Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrażenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrażenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 listopada 2014

Wrażenia po finale Doctor Who

Ostrzegam, nie zamierzam oszczędzać na spoilerach. Formalności stało się zadość.

I, wooh, nawet się nie obejrzeliśmy, a tu już finał! Kto by pomyślał! Poważnie, strasznie szybko mi zleciał ten sezon. Jak go oceniam po obejrzeniu całości? Cóż, jak to zwykle z pierwszym sezonem nowego Doktora, było dość nierówno. Było trochę słabszych momentów, ale zdecydowanie ustępowały tym lepszym - Capaldi spisał się na medal i już w stu procentach jestem przyzwyczajony do odgrywanego przez niego Władcy Czasu. W pozytywnej ocenie całości jest duża zasługa finału, który w mojej opinii był jednym z najlepszych do tej pory!
Daleków nie uświadczymy, ale przynajmniej spotkamy innych starych znajomych.
W końcu dowiadujemy się kim jest enigmatyczna Missy. Serio, po obejrzeniu finału doszedłem do wniosku, iż można było to w jakiś sposób wydedukować. Jeśli jednak ktoś do tego sam nie doszedł (tak jak ja), to na pewno doznał niemałego szoku. Missy to Mistrz, a raczej Mistrzyni, bo zregenerował(a) się w kobiecą formę. Czyżby sugestia, że i naszego Doktora może to czekać? Fandom chyba by eksplodował. W sumie to zacząłem od końca, ale to chyba był najistotniejszy motyw całego sezonu. No więc pierwszy odcinek otwiera GE-NIA-LNA  sekwencja ze śmiercią pewnej postaci, po której następuje wizyta na jakiejś wulkanicznej planecie, co jest również ciekawym motywem. Misja zabójczego duetu (Clary i Doktora) będzie niebanalna, bowiem jej celem będzie wyciągnięcie kogoś z zaświatów - okej, tego jeszcze nie było. Daruję sobie opisywanie całej fabuły, której bieg w końcu doprowadzi do... Cybermenów w Londynie. A jakże. Jednak pomysł na przemianę ludzi w cyborgi także będzie oryginalny, bo będą to... ludzkie zwłoki opakowane w gustowną zbroję. Mistrzu, przechodzisz samego (samą?) siebie.

Bardzo podobały mi się wszelakie nawiązania do popkultury i samego serialu także - znajoma nam postać zaznaczająca, że "bowties are cool"; głowa cybermana z klasycznych serii, i wiele wiele innych. Missy okazała się być niezwykle charyzmatyczną postacią, która zwłaszcza w finale wprowadziła sporą dozę humoru, ale także, co ciekawe, tragizmu. Mianowanie Doktora prezydentem Ziemi (na czas zagrożenia) również wywołało niemałego banana na mojej twarzy. Zakończenie było niebanalne, pełne, nie pozostawiło niedosytu, a jedynie pobudziło apetyt na więcej. Scenka po napisach końcowych (nie wyłączajcie w ich trakcie!) zapowiedziała świetny odcinek świąteczny, który będziemy mogli obejrzeć za miesiąc z kawałkiem.

Czego chcieć więcej? Doktor Capaldiego mógł być gburem i mieć słabsze momenty, ale miał też bardzo dobre, do których zaliczyłbym dwuodcinkowy finał. Masa akcji, zwrotów w fabule, humoru. Doctor at his best.

