Nie należy traktować Starbomb poważnie - w żadnym wypadku nie podchodźcie do tego hip-hopowego projektu jak do każdego innego wykonawcy, inaczej moglibyście się zwyczajnie zrazić. Już same tagi mówią wiele - electronic, nerdcore, parody, comedy, nerd hip-hop. Ten specyficzny projekt został założony w 2013 przez Ninja Sex Party (czyli comedy-rockowy duet Danny Sexbang/Ninja Brian) i Egoraptora, który swego czasu zasłynął na amerykańskim YouTubie swoimi animacjami parodiującymi takie gry jak Prince of Persia, czy Assassin's Creed. I właśnie - to gry są tematem przewodnim pierwszego LP Starbomb noszącego tę samą nazwę.
Wydawnictwo jest JEDNĄ, WIELKĄ parodią hip-hopu, jego pochodnych, 8-bitowego disco z lat 90', a także wszelkich gamingowych motywów z fundamentalnych dla branży "growej" tytułów - odnajdziemy tu jeden poświęcony Mario, Pokemonom, Linkowi z Legend of Zelda, a nawet Castlevanii. Cała ta jazda bez trzymanki jest tak różnorodna, że... prawdę mówiąc, nie wiem nawet od czego zacząć! Postanowiłem, że przybliżę te kawałki, które według mnie zasługują na największą uwagę. Na pierwszy ogień idzie bitwa rapowa między... Kenem i Ryu ze Street Fightera, ojca wszystkich bijatyk. Mamy pierwszą część kawałka, która jest typowym dissem na oponenta, całkiem w stylu Epic Rap Battles - jednak tutaj z przytaczaniem postaci z gry, hadoukenami, i całym stuffem. Gdzieś w środku znajduje się zaskakująco różowy i radiowy disco refren, który pozornie totalnie tu nie pasuje, ale jest nieodłącznym elementem płyty - taki motyw pojawi się tutaj jeszcze nie raz.
I Choose You to Die to kawałek poświęcony Pokemonom - po wygraniu Ligi, Ash dostał szału i z nudów postanowił zacząć... znęcać się nad swoimi pupilami. Brzmi to tak absurdalnie, że w teorii nie ma racji bytu. Nie zapominajmy jednak, że to Starbomb, które nie zna granic dla swych inspiracji i pomysłów - i ponownie typowo rapowy refren przedstawiający całą tą porypaną historię przeradza się w komicznie popowy refren. Słowa: "Rock on, this is a fucked up tale of Pokemon" pasują tu jak ulał.
It's Dangerous to Go Alone zachwyca specyficznym elektronicznym groovem, który jest przepleciony paskudnie rzewnym refrenem - normalnie bym go wyśmiał. Tutaj - zaśmiałem się, gdyż wiedziałem, że to zabieg popełniony z konkretnym zamysłem. *klap klap* Pogratulować pomysłu na siebie. Tak swoją drogą, kawałek jest poświęcony Linkowi z Legend Of Zelda. Guide (symbol serii - taki zbrojmistrz pomocnik głównego bohatera) ocenia przygodę Linka jako niebezpieczną, oferując mu przy tym coś ze swojego asortymentu - jak w grze. Tutaj jednak, przedmiotem oferowanym przez handlarza Linkowi jest jego własne przyrodzenie. Hm.
Crasher-Vania - inspiracja jest raczej oczywista. Egoraptor wciela się tu w Draculę, któremu Simon Belmont perfidnie zepsuł imprezę, myśląc, że odprawiane są jakieś plugawe nekromancje. A oni tylko grali w Twistera. Mój Boże. Niemalże synth-rockowy riff robi tu świetną robotę, wielkim plusem jest też akcent Egoraptora - żywcem wyjęty z Draculi Lugosiego. Disco refren to miód, cud, orzechy. Ile razy go słyszę, na mojej twarzy kreuje się ogromny banan.
