy jak Polis (czyli właściwie żyjąca swoim życiem, najbardziej cywilizowana część metra), Linia Czerwona (nie muszę mówić co sobą reprezentują), czy całkiem interesująca, nadzwyczaj zaskakująca Czwarta Rzesza, z trójramienną swastyką jako symbolem. Mnogość, wielość, ogrom.

#3. Pewien mistycyzm, tajemniczość. Chodzi o m.in. stacje metra, które bezpośrednio oddziałują na umysł zwiedzającego. Dotykają jego... duszy. Bo w sumie, czy jakikolwiek bóg może istnieć w takim świecie?

#4. Przekaz filozoficzny/światopoglądowy. Jeśli w porę nie ogarniemy się jako gatunek rozumny, skończymy tak jak w powieści. Okazuje się, że sami jesteśmy sobie zagrożeniem, a najgorsze jest to, że nie mamy nad sobą kontroli. Rzecz w tym, że ewolucja w pewien sposób usiłuje zatoczyć koło, bo niedługo z powodzeniem przekształcimy się w naczelne popitalające po drzewach w poszukiwaniu dorodnego banana.

W skrócie, świetna powieść, fabuła momentami zbyt napompowana patosem, ale zaskakująca. Klimat wylewający się tonami. Świetni bohaterowie, dialogi. Sceny akcji trzymające w napięciu. Zakończenie dość enigmatyczne, ale dające nadzieję na więcej. Niestety, doszły mnie słuchy, że Metro 2034 to nieporozumienie.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Ojej, fatalnie wyszedłem na tym zdjęciu! - "Shutter - Widmo" (2004)

Tego wieczoru po raz drugi miałem okazję obejrzeć ten tajski film. Sam kraj, w którym miała miejsce produkcja może czynić ją wyjątkową. Ale nie to czyni. Po raz drugi czułem nieziemski klimat, który otacza ten film, który aż rzyga z ekranu prosto w moją skalaną zaniepokojeniem twarz. Może nie przestraszył mnie aż tak bardzo jak za pierwszym razem (byłem młodszy i była późna noc), ale wciąż świetnie się bawiłem i czułem owe zaniepokojenie, o którym wspomniałem nieco wyżej.
Najlepszy azjatycki horror od czasów "Kręgu" - coś w tym jest.
Głównego bohatera, Tuna, poznajemy w trakcie jedzenia kolacji w restauracji w towarzystwie starych kumpli i dziewczyny. Wracając do domu samochodem, dziewczyna naszego głównego bohatera, Jane, uderza w przechodzącą przez ulicę dziewczynę. Tun ogląda się na ciało, po czym ponagla swą dziewczynę, by natychmiast jechała dalej. I tu zaczyna się właściwa akcja. Nasz główny bohater jako fotograf robi wiele zdjęć. Na tych właśnie zdjęciach zaczynają się pojawiać tajemnicze smugi, w końcu sylwetka potrąconej dziewczyny. Policja zabezpieczająca miejsce nieumyślnej zbrodni wspomina jednak jedynie o uderzeniu w przydrożny znak, brak natomiast wzmianek o jakichkolwiek rannych, bądź co gorsza, martwych. Nie zamierzam zagłębiać się tutaj w fabułę, jak zwykle w swoich recenzjach. Warto natomiast wspomnieć, że jest przemyślana, trzyma się kupy, a końcowy zwrot akcji na pewno niejednemu widzowi zamota w głowie.
Muzyka jest świetna, mroczna, buduje napięcie stopniowo, pojawia się w kluczowych momentach. Idealna do takiego horroru. Straszaki w postaci nagłych wyskoczeń czegoś na widza, pojawieniu się zjawy na ekranie, głośnych dźwiękach choć prymitywne, są całkiem mądrze usytuowane w trakcie trwania fabuły, nieraz można podskoczyć na krześle, a poddenerwowanie towarzyszy nam cały czas, aż do napisów końcowych. Wykorzystanie aparatu fotograficznego jako głównego rekwizytu Tuna nie było do końca oryginalnym pomysłem, ale potencjał tej idei wyczerpano w pełni. Od wywoływania zdjęć w mrocznej ciemni, po powolnie ukazujące się obrazy na kliszy polaroida - te właśnie elementy budują tutaj klimat i nastrój niepokoju, niepewności, grozy.
Typowa azjatycka zmora.

Gra aktorska - bez zarzutu. Podobała mi się przede wszystkim relacja Tuna z Jane, oraz w późniejszym etapie filmu, narastający obłęd głównego bohatera. Bo tak, historia w filmie będzie obłędna również dla niego.

Podsumowując - świetny tajski horror. Jak dla mnie, najlepszy azjatycki horror w ogóle. Mroczny, tajemniczy, niepokojący, wywołujący ciarki na plecach. Oglądać, najlepiej samotnie, nocą, w ciemnym pokoju. A potem cyknąć sobie selfie, ot tak.