niedziela, 2 listopada 2014

"Sierociniec" (2007) - wrażenia

Hiszpanie mają głowę do horrorów, to jest wiadome od zawsze - spójrzcie sobie chociażby na Labirynt Fauna albo [Rec] (chociaż co do horrorowatości tego pierwszego można mieć pewne wątpliwości). Do Sierocińca zbierałem się niestety dość długo, bo, wiadomo, szczególnie zależało mi na tym, by obejrzeć ten film już po ciemku, późną nocą, ale w jakiś dziwny sposób zawsze znajdowało się jakieś inne zajęcie, ewentualnie dużo bardziej pociągało mnie... spanie. Parę dni temu w końcu udało mi się dokonać niedokonanego i niemalże świeżo po seansie zabieram się do tego posta. A na wstępie muszę zaznaczyć, że film kompletnie nie zepsuł mojej wizji europejskiego horroru, a dodatkowo ją umocnił.
Złowieszczo.
Zawsze lubiłem, gdy film grozy rzeczywiście budził grozę i jakiś irracjonalny lęk przed nocnym pójściem do toalety - no bo jakby nie było, taka jest rola horrorów. Od jakiegoś momentu właściwie trudno mi się przestraszyć na jakimkolwiek horrorze, więc w ogromnym skupieniu szukam tego, który zbiera najbardziej pochlebne opinie w tej materii. Problem jest taki, że każdy człowiek ma inne nerwy, każdy inaczej odbiera kolejne czynniki, natężenie dźwięków, jumpscare'y, misternie budowany klimat, gęsty niczym smog w Tokio. Jakiś czas temu porzuciłem ideę poszukiwania filmów straszących "po chamsku", a skupiam się raczej na takich, które mają niepowtarzalny klimat, jakąś taką atmosferę, która choć pozornie nie jest groźna, to powoduje ciarki nawet na wybrednym człowieku. Do takich filmów należy wymieniony wyżej Labirynt Fauna, który w swojej genialnej baśniowości jest cholernie niepokojący i depresyjny. Do tego grona dołączył Sierociniec, bo opowiada historię inaczej niż zwykle.

 Mamy więc kobietę, która kiedyś mieszkała w sierocińcu, a w życiu dorosłym ponownie wprowadza się do niego (tym razem z mężem i synem), by stworzyć na jego bazie ośrodek dla niepełnosprawnych dzieci. Simon (czyli syn) nie jest zwyczajnym chłopcem - cierpi na śmiertelną chorobę, a zmiana otoczenia i brak znajomych twarzy nie działają na niego pozytywnie. W końcu zaczyna zadawać się z wymyślonymi przyjaciółmi, z których jeden szczególnie upodoba sobie absorbowanie wolnego czasu najmłodszego mieszkańca budynku. W tym momencie film właściwie się rozpoczyna, bo okazuje się, że nowy przyjaciel Simona nie będzie się w swych zabawach ograniczał jedynie do niego, co niekoniecznie spodoba się rodzicom chłopca. Powiedzmy, że będą raczej... zaniepokojeni. A to i tak dość łagodnie powiedziane.

Nie owijając w bawełnę - film nie jest przerażający do bólu. Jest niepokojący, bardzo zagadkowy, momentami można podskoczyć w fotelu, jednak zdecydowanie nie wykręca nam organów wewnętrznych ze strachu. To właśnie tajemnica przeszłości i sekret, który skrywa sierociniec, będą osią napędową produkcji.
Film dąży do niejednoznacznego, ale bardzo przejmującego zakończenia, które właściwie idealnie podsumowuje całość i nie pozostawia niedosytu. Moim zdaniem tak właśnie powinny wyglądać współczesne horrory. Jeśli już wszystkie straszące zagrywki zostały w kinematografii wykorzystane, twórcy powinni skupiać się na klimacie budowanym stopniowo, przekonującym i angażującym widza. Choć film ma już 7 lat, to z powodzeniem mógłby wyznaczać trendy w gatunku.