Sonic's Best Pal to historyjka o Sonicu i Tailsie. Narrator opowiada wesołą elektroniczną historyjkę o dwóch najlepszych przyjaciołach. Tails ma o tym inne zdanie - momenty jego wokalu to do bólu rapcore'owe wstawki rodem z Rage Against The Machine opowiadające o tym, że rzeczony lis miał dość popitalania za niebieskim jeżykiem i rzucił to na rzecz, ekhem, "cracku i dziwek". Ach, Starbomb...
Muzycznie Starbomb nie stoi wysoko. Pomysł na siebie, ogólna szydera z popkultury, wariacje na temat elektronicznych gatunków muzycznych, cały ten gamingowy motyw, zbudowały niesamowitą całość, która wpadła mi w ucho już po pierwszym odsłuchu, a także przyćmiły średniawy poziom samych melodii. Pierwsze skrzypce grają tu teksty, różnorodność i tematyka. Co najlepsze, druga płyta jest już w produkcji - już zżera mnie ciekawość, co tym razem wymyśli ta zabójcza ekipa.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą album. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą album. Pokaż wszystkie posty
sobota, 22 listopada 2014
niedziela, 16 listopada 2014
King Crimson - Red [Island/Atlantic; 1974]
Właśnie sączę sobie rzekomo czeskie piwo o nic nie mówiącej mi nazwie Starovar. Wiem tylko tyle, że ma żurawinowy smak i jest przeraźliwie słodkie. Ale nie o tym tutaj - to jedynie miało uzmysłowić Ci, drogi czytelniku, że stworzyłem sobie idealne warunki do pisania o muzyce. A muzyka, którą dziś wziąłem na tapetę w żaden sposób nie kojarzy się ze słodyczą - paradoks? Zespół i album, o którym mowa, są mistrzami paradoksu, łamliwych, zmiennych i płynnie ewoluujących kompozycji, ciężkich niczym bloki ze Stonehenge; mistrzami progresywy i budowy klimatu - od zawsze, na zawsze. Mam na myśli oczywiście King Crimson i mój ulubiony album tej grupy - Red.
To właśnie z King Crimson wypływają korzenie, będące przy okazji źródłem inspiracji dla wielu współczesnych zespołów nie tylko hard rockowych, ale też psychodelicznych, progresywnych, w skrajnych przypadkach krautrockowych. Zespół uformowany w 1968 przechodził szereg różnych zmian przez niemalże pięć dekad swojego istnienia, jednak zdecydowanie najbardziej pamiętanym i najchętniej wspominanym okresem twórczości był ten od 1969 do końcówki lat 70'/początku 80'. Moja przygoda z KC zaczęła się od rzeczonego Red, więc to właśnie tę płytę najbardziej chciałbym polecić - między innymi dlatego, że jest niezwykle przystępna, dość krótka, a przy tym składna, trzymająca się całości.
Pierwszą częścią klamry spinającej całość jest utwór instrumentalny - imiennik albumu. Przez sześć minut dane jest nam słyszeć niesamowicie chwytliwy, łamiący się i zgrzytliwy riff zmieniający swą rytmikę i akcenty. Wsłuchując się w tło, można usłyszeć swoiście industrialne smaczki (przynajmniej ja je tak odbieram) - uderzenia o blachę wybijające takt. Pojawienie się wiolonczeli w połowie to istny majstersztyk, budujący przy okazji specyficzną, gęstą i ciemną atmosferę płynącą swobodnie jak fluid. Fallen Angel nasuwa pewne skojarzenia z Pink Floyd za czasów (nie)sławnego Syda Baretta - spokojna ballada na czystym kanale o momentami dość akustycznym wydźwięku - wokal Wettona i w takim klimacie świetnie się sprawdza - na plus także pojawienie się trąbki (która zazwyczaj mnie wkurza) i oboju. Dalej, mój ulubiony utwór płyty i chyba KC w ogóle - One More Nightmare. Riff początkowo zapowiadający klona Red, po chwili przeradza się w wesołą/charczącą/burczącą/blaszaną/saksofonową kompozycję o cudownym tekście (z którym polecam się zapoznać), z charakterystycznymi dla progresywy przejściami w spokojniejsze stadia, zmienną rytmiką i nastrojem całości. Nagłe zakończenie nie pozostawia niesmaku, co jest nieczęstym zjawiskiem. Providence skłania się raczej w eksperymentalną muzycznie stronę - utwór był zaimprowizowany w całości. Mimo tego faktu, zespołowi udało się zachować "heavymetalowy" sznyt i zmienność całości - na pierwszy plan wysuwa się ponownie Wetton, tym razem dwojąc się i trojąc przy basie. Gościnny występ Davida Crossa ze skrzypcami także miał niemały wpływ na wygląd całości - jest po prostu nieodłącznym elementem tego utworu. Zamykające całość Starless jest jakby fuzją wszystkich składowych KC występujących w pozostałych kompozycjach - mamy tu spokojniejszy wstęp, przeradzający się stopniowo w coś bardziej rockowego wraz ze zmianą tempa.
