Wczoraj pozwoliliśmy sobie z Orianą zawitać do klubu filmowego w Gdyni w celu obejrzenia filmu o legendzie muzyki (i nie tylko), jaką bez wątpienia jest Nick Cave. No, na pewno kojarzycie, taki mało znany gościu z Nick Cave & The Bad Seeds. Wracając - pierwsze pozytywne wrażenie wywarł na mnie sam klub i jego repertuar, bo jak się okazuje, takie miejsca nierzadko emitują dużo ciekawsze filmy niż normalne, mainstreamowe kina. Z tej przyczyny postanowiłem jakoś bardziej na serio zainteresować się tym, co akurat leci i na pewno będę śledził zmieniający się repertuar. A sam film (jego tytuł: 20 000 dni na Ziemi, jakbyście się jeszcze nie domyślili) również mnie nie zawiódł, choć z łatwością można do paru rzeczy się przyczepić.
No więc mamy naszego Nicka Cave'a. Oto mija mu dwudziestotysięczny dzień życia, co jest idealnym pretekstem do nakręcenia quasi-biograficzno-filozoficzno-refleksyjnego filmu. Sam muzyk napisał scenariusz (przynajmniej miał w nim wielki udział), zatem można przypuszczać, że tak rzeczywiście wygląda dzień z jego życia. Fabuła rozpoczyna się porankiem, Cave wstaje razem z budzikiem, ogarnia się, czas leci, widzimy próbę zespołu w studiu, wizytę u terapeuty, na której dowiadujemy się nieco o młodości naszego bohatera; później widzimy, jak spędza czas ze swoimi synami, aż na końcu uczestniczymy w koncercie i kończącym film wieczornym spacerze Nicka po plaży. I owszem, można się bardzo wiele dowiedzieć na temat rzeczonego muzyka, jednak wszystko, ale to wszystko trzeba ująć w ogromny cudzysłów. Może nie jest bardzo jasne, jednak jest znacząco wyczuwalne uczucie sztuczności, być może zamierzonej przez scenarzystów. Cave w wielu scenach "ironizuje" na swój własny temat, szczególnie widoczne może to być w scenie, w której przegląda zdjęcia z młodości, lub na przykład czyta swój testament napisany przed laty.
Sceny terapii również nie powinny być odbierane bardzo dosłownie. O ile wyglądają autentycznie (w końcu to wizyta u terapeuty), o tyle są na swój sposób wyidealizowane i metaforyczne - w ten sposób osobiście odebrałem film bardziej jak wywiad z Cavem, w którym mamy szansę poznać jego punkt widzenia na wiele spraw, na muzyków, z którymi współpracował, oraz na muzykę samą w sobie - bo poniekąd to ona jest motorem napędowym samej osoby bohatera, jak i całego filmu. Będziemy mogli ujrzeć kilka krótkich rozmów z osobami, z którymi swego czasu tworzył Cave, przewinie się na ekranie na przykład Kylie Minogue, czy były członek Nick Cave & The Bad Seeds, a obecny Einstürzende Neubauten - Blixa Bargeld.
Postać Cave'a była postacią enigmatyczną od zawsze - od narkotycznych, hałaśliwie niebezpiecznych czasów The Birthday Party, aż po bardziej ustatkowane rockowo-poetyckie Nick Cave & The Bad Seeds - gdzieś pośrodku zawsze była osoba tego nieco ekscentrycznego, bardzo artystycznie podchodzącego do wszystkiego estety-barda. Po seansie pojawiło się jeszcze więcej pytań, choć przyznaję, wiele z moich wcześniejszych uzyskało odpowiedzi. Wcześniej nurtowała mnie także kwestia tego, czy właśnie ten człowiek nadaje się na film, który opowiadałby o jego życiu. Teraz już wiem, że był to jeden z lepszych (żyjących jeszcze) wyborów.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 11 listopada 2014
niedziela, 2 listopada 2014
"Sierociniec" (2007) - wrażenia
Hiszpanie mają głowę do horrorów, to jest wiadome od zawsze - spójrzcie sobie chociażby na Labirynt Fauna albo [Rec] (chociaż co do horrorowatości tego pierwszego można mieć pewne wątpliwości). Do Sierocińca zbierałem się niestety dość długo, bo, wiadomo, szczególnie zależało mi na tym, by obejrzeć ten film już po ciemku, późną nocą, ale w jakiś dziwny sposób zawsze znajdowało się jakieś inne zajęcie, ewentualnie dużo bardziej pociągało mnie... spanie. Parę dni temu w końcu udało mi się dokonać niedokonanego i niemalże świeżo po seansie zabieram się do tego posta. A na wstępie muszę zaznaczyć, że film kompletnie nie zepsuł mojej wizji europejskiego horroru, a dodatkowo ją umocnił.
Zawsze lubiłem, gdy film grozy rzeczywiście budził grozę i jakiś irracjonalny lęk przed nocnym pójściem do toalety - no bo jakby nie było, taka jest rola horrorów. Od jakiegoś momentu właściwie trudno mi się przestraszyć na jakimkolwiek horrorze, więc w ogromnym skupieniu szukam tego, który zbiera najbardziej pochlebne opinie w tej materii. Problem jest taki, że każdy człowiek ma inne nerwy, każdy inaczej odbiera kolejne czynniki, natężenie dźwięków, jumpscare'y, misternie budowany klimat, gęsty niczym smog w Tokio. Jakiś czas temu porzuciłem ideę poszukiwania filmów straszących "po chamsku", a skupiam się raczej na takich, które mają niepowtarzalny klimat, jakąś taką atmosferę, która choć pozornie nie jest groźna, to powoduje ciarki nawet na wybrednym człowieku. Do takich filmów należy wymieniony wyżej Labirynt Fauna, który w swojej genialnej baśniowości jest cholernie niepokojący i depresyjny. Do tego grona dołączył Sierociniec, bo opowiada historię inaczej niż zwykle.
Mamy więc kobietę, która kiedyś mieszkała w sierocińcu, a w życiu dorosłym ponownie wprowadza się do niego (tym razem z mężem i synem), by stworzyć na jego bazie ośrodek dla niepełnosprawnych dzieci. Simon (czyli syn) nie jest zwyczajnym chłopcem - cierpi na śmiertelną chorobę, a zmiana otoczenia i brak znajomych twarzy nie działają na niego pozytywnie. W końcu zaczyna zadawać się z wymyślonymi przyjaciółmi, z których jeden szczególnie upodoba sobie absorbowanie wolnego czasu najmłodszego mieszkańca budynku. W tym momencie film właściwie się rozpoczyna, bo okazuje się, że nowy przyjaciel Simona nie będzie się w swych zabawach ograniczał jedynie do niego, co niekoniecznie spodoba się rodzicom chłopca. Powiedzmy, że będą raczej... zaniepokojeni. A to i tak dość łagodnie powiedziane.
