Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 listopada 2014

"Sierociniec" (2007) - wrażenia

Hiszpanie mają głowę do horrorów, to jest wiadome od zawsze - spójrzcie sobie chociażby na Labirynt Fauna albo [Rec] (chociaż co do horrorowatości tego pierwszego można mieć pewne wątpliwości). Do Sierocińca zbierałem się niestety dość długo, bo, wiadomo, szczególnie zależało mi na tym, by obejrzeć ten film już po ciemku, późną nocą, ale w jakiś dziwny sposób zawsze znajdowało się jakieś inne zajęcie, ewentualnie dużo bardziej pociągało mnie... spanie. Parę dni temu w końcu udało mi się dokonać niedokonanego i niemalże świeżo po seansie zabieram się do tego posta. A na wstępie muszę zaznaczyć, że film kompletnie nie zepsuł mojej wizji europejskiego horroru, a dodatkowo ją umocnił.
Złowieszczo.
Zawsze lubiłem, gdy film grozy rzeczywiście budził grozę i jakiś irracjonalny lęk przed nocnym pójściem do toalety - no bo jakby nie było, taka jest rola horrorów. Od jakiegoś momentu właściwie trudno mi się przestraszyć na jakimkolwiek horrorze, więc w ogromnym skupieniu szukam tego, który zbiera najbardziej pochlebne opinie w tej materii. Problem jest taki, że każdy człowiek ma inne nerwy, każdy inaczej odbiera kolejne czynniki, natężenie dźwięków, jumpscare'y, misternie budowany klimat, gęsty niczym smog w Tokio. Jakiś czas temu porzuciłem ideę poszukiwania filmów straszących "po chamsku", a skupiam się raczej na takich, które mają niepowtarzalny klimat, jakąś taką atmosferę, która choć pozornie nie jest groźna, to powoduje ciarki nawet na wybrednym człowieku. Do takich filmów należy wymieniony wyżej Labirynt Fauna, który w swojej genialnej baśniowości jest cholernie niepokojący i depresyjny. Do tego grona dołączył Sierociniec, bo opowiada historię inaczej niż zwykle.

 Mamy więc kobietę, która kiedyś mieszkała w sierocińcu, a w życiu dorosłym ponownie wprowadza się do niego (tym razem z mężem i synem), by stworzyć na jego bazie ośrodek dla niepełnosprawnych dzieci. Simon (czyli syn) nie jest zwyczajnym chłopcem - cierpi na śmiertelną chorobę, a zmiana otoczenia i brak znajomych twarzy nie działają na niego pozytywnie. W końcu zaczyna zadawać się z wymyślonymi przyjaciółmi, z których jeden szczególnie upodoba sobie absorbowanie wolnego czasu najmłodszego mieszkańca budynku. W tym momencie film właściwie się rozpoczyna, bo okazuje się, że nowy przyjaciel Simona nie będzie się w swych zabawach ograniczał jedynie do niego, co niekoniecznie spodoba się rodzicom chłopca. Powiedzmy, że będą raczej... zaniepokojeni. A to i tak dość łagodnie powiedziane.

Nie owijając w bawełnę - film nie jest przerażający do bólu. Jest niepokojący, bardzo zagadkowy, momentami można podskoczyć w fotelu, jednak zdecydowanie nie wykręca nam organów wewnętrznych ze strachu. To właśnie tajemnica przeszłości i sekret, który skrywa sierociniec, będą osią napędową produkcji.
Film dąży do niejednoznacznego, ale bardzo przejmującego zakończenia, które właściwie idealnie podsumowuje całość i nie pozostawia niedosytu. Moim zdaniem tak właśnie powinny wyglądać współczesne horrory. Jeśli już wszystkie straszące zagrywki zostały w kinematografii wykorzystane, twórcy powinni skupiać się na klimacie budowanym stopniowo, przekonującym i angażującym widza. Choć film ma już 7 lat, to z powodzeniem mógłby wyznaczać trendy w gatunku.