środa, 22 października 2014

"Bogowie" (2014) - wrażenia

Jak już parokrotnie wspominałem - nie jestem fanem polskich filmów. Już miałem nadzieję, że zmieni się to uprzedzenie po seansie Miasta 44, i rzeczywiście, do połowy filmu było spoko, ale dwie durne i pasujące jak pięść do nosa sceny skutecznie zachwiały ocenę całości - nic się nie zmieniło w mojej opinii. Idąc na Bogów nie miałem jakichś wygórowanych oczekiwań, bo z góry założyłem mierny film, albo najwyżej nieco lepszy niż przeciętny. Nigdy nie byłem też jakimś fanatykiem Religi (choć nie mogę odmówić mu ogromnego przyczynku dla rozwoju polskiej transplantologii), więc na film szedłem raczej z ciekawości. Jakże zaskoczyły mnie opinie i recenzje przeczytane w internecie - nie wytknięto mu niemal żadnych wad! A zdziwiłem się jeszcze bardziej, gdy już po seansie mogłem wyrzucić swoją pierwotną opinię o polskich produkcjach do pobliskiego śmietnika.
Kot odwalił kawał dobrej roboty.
Nie mam zamiaru rozwodzić się nad fabułą, bo scenarzyści wyjęli ją z życia. Każdy kto jest mniej czy więcej zorientowany w historii polskiej medycyny wie, że zmagania Religi z dezaprobatą otoczenia wobec ryzykownego zabiegu transplantacji serca  napsuły mu niemało krwi - i to jest właściwy motor napędowy produkcji.

Najdłuższe wypracowanie można napisać tutaj o Tomku Kocie, który wcielił się w główną rolę. Nie muszę mówić, że jego wygląd, gestykulacja, sposób wysławiania się, sylwetka, były odegrane I-DE-AL-NIE. Poważnie - niepozorny, wysoki i chudy Kot, zagrał Religę lepiej, niż ktokolwiek inny mógłby kiedykolwiek. Religa w jego wydaniu nie był także złotym i niewinnym człowiekiem - odpalał fajkę od fajki (scena z Religą bez papierosa to tutaj rzadkość), ból niepowodzeń zabijał czystą, klął na potęgę, brawurowo prowadził Fiata, sprawy związane z pracą stawiał ponad rodziną. Cholernie przekonujący obraz. Pozostali bohaterowie nieco usuwają się na dalszy plan, właśnie ze względu na niesamowitą charyzmę postaci pierwszoplanowej, jednak nie zanikają oni całkowicie - najbardziej rzucają się w oczy bliscy przyjaciele i współzałożyciele kliniki kardiochirurga, a także Magdalena Czerwińska w roli żony lekarza - Anny (choć jej rola jest tutaj w zasadzie nieznaczna).

Postarano się nawet o parę żarcików, coby film nie emanował patosem charakterystycznym dla polskiego kina - zdanie "Z samymi łóżkami to możemy tu burdel zrobić, a nie szpital" wygrało dla mnie życie.

Realia lat 80' nie zawodzą, nie brak tu oldschoolowej muzyki, samochodów sprzed trzech dekad, trochę kiczowatych strojów, fryzur - tutaj nie ma na co narzekać.

Może dziwić punkt, w którym kończy się film, jednak uważam go za idealny - czas przed pierwszym stuprocentowo udanym przeszczepem serca był najbardziej burzliwy i interesujący na tyle, by to ten okres wykorzystać w filmie.

Gdy tak wracam pamięcią parę godzin wstecz, do seansu, to niestety, ale naprawdę nie jestem sobie w stanie przypomnieć niczego, co przeszkadzałoby mi w tym filmie. To chyba pierwszy polski film, na który w żadnym stopniu nie mogę ponarzekać. Świetna realizacja, oddane realia i główna postać. Sio, oglądać, nawet jeśli nie interesuje was biografia Religi. Nie będziecie zawiedzeni.