Nie owijając w bawełnę - film nie jest przerażający do bólu. Jest niepokojący, bardzo zagadkowy, momentami można podskoczyć w fotelu, jednak zdecydowanie nie wykręca nam organów wewnętrznych ze strachu. To właśnie tajemnica przeszłości i sekret, który skrywa sierociniec, będą osią napędową produkcji.
Film dąży do niejednoznacznego, ale bardzo przejmującego zakończenia, które właściwie idealnie podsumowuje całość i nie pozostawia niedosytu. Moim zdaniem tak właśnie powinny wyglądać współczesne horrory. Jeśli już wszystkie straszące zagrywki zostały w kinematografii wykorzystane, twórcy powinni skupiać się na klimacie budowanym stopniowo, przekonującym i angażującym widza. Choć film ma już 7 lat, to z powodzeniem mógłby wyznaczać trendy w gatunku.
| Złowieszczo. |
Mamy więc kobietę, która kiedyś mieszkała w sierocińcu, a w życiu dorosłym ponownie wprowadza się do niego (tym razem z mężem i synem), by stworzyć na jego bazie ośrodek dla niepełnosprawnych dzieci. Simon (czyli syn) nie jest zwyczajnym chłopcem - cierpi na śmiertelną chorobę, a zmiana otoczenia i brak znajomych twarzy nie działają na niego pozytywnie. W końcu zaczyna zadawać się z wymyślonymi przyjaciółmi, z których jeden szczególnie upodoba sobie absorbowanie wolnego czasu najmłodszego mieszkańca budynku. W tym momencie film właściwie się rozpoczyna, bo okazuje się, że nowy przyjaciel Simona nie będzie się w swych zabawach ograniczał jedynie do niego, co niekoniecznie spodoba się rodzicom chłopca. Powiedzmy, że będą raczej... zaniepokojeni. A to i tak dość łagodnie powiedziane.
Nie owijając w bawełnę - film nie jest przerażający do bólu. Jest niepokojący, bardzo zagadkowy, momentami można podskoczyć w fotelu, jednak zdecydowanie nie wykręca nam organów wewnętrznych ze strachu. To właśnie tajemnica przeszłości i sekret, który skrywa sierociniec, będą osią napędową produkcji.
Film dąży do niejednoznacznego, ale bardzo przejmującego zakończenia, które właściwie idealnie podsumowuje całość i nie pozostawia niedosytu. Moim zdaniem tak właśnie powinny wyglądać współczesne horrory. Jeśli już wszystkie straszące zagrywki zostały w kinematografii wykorzystane, twórcy powinni skupiać się na klimacie budowanym stopniowo, przekonującym i angażującym widza. Choć film ma już 7 lat, to z powodzeniem mógłby wyznaczać trendy w gatunku.
Etykiety:
2007,
dramat,
dzieci,
El Orfanato,
film,
groza,
Hiszpania,
horror,
kids,
kino,
lifestyle,
movie,
recenzja,
rozrywka,
Sierociniec,
The Orphanage,
wrażenia
środa, 22 października 2014
"Bogowie" (2014) - wrażenia
Jak już parokrotnie wspominałem - nie jestem fanem polskich filmów. Już miałem nadzieję, że zmieni się to uprzedzenie po seansie Miasta 44, i rzeczywiście, do połowy filmu było spoko, ale dwie durne i pasujące jak pięść do nosa sceny skutecznie zachwiały ocenę całości - nic się nie zmieniło w mojej opinii. Idąc na Bogów nie miałem jakichś wygórowanych oczekiwań, bo z góry założyłem mierny film, albo najwyżej nieco lepszy niż przeciętny. Nigdy nie byłem też jakimś fanatykiem Religi (choć nie mogę odmówić mu ogromnego przyczynku dla rozwoju polskiej transplantologii), więc na film szedłem raczej z ciekawości. Jakże zaskoczyły mnie opinie i recenzje przeczytane w internecie - nie wytknięto mu niemal żadnych wad! A zdziwiłem się jeszcze bardziej, gdy już po seansie mogłem wyrzucić swoją pierwotną opinię o polskich produkcjach do pobliskiego śmietnika.
Nie mam zamiaru rozwodzić się nad fabułą, bo scenarzyści wyjęli ją z życia. Każdy kto jest mniej czy więcej zorientowany w historii polskiej medycyny wie, że zmagania Religi z dezaprobatą otoczenia wobec ryzykownego zabiegu transplantacji serca napsuły mu niemało krwi - i to jest właściwy motor napędowy produkcji.
Najdłuższe wypracowanie można napisać tutaj o Tomku Kocie, który wcielił się w główną rolę. Nie muszę mówić, że jego wygląd, gestykulacja, sposób wysławiania się, sylwetka, były odegrane I-DE-AL-NIE. Poważnie - niepozorny, wysoki i chudy Kot, zagrał Religę lepiej, niż ktokolwiek inny mógłby kiedykolwiek. Religa w jego wydaniu nie był także złotym i niewinnym człowiekiem - odpalał fajkę od fajki (scena z Religą bez papierosa to tutaj rzadkość), ból niepowodzeń zabijał czystą, klął na potęgę, brawurowo prowadził Fiata, sprawy związane z pracą stawiał ponad rodziną. Cholernie przekonujący obraz. Pozostali bohaterowie nieco usuwają się na dalszy plan, właśnie ze względu na niesamowitą charyzmę postaci pierwszoplanowej, jednak nie zanikają oni całkowicie - najbardziej rzucają się w oczy bliscy przyjaciele i współzałożyciele kliniki kardiochirurga, a także Magdalena Czerwińska w roli żony lekarza - Anny (choć jej rola jest tutaj w zasadzie nieznaczna).
Postarano się nawet o parę żarcików, coby film nie emanował patosem charakterystycznym dla polskiego kina - zdanie "Z samymi łóżkami to możemy tu burdel zrobić, a nie szpital" wygrało dla mnie życie.
Realia lat 80' nie zawodzą, nie brak tu oldschoolowej muzyki, samochodów sprzed trzech dekad, trochę kiczowatych strojów, fryzur - tutaj nie ma na co narzekać.
Może dziwić punkt, w którym kończy się film, jednak uważam go za idealny - czas przed pierwszym stuprocentowo udanym przeszczepem serca był najbardziej burzliwy i interesujący na tyle, by to ten okres wykorzystać w filmie.