niedziela, 12 października 2014

Is there life on Mars? - "Kontakt" (1997)

Z wielu stron napływały do mnie głosy polecające mi ten film, jako, o dziwo, ambitny (wbrew swej tematyce). Jako fanatyk filmów o obcych i wszystkich pochodnych science fiction, nie poczułem większych oporów przed obejrzeniem tworu Roberta Zemeckisa (który w temacie sci-fi siedzi po uszy - przykładem może być chociażby Powrót do przyszłości). Nie spodziewałem się wybuchów, abdukcji, bliskich spotkań "któregośtam" stopnia. I dobrze, bo obcy mają tu charakter zdecydowanie symboliczny.
Plakat filmu.
 Film otwiera fantastyczne ujęcie na naszą "ukochaną" planetę. W tle słyszymy pocięte i totalnie przemieszane odgłosy przemijających losów ludzi na Ziemi - trochę wypowiedzi prezydentów, trochę ulicznego zgiełku - ot, życie. Niedługo potem poznajemy główną bohaterkę Kontaktu - Ellie Arroway (Jodie Foster). W pierwszych scenach jest jeszcze dzieckiem. Wychowana jedynie przez ojca całkowicie zagłębia się w świat sygnałów, odgłosów, fal radiowych, nasłuchiwania i kosmosu. Ów prolog ma dość dramatyczne zakończenie, jednak już za moment przechodzimy do właściwego czasu i miejsca fabuły. Ellie jest już poważaną osobą w świecie nauki, a jej pasja ani na trochę nie wygasła - wręcz przeciwnie, teraz jest pielęgnowana jeszcze dogłębniej, niemalże maniakalnie. Celem Ellie jest odkrycie życia pozaziemskiego na podstawie sygnału, który do tej pory jeszcze nie został nadany. Nasza pani naukowiec boryka się z problemami finansowymi i dość sceptycznym przełożonym, jednak w końcu wkracza na właściwe tory i uzyskuje warunki odpowiednie do badań. Nie muszę chyba mówić, że niedługo potem odebrany zostaje sygnał, którego znaczenie jest raczej enigmatyczne, ale od pierwszych chwil sugeruje "obcość" zjawiska.

Ellie, jak to naukowiec, raczej sceptycznie podchodzi do kwestii Boga, bo i ona ma ogromne znaczenie dla fabuły filmu. Wątek romansu z uduchowionym Palmerem Jossem (Matthew McConaughey) dodaje całości smaczku, bo obie postacie ostro ścierają się ze sobą na planie metafizycznym (który dla Ellie właściwie nie istnieje). Zakończenie filmu jest, pomimo swoistego "wyjaśnienia", wieloznaczne i niejednowymiarowe. Można je przypisać zarówno do stricte naukowej części filmu, jak i tej duchowej, reprezentowanej przez Jossa.

Z łatwością można zarzucić Kontaktowi schematyczność. Bo owszem, jest przerażająco wręcz schematyczny. Jak w każdej produkcji tego typu, i tu musiała się znaleźć ekipa sceptyków, maniakalne dążenie do sukcesu, ogólna niewiara i sprzeciw ludzkości. To było rzeczywiście łatwe do przewidzenia, jednak mające miejsce w odpowiednim punkcie fabuły, rozegrane sensownie.

Kino dotyczące istot pozaziemskich wkroczyło dla mnie na wyższy poziom wraz z obejrzeniem tego filmu. Uznaję, że sami obcy nie muszą nawet pojawić się na ekranie, by zagadkowość, namnażające się pytania i interesujące zabiegi budowały klimat ogromnej tajemnicy. A co do samych obcych? Ludzkość zdecydowanie nie jest gotowa na przyjęcie do wiadomości możliwości ich istnienia. Okazuje się, że wiemy zbyt mało o nas samych. Siedzi w nas równie wiele nieodkrytych tajemnic, które mogą być równie zaskakujące.

poniedziałek, 1 września 2014

"Granica świtu" (2008)