W utworach King Crimson nigdy nie istniało "tu i teraz". Każda kolejna sekunda przynosi coś nowego, pozornie drobne elementy, jednak zmieniające całość nie do poznania. Właśnie za to cenię twórczość zespołu - sumienność w swoim zamierzeniu. Sam fakt bycia legendą w świecie progresywy skłania do zapoznania się z twórczością grupy - a zdecydowanie najłatwiej i najlepiej (moim zdaniem) zacząć tę przygodę z Red.
To właśnie z King Crimson wypływają korzenie, będące przy okazji źródłem inspiracji dla wielu współczesnych zespołów nie tylko hard rockowych, ale też psychodelicznych, progresywnych, w skrajnych przypadkach krautrockowych. Zespół uformowany w 1968 przechodził szereg różnych zmian przez niemalże pięć dekad swojego istnienia, jednak zdecydowanie najbardziej pamiętanym i najchętniej wspominanym okresem twórczości był ten od 1969 do końcówki lat 70'/początku 80'. Moja przygoda z KC zaczęła się od rzeczonego Red, więc to właśnie tę płytę najbardziej chciałbym polecić - między innymi dlatego, że jest niezwykle przystępna, dość krótka, a przy tym składna, trzymająca się całości.
Pierwszą częścią klamry spinającej całość jest utwór instrumentalny - imiennik albumu. Przez sześć minut dane jest nam słyszeć niesamowicie chwytliwy, łamiący się i zgrzytliwy riff zmieniający swą rytmikę i akcenty. Wsłuchując się w tło, można usłyszeć swoiście industrialne smaczki (przynajmniej ja je tak odbieram) - uderzenia o blachę wybijające takt. Pojawienie się wiolonczeli w połowie to istny majstersztyk, budujący przy okazji specyficzną, gęstą i ciemną atmosferę płynącą swobodnie jak fluid. Fallen Angel nasuwa pewne skojarzenia z Pink Floyd za czasów (nie)sławnego Syda Baretta - spokojna ballada na czystym kanale o momentami dość akustycznym wydźwięku - wokal Wettona i w takim klimacie świetnie się sprawdza - na plus także pojawienie się trąbki (która zazwyczaj mnie wkurza) i oboju. Dalej, mój ulubiony utwór płyty i chyba KC w ogóle - One More Nightmare. Riff początkowo zapowiadający klona Red, po chwili przeradza się w wesołą/charczącą/burczącą/blaszaną/saksofonową kompozycję o cudownym tekście (z którym polecam się zapoznać), z charakterystycznymi dla progresywy przejściami w spokojniejsze stadia, zmienną rytmiką i nastrojem całości. Nagłe zakończenie nie pozostawia niesmaku, co jest nieczęstym zjawiskiem. Providence skłania się raczej w eksperymentalną muzycznie stronę - utwór był zaimprowizowany w całości. Mimo tego faktu, zespołowi udało się zachować "heavymetalowy" sznyt i zmienność całości - na pierwszy plan wysuwa się ponownie Wetton, tym razem dwojąc się i trojąc przy basie. Gościnny występ Davida Crossa ze skrzypcami także miał niemały wpływ na wygląd całości - jest po prostu nieodłącznym elementem tego utworu. Zamykające całość Starless jest jakby fuzją wszystkich składowych KC występujących w pozostałych kompozycjach - mamy tu spokojniejszy wstęp, przeradzający się stopniowo w coś bardziej rockowego wraz ze zmianą tempa.