Gdy tak wracam pamięcią parę godzin wstecz, do seansu, to niestety, ale naprawdę nie jestem sobie w stanie przypomnieć niczego, co przeszkadzałoby mi w tym filmie. To chyba pierwszy polski film, na który w żadnym stopniu nie mogę ponarzekać. Świetna realizacja, oddane realia i główna postać. Sio, oglądać, nawet jeśli nie interesuje was biografia Religi. Nie będziecie zawiedzeni.
| Kot odwalił kawał dobrej roboty. |
Najdłuższe wypracowanie można napisać tutaj o Tomku Kocie, który wcielił się w główną rolę. Nie muszę mówić, że jego wygląd, gestykulacja, sposób wysławiania się, sylwetka, były odegrane I-DE-AL-NIE. Poważnie - niepozorny, wysoki i chudy Kot, zagrał Religę lepiej, niż ktokolwiek inny mógłby kiedykolwiek. Religa w jego wydaniu nie był także złotym i niewinnym człowiekiem - odpalał fajkę od fajki (scena z Religą bez papierosa to tutaj rzadkość), ból niepowodzeń zabijał czystą, klął na potęgę, brawurowo prowadził Fiata, sprawy związane z pracą stawiał ponad rodziną. Cholernie przekonujący obraz. Pozostali bohaterowie nieco usuwają się na dalszy plan, właśnie ze względu na niesamowitą charyzmę postaci pierwszoplanowej, jednak nie zanikają oni całkowicie - najbardziej rzucają się w oczy bliscy przyjaciele i współzałożyciele kliniki kardiochirurga, a także Magdalena Czerwińska w roli żony lekarza - Anny (choć jej rola jest tutaj w zasadzie nieznaczna).
Postarano się nawet o parę żarcików, coby film nie emanował patosem charakterystycznym dla polskiego kina - zdanie "Z samymi łóżkami to możemy tu burdel zrobić, a nie szpital" wygrało dla mnie życie.
Realia lat 80' nie zawodzą, nie brak tu oldschoolowej muzyki, samochodów sprzed trzech dekad, trochę kiczowatych strojów, fryzur - tutaj nie ma na co narzekać.
Może dziwić punkt, w którym kończy się film, jednak uważam go za idealny - czas przed pierwszym stuprocentowo udanym przeszczepem serca był najbardziej burzliwy i interesujący na tyle, by to ten okres wykorzystać w filmie.
Gdy tak wracam pamięcią parę godzin wstecz, do seansu, to niestety, ale naprawdę nie jestem sobie w stanie przypomnieć niczego, co przeszkadzałoby mi w tym filmie. To chyba pierwszy polski film, na który w żadnym stopniu nie mogę ponarzekać. Świetna realizacja, oddane realia i główna postać. Sio, oglądać, nawet jeśli nie interesuje was biografia Religi. Nie będziecie zawiedzeni.
poniedziałek, 20 października 2014
Strach nosi cylinder i czarny płaszczyk - "The Babadook" (2014)
Od dawna przymierzałem się do obejrzenia The Babadook skuszony głównie... plakatem filmu. Naprawdę, wydał mi się całkowicie awangardowy i budził skojarzenia z rysunkami ze Scary Stories To Tell In The Dark, co swoją drogą serdecznie polecam. Krótki opis tej australijskiej produkcji również obiecywał wiele. Miałem także dość wygórowane oczekiwania - wiem, jak wygląda obecnie kwestia horrorów, większość stosuje tanie sztuczki, powiela schematy, a w trakcie fabuły absurdy rodzą absurdy. Czy film sprostał moim oczekiwaniom?
W pierwszych scenach poznajemy główne postacie dramatu (raczej horroru, choć z rozwojem fabuły budzą się w nas sprzeczne uczucia) - Amelię i Samuela. Amelia (Essie Davis) jest wdową, jej mąż zginął w wypadku w trakcie transportu żony do szpitala - była w ciąży i lada moment miał urodzić się ich syn. Ów chłopiec to Samuel (Noah Wiseman), jest trochę dziwaczny, ma problemy z kontaktem z rówieśnikami, a ponadto ma wybujałą wyobraźnię - wszędzie widzi potwory, na które bez ustanku zastawia pułapki, ze złomu zgromadzonego w domu konstruuje prowizoryczne bronie przeciwko nim. Amelia nie radzi sobie z wychowaniem Samuela, jest całkowicie specyficznym dzieckiem, a jej problemy pogłębia niemożność poradzenia sobie ze stratą męża - nawet po tylu latach rana na jej duszy jest wciąż otwarta i ani myśli się zagoić. Problemy rodziny sięgają zenitu kiedy Samuel prosi matkę o przeczytanie mu znalezionej na półce książki o Babadooku - mrocznym stworze żyjącym w ciemnościach, którego wpuszczenie do swojego życia jest równoznaczne z rozpoczęciem koszmaru. Nie muszę chyba wspominać, że na tym momencie film się nie kończy. Ostrzeżenia zawarte w pozornie niewinnej książce dla dzieci zdają się na nic - Amelia i Samuel będą musieli zmierzyć z czymś, o czym do tej pory im się nie śniło.
Film jest zrealizowany w świetny, bardzo oldschoolowy sposób. Z lekka wyblakłe kolory, zabiegi stosowane w celu nastraszenia widza, klimat budowany w wyjątkowym stylu, przywodzą na myśl najstarszych protoplastów rodziny horroru - na przykład Dziecko Rosemary. Widz straszony jest tutaj inaczej niż w większości nowszych filmów grozy, nie uświadczycie tu wrednych screamerów przyprawiających skórę o ciarki głównie hałasem i elementem zaskoczenia. Tutaj cała atmosfera budowana jest dużo bardziej subtelnie, stopniowo, lecz również zaskakująco. W wielu momentach, gdy akurat spodziewamy się czegoś strasznego, nic tak naprawdę się nie dzieje. Napięcie wyczuwalne jest cały czas. Sama zjawa nie jest tylko pretekstem do stosowania wyżej wymienionych "krzykaczy" - w zasadzie to widzimy ją w filmie zaledwie kilka razy, zawsze niewyraźnie, szybko migającą w kadrze. Kolejnym świetnym rozwiązaniem było przedstawienie ruchu Babadooka animacją poklatkową, co jest wyraźnym puszczeniem oka w stronę fanów starych, jeszcze niemych filmów grozy.
Zakończenie jest nieprzewidywalne, dziwne, dające większy popis raczej po głębszej interpretacji - przedstawienie w filmie mogłoby wydawać się płytkie, ale tylko gdy zlekceważymy jego drugie dno.