Tak jak ostatnio złapaliśmy fazę na wałkowanie dorobku Wesa Andersona, tak teraz chyba przyszedł czas na oglądanie wszystkich filmów z udziałem Louisa Garrela (w dalszym ciągu utrzymuję, że jest wyjątkowy). Wczorajszego wieczoru padło na Granicę świtu, czyli film parę lat młodszy od Marzycieli, teoretycznie, również bardziej dojrzały. Dzieło jest produkcji francuskiej, zatem nie uświadczymy tu języka angielskiego, czy na przykład bardziej znanych zachodnich aktorów. Na fotelu reżyserskim zasiadł Garrel senior i udowodnił, że offowe kino francuskie stoi na bardzo wysokim poziomie i paradoksalnie nie jest doceniane tak bardzo jak nierzadko znacznie gorszy mainstream. ALE OD POCZĄTKU.
Oryginalny plakat filmu.
Film opowiada historię gwiazdy filmowej (Laura Smet) pozostawionej przez męża samej w ogromnym, jałowym domu. Pewnego dnia spotyka się z fotografem (Louis Garrel), którego zadaniem jest zrobienie jej sesji zdjęciowej do popularnego czasopisma. Rzecz jasna, na sesji się nie kończy. Para nawiązuje romans i przeprowadza się do jednego z hoteli na dwa tygodnie. Nie chcę za bardzo zdradzać fabuły, powiem jedynie, że romans ten nie kończy się pozytywnie, a w dodatku jego zakończenie jest zarazem rozpoczęciem nowego wątku trwającego już do końca filmu. Jak oceniam sam seans? Bardzo pozytywnie. Film wywarł na mnie ogromne wrażenie, w sumie to nawet zaskoczył - pewnie dlatego, że po Marzycielach miałem zupełnie inne oczekiwania wobec kolejnego filmu. Brak tu tych humorystycznych akcentów, i dobrze. Garrel (bo oczywiście dla niego obejrzeliśmy film) pokazuje, że sprawdza się doskonale w roli zepsutego przez ideologię młodocianego buntownika, jak i amanta, artysty, fotografa.
Film jest w całości czarno-biały. Oldschool.
Na uwagę zasługują oczywiście też role Carol i występującej później Eve. Ta pierwsza doskonale ukazuje postępujące szaleństwo, ta druga natomiast - śmiertelne oddanie partnerowi. Ciekawy kontrast. Tak jak napisałem wyżej, film jest przedstawiony w czerni i bieli. Jest to o tyle ciekawsze, że właściwie gdyby nie parę detali, ciężko byłoby umiejscowić go w jakimś konkretnym punkcie na linii czasu. Oczywiście, podkreśla to uniwersalizm produkcji. Nietrudno się domyślić, że gatunek filmu to dramat, a jest to w rzeczywistości dramat pełną gębą. Początkowa sielanka szybko przeradza się właściwie w piekło, grę niepokojących, dołujących  wydarzeń, tragedii. Jeśli chodzi o pracę kamery - jest wyjątkowa. Ujęcia są ciekawe, pomysłowe, mamy wielokrotnie okazję dokładnie wpatrzeć się w twarze bohaterów wyrażające tysiące emocji, przez co łatwiej się w nich wczuć. U mnie 8 na filmwebie. Kolejny dowód na to, że warto zainteresować się kinem niszowym, bo często oferuje dużo ciekawszą rozrywkę niż mainstreamowe filmy.

sobota, 9 sierpnia 2014

Jak zostałem fanem "Doctora Who"