W utworach King Crimson nigdy nie istniało "tu i teraz". Każda kolejna sekunda przynosi coś nowego, pozornie drobne elementy, jednak zmieniające całość nie do poznania. Właśnie za to cenię twórczość zespołu - sumienność w swoim zamierzeniu. Sam fakt bycia legendą w świecie progresywy skłania do zapoznania się z twórczością grupy - a zdecydowanie najłatwiej i najlepiej (moim zdaniem) zacząć tę przygodę z Red.
wtorek, 14 października 2014
5 albumów muzycznych, które są świetne w całości
Na wstępie zaznaczam, że moja opinia jest całkowicie subiektywna (co mówi też sama nazwa pojęcia - "opinia"). Lista płyt jest również dość niestała, strasznie szybko potrafię zmienić zdanie, więc są to właściwie płyty, które póki co wydają mi się w całości świetne, wyjątkowe i warte przesłuchania. No i postaram się urozmaicić to gatunkowo, coby nie były to płyty tylko folkowe, metalowe, czy jeszcze jakieś inne.
Nie owijając bawełnę, kolejność absolutnie przypadkowa.
#1. Led Zeppelin - Physical Graffiti (1975)
Ołowiane sterowce należą do tej grupy zespołów, że którejkolwiek płyty z ich stajni byś nie odtworzył, w całości będzie słuchalna i absolutnie interesująca. I choć rzeczywiście tak uważam (podobnie z np. Beatlesami), to musiałem się zdecydować na tę jedną i najlepszą płytę. W tym wypadku - Physical Graffiti. Dlaczego? Po pierwsze, jest to pierwszy ich album, jakiego słuchałem. Wykazuję się tu niebywałym brakiem obiektywizmu, ale hejże. Mój blog, moje zasady. Po drugie, jest to najcięższy, najbardziej wyrazisty album w dorobku zespołu. O ile większość osób bez zawahania wymieniłaby "czwórkę", o tyle ja postawiłem na to, co najbardziej mnie porwało. Bardzo surowy, rockowy klimat, gęsty niczym tokijski smog. Również dobry dla fanów genezy współczesnego metalu.
Fav tracks: In My Time of Dying, The Rover, Kashmir, Trampled Underfoot, In The Light.
#2. Animal Collective - Centipede Hz (2012)
Wkraczamy na eksperymentalne tory z najnowszym wydawnictwem AC. Co mogę o tym powiedzieć? O ile z resztą dyskografii amerykańskiego kolektywu ciężko mi było się zaprzyjaźnić, o tyle Centipede Hz wszedł mi przy pierwszym podejściu. Masa energetycznych, momentami zahaczających o folk kawałków, mnóstwo pozytywnej energii, emanacji jakąś naturą i gorączką kolorów i dźwięków. Zdecydowanie napawa optymizmem, nie używając przy tym nadzwyczaj złożonej formy,
Fav tracks: Wymieniłbym wszystko, ale najbardziej Moonjock, Today's Supernatural, Amanita.