Babadook daje nadzieję na dobre jakościowo, nieprzewidywalne, nowoczesne, lecz staroszkolne kino grozy. Gdzie atmosfera zaszczucia budowana jest jak dawniej - muzyką, grą świateł, niewyraźnymi kształtami, w których możemy doszukiwać się konkretnych sylwetek. Trzeba być prawdziwym wirtuozem, by przy użyciu tak niewielu środków wzbudzić w widzu realny lęk. A to się pani reżyser z całą pewnością udało.
| Groza na 102. |
Film jest zrealizowany w świetny, bardzo oldschoolowy sposób. Z lekka wyblakłe kolory, zabiegi stosowane w celu nastraszenia widza, klimat budowany w wyjątkowym stylu, przywodzą na myśl najstarszych protoplastów rodziny horroru - na przykład Dziecko Rosemary. Widz straszony jest tutaj inaczej niż w większości nowszych filmów grozy, nie uświadczycie tu wrednych screamerów przyprawiających skórę o ciarki głównie hałasem i elementem zaskoczenia. Tutaj cała atmosfera budowana jest dużo bardziej subtelnie, stopniowo, lecz również zaskakująco. W wielu momentach, gdy akurat spodziewamy się czegoś strasznego, nic tak naprawdę się nie dzieje. Napięcie wyczuwalne jest cały czas. Sama zjawa nie jest tylko pretekstem do stosowania wyżej wymienionych "krzykaczy" - w zasadzie to widzimy ją w filmie zaledwie kilka razy, zawsze niewyraźnie, szybko migającą w kadrze. Kolejnym świetnym rozwiązaniem było przedstawienie ruchu Babadooka animacją poklatkową, co jest wyraźnym puszczeniem oka w stronę fanów starych, jeszcze niemych filmów grozy.
Zakończenie jest nieprzewidywalne, dziwne, dające większy popis raczej po głębszej interpretacji - przedstawienie w filmie mogłoby wydawać się płytkie, ale tylko gdy zlekceważymy jego drugie dno.
Babadook daje nadzieję na dobre jakościowo, nieprzewidywalne, nowoczesne, lecz staroszkolne kino grozy. Gdzie atmosfera zaszczucia budowana jest jak dawniej - muzyką, grą świateł, niewyraźnymi kształtami, w których możemy doszukiwać się konkretnych sylwetek. Trzeba być prawdziwym wirtuozem, by przy użyciu tak niewielu środków wzbudzić w widzu realny lęk. A to się pani reżyser z całą pewnością udało.
Etykiety:
2014,
Australia,
Babadook,
book,
film,
film grozy,
ghost,
groza,
horror,
Jennifer Kent,
kino,
lifestyle,
movie,
recenzja,
review,
The Babadook
piątek, 19 września 2014
Kolejny film o wojnie - "Miasto 44" (2014)
Mam takie zdanie o II Wojnie Światowej w mediach wszelakich, że jest ona oklepanym tematem. Filmów traktujących o porażce (bo tak, to była porażka) Polaków około 80 lat temu jest cała masa. Zaryzykuję stwierdzenie, że polscy twórcy w pewnym stopniu pasożytują na Wojnie, traktują ją jak niekończące się źródło dochodu, zapominając jednocześnie, że to wydarzenie historyczne, które należałoby w odpowiedni sposób upamiętnić. I należałoby to zrobić raz, a dobrze, a nie dziesiątki razy z miernym efektem. Ze względu na Gdyński Festiwal Filmowy udało nam się załapać na seans po niższej cenie, ponieważ film był wyświetlany jakby w ramach owego wydarzenia. Na samym początku, gdy dowiedziałem się, że będę miał okazję obejrzeć Miasto 44, zareagowałem mniej więcej tak:
Wiedziałem jak wyglądają filmy oparte na historii polskiej, mało tego, wiedziałem jak wyglądają obecnie polskie filmy w ogóle. Przeczytałem parę opinii i jednak się okazuje, że to niby taki widowiskowy film z iście hollywoodzkim rozmachem, w dodatku rzetelny. A jak jest naprawdę? W opiniach kryje się sporo prawdy.
Moda na pięknych i ulizanych chłopaczków w okupowanej Polsce wciąż nie odeszła do innej epoki, gdyż oto poznajemy jednego z nich, naszego bohatera, Stefana. Jego matka jest byłą aktorką, ma również drugiego, młodszego syna. Ojca nie ma, bo... no właśnie. W tajemniczych okolicznościach wyparował, ale najpewniej zginął na wojnie. W wyniku całkiem nietypowych i zapewne niespodziewanych dla widza okoliczności, Stefan trafia do konspiracji. Jak sama nazwa mówi, jest rok 1944, powstanie wisi w powietrzu, co matce naszego bohatera niekoniecznie się podoba. Nikt by nie chciał tracić kolejnego członka rodziny. Pominę opisywanie fabuły w jakimś szerszym stopniu, każdy wie z historii jak przebiegało powstanie - a nie był to zdecydowanie pozytywny obrót spraw.
Na początek trochę pochwał. Film jest póki co najbardziej krwawym, brutalnym, widowiskowym i rzetelnym opowiadającym o powstaniu. Nie ma tu jakiegoś bycia popychadłami Niemców, a potem nagłego boskiego zrywu prowadzącego do zwycięstwa. Powstańcy tutaj to banda niedoszkolonych cywili, z bronią palną mających tyle wspólnego, co koza z Saturnem. Trup ściele się gęsto, bohaterowie padają jak muchy i dużo łatwiej jest mi w to uwierzyć, niż w niezniszczalnych komando powstańców, jak w wielu filmach są oni przedstawiani. Z całym szacunkiem dla osób poległych w walce o wyzwolenie Warszawy, ale gdyby to o mnie chodziło, wolałbym, aby w filmach o mnie przedstawiano prawdę. Za to - ogromny plus. Rozmach hollywoodzki - jest. Film poprzedza krótki wstęp o ilości gruzu wykorzystanego w filmie, liczbie aktorów, itp. Są to tylko liczby, ale nie powiem, robią wrażenie. Wszystko wygląda bardzo przekonująco i realistycznie, zadbano o najdrobniejsze detale, a sceny pokroju tej na cmentarzu - świetne.
Z drugiej strony - wiele niedoróbek i totalnych głupot. Główny bohater jest chyba Iron-Manem, gdyż śmierć omija go szerokim łukiem, podczas gdy wszystko wokół niego dosłownie sypie się. *SPOILER* Scena z deszczem kończyn i krwi wydała mi się kompletnie przesadzona. Fajnie, że film jest realistyczny, no ale bez przesady. *SPOILER* Są jeszcze dwie sceny w tej produkcji, które wyjątkowo do niczego nie pasują. Są nie na miejscu nawet jeśli chodzi o szacunek do ofiar - myślę, że każdy kto widział film wie o jakie sceny mi chodzi. Ich absurd i nierealność solidnie popsuły mi odbiór całego filmu. A użycie dubstepu w jednej z nich zrujnowało mój światopogląd. W sumie - można się tego było spodziewać po Komasie, który na swoim koncie ma już Salę samobójców. Te sceny nawet są w podobnym klimacie. Można narzekać na typową dla polskich produkcji o wojnie schematyczność. Nie mogło się obyć bez miałkiego wątki miłosnego (z którym notabene wiąże się jedna z absurdalnych scen).