środa, 24 września 2014

Czego boi się Doktor, czyli Doctor Who - Listen (S08E04)

Muszę przyznać, że w tytule zawarłem niemały spoiler dotyczący fabuły odcinka. Prawda jest taka, że nie do końca mnie to obchodzi, a poza tym wątpię, by ktokolwiek miał czytać ten opis po to, by stwierdzić, że chce lub nie chce zobaczyć tego odcinka. Obawiam się, że przyjmę takie podejście przy każdym takim okołodoktorowym temacie i podejdę do tego dość... luźno. Cóż, zatem nie pozostaje mi nic innego, jak tylko - ENJOY!
Mania Doktora ponownie wplątuje Clarę w niebezpieczne przygody.
W dużym skrócie - w pierwszych scenach widzimy Clarę i jej nowego znajomego z grona nauczycieli - Danny'ego Pinka. Ale nie są "tak po prostu", a są na pierwszej randce. Całe spotkanie zapowiada się naprawdę miło, ale po pierwsze - perspektywa Doktora w tle rujnuje wszystko na wejściu; po drugie - gdy podczas rozmowy zostaje poruszony temat wojny, Danny zaczyna burzyć się i podchodzić do wszystkiego zbyt osobiście. Clara nie wytrzymuje napięcia i zwyczajnie wychodzi. Ale wieczór mimo wszystko będzie dla niej pełen wrażeń, bo oto w jej domu, w jej własnym domu ląduje podejrzanie niebieska budka telefoniczna z dziwnym siwym gościem w środku. Na wstępie - aluzji do starości niemalże brak. Teraz wszystkie jakby ustępują aluzjom do groźnych brwi Capaldiego. Wracając do tematu, Doktor ma tym razem problem z istotą, która jak mniema, towarzyszy każdemu z nas, nawet wtedy, gdy pozornie jesteśmy sami. Teoretycznie łączy się to ze snem, który ma na jakimś etapie życia każdy z nas - o ręce spod łóżka, która łapie nas za kostkę. Władca Czasu chce cofnąć się do dzieciństwa Clary za pośrednictwem więzi telepatycznej TARDIS, jednak w wyniku rozbiegania myśli bohaterki lądują nieopodal domu dziecka, w dzieciństwie Danny'ego, który wtedy jeszcze był Rupertem.
Doktor kontempluje nad istotą stworków spod łóżka.
Idiotycznego i przydługiego wstępu stało się zadość. Co bardzo spodobało mi się w odcinku, to wszelkie czasowe kombinacje. Dzieciństwo Danny'ego, dziwna przyszłość z jednym z potomków Pinka i najprawdopodobniej drugiej znanej nam postaci, oraz trzecie, dzieciństwo postaci najistotniejszej ze wszystkich. O tym właśnie mógłbym rozpisywać się najwięcej, bo to najbardziej mnie urzekło. Został wyjaśniony pewien drobny detal z The Day of the Doctor, przy okazji poznaliśmy Doktora od bliższej, nieco słabszej strony. Jeśli chodzi o pomysł na fabułę - wyjątkowy. Zdecydowanie dość mroczny i niepokojący. Co prawda, nie wywoływał ataku paniki jak każde spotkanie z Płaczącymi Aniołami, ale miał w sobie coś klimatycznego z delikatnym dreszczykiem. Humor był tutaj dość oszczędnie dawkowany, ale nie zabrakło go w ogóle, co również cenię. Przede wszystkim, fabuła była dużo bardziej zgrabna i klejąca się niż w odcinku piątym, o czym też nie omieszkam napisać.

Po tych kilku odcinkach walki z samym sobą ostatecznie stwierdzam, że Capaldi został Doktorem. Wpasował się w kanon, wykształcił swoją tożsamość zachowując zasady dziwności i nietypowości. Nie mogę się doczekać kolejnych wystąpień, a ten odcinek zdecydowanie zadziałał na jego korzyść.