Doctor Who to serial kultowy. Takie motywy jak podróże w czasie i przestrzeni, soniczny śrubokręt albo niebieska budka telefoniczna zna chyba każdy, nie tylko fan science-fiction i seriali. Nie zamierzam się tu zagłębiać w historię serialu, stare serie (których jeszcze nie obejrzałem, ale niedługo nadrobię), tylko w serie powstałe od reaktywacji serialu w 2005 - udanej, trzeba dodać. Z ciekawostek - produkcja zgarnęła całą masę nagród dla, na przykład BAFTA, dla najlepszego serialu brytyjskiego, najlepszego scenariusza i aktora. Pierwszy odcinek wyemitowano w 1963 (w zeszłym roku serial obchodził okrągłą 50-tą rocznicę), a w postać Doktora póki co wcielało się 13 aktorów. I wcale nie zapowiada się na rychły koniec.
Christopher Eccleston, pierwszy Doktor po reanimacji serialu. Po prawej największe nemezis Władców Czasu - Dalek.
Pokrótce - serial opowiada o ostatnim Władcy Czasu, Doktorze Who z planety Gallifrey. Wszyscy mieszkańcy jego planety, jego pobratymcy, zginęli w Wielkiej Wojnie Czasu stoczonej swego czasu z Dalekami, największym nemezis Władców, solniczkopodobnymi robotami kierowanym przez kryjące się we wnętrzu ośmiornicopodobne stworki. Nasz protagonista w każdym kolejnym odcinku zmaga się z nowym przeciwnikiem, nowym problemem stanowiącym zagrożenie dla Ziemi, której poprzysiągł bronić. Oczywiście, w dużej części odcinków ponownie staje do walki z Dalekami lub na przykład Cybermenami, którzy również są jego odwiecznymi przeciwnikami, jednak w zaskarbionej sobie nienawiści Doktora stoją o klasę niżej od Złowieszczych Solniczek z Kosmosu. Drugim głównym bohaterem serialu jest TARDIS (Time And Relative Dimension(s) In Space) - niebieska budka telefoniczna, która słynie z tego, że jest większa w środku niż na zewnątrz. Nie jest oczywiście zwykłą budką, bowiem jest ona swego rodzaju statkiem kosmicznym i wehikułem czasu, drugim mózgiem naszego Doktora, nieodłącznym towarzyszem jego podróży. Budka ta stanowi motor napędowy każdej z wypraw Władcy Czasu, przenosi go to tu, to tam, od prehistorii, po wybuch Wezuwiusza. Może go również zabierać na inne planety, coby się nam Doktor nie nudził.
TARDIS.
Wracając jednak do moich wrażeń odnośnie serialu - przygodę postanowiłem zacząć z nowymi seriami, bo po prostu bałem się, że stare odrzucą mnie nieco archaicznymi rozwiązaniami, prymitywną mechaniką. Po sezonie pierwszym (przyjmijmy taką numerację) miałem raczej mieszane uczucia. Okej, wszystko było naprawdę pomysłowe, każdy odcinek wnosił coś nowego, Eccleston w roli głównej był zabawny, wzbudzał sympatię u widza, od samego początku chciało się mu kibicować. Nie podobały mi się natomiast kiczowatość efektów (okej, może się czepiam) i trochę drewniana z początku gra niektórych aktorów (sorry, Billie Piper). Przeglądając tumblra, czytając opinię na filmwebie nie poddawałem się i brnąłem dalej, bo wiedziałem, że w końcu całkowicie przepadnę. Aż tu nagle sezon drugi i w roli głównej David Tennant. I to był moment, od którego kompletnie przepadłem. Tennant w roli Doktora był genialny, zabawny, dziwny, często mówił totalnie od rzeczy, był inteligentny, błyskotliwy, szalony. Dokładnie taki, jaki powinien być główny bohater w takim serialu. Często też nabierał powagi, stawał się groźny, nieprzyjemny, budził respekt. Tennant uczynił Doktora postacią wielowymiarową, bardzo ludzką. Taką, z którą moglibyśmy się utożsamiać. Znacznie poprawiła się też pomysłowość względem odcinków, były one dużo bardziej różnorodne, przemyślane, dużo mniej bezsensowne (Slitheen?), było w nich więcej akcji, komizmu, jakby nowy aktor zaczął wszystko napędzać. Poprawiła się też gra aktorska, drugi sezon zwiększył rolę wielu postaci (o tobie mówię, Rose), co wyszło zdecydowanie na plus. I tak było właściwie niezmiennie aż do końca czwartego sezonu. W międzyczasie wprowadzono wiele nowinek, przewinęło się wielu kompanów Doktora, pojawiło się wielu nowych przeciwników (ach, Weeping Angels, genialna idea). Oczywiście, zdarzały się gorsze momenty (Love & Monsters, który totalnie mnie wynudził), ale całościowo było na bardzo wysokim poziomie.