Muszę przyznać, że film zrobił na mnie spore wrażenie. Jest przekonujący, pokazuje gorzką prawdę o wydarzeniach, o których wiele osób ma mylne pojęcie. Pokazał tragedię taką, jaką rzeczywiście była i zrobił to w iście zagranicznym stylu. Gra aktorska również była bez zarzutu. Przez nadmiar widowiskowości i dwie głupie sceny - zaledwie 7 na filmwebie. Porządna produkcja.
Wiedziałem jak wyglądają filmy oparte na historii polskiej, mało tego, wiedziałem jak wyglądają obecnie polskie filmy w ogóle. Przeczytałem parę opinii i jednak się okazuje, że to niby taki widowiskowy film z iście hollywoodzkim rozmachem, w dodatku rzetelny. A jak jest naprawdę? W opiniach kryje się sporo prawdy.
| Główny bohater i jego laska. No, nie mógłby być samotny. |
Na początek trochę pochwał. Film jest póki co najbardziej krwawym, brutalnym, widowiskowym i rzetelnym opowiadającym o powstaniu. Nie ma tu jakiegoś bycia popychadłami Niemców, a potem nagłego boskiego zrywu prowadzącego do zwycięstwa. Powstańcy tutaj to banda niedoszkolonych cywili, z bronią palną mających tyle wspólnego, co koza z Saturnem. Trup ściele się gęsto, bohaterowie padają jak muchy i dużo łatwiej jest mi w to uwierzyć, niż w niezniszczalnych komando powstańców, jak w wielu filmach są oni przedstawiani. Z całym szacunkiem dla osób poległych w walce o wyzwolenie Warszawy, ale gdyby to o mnie chodziło, wolałbym, aby w filmach o mnie przedstawiano prawdę. Za to - ogromny plus. Rozmach hollywoodzki - jest. Film poprzedza krótki wstęp o ilości gruzu wykorzystanego w filmie, liczbie aktorów, itp. Są to tylko liczby, ale nie powiem, robią wrażenie. Wszystko wygląda bardzo przekonująco i realistycznie, zadbano o najdrobniejsze detale, a sceny pokroju tej na cmentarzu - świetne.
Z drugiej strony - wiele niedoróbek i totalnych głupot. Główny bohater jest chyba Iron-Manem, gdyż śmierć omija go szerokim łukiem, podczas gdy wszystko wokół niego dosłownie sypie się. *SPOILER* Scena z deszczem kończyn i krwi wydała mi się kompletnie przesadzona. Fajnie, że film jest realistyczny, no ale bez przesady. *SPOILER* Są jeszcze dwie sceny w tej produkcji, które wyjątkowo do niczego nie pasują. Są nie na miejscu nawet jeśli chodzi o szacunek do ofiar - myślę, że każdy kto widział film wie o jakie sceny mi chodzi. Ich absurd i nierealność solidnie popsuły mi odbiór całego filmu. A użycie dubstepu w jednej z nich zrujnowało mój światopogląd. W sumie - można się tego było spodziewać po Komasie, który na swoim koncie ma już Salę samobójców. Te sceny nawet są w podobnym klimacie. Można narzekać na typową dla polskich produkcji o wojnie schematyczność. Nie mogło się obyć bez miałkiego wątki miłosnego (z którym notabene wiąże się jedna z absurdalnych scen).
Muszę przyznać, że film zrobił na mnie spore wrażenie. Jest przekonujący, pokazuje gorzką prawdę o wydarzeniach, o których wiele osób ma mylne pojęcie. Pokazał tragedię taką, jaką rzeczywiście była i zrobił to w iście zagranicznym stylu. Gra aktorska również była bez zarzutu. Przez nadmiar widowiskowości i dwie głupie sceny - zaledwie 7 na filmwebie. Porządna produkcja.
poniedziałek, 1 września 2014
"Granica świtu" (2008)
Tak jak ostatnio złapaliśmy fazę na wałkowanie dorobku Wesa Andersona, tak teraz chyba przyszedł czas na oglądanie wszystkich filmów z udziałem Louisa Garrela (w dalszym ciągu utrzymuję, że jest wyjątkowy). Wczorajszego wieczoru padło na Granicę świtu, czyli film parę lat młodszy od Marzycieli, teoretycznie, również bardziej dojrzały. Dzieło jest produkcji francuskiej, zatem nie uświadczymy tu języka angielskiego, czy na przykład bardziej znanych zachodnich aktorów. Na fotelu reżyserskim zasiadł Garrel senior i udowodnił, że offowe kino francuskie stoi na bardzo wysokim poziomie i paradoksalnie nie jest doceniane tak bardzo jak nierzadko znacznie gorszy mainstream. ALE OD POCZĄTKU.
Film opowiada historię gwiazdy filmowej (Laura Smet) pozostawionej przez męża samej w ogromnym, jałowym domu. Pewnego dnia spotyka się z fotografem (Louis Garrel), którego zadaniem jest zrobienie jej sesji zdjęciowej do popularnego czasopisma. Rzecz jasna, na sesji się nie kończy. Para nawiązuje romans i przeprowadza się do jednego z hoteli na dwa tygodnie. Nie chcę za bardzo zdradzać fabuły, powiem jedynie, że romans ten nie kończy się pozytywnie, a w dodatku jego zakończenie jest zarazem rozpoczęciem nowego wątku trwającego już do końca filmu. Jak oceniam sam seans? Bardzo pozytywnie. Film wywarł na mnie ogromne wrażenie, w sumie to nawet zaskoczył - pewnie dlatego, że po Marzycielach miałem zupełnie inne oczekiwania wobec kolejnego filmu. Brak tu tych humorystycznych akcentów, i dobrze. Garrel (bo oczywiście dla niego obejrzeliśmy film) pokazuje, że sprawdza się doskonale w roli zepsutego przez ideologię młodocianego buntownika, jak i amanta, artysty, fotografa.
