Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Led Zeppelin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Led Zeppelin. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 października 2014

5 albumów muzycznych, które są świetne w całości

Na wstępie zaznaczam, że moja opinia jest całkowicie subiektywna (co mówi też sama nazwa pojęcia - "opinia"). Lista płyt jest również dość niestała, strasznie szybko potrafię zmienić zdanie, więc są to właściwie płyty, które póki co wydają mi się w całości świetne, wyjątkowe i warte przesłuchania. No i postaram się urozmaicić to gatunkowo, coby nie były to płyty tylko folkowe, metalowe, czy jeszcze jakieś inne.
Nie owijając bawełnę, kolejność absolutnie przypadkowa.

#1. Led Zeppelin - Physical Graffiti (1975)
Ołowiane sterowce należą do tej grupy zespołów, że którejkolwiek płyty z ich stajni byś nie odtworzył, w całości będzie słuchalna i absolutnie interesująca. I choć rzeczywiście tak uważam (podobnie z np. Beatlesami), to musiałem się zdecydować na tę jedną i najlepszą płytę. W tym wypadku - Physical Graffiti. Dlaczego? Po pierwsze, jest to pierwszy ich album, jakiego słuchałem. Wykazuję się tu niebywałym brakiem obiektywizmu, ale hejże. Mój blog, moje zasady. Po drugie, jest to najcięższy, najbardziej wyrazisty album w dorobku zespołu. O ile większość osób bez zawahania wymieniłaby "czwórkę", o tyle ja postawiłem na to, co najbardziej mnie porwało. Bardzo surowy, rockowy klimat, gęsty niczym tokijski smog. Również dobry dla fanów genezy współczesnego metalu.
Fav tracks: In My Time of Dying, The Rover, Kashmir, Trampled Underfoot, In The Light.

#2. Animal Collective - Centipede Hz (2012)
Wkraczamy na eksperymentalne tory z najnowszym wydawnictwem AC. Co mogę o tym powiedzieć? O ile z resztą dyskografii amerykańskiego kolektywu ciężko mi było się zaprzyjaźnić, o tyle Centipede Hz wszedł mi przy pierwszym podejściu. Masa energetycznych, momentami zahaczających o folk kawałków, mnóstwo pozytywnej energii, emanacji jakąś naturą i gorączką kolorów i dźwięków. Zdecydowanie napawa optymizmem, nie używając przy tym nadzwyczaj złożonej formy,
Fav tracks: Wymieniłbym wszystko, ale najbardziej Moonjock, Today's Supernatural, Amanita.

#3. Burzum - Fallen (2011)
 Pora na jakieś cięższe klimaty, bo oto Burzuś. Stary dobry Burzuś. Czym wyróżnia się Fallen, w obliczu bujnej i liczącej 11 płyt dyskografii projektu Varga Vikernesa? Pierwsze wydawnictwa charakteryzowała dość prymitywna forma granego przez Burzum black metalu. Wokal Varga Vikernesa sprowadzał się do prostych i rozdzierających wrzasków, jednak riffy już wtedy miały w sobie coś mocno melodyjnego i emanowały wprost swoistym lo-fi charakterystycznym dla gatunku. Fallen okazało się odskocznią w tej kwestii. Pozbawienie kawałków tego słynnego szumu i pogłosu wyszło projektowi na dobre, bo to wydawnictwo uważam za najlepsze w dziejach muzyki black metalowej. Album zyskał na pewnej mistyczności, fantastycznym i przyprawionym magią klimacie, utwory zyskały głębię, a Varg postawił raczej na wyrazistość, niż na głośność wrzasku.
Fav tracks: Jeg Faller, Valen, Vanvidd.

#4. Swans - To Be Kind (2014)
Ponownie postaram się być oszczędny w słowach, ponieważ gdy tylko w jakimś moim tekście pisanym pojawia się wzmianka o Łabędziach, mam od razu ochotę przeprowadzić wywód na temat złożoności ich muzyki. Najnowsze dzieło dziadka Giry i reszty ekipy to niezaprzeczalnie opus magnum w ponad trzydziestoletniej (z przerwą) karierze nowojorskiej formacji. Emanujące mistycyzmem i eksperymentalizmem The Seer z 2012 jako pierwsze było określane mianem dzieła doskonałego i nikt nie przewidywał przeskoczenia tej poprzeczki. To Be Kind zaskoczyło wszystkich. Album jest w całości hipnotyzujący, wielowymiarowy, dający szerokie pole do interpretacji - a z drugiej strony angażujący, wymagający, trudny do zrozumienia przy pierwszym odsłuchu. A z osobistych odczuć - był to album, który nawrócił mnie na Swans.
Fav tracks: Screen Shot, Just a Little Boy, A Little God In My Hands, Oxygen.

#5. Płyta niespodzianka - ???
Ha, tego na pewno nikt się nie spodziewał. Swojego gustu muzycznego nigdy nie uznam za rozwinięty w pełni, jestem otwarty na nowe doznania, gatunki, utwory, a idąc tym tropem - płyty. Nie zamykam tej listy i zostawiam na niej pozycję niezapełnioną - czekam, na kolejne miłe zaskoczenia. 

piątek, 10 października 2014

Krótka historia o muzycznej stronie mego życia.