David Tennant, IMHO najlepszy Doktor nowych sezonów.
Końcówka sezonu czwartego była też końcem roli Tennanta. Doktor regeneruje jedenasty raz (wiem co mówię) i w jego rolę od tego momentu wciela się Matt Smith. Jest to też moment, w którym serial przechodzi szereg zmian, staje się bardziej amerykański niż brytyjski, TARDIS zmienia nieco wystrój, a soniczny śrubokręt zmienia kolor z niebieskiego na zielony. Głównym założeniem było to, by produkcja stała się nieco bardziej przychylna nowemu widzowi. Od momentu reanimacji serialu minęły 4 sezony, nie każdemu musiało się chcieć przez nie wszystkie brnąć. W odcinkach pojawia się więcej akcji, rozwiązania stają się coraz bardziej zaskakujące, pojawia się więcej kilkuczęściowych serii odcinków mających ogromny wpływ na fabułę. Matt Smith jako Doktor również zjednał sobie całe rzesze fanów - podobnie jak Tennant był dziwaczny, szalony na swój sposób, momentami pociągająco błyskotliwy i zabójczo nieogarnięty (jednak w mojej opinii był o klasę niżej od niego).
Matt Smith, nienaganna muszka, nienaganna fryzura, Doktor jak się patrzy.
Ostatni sezon z udziałem Smitha to sezon siódmy. Co trzeba mu przyznać to to, że był bardzo pogmatwany, poruszał ważne dla fabuły kwestie, pojawiły się problemy, które echem będą się odbijały jeszcze długo, często odcinki były całkowicie niezrozumiałe. Obecnie czekamy na sezon ósmy, w którym pałeczkę Doktora przejmuje Peter Capaldi. Facet jest już znany z wcześniejszych wystąpień w serialu, zdarzyło mu się w nim zagrać na przykład mieszkańca starożytnego Rzymu.
Co mnie najbardziej urzekło w serialu? Totalna jazda bez trzymanki, jeśli chodzi o fabułę odcinków. Twórcy mają całkowitą dowolność w rozwiązaniach, od najdziwniejszych, po pozornie bezsensowne. Również przeciwnicy, z którymi zmaga się Doktor mogą powstawać w kółko, na nowo (choć po Slitheen już nic mnie nie zaskoczy). Motyw regeneracji głównego bohatera to dla twórców kura znosząca złote jaja. Widzów będzie przybywało, a coraz to nowi aktorzy będą wcielali się w głównego bohatera, dając mu nową osobowość, tworząc nowego Władcę Czasu. Serial porusza poważne tematy ukryte pod otoczką ratowania świata/galaktyki. Doktor to odludek, samotnik, odrzucony, bez rodziny i domu. Zmuszony jest błąkać się po galaktyce, borykać się z kolejnymi problemami. Liczne regeneracje i wcielenia mogą być symbolem problemu z własną tożsamością. Humor Doctora Who należy do jednego z moich ulubionych w dziedzinie kinematografii. Jest często bardzo prymitywny, często jednak jest wyrafinowany, abstrakcyjny, nierzadko nawiązuje do wszechobecnej popkultury. Doktor to bohater idealny, jak już napisałem wcześniej, szalony, inteligenty, niecodzienny, często dziecinny. Od pierwszych minut zdobywa naszą sympatię.
Twarze Doktora so far.
Na chwilę obecną jest to mój ulubiony serial. Zawsze byłem fanem science-fiction, a w takiej humorystycznej, quasi naukowo-komediowo-dramatycznej otoczce już na amen. Jest to właściwie serial idealny, bo przez brak ograniczeń jeden odcinek może budzić grozę, drugi może być w całości melancholijny, smutny, trzeci totalnie dowcipny i niepoważny. Nie mogę się doczekać nowego sezonu, którego premiera jest zaplanowana na końcówkę sierpnia. Jestem ciekaw jakim Doktorem będzie Capaldi i czym tym razem zaskoczą nas scenarzyści. Bo będą mieli ku temu wiele okazji.