Na uwagę zasługują oczywiście też role Carol i występującej później Eve. Ta pierwsza doskonale ukazuje postępujące szaleństwo, ta druga natomiast - śmiertelne oddanie partnerowi. Ciekawy kontrast. Tak jak napisałem wyżej, film jest przedstawiony w czerni i bieli. Jest to o tyle ciekawsze, że właściwie gdyby nie parę detali, ciężko byłoby umiejscowić go w jakimś konkretnym punkcie na linii czasu. Oczywiście, podkreśla to uniwersalizm produkcji. Nietrudno się domyślić, że gatunek filmu to dramat, a jest to w rzeczywistości dramat pełną gębą. Początkowa sielanka szybko przeradza się właściwie w piekło, grę niepokojących, dołujących wydarzeń, tragedii. Jeśli chodzi o pracę kamery - jest wyjątkowa. Ujęcia są ciekawe, pomysłowe, mamy wielokrotnie okazję dokładnie wpatrzeć się w twarze bohaterów wyrażające tysiące emocji, przez co łatwiej się w nich wczuć. U mnie 8 na filmwebie. Kolejny dowód na to, że warto zainteresować się kinem niszowym, bo często oferuje dużo ciekawszą rozrywkę niż mainstreamowe filmy.
| Oryginalny plakat filmu. |
| Film jest w całości czarno-biały. Oldschool. |
Etykiety:
2008,
czarno-biały,
drama,
dramat,
film,
France,
Francja,
Granica świtu,
kino,
La frontière de l'aube,
Laura Smet,
Louis Garrel,
Off,
oldschool,
opinia,
recenzja,
rozrywka,
suicide,
szaleństwo,
underground
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
Wes Anderson, czyli awangarda w kinie
Odkąd mam filmweba, staram się patrzeć na filmy i seriale nieco bardziej pod kątem wykonania, nie tylko fabuły i bohaterów. Zacząłem zwracać dużo większą uwagę na szczegóły, które często burzyły mi obraz całości i odbierały mi radość z seansu. Denerwował mnie też fakt, że filmy, które oglądałem, w większości były nudną i przereklamowaną komerchą, tragicznymi horrorami i totalnie kiczowatym sci-fi. W końcu odważyłem się sięgnąć po coś innego niż zwykle i jakiś czas temu razem z dziewczyną postanowiliśmy zagłębić się w filmografię Wesa Andersona, bo z zasłyszanych opinii wynikało, że niezły z niego kozak w kwestii reżyserii. Czy naprawdę? Odpowiedź brzmi: jego filmy są dość nierówne, ale zawsze są powyżej przeciętnej.
Przygodę z jego filmami zaczęliśmy od Moonrise Kingdom (w polskiej wersji absurdalni Kochankowie z Księżyca) i już wtedy dało się zauważyć, że jego filmy są nietypowe. Najbardziej charakterystycznym motywem przewijającym się przez jego produkcje (nawet te najwcześniejsze) jest dzika, minimalistyczna estetyka, pełna zazwyczaj jednego motywu kolorystycznego przypisanego całemu filmowi. Wraz z nią występują nietypowe kadry i niemalże absurdalne, mające dodać dramatyzmu zbliżenia. W jego filmach wszystko jest pedantycznie poukładane, do bólu równe, ujawniające perfekcjonizm swego twórcy. Nie mam zamiaru rozwodzić się tutaj nad każdym jednym jego filmem (bo na pewno w końcu doczekają się swoich samodzielnych recenzji), jednak postaram się pokrótce przybliżyć odczucia związane z każdym z nich.
Wyżej wspomniane Moonrise Kingdom oczarowało mnie klimatem, budowanym nastrojem i swą estetyką. Bohaterowie byli uroczy i rozbrajający, a fabuła całkiem zaskakująca i łatwa w odbiorze. Kolejnym strzałem był Grand Budapest Hotel, czyli film dość świeży, bo tegoroczny - był to strzał trafiony. Ponownie estetyka, tym razem jakby jeszcze widoczniejsza i bardziej porywająca. Fabuła ponownie przemyślana, intryga, tajemnica, pieniądze i legendarny hotel budowały niepowtarzalny nastrój. Na pochwałę zasługuje też obsada, bo ta jest gwiazdorska przez duże Gie.
Później zdecydowaliśmy się sięgnąć po jego wcześniejsze filmy, by jakoś odnotować ewolucję, która musiała następować w jego filmografii. Następnym wyborem był Genialny Klan - wyraźnie było widać, że wyjątkowy styl Andersona dopiero kiełkował, choć i tu pojawiały się te zabawne, przemyślane ujęcia. Brakowało wyżej wspomnianej estetyki (w tej notce nadużyję tego słowa), ale bohaterowie wciąż byli ciekawi, motor napędowy (Bill Murray w roli ojca marnotrawnego) fabuły nie najgorszy, w skrócie - bardzo dobry film.
Następnie zdecydowaliśmy się na Podwodne Życie ze Stevem Zissou. Tu kolory i andersonowy styl (typowe dla niego przedstawienie postaci w pierwszych kadrach) wkraczały już na właściwe tory. Problem był taki, że film był... nudny, przynajmniej w mojej opinii. Owszem, był humorystyczny, motyw polowania na podmorski unikat w postaci rekina był fajny, ale ta produkcja strasznie mi się dłużyła i zdarzały się momenty trochę wciśnięte na siłę.
Bonus #1: może miałem zbyt wygórowane oczekiwania.
Bonus #2: Owen Wilson powoli zaczyna mnie denerwować.
Ostatni film Andersona, który oglądaliśmy, to Pociąg do Darjeeling - i tu już znaczna poprawa i większa satysfakcja. Wszystko było tu dopracowane, przemyślane, na swoim miejscu. Ponownie pomysł ze zrzeszającą się rodziną (jakby motyw przewodni), ale w dość nowatorskiej, indyjskiej scenografii. Jedną z głównych ról grał tutaj pociąg, który był pełen ciekawych osobistości, i który był motorem napędowym wielu żartów sytuacyjnych (na przykład całego zajścia z wężem, szalony pomysł). Obsada w dużej części niezmieniona, co w sumie wychodzi na plus, bo mamy szansę zobaczyć tych samych aktorów w różnych kreacjach (oprócz Owena Wilsona, którego w kolejnym filmie już chyba nie przetrawię). Andersonowego stylu stosunkowo niewiele, ale wszystko inne na swoim miejscu. Kawał dobrego filmu.
Wciąż jesteśmy w trakcie zapoznawania się z filmografią tego dość słynnego (ostatnio) reżysera, i w sumie nawet jeśli film nie jest specjalnie porywający, ciekawy, czerpie garściami z innych, to jednak zawsze jest w nim jakiś element, który zaskakuje. Zawsze stylistyka jest odmienna, pasuje do fabuły i bohaterów. Za to tego pana cenię. I już nie mogę się doczekać kolejnych filmów.
| Grand Budapest Hotel, czyli ostatnio najbardziej napompowany medialnie film Andersona. |
![]() |
| Moonrise Kingdom, komizm, absurd, perfekcjonizm. |
Później zdecydowaliśmy się sięgnąć po jego wcześniejsze filmy, by jakoś odnotować ewolucję, która musiała następować w jego filmografii. Następnym wyborem był Genialny Klan - wyraźnie było widać, że wyjątkowy styl Andersona dopiero kiełkował, choć i tu pojawiały się te zabawne, przemyślane ujęcia. Brakowało wyżej wspomnianej estetyki (w tej notce nadużyję tego słowa), ale bohaterowie wciąż byli ciekawi, motor napędowy (Bill Murray w roli ojca marnotrawnego) fabuły nie najgorszy, w skrócie - bardzo dobry film.