środa, 3 września 2014

Skąd ten hype? - Aphex Twin - Selected Ambient Works 85-92 (1992)

O Aphex Twinie zrobiło się ostatnio bardzo głośno, oczywiście ze względu na jego powrót na scenę muzyczną z nowym albumem po 13 latach ugoru w jego dyskografii. Rzecz jasna, Richard David James (bo tak brzmi jego prawdziwe nazwisko) nie zaciął się kompletnie w martwym punkcie, ba w okresie zawieszenia projektu znanego jako Aphex Twin tworzył znacznie więcej niż z nim (jednak pod tą etykietką jest najbardziej znany i wielbiony przez fanów elektroniki i ambientu). Pominę napompowanie medialne związane z promowaniem Syro, które pojawi się w tym roku. W tym wpisie udowodnię, że przez długi czas byłem ignorantem i z twórczością Aphex Twina zapoznałem się dopiero teraz. No i co sądzę o jego pierwszym studyjnym long pleju - Selected Ambient Works 82-92.
Jako pierwsze urzeka mnie Xtal. Postanowiłem nie psuć sobie wcześniej odbioru albumu, więc darowałem sobie jutjuby, wrzuty, tego typu rzeczy. Spodziewałem się znacznie bardziej agresywnej, dzikiej, szybkiej elektroniki, typowej dla współczesnych setów i wykonawców. Owszem, wiedziałem, że będzie to ambient, jednak ten spokój paradoksalnie mnie zadziwił, choć właściwie powinienem go oczekiwać. Utwór otwierający w sumie całkiem zgrabnie streszcza całość wydawnictwa - to gra zapętleń, wymyślnych bitów automatu perkusyjnego, chórków. Dziwnego spokoju i nietypowej harmonii, która do tej pory była mi obca w muzyce elektronicznej. Naprawdę, wiele traciłem.  Ageispolis było źródłem i ojcem melodii jednego z kawałków na nowym albumie Die Antwoord - Ugly Boy. Właściwie ciężko tu powiedzieć o jakimś pokrewieństwie, bo właściwie to jest to ten sam motyw muzyczny. Było to spowodowane fascynacją Ninji Aphex Twinem. Oba utwory mi się podobają, ale z wiadomych przyczyn większym szacunkiem darzę oryginał.
Ptolemy rozpoczyna się szalonym, perfekcyjnym pod względem rytmiki bitem, by później zostać uzupełnionym przez syntezator z pomysłowym motywem. W końcu wszystko staje się jedną całością, a na końcu nawet pojawia się ten charakterystyczny ambientowy pogłos pasujący tu jak nigdzie indziej. Delphium ma w sobie coś egzotycznego, a zarazem nowoczesnego. To jak kompromis między futuryzmem i tradycją. Nie potrafię wyjaśnić co dokładnie mam na myśli, słuchanie tego utworu budzi we mnie takie odczucia!
Marzę o tym, by opisać to jeszcze bardziej, jeszcze dogłębniej, ale oszczędzę wam spoilerów i po prostu odsyłam was do odsłuchania płyty samodzielnie.Wydawnictwo kultowe dla każdego fana gatunku. Idealny album do wyczilowania lub jakiegoś kreatywnego zajęcia, rysowania, malowania, czy czegoś. No po prostu, Aphex Twin, legenda sceny elektronicznej.