Jeśli miałbym określić swoje muzykalne przygody (w sensie, jeśli chodzi o słuchanie muzyki, bo z gitarą uprawiam regularne stosunku zaledwie od pół roku) jednym słowem, to pasowałoby tu słowo nietypowe. Poważnie, chwytałem się chyba każdego możliwego gatunku (co obecnie uznaję za idiotyczne i do bólu ograniczające). Nie bardzo nawet wiem od czego zacząć, więc może cofnę się w czasie do momentu, w którym moja świadomość zaczynała tolerować jakiś gatunek całkowicie i w pełni.

Była to może 6. klasa podstawówki, albo i 1. gimnazjum. W każdym razie, okolice 13. roku życia. Wiadomo, że chłopięciem (he, he) będąc, nie do końca ogarnia się świat i wszystko jest dla nas niestabilne, nowe. Jako dorastający dzieciak chcesz się czymś wyróżnić, być alternatywny, przykuwać uwagę, budować oryginalny wizerunek siebie w oczach innych (nadal mi to doskwiera, teraz jednak jest to całkowicie naturalne i bez premedytacji). W wyniku dziwnych zawirowań, poniekąd też pod wpływem niektórych znajomych, zacząłem zagłębiać się w utwory Behemotha, starego, dobrego polskiego Bezia. Teraz w sumie nie wiem co ja tym widziałem, black metal jakich wiele. Wtedy jednak uznawałem, że taki gatunek może być ostatnią rzeczą, którą osoba w moim wieku mogłaby się interesować. Trwałem w tym swoim udawanym fanbojostwie, jednak nigdy nie doszło do zapuszczenia brud-metalowych kłaków. Minęło parę miesięcy, aż w końcu mój "gust" muzyczny po raz kolejny musiał się dostosować. Kolejne dziwne zawirowania doprowadziły do tego, że w absurdalnie dziwny i niezrozumiały sposób zaczęło mnie jarać screamo i wszelkie pochodne tego... ekhem, gatunku. Tak, to jest ten moment, na wspomnienie którego mam ochotę popełnić samobójstwo. Na przykład strzelając sobie w głowę z łuku brwiowego, albo topiąc się w stawie kolanowym.

Z niechęcią przyznaję, że to nie do końca MNIE jarało. To dziwne, ale to zdanie łatwo zinterpretować. Wracając do tematu - sympatia do chłoptasiów piłujących swoje wymalowane buźki bezpowrotnie minęła i zawiesiłem się w czasie i przestrzeni bez punktu zaczepienia. To był czas absolutnego pustostanu i ponownie szukania swojego wizerunku w kwestii dźwięków i obrazów nimi malowanych. Aż pewnego wieczoru (na potrzeby klimatu przyjmijmy, że był ciemny, zimny i deszczowy) krążąc po meandrach Jutjuba wkroczyłem na nieprzebyte ścieżki dyskografii Led Zeppelin. Przysięgam, że była to jedna z najlepszych decyzji mojego życia. W końcu poczułem, że to mnie naprawdę coś jara, że absolutnie kręcą mnie te fantastyczne riffy, kunsztowne solówki, rozdzierający wokal i cholernie satysfakcjonujący mix gatunkowy. Miłość do zespołu i chora fascynacja gitarzystą zespołu, Jimmym Pagem, siedzi we mnie do dziś, choć teraz już wolę poświęcać się czemuś nowemu, eksperymentować i odkrywać. Przez dłuższy czas siedziałem w klasycznym rocku, hard rocku, połowicznie w staroszkolnym metalu (Metallica, Iron Maiden, etc.), natomiast moja strona na last.fm obumierała, bo nic nowego się na niej nie pojawiało i prawdę mówiąc - zamykałem się na wszystkie cuda muzyki, które gdzieś tam na mnie czekały.

Rozpoczęcie nauki w liceum totalnie wywróciło moje postrzeganie tematu. Chyba największą rolę odegrała w tym Oriana, która poniekąd wprowadziła mnie w jakieś nowości, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Wyzbyłem się durnego przeświadczenia, że "pop to ścierwo, a ambient usypia". W końcu zacząłem odnajdywać ciekawe elementy w każdym z gatunków, i teraz już szczerze mogę powiedzieć, że słucham naprawdę wszystkiego. Sprawy potoczyły się szybko - początkowo dość niechętnie post-punk, nowa fala, wszystkie pochodne "fale", elektronika, gotyk, całkiem niedawno rapsy, pokochałem eksperymentalę, folki, industrial, a nawet techno zaczęło mnie pociągać. Zacząłem chętnie chodzić na koncerty, przywiązywać ogromną uwagę do detali!

Led Zeppelin musiało udostępnić trochę miejsca w mojej duszy drugiemu genialnemu projektowi (który obok Led Zeppelin, IMHO, był najlepszym, co mogło spotkać muzykę ever)  - Swans (Łabędzie, tak btw., zasługują na całkiem oddzielny wpis na blożku). Cholera, strasznie emocjonalnie do tego podchodzę. Obecnie nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Mało tego, że spełniam się literacko (och, Magnetoffonie), to jeszcze czuję się jakiś, hmm... Wywyższony na ultra boski poziom, przeniesiony do totalnie innej rzeczywistości. Uważam, że to medium mogłoby z powodzeniem zastąpić każde inne w życiu codziennym - zwłaszcza telewizję. Magia. Słuchajcie muzyki, ludzie.

Macie jeszcze mojego lasta, cobyście wiedzieli czym się raczę w chwili obecnej:
  http://www.lastfm.pl/user/GodDamnMoose