![]() |
| Podwodne Życie ze Stevem Zissou, czyli mały zawód. |
Bonus #1: może miałem zbyt wygórowane oczekiwania.
Bonus #2: Owen Wilson powoli zaczyna mnie denerwować.
Ostatni film Andersona, który oglądaliśmy, to Pociąg do Darjeeling - i tu już znaczna poprawa i większa satysfakcja. Wszystko było tu dopracowane, przemyślane, na swoim miejscu. Ponownie pomysł ze zrzeszającą się rodziną (jakby motyw przewodni), ale w dość nowatorskiej, indyjskiej scenografii. Jedną z głównych ról grał tutaj pociąg, który był pełen ciekawych osobistości, i który był motorem napędowym wielu żartów sytuacyjnych (na przykład całego zajścia z wężem, szalony pomysł). Obsada w dużej części niezmieniona, co w sumie wychodzi na plus, bo mamy szansę zobaczyć tych samych aktorów w różnych kreacjach (oprócz Owena Wilsona, którego w kolejnym filmie już chyba nie przetrawię). Andersonowego stylu stosunkowo niewiele, ale wszystko inne na swoim miejscu. Kawał dobrego filmu.
Wciąż jesteśmy w trakcie zapoznawania się z filmografią tego dość słynnego (ostatnio) reżysera, i w sumie nawet jeśli film nie jest specjalnie porywający, ciekawy, czerpie garściami z innych, to jednak zawsze jest w nim jakiś element, który zaskakuje. Zawsze stylistyka jest odmienna, pasuje do fabuły i bohaterów. Za to tego pana cenię. I już nie mogę się doczekać kolejnych filmów.
poniedziałek, 21 lipca 2014
Ojej, fatalnie wyszedłem na tym zdjęciu! - "Shutter - Widmo" (2004)
Tego wieczoru po raz drugi miałem okazję obejrzeć ten tajski film. Sam kraj, w którym miała miejsce produkcja może czynić ją wyjątkową. Ale nie to czyni. Po raz drugi czułem nieziemski klimat, który otacza ten film, który aż rzyga z ekranu prosto w moją skalaną zaniepokojeniem twarz. Może nie przestraszył mnie aż tak bardzo jak za pierwszym razem (byłem młodszy i była późna noc), ale wciąż świetnie się bawiłem i czułem owe zaniepokojenie, o którym wspomniałem nieco wyżej.
Głównego bohatera, Tuna, poznajemy w trakcie jedzenia kolacji w restauracji w towarzystwie starych kumpli i dziewczyny. Wracając do domu samochodem, dziewczyna naszego głównego bohatera, Jane, uderza w przechodzącą przez ulicę dziewczynę. Tun ogląda się na ciało, po czym ponagla swą dziewczynę, by natychmiast jechała dalej. I tu zaczyna się właściwa akcja. Nasz główny bohater jako fotograf robi wiele zdjęć. Na tych właśnie zdjęciach zaczynają się pojawiać tajemnicze smugi, w końcu sylwetka potrąconej dziewczyny. Policja zabezpieczająca miejsce nieumyślnej zbrodni wspomina jednak jedynie o uderzeniu w przydrożny znak, brak natomiast wzmianek o jakichkolwiek rannych, bądź co gorsza, martwych. Nie zamierzam zagłębiać się tutaj w fabułę, jak zwykle w swoich recenzjach. Warto natomiast wspomnieć, że jest przemyślana, trzyma się kupy, a końcowy zwrot akcji na pewno niejednemu widzowi zamota w głowie.
Muzyka jest świetna, mroczna, buduje napięcie stopniowo, pojawia się w kluczowych momentach. Idealna do takiego horroru. Straszaki w postaci nagłych wyskoczeń czegoś na widza, pojawieniu się zjawy na ekranie, głośnych dźwiękach choć prymitywne, są całkiem mądrze usytuowane w trakcie trwania fabuły, nieraz można podskoczyć na krześle, a poddenerwowanie towarzyszy nam cały czas, aż do napisów końcowych. Wykorzystanie aparatu fotograficznego jako głównego rekwizytu Tuna nie było do końca oryginalnym pomysłem, ale potencjał tej idei wyczerpano w pełni. Od wywoływania zdjęć w mrocznej ciemni, po powolnie ukazujące się obrazy na kliszy polaroida - te właśnie elementy budują tutaj klimat i nastrój niepokoju, niepewności, grozy.
Gra aktorska - bez zarzutu. Podobała mi się przede wszystkim relacja Tuna z Jane, oraz w późniejszym etapie filmu, narastający obłęd głównego bohatera. Bo tak, historia w filmie będzie obłędna również dla niego.
Podsumowując - świetny tajski horror. Jak dla mnie, najlepszy azjatycki horror w ogóle. Mroczny, tajemniczy, niepokojący, wywołujący ciarki na plecach. Oglądać, najlepiej samotnie, nocą, w ciemnym pokoju. A potem cyknąć sobie selfie, ot tak.
| Najlepszy azjatycki horror od czasów "Kręgu" - coś w tym jest. |
Muzyka jest świetna, mroczna, buduje napięcie stopniowo, pojawia się w kluczowych momentach. Idealna do takiego horroru. Straszaki w postaci nagłych wyskoczeń czegoś na widza, pojawieniu się zjawy na ekranie, głośnych dźwiękach choć prymitywne, są całkiem mądrze usytuowane w trakcie trwania fabuły, nieraz można podskoczyć na krześle, a poddenerwowanie towarzyszy nam cały czas, aż do napisów końcowych. Wykorzystanie aparatu fotograficznego jako głównego rekwizytu Tuna nie było do końca oryginalnym pomysłem, ale potencjał tej idei wyczerpano w pełni. Od wywoływania zdjęć w mrocznej ciemni, po powolnie ukazujące się obrazy na kliszy polaroida - te właśnie elementy budują tutaj klimat i nastrój niepokoju, niepewności, grozy.
| Typowa azjatycka zmora. |
Podsumowując - świetny tajski horror. Jak dla mnie, najlepszy azjatycki horror w ogóle. Mroczny, tajemniczy, niepokojący, wywołujący ciarki na plecach. Oglądać, najlepiej samotnie, nocą, w ciemnym pokoju. A potem cyknąć sobie selfie, ot tak.
czwartek, 17 lipca 2014
Zły człowiek, dobra małpa - "Geneza planety małp" (2011)
Przepadam za kinem Burtona, w tym także za "Planetą małp" z 2001 (choć spotykała się z ogólnym hejtem, bo sporo odbiegała od oryginału z 1968). Teraz w kinach można obejrzeć "Ewolucję planety małp", sequel "Genezy ...", więc było tylko kwestią czasu zanim tę "Genezę..." obejrzę. No i jakoś wczoraj nie miałem lepszego pomysłu, więc zabrałem się za ten film. Muszę też nadmienić, że mam tzw. "syndrom przysypiacza", mam tendencję do zasypiania na filmach, zwłaszcza jeśli oglądam je późno w nocy (tak było na przykład z "Wall*E'm", co wcale nie oznacza, że był nudny!". W przypadku wyżej wspomnianego filmu Wyatta nie zachciało mi się spać wcale, choć oglądałem go od 2:00 do 4:00. O czymś to świadczy, doesn't it?