sobota, 30 sierpnia 2014

"Marzyciele" (2003) *możliwe spoilery*

Razem z Orianą przymierzaliśmy się już raz do Marzycieli, ale wtedy czynnik techniczny nie pozwolił nam napawać się widokiem Louisa Garrela (bo głównie dla niego chcieliśmy obejrzeć film, SIC!) w jednej z ról głównych. Po paru(nastu?) miesiącach udało nam się w końcu obejrzeć film w całości. I owszem, Louis Garrel jest tutaj wyjątkowy, ale cała produkcja jest jedyna w swoim rodzaju, ciekawa, interesująca. Ale od początku.
Główny motyw filmu w pigułce.
Młody amerykański student Matthew (w tej roli Michael Pitt) trafia do Paryża, by nauczyć się języka i zaznać nieco europejskiej kultury schyłku lat 60' (jest rok 1968). Miasto jest wtedy miejscem dość nieprzyjaznym dla przyjezdnych - rewolucje kulturalne, polityczne i społeczne stanowczo nie sprzyjają imigrantom. Szczęśliwym trafem, szybko poznaje on francuskie rodzeństwo, Isabelle (Eva Green) i Theo (omg, Louis Garrel), które pod nieobecność rodziców postanawia przygarnąć w swe progi zagubionego jankesa. I tutaj zaczyna się najważniejszy wątek filmu, czyli budowanie relacji między bohaterami. Isabelle i Theo tworzą swoistą grupę, do której Matthew usiłuje się wkupić. Jako osoba trzecia postrzega ich relację jako wyjątkową (nawet jak na relację brata i siostry), chce jej zaznać od środka. Z czasem wychodzą na jaw tępione przez wielu krytyków wulgarność i ordynarność produkcji. Jak się okazuje, relacja bliźniąt jest totalnie sprzeczna ze wszelkimi schematami, które znamy wszyscy. Jest wielokrotnie bardziej intymna, oboje nie wstydzą sypiać ze sobą nago, kąpać się wspólnie, czy całować się w usta na dobranoc.
Theo i Matthew.
W końcu, Matthew szczęśliwie (dla niego) dołącza do "grupy" jako jej trzeci członek. Musi zaakceptować zasady, które w niej panują, wyzbyć się wstydu, złamać wszelkie znane mu do tej pory tematy tabu. Widać wyraźnie, że nasz student chce być kochany przez Theo i Isabelle, jednak oni postrzegają to zupełnie inaczej. Theo staje się zazdrosny, zaczyna sprowadzać sobie kobiety, by wzbudzić zazdrość siostry. Ona natomiast rzeczywiście zdaje się skłaniać ku nowemu obiektowi westchnień - Matthew. Odtrąca bliźniaka, któremu przecież całe życie poświęcała tyle uwagi. W pewnym momencie Matthew słusznie zauważa, jak chora jest ich relacja. Oskarża ich o niedojrzałość i nieświadomość tego, że są już dorośli i powinni zbudować sobie swoje życia. Sytuacja kończy się zaproszeniem Isabelle na randkę TYLKO WE DWOJE, co totalnie uderza w jej brata.

Recenzenci mają rację - film jest ordynarny i wulgarny. Emanuje erotyzmem, ba, seksem w czystej postaci. Twórcy nie pokusili się tu o cenzurę, subtelne krycie nagości zwiewnymi tkaninami, grą świateł - wszystko widzimy na własne oczy, jakby było to coś najnormalniejszego, co możemy ujrzeć w filmie (że też nie wspomnę o kompletnie dzikiej scenie z plakatem). Oprócz tego znajdziemy tu używki wszelkiej maści, bo i bez tego nie mogło się obejść. Ale ja nie mam nic przeciwko, moim zdaniem świetnie oddaje to klimat tamtych czasów, w których eksperymenty z cielesnością i wytrzymałością organizmu na toksyny były na porządku dziennym. Gra aktorska - świetna. Dziwne zachowanie rodzeństwa, zagubienie Matthew odegrane bezbłędnie. Fabuła - ciekawa, pomysłowa, szokująca. Fantastyczna relacja między bohaterami. Wieloznaczne zakończenie. I Garrel. Polecam w ciemno.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Off Festival 2014 - 02.08 i 03.08 (część 2)

W ostatniej części wrażenia z dnia 0. i 1., teraz druga część, może zmieszczę się tutaj też z podsumowaniem. Kontynuujmy zatem, bo wydarzenie było zaiste fantastyczne!

02.08.2014
W ciągu dnia poszliśmy do Reala na mały szoping i na Somersby zaraz za sklepem (tam gdzie cała reszta Offowej ekipy), a na koncerty standardowo poszliśmy około 17:00. Tego dnia wyjątkowo dopiero o 17:50, pierwszym zespołem, na który poszliśmy było Hookworms. Szczerze mówiąc, nie zapadł mi jakoś specjalnie ten zespół w pamięć, tak tam, zwyczajny rock.

Następnie polski zespół, Variété. Rzekomo rock, ale więcej akustyki, niestety nuda, ja w takiej muzyce nie gustuję. Może innym się podobało.