#3. Burzum - Fallen (2011)
Pora na jakieś cięższe klimaty, bo oto Burzuś. Stary dobry Burzuś. Czym wyróżnia się Fallen, w obliczu bujnej i liczącej 11 płyt dyskografii projektu Varga Vikernesa? Pierwsze wydawnictwa charakteryzowała dość prymitywna forma granego przez Burzum black metalu. Wokal Varga Vikernesa sprowadzał się do prostych i rozdzierających wrzasków, jednak riffy już wtedy miały w sobie coś mocno melodyjnego i emanowały wprost swoistym lo-fi charakterystycznym dla gatunku. Fallen okazało się odskocznią w tej kwestii. Pozbawienie kawałków tego słynnego szumu i pogłosu wyszło projektowi na dobre, bo to wydawnictwo uważam za najlepsze w dziejach muzyki black metalowej. Album zyskał na pewnej mistyczności, fantastycznym i przyprawionym magią klimacie, utwory zyskały głębię, a Varg postawił raczej na wyrazistość, niż na głośność wrzasku.
Fav tracks: Jeg Faller, Valen, Vanvidd.
#4. Swans - To Be Kind (2014)
Ponownie postaram się być oszczędny w słowach, ponieważ gdy tylko w jakimś moim tekście pisanym pojawia się wzmianka o Łabędziach, mam od razu ochotę przeprowadzić wywód na temat złożoności ich muzyki. Najnowsze dzieło dziadka Giry i reszty ekipy to niezaprzeczalnie opus magnum w ponad trzydziestoletniej (z przerwą) karierze nowojorskiej formacji. Emanujące mistycyzmem i eksperymentalizmem The Seer z 2012 jako pierwsze było określane mianem dzieła doskonałego i nikt nie przewidywał przeskoczenia tej poprzeczki. To Be Kind zaskoczyło wszystkich. Album jest w całości hipnotyzujący, wielowymiarowy, dający szerokie pole do interpretacji - a z drugiej strony angażujący, wymagający, trudny do zrozumienia przy pierwszym odsłuchu. A z osobistych odczuć - był to album, który nawrócił mnie na Swans.
Fav tracks: Screen Shot, Just a Little Boy, A Little God In My Hands, Oxygen.
#5. Płyta niespodzianka - ???
Ha, tego na pewno nikt się nie spodziewał. Swojego gustu muzycznego nigdy nie uznam za rozwinięty w pełni, jestem otwarty na nowe doznania, gatunki, utwory, a idąc tym tropem - płyty. Nie zamykam tej listy i zostawiam na niej pozycję niezapełnioną - czekam, na kolejne miłe zaskoczenia.
Nie owijając bawełnę, kolejność absolutnie przypadkowa.
#1. Led Zeppelin - Physical Graffiti (1975)
Ołowiane sterowce należą do tej grupy zespołów, że którejkolwiek płyty z ich stajni byś nie odtworzył, w całości będzie słuchalna i absolutnie interesująca. I choć rzeczywiście tak uważam (podobnie z np. Beatlesami), to musiałem się zdecydować na tę jedną i najlepszą płytę. W tym wypadku - Physical Graffiti. Dlaczego? Po pierwsze, jest to pierwszy ich album, jakiego słuchałem. Wykazuję się tu niebywałym brakiem obiektywizmu, ale hejże. Mój blog, moje zasady. Po drugie, jest to najcięższy, najbardziej wyrazisty album w dorobku zespołu. O ile większość osób bez zawahania wymieniłaby "czwórkę", o tyle ja postawiłem na to, co najbardziej mnie porwało. Bardzo surowy, rockowy klimat, gęsty niczym tokijski smog. Również dobry dla fanów genezy współczesnego metalu.
Fav tracks: In My Time of Dying, The Rover, Kashmir, Trampled Underfoot, In The Light.
#2. Animal Collective - Centipede Hz (2012)
Wkraczamy na eksperymentalne tory z najnowszym wydawnictwem AC. Co mogę o tym powiedzieć? O ile z resztą dyskografii amerykańskiego kolektywu ciężko mi było się zaprzyjaźnić, o tyle Centipede Hz wszedł mi przy pierwszym podejściu. Masa energetycznych, momentami zahaczających o folk kawałków, mnóstwo pozytywnej energii, emanacji jakąś naturą i gorączką kolorów i dźwięków. Zdecydowanie napawa optymizmem, nie używając przy tym nadzwyczaj złożonej formy,
Fav tracks: Wymieniłbym wszystko, ale najbardziej Moonjock, Today's Supernatural, Amanita.