P.S.
Cały fandom tumblrowy nie jest przesadzony, do bohaterów łatwo się przywiązać.

poniedziałek, 14 lipca 2014

"Zaklęci w czasie" (2009)

Tego wieczoru miałem okazję obejrzeć ciekawy film o tytule widniejącym na samej górze wpisu, tak trafnie przetłumaczonym z oryginalnego "The Time Traveller's Wife". Fuszerkę odwaloną przez tłumaczy zostawię na inną okazję, ponieważ w przypadku tego filmu została dokonana jedynie na tytule. O czym opowiada ta produkcja? Głównym bohaterem jest facet, który rodzi się z chorobą genetyczną, która sprawia, że w totalnie losowych momentach swojego życia przenosi się w czasie. Nie ma on nad tym żadnej kontroli, jednak są pomniejsze aspekty, które mogą te podróże wywoływać, w tym wypadku np. picie alkoholu lub stresujące sytuacje. Jak podpowiada oryginalny angielski tytuł, po parunastu minutach wstępuje on w związek. A dzieje się to nie byle jak, bo spotyka w bibliotece (bo tam pracuje) kobietę, która pamięta starszą jego wersję, która odwiedzała ją, gdy była małą dziewczynką. Jakieś niejasności?

Fabułę zostawiam w spokoju, nie zamierzam robić tutaj streszczenia filmu, który notabene polecam obejrzeć, bo jest to produkcja wyjątkowa. Może nie jest do końca wyjątkowa, bo to właściwie ekranizacja książki, ale dla mnie, jako dla osoby, która owej książki nie przeczytała - jest wyjątkowa. Cały ten motyw z przenoszeniem się w czasie i to w losowych, kompletnie niezależnych od bohatera momentach dał twórcom filmu całe spektrum rozwiązań, dość nietypowych, nieszablonowych, które to twórcy w pełni wykorzystali. Jako osoba wyjątkowo i szalenie błyskotliwa jakoś przewidziałem niektóre z tych rozwiązań, ale patrząc na to okiem przeciętnego widza, mógłby on być naprawdę zaskoczony. Chwilę po ujrzeniu napisów końcowych dostałem od dziewczyny w swe eksperckie dłonie książkę, na której bazował film i muszę powiedzieć, że jej zakończenie jest dużo ciekawsze (nie, nie przeczytałem całej w ciągu kilku chwil). Ale to filmowe też jest niezgorsze.

Z bardziej technicznych aspektów, muszę przyznać, że urzekły mnie ujęcia. Były przemyślane i wykorzystywały w wystarczającym stopniu na przykład momenty znikania głównego bohatera. Również muzyka zasługuje na pochwałę, wyjątkowo oczarowało mnie "Love Will Tear Us Apart" w wykonaniu orkiestry. Gra aktorska - świetna. Eric Bana, znany na przykład z roli Bruce'a Bannera w filmie o Hulku z 2003 (który był w mojej opinii zmarnowanymi pieniędzmi) dawał radę w roli podróżnika, Henry'ego, nawet bardzo dawał radę. Podobnie Rachel McAdams (m.in. Irene Adler z "Sherlocka Holmesa" z Downeyem Juniorem) w roli żony naszego quasi-doctorowho'owego-time travellera.

Podsumowując - możecie powiedzieć, że romansidło. Że dramat. Że dla bab. Że wyciskacz łez. I wszystko to poniekąd prawda. Ale sam pomysł na fabułę jest bardzo oryginalny (to dotyczy raczej książki) i wszystko w filmie pięknie gra i działa jak należy. Polecam jak najbardziej. Na wieczór z dziewczyną idealny.