Później mieliśmy trochę oczekiwania, bo już o 19:40 było Deafheaven. Mój borze, jeden z lepszych koncertów Offa i chyba najlepszy tamtego dnia. Hipsterski blackmetalowy zespół dał czadu jak mało który, wszyscy skakali, pogowali, ludzie byli noszeni przez tłum, bardzo energetyczny występ. Szkoda tylko, że skończyli wcześniej, bo pewna wspaniała ekipa wciąż stała pod sceną i śpiewała słynne "dub dub dub" Scootera (robili to non stop, nawet poza koncertami). Fejspalm to za mało.Sam Deafheaven słuchałem raczej mało, ale wiem, że nadrobienie materiału to tylko kwestia czasu, bo zostałem solidnie zachęcony.

Chwilę później poszliśmy na kawałek Mister D, ale też jakoś specjalnie nas nie poruszyła. Na szczęście chwilę potem na Scenie Leśnej miała zjawić się Chelsea Wolfe, na którą bardzo się nastawialiśmy, na dodatek udało nam się zająć fajowe miejsca pod barierką, więc było idealnie. Koncert był bardzo udany, wszyscy narzekali, że to takie magiczne i podniosłe, ale wbrew pozorom wszystko technicznie stało na najwyższym poziomie. Zaśpiewała kawałki z The Grime and Glow, które znam i lubię, gościu na skrzypcach grał melodyjnie jak szalony, perkusista i basista też nadążali, byłem bardzo zadowolony - miła chwila wytchnienia po Deafheaven.

Później od razu wbiliśmy się w okolice Sceny Trójki, bo miało grać Bo Ningen, na które zwłaszcza ja bardzo czekałem. I było świetnie. Ja słuchałem tylko ich Line The Wall z 2012, ale byłem zachwycony. Co więcej, zagrali utwory właśnie z tej płyty. Staliśmy nieco na uboczu, ale i tak szaleństwo nas dopadło. Taigen Kawabe i reszta ekipy wprowadzili wszystkich słuchaczy i widzów w psychodeliczny amok, wszyscy się trzęśli, skakali, gibali na wszystkie możliwe kierunki. Byliśmy zaledwie na połowie ich koncertu, bo chcieliśmy trochę wcześniej wyjść, aby odpocząć przed The Jesus And Mary Chain, ale mimo to był to jak dla mnie jeden z występów festiwalu.

Wróciliśmy na pole, chwilę odpoczęliśmy, w sumie to dopadł nas sen i kompletnie nie chciało mi się potem wstać, by pójść zobaczyć TJMC, które przecież miało być jedną z twarzy tej edycji Offa. Jakoś jednak się zebraliśmy, stanęliśmy w tłumie i czekaliśmy na rozpoczęcie. No i w końcu się zaczęło. Nie był to może najfajniejszy koncert na jakim byłem, ale był dobry technicznie. Panowie zagrali trochę na jedno kopyto, trochę za mało różnorodnie, trochę się już postarzeli (co widać), ale cieszę się, że mogłem na żywo usłyszeć takie ich hiciory jak Just Like Honey, In A Hole, czy na przykład Some Candy Talking. A potem spać.

03.08.2014
Ostatni dzień i oto atakuje nas nostalgia, bo już wiem, że będę tęsknił za Offem aż do przyszłego roku. Zapominając o tym, zbroimy się jednak, ogarniamy, wcinamy śniadanie, prowizoryczny obiad i już o 17:00 zaczynamy rajd po scenach.

Na pierwszy ogień - Perfect Pussy. Porównanie do Iceage w przewodniku festiwalowym bardzo mnie skusiło na ten koncert, jednak prawdę mówiąc, nie wniósł on czegoś wielkiego do mojego życia. Zwykły, powiedziałbym, tępy punk.