#3. Burzum - Fallen (2011)
Pora na jakieś cięższe klimaty, bo oto Burzuś. Stary dobry Burzuś. Czym wyróżnia się Fallen, w obliczu bujnej i liczącej 11 płyt dyskografii projektu Varga Vikernesa? Pierwsze wydawnictwa charakteryzowała dość prymitywna forma granego przez Burzum black metalu. Wokal Varga Vikernesa sprowadzał się do prostych i rozdzierających wrzasków, jednak riffy już wtedy miały w sobie coś mocno melodyjnego i emanowały wprost swoistym lo-fi charakterystycznym dla gatunku. Fallen okazało się odskocznią w tej kwestii. Pozbawienie kawałków tego słynnego szumu i pogłosu wyszło projektowi na dobre, bo to wydawnictwo uważam za najlepsze w dziejach muzyki black metalowej. Album zyskał na pewnej mistyczności, fantastycznym i przyprawionym magią klimacie, utwory zyskały głębię, a Varg postawił raczej na wyrazistość, niż na głośność wrzasku.
Fav tracks: Jeg Faller, Valen, Vanvidd.
#4. Swans - To Be Kind (2014)
Ponownie postaram się być oszczędny w słowach, ponieważ gdy tylko w jakimś moim tekście pisanym pojawia się wzmianka o Łabędziach, mam od razu ochotę przeprowadzić wywód na temat złożoności ich muzyki. Najnowsze dzieło dziadka Giry i reszty ekipy to niezaprzeczalnie opus magnum w ponad trzydziestoletniej (z przerwą) karierze nowojorskiej formacji. Emanujące mistycyzmem i eksperymentalizmem The Seer z 2012 jako pierwsze było określane mianem dzieła doskonałego i nikt nie przewidywał przeskoczenia tej poprzeczki. To Be Kind zaskoczyło wszystkich. Album jest w całości hipnotyzujący, wielowymiarowy, dający szerokie pole do interpretacji - a z drugiej strony angażujący, wymagający, trudny do zrozumienia przy pierwszym odsłuchu. A z osobistych odczuć - był to album, który nawrócił mnie na Swans.
Fav tracks: Screen Shot, Just a Little Boy, A Little God In My Hands, Oxygen.
#5. Płyta niespodzianka - ???
Ha, tego na pewno nikt się nie spodziewał. Swojego gustu muzycznego nigdy nie uznam za rozwinięty w pełni, jestem otwarty na nowe doznania, gatunki, utwory, a idąc tym tropem - płyty. Nie zamykam tej listy i zostawiam na niej pozycję niezapełnioną - czekam, na kolejne miłe zaskoczenia.
Etykiety:
album,
albums,
Animal Collective,
Burzum,
experimental,
Led Zeppelin,
lifestyle,
music,
muzyka,
perfect,
płyta,
release,
rock,
Swans,
taste,
top 5,
top lista,
wydawnictwo
środa, 3 września 2014
Skąd ten hype? - Aphex Twin - Selected Ambient Works 85-92 (1992)
O Aphex Twinie zrobiło się ostatnio bardzo głośno, oczywiście ze względu na jego powrót na scenę muzyczną z nowym albumem po 13 latach ugoru w jego dyskografii. Rzecz jasna, Richard David James (bo tak brzmi jego prawdziwe nazwisko) nie zaciął się kompletnie w martwym punkcie, ba w okresie zawieszenia projektu znanego jako Aphex Twin tworzył znacznie więcej niż z nim (jednak pod tą etykietką jest najbardziej znany i wielbiony przez fanów elektroniki i ambientu). Pominę napompowanie medialne związane z promowaniem Syro, które pojawi się w tym roku. W tym wpisie udowodnię, że przez długi czas byłem ignorantem i z twórczością Aphex Twina zapoznałem się dopiero teraz. No i co sądzę o jego pierwszym studyjnym long pleju - Selected Ambient Works 82-92.
