Jeśli miałbym określić swoje muzykalne przygody (w sensie, jeśli chodzi o słuchanie muzyki, bo z gitarą uprawiam regularne stosunku zaledwie od pół roku) jednym słowem, to pasowałoby tu słowo nietypowe. Poważnie, chwytałem się chyba każdego możliwego gatunku (co obecnie uznaję za idiotyczne i do bólu ograniczające). Nie bardzo nawet wiem od czego zacząć, więc może cofnę się w czasie do momentu, w którym moja świadomość zaczynała tolerować jakiś gatunek całkowicie i w pełni.
Była to może 6. klasa podstawówki, albo i 1. gimnazjum. W każdym razie, okolice 13. roku życia. Wiadomo, że chłopięciem (he, he) będąc, nie do końca ogarnia się świat i wszystko jest dla nas niestabilne, nowe. Jako dorastający dzieciak chcesz się czymś wyróżnić, być alternatywny, przykuwać uwagę, budować oryginalny wizerunek siebie w oczach innych (nadal mi to doskwiera, teraz jednak jest to całkowicie naturalne i bez premedytacji). W wyniku dziwnych zawirowań, poniekąd też pod wpływem niektórych znajomych, zacząłem zagłębiać się w utwory Behemotha, starego, dobrego polskiego Bezia. Teraz w sumie nie wiem co ja tym widziałem, black metal jakich wiele. Wtedy jednak uznawałem, że taki gatunek może być ostatnią rzeczą, którą osoba w moim wieku mogłaby się interesować. Trwałem w tym swoim udawanym fanbojostwie, jednak nigdy nie doszło do zapuszczenia brud-metalowych kłaków. Minęło parę miesięcy, aż w końcu mój "gust" muzyczny po raz kolejny musiał się dostosować. Kolejne dziwne zawirowania doprowadziły do tego, że w absurdalnie dziwny i niezrozumiały sposób zaczęło mnie jarać screamo i wszelkie pochodne tego... ekhem, gatunku. Tak, to jest ten moment, na wspomnienie którego mam ochotę popełnić samobójstwo. Na przykład strzelając sobie w głowę z łuku brwiowego, albo topiąc się w stawie kolanowym.
Z niechęcią przyznaję, że to nie do końca MNIE jarało. To dziwne, ale to zdanie łatwo zinterpretować. Wracając do tematu - sympatia do chłoptasiów piłujących swoje wymalowane buźki bezpowrotnie minęła i zawiesiłem się w czasie i przestrzeni bez punktu zaczepienia. To był czas absolutnego pustostanu i ponownie szukania swojego wizerunku w kwestii dźwięków i obrazów nimi malowanych. Aż pewnego wieczoru (na potrzeby klimatu przyjmijmy, że był ciemny, zimny i deszczowy) krążąc po meandrach Jutjuba wkroczyłem na nieprzebyte ścieżki dyskografii Led Zeppelin. Przysięgam, że była to jedna z najlepszych decyzji mojego życia. W końcu poczułem, że to mnie naprawdę coś jara, że absolutnie kręcą mnie te fantastyczne riffy, kunsztowne solówki, rozdzierający wokal i cholernie satysfakcjonujący mix gatunkowy. Miłość do zespołu i chora fascynacja gitarzystą zespołu, Jimmym Pagem, siedzi we mnie do dziś, choć teraz już wolę poświęcać się czemuś nowemu, eksperymentować i odkrywać. Przez dłuższy czas siedziałem w klasycznym rocku, hard rocku, połowicznie w staroszkolnym metalu (Metallica, Iron Maiden, etc.), natomiast moja strona na last.fm obumierała, bo nic nowego się na niej nie pojawiało i prawdę mówiąc - zamykałem się na wszystkie cuda muzyki, które gdzieś tam na mnie czekały.
Rozpoczęcie nauki w liceum totalnie wywróciło moje postrzeganie tematu. Chyba największą rolę odegrała w tym Oriana, która poniekąd wprowadziła mnie w jakieś nowości, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Wyzbyłem się durnego przeświadczenia, że "pop to ścierwo, a ambient usypia". W końcu zacząłem odnajdywać ciekawe elementy w każdym z gatunków, i teraz już szczerze mogę powiedzieć, że słucham naprawdę wszystkiego. Sprawy potoczyły się szybko - początkowo dość niechętnie post-punk, nowa fala, wszystkie pochodne "fale", elektronika, gotyk, całkiem niedawno rapsy, pokochałem eksperymentalę, folki, industrial, a nawet techno zaczęło mnie pociągać. Zacząłem chętnie chodzić na koncerty, przywiązywać ogromną uwagę do detali!
Led Zeppelin musiało udostępnić trochę miejsca w mojej duszy drugiemu genialnemu projektowi (który obok Led Zeppelin, IMHO, był najlepszym, co mogło spotkać muzykę ever) - Swans (Łabędzie, tak btw., zasługują na całkiem oddzielny wpis na blożku). Cholera, strasznie emocjonalnie do tego podchodzę. Obecnie nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Mało tego, że spełniam się literacko (och, Magnetoffonie), to jeszcze czuję się jakiś, hmm... Wywyższony na ultra boski poziom, przeniesiony do totalnie innej rzeczywistości. Uważam, że to medium mogłoby z powodzeniem zastąpić każde inne w życiu codziennym - zwłaszcza telewizję. Magia. Słuchajcie muzyki, ludzie.
Macie jeszcze mojego lasta, cobyście wiedzieli czym się raczę w chwili obecnej:
http://www.lastfm.pl/user/GodDamnMoose
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodość. Pokaż wszystkie posty
piątek, 10 października 2014
Krótka historia o muzycznej stronie mego życia.
Etykiety:
alternatywa,
historia,
history,
inne,
last.fm,
Led Zeppelin,
lifestyle,
Magnetoffon,
młodość,
music,
pamiętnik,
płacz,
rock,
rozrywka,
screamo,
Swans,
życie
sobota, 23 sierpnia 2014
Gra, w którą łoił każdy - "Heroes of Might & Magic III"
Nie mogę powiedzieć, że mój offspring całkowicie poświęcał się zabawom na dworze, jeżdżeniu na rowerze, bieganiu po lesie i dzikim harcom na świeżym powietrzu (mam na myśli dzieciństwo, oczywiście). Pochodzę z tego offspringu, który raczej pół na pół wychodził z domu i spędzał czas grając w gry na komputerze. I ja dość szybko dostałem swój pierwszy komputer, więc szybko pochłonęły sporą część mojego wolnego czasu. Od razu po podłączenia sprzętu, ogarnięcia poruszania się po pulpicie, ojciec przyszedł do mnie i powiedział, żebym zainstalował mu grę, który pożyczył od kumpla z pracy, a która była ponoć bardzo zajmująca i fajnie się w nią grało. I tak "herosi" zostali pierwszą grą, w którą kiedykolwiek zagrałem, i w której totalnie przepadłem. Informacje mniej ciekawe, ale jednak istotne? "Hirołsi" to typowa strategia turowa w klimatach fantasy wydana przez 3DO Company w 1999 roku.
Klimat fantasy, które już wtedy kochałem, był tu wyczuwalny na kilometr. Wszystkie te fantastyczne stwory, magiczne artefakty, mapy zupełnie losowo kreowane, ciekawi bohaterowie i magia zdobyli mnie od pierwszego odpalenia. Bardzo podobała