Film rozpoczyna się ogólną jatką w ośrodku badawczym. Uprzednio oczywiście poznajemy naszego głównego bohatera, Willa Rodmana, granego przez fantastycznego Jamesa Franco. Jest on naukowcem, który skupia się na badaniach nad serum mającym regenerować uszkodzone szare komórki. W przypadku małp (na których testują ten środek) - rozwija to ich inteligencję, przesuwa o krok naprzód w ewolucji. W przypadku ludzi - leczy Alzheimera. Willem kierują również osobiste pobudki, gdyż jego ojciec cierpi na wyżej wspomnianą chorobę, co gorsza jest ona już w zaawansowanym stadium. Teraz już dochodzi do właściwej akcji, szympansica pozornie inteligentna dostaje szału, rozbija szybę i zostaje rozstrzelana przed oczami biznesmenów, którzy mieli pozwolić Rodmanowi testować na ludziach, a także wspomóc finansowo badania. Tym sposobem, bohater nie uzyskuje poparcia, ponadto wszystkie szympansy zostają uśpione. Oprócz jednego, rzecz jasna. Jest to dziecko owej zdziczałej szympansicy. Will postanawia przygarnąć małego naczelnego i zajmować się nim, zwłaszcza, że jest to dziedzic zmodyfikowanych już genów. W międzyczasie zdesperowany Rodman postanawia poczęstować swojego ojca niezweryfikowanym i nieprzetestowanym jeszcze do końca serum, co pozornie wychodzi mu na dobre.
Od tego momentu akcja przenosi się jakiś czas później. Kolejnym z głównych bohaterów zostaje Cezar, teraz już bardziej wyrośnięty szympans, który wykazuje zaskakującą inteligencję, nawet jak na przedstawiciela naczelnych. I tutaj się zamykam odnośnie fabuły, bo nie mam zamiaru robić streszczenia filmu, a naprawdę warto obejrzeć go samemu. Czemu? Och, jest tak wiele powodów! Po pierwsze, film przedstawia idealną wizję tytułowego powstania planety małp. Widzimy jak w małpach i ich przewodniku (już można się domyślić któż to taki) stopniowo narasta wiedza, inteligencja, samoświadomość. W pewnym momencie Cezar wymawia już pojedyncze słowa, a przez cały czas posługuje się językiem migowym. W przeciwieństwie do filmu Burtona, małpy są wygenerowane komputerowo. Oczywiście, wygląd tych małp jest świetny, ale spierałbym się, czy tak bardzo lepszy od burtonowskich gości w gumiastych strojach. Gumiaste stroje miały swój klimacik. Były bardziej namacalne niż komputerowe szympansy.
A co do samych małp. Są bardzo małpie. Motion capture wyszło bardzo spoko, wszystkie ruchy naczelnych są płynne, żwawe, realistyczne. A aktorzy zagrali świetnie, Franco spisuje się w kolejnym już filmie na medal.
Dźwięk, cóż można powiedzieć o dźwięku. Małpie wrzaski, jak to małpie wrzaski - nic nowego. Muzyka jest w porządku, gra sobie gdzieś tam w tle, jak jest więcej akcji to narasta i idealnie pasuje do sytuacji. Na plus. Podoba mi się też głębszy sens tego filmu. Naprawdę ciężko tu stwierdzić kto właściwie jest dobry, a kto jest zły. Żołnierze pacyfikujący małpy, by ratować ludzi, czy małpy zabijające ludzi, by dotrzeć do wielkiego lasu. Granica zaciera się, jest niemal niewidoczna. Konkluzja jest taka, że planeta małp jest wytworem ludzi, karą za pychę człowieka i tzw. "zabawę w Boga". I jest to cholernie trafna konkluzja.
Wad jest właściwie niewiele. Wątek ludzkości i leczenia Alzheimera został potraktowany raczej po macoszemu. Mamy parę scen z ojcem Willa, i to tyle. Nic więcej, żadnych innych scen powiązanych z tym wątkiem. Nieco zmarnowany potencjał. Widać też po filmie, że jest to bardziej kino rozrywkowe. Więcej tu walk, efektownego naparzania się po głowach, bieganin, ucieczek. Typowo popcornowy film. Niemniej jednak bardzo mi się spodobał i na filmwebie dostał ode mnie mocną ósemkę. I zachęcił do obejrzenia "Ewolucji planety małp". Ale bardziej chyba do "Planety małp" z 1968.
| Pytanie brzmi: kto tu jest antagonistą? |
| Mały Cezar. Prawda, że słodki? |
A co do samych małp. Są bardzo małpie. Motion capture wyszło bardzo spoko, wszystkie ruchy naczelnych są płynne, żwawe, realistyczne. A aktorzy zagrali świetnie, Franco spisuje się w kolejnym już filmie na medal.
| Cezar na spacerze. Nawet swetry nosi. |
Wad jest właściwie niewiele. Wątek ludzkości i leczenia Alzheimera został potraktowany raczej po macoszemu. Mamy parę scen z ojcem Willa, i to tyle. Nic więcej, żadnych innych scen powiązanych z tym wątkiem. Nieco zmarnowany potencjał. Widać też po filmie, że jest to bardziej kino rozrywkowe. Więcej tu walk, efektownego naparzania się po głowach, bieganin, ucieczek. Typowo popcornowy film. Niemniej jednak bardzo mi się spodobał i na filmwebie dostał ode mnie mocną ósemkę. I zachęcił do obejrzenia "Ewolucji planety małp". Ale bardziej chyba do "Planety małp" z 1968.
Etykiety:
2011,
akcja,
animal,
ape,
Cezar,
ewolucja,
Ewolucja planety małp,
film,
filmweb,
Geneza planety małp,
James Franco,
kino,
opinia,
opis,
Planeta małp,
recenzja,
szympansy,
Tim Burton,
zwierzęta
Subskrybuj:
Posty (Atom)