Jako pierwsze urzeka mnie Xtal. Postanowiłem nie psuć sobie wcześniej odbioru albumu, więc darowałem sobie jutjuby, wrzuty, tego typu rzeczy. Spodziewałem się znacznie bardziej agresywnej, dzikiej, szybkiej elektroniki, typowej dla współczesnych setów i wykonawców. Owszem, wiedziałem, że będzie to ambient, jednak ten spokój paradoksalnie mnie zadziwił, choć właściwie powinienem go oczekiwać. Utwór otwierający w sumie całkiem zgrabnie streszcza całość wydawnictwa - to gra zapętleń, wymyślnych bitów automatu perkusyjnego, chórków. Dziwnego spokoju i nietypowej harmonii, która do tej pory była mi obca w muzyce elektronicznej. Naprawdę, wiele traciłem. Ageispolis było źródłem i ojcem melodii jednego z kawałków na nowym albumie Die Antwoord - Ugly Boy. Właściwie ciężko tu powiedzieć o jakimś pokrewieństwie, bo właściwie to jest to ten sam motyw muzyczny. Było to spowodowane fascynacją Ninji Aphex Twinem. Oba utwory mi się podobają, ale z wiadomych przyczyn większym szacunkiem darzę oryginał.
Ptolemy rozpoczyna się szalonym, perfekcyjnym pod względem rytmiki bitem, by później zostać uzupełnionym przez syntezator z pomysłowym motywem. W końcu wszystko staje się jedną całością, a na końcu nawet pojawia się ten charakterystyczny ambientowy pogłos pasujący tu jak nigdzie indziej. Delphium ma w sobie coś egzotycznego, a zarazem nowoczesnego. To jak kompromis między futuryzmem i tradycją. Nie potrafię wyjaśnić co dokładnie mam na myśli, słuchanie tego utworu budzi we mnie takie odczucia!
Marzę o tym, by opisać to jeszcze bardziej, jeszcze dogłębniej, ale oszczędzę wam spoilerów i po prostu odsyłam was do odsłuchania płyty samodzielnie.Wydawnictwo kultowe dla każdego fana gatunku. Idealny album do wyczilowania lub jakiegoś kreatywnego zajęcia, rysowania, malowania, czy czegoś. No po prostu, Aphex Twin, legenda sceny elektronicznej.
Etykiety:
1992,
2014,
Ageispolis,
album,
ambient,
Aphex Twin,
chill,
Die Antwoord,
electonic,
elektronika,
muzyka,
opis,
recenzja,
Richard David James,
rozrywka,
Selected Ambient Works 85-92,
Syro,
wrażenia,
Xtal
wtorek, 29 lipca 2014
Swans - "To Be Kind" (2014)
| Nieszczęśliwy dzieciaczek patrzący na nas z okładki albumu. |
I oto wracamy do punktu wyjścia. Przy pierwszy podejściu myślę sobie: "O nie, znowu kawałki po pół godziny? Po 20 minut? Nieee, nie mam na to siły." Chwilę później stwierdzam: "Ale przecież wszystkie portale tak chwalą ten album, a nawet jego poprzednika, coś musi w tym być, może to ja coś robiłem źle."
Owszem, robiłem. Otóż, słuchając "The Seer" najczęściej w tym samym momencie robiłem coś innego. Muzyka leciała sobie cicho w tle, a ja na przykład gadałem na Skypie, przeglądałem 9gaga. Robiłem wszystko poza skupianiem się na muzyce. Przy "To Be Kind" postanowiłem całkowicie poświęcić się tej płycie. Wyłapywałem każdy najmniejszy dźwięk, każde przejście, każde wejście nowego instrumentu. I oczarowało mnie to. "To Be Kind", w przeciwieństwie do "The Seer" skupia się raczej na ludzkich sprawach. Brakuje mu tego mistycyzmu, który prezentował sobą poprzednik. Zamiast obłędu, dzikości, pewnej tajemniczości dostajemy album również nieprzewidywalny, ciężki w odbiorze, bardzo złożony, ale traktujący już o takich problemach jak dorastanie, samotność, monotonia ludzkiego życia, ograniczenia.