Zaraz po tym jakże wspaniałym koncercie czekała nas długa przerwa aż do 20:45, kiedy to miały zacząć grać ważne dla nas zespoły/wykonawcy. W międzyczasie poznałem dwoje członków redakcyjnego grona Magnetoffonu, którzy byli bardzo mili i strasznie fajnie było ich poznać, i których serdecznie pozdrawiam (choć pewnie i tak tego nie przeczytają).

Po jakimś czasie udaliśmy się jednak na jakiś koncert, coby nie marnować czasu. Wybór padł na Andrew W.K. Okej, nie była to muzyka wysokich lotów, bardziej podchodziła pod jakiś pop, wizerunek raczej tandetno-metalowy, ale jako performer facet był świetny i umiał poruszyć tłum. Zabawne tańce, teksty utworów podziałały na nas naprawdę pozytywnie.

Jakiś czas później poszliśmy na Rojka, o 20:45, bo chcieliśmy zobaczyć jak wita publiczność, ale widocznie musiał to zrobić już wcześniej, bo po prostu zaczął grać. A zapowiadało się smętnie, więc przykro, panie dyrektorze artystyczny, ale Nisennenmondai wygrało w losowaniu. Japońskie trio kobiet czarowało hipnotycznym rytmem perkusji, głośnym, mruczącym basem. Niestety, również nie mieliśmy okazji bardziej się wsłuchać, bo musieliśmy pójść czatować na...
SLOWDIVE. Udało się nam zająć dogodne miejsca prawie pod sceną. I bardzo dobrze, bo był to jak dla mnie koncert Offa. Zagrali moje ulubione piosenki, w tym słynne Souvlaki Space Station i Alison. Zaprezentowali 100 % shoegaze'u w shoegazie, wszystko było takie jak sobie wyobrażałem. Faceci z TJMC powinni zobaczyć jak zespół  starzeje się w pięknym stylu. Bo lata minęły, a wszystko wciąż było tak czarujące, poruszające jak na nagraniach. Może głos Rachel był nieco za cicho w stosunku do reszty, ale to nie mogło zepsuć całego wrażenia. Było po prostu zajebiście. Po koncercie czailiśmy się na autografy od zespołu, niestety, pojawił się tylko autograf Neila Halsteada, ale to przecież twarz zespołu, więc i tak radość.
Później kawałek Belle & Sebastian zobaczyliśmy, ale byliśmy już zmęczeni po prawie godzinie czekania na podpis, więc zwinęliśmy się do namiotu, a następnego dnia już wracaliśmy do domu. Off minął szybciej niż się zaczął.

Podsumowując:
Miejsce akcji naprawdę mi się podobało. Pole namiotowe było ogarnięte, było czysto, kabiny prysznicowe działały sprawnie, kolejki nieco się dłużyły, ale zawsze udawało nam się szybciej ogarnąć. Ludzie też byli w porządku, nie było zamieszek, hałasów (poza bandą Scootera) ani rozrób. Jeśli chodzi o muzykę, bo to ona jest esencją Offa, było świetnie. Nie widzieliśmy aż tak wielu zespołów, wiele nam zwyczajnie przepadło przez zmęczenie, ale było bardzo różnorodnie, nie nudziliśmy się. Technicznie wszystko grało, drobiazgi takie jak zły stosunek głośności poszczególnych instrumentów nie psuły pozytywnego wrażenia. Zobaczyliśmy takie legendy jak The Jesus and Mary Chain, Neutral Milk Hotel, czy wybitny Slowdive. Nie żałuję. I już teraz planuję pojawić się na następnej edycji. A żeby było trochę ciekawiej - poniżej trochę zdjęć.
Kościół w Katowicach.
Chelsea Wolfe na scenie.
Szalone Deafheaven.
Scena mBanku, czyli scena główna.
Moja Oriana w trakcie soundchecku Chelsea Wolfe.

W oczekiwaniu na Slowdive.
Focia przed The Jesus and Mary Chain.

Slowdive na scenie.
Offowe przewodniki z podpisem Halsteada.