Warstwa muzyczna jest tak samo profesjonalna jak ostatnio, a wręcz udoskonalona. Pierwszą płytę otwiera "Screen Shot" - idealny wręcz utwór, magiczne preludium całości.
Charakterystyczny swing, nieco dzikie, quasi-folkowe bębny, Gira wykrzykujący "no hate, no will" pokazują, że Swans są w szczytowej formie i nie boją się sięgać bo ciężkie i nieprzyjemne tematy.
Następujące chwilę potem "Just A Little Boy" to utwór, w którym Gira wciela się w rolę dziecka. Nikt nie traktuje go poważnie, co potwierdzają jedynie śmiechy dorosłych, traktujących małego z dystansem.
"A Little God In My Hands" to mój faworyt. Z lekka funkowy (zaskakująco, jak na styl zespołu) kawałek chwilę potem atakujący nas głośną ścianą hałasu. Małym bogiem w naszych rękach jest wolna wola - "forever lazy, forever needing". Jesteśmy więźniami jedynie naszych żądz i natury, która jest nieubłagana.
Następnie, utwór sztandarowy płyty pierwszej, przebijające nawet tytułowe "The Seer" z poprzednika - "Bring The Sun Toussaint L'Ouverture". 34 minuty hołdu złożonego hawajskiemu dowódcy powstania przeciwko Francuzom na Haiti. Atakuje nas rytmicznym riffem robiącym nam papkę z mózgu. Dołóżcie do tego Girę wykrzykującego: "Liberte!". Aż sami się rwiemy do walki.
Zamykające płytę "Some Thing We Do" udowadnia, jak bardzo jesteśmy ograniczeni i jak bardzo monotonne jest nasze życie - "We see, we taste, we seek, we love, we fuck". I tak cały czas, i w kółko, i każdy z nas. Nie jesteśmy wyjątkowi.
Aby nie opisywać wszystkiego po kolei i zostawić wam trochę do odkrycia samodzielnie, wspomnę o jeszcze jednym tylko utworze z drugiej płyty - "Oxygen", kawałek, który był grany przez Swans na koncertach jeszcze na długo przed wydaniem "To Be Kind".
Bardzo rockowy moment albumu, charakterystyczny riff ciągnący się przez całe 8 minut, atakujący nas charakterystycznym "DUM" przy końcówce motywu. Wzbogacony brudną, metaliczną perkusją przywodzącą na myśl dawnych Swansów. Tlen jest tu potraktowany jako narkotyk, karmi nas, karmi nasz umysł, łamie kości.
"To Be Kind" już teraz jest moim ulubionym albumem roku. Brakuje mu chaosu i mistycyzmu "The Seer" (do którego również się przekonałem), ale podejmuje dywagacje na temat sensu ludzkiego życia, problemów, z którymi zmagamy się codziennie nawet nie mając o nich pojęcia. Misterne konstrukcje utworów, choć bardzo długie, co chwila nas czymś zaskakują, lekko cichną, by za chwilę wprowadzić jakiś nowy instrument, zaatakować umysł słuchacza hałasem. Wszystko jest tu zróżnicowane, stonowane, nic nie dominuje, niczego nie brakuje. Widać, że po 30 latach Gira i reszta ekipy nie próżnują, a jedynie ulepszają się, cały czas wydając album bardziej dopracowany od poprzednika. Ponownie postawili poprzeczkę bardzo wysoko, ale znając ich dokonania wiem, że przebicie "To Be Kind" to dla nich zaledwie kwestia czasu.
Etykiety:
2014,
album,
CD,
eksperymentalna,
experimental,
music,
muzyka,
płyta,
recenzja,
release,
review,
rock,
Swans,
The Seer,
To Be Kind,
Young God
Subskrybuj:
Posty (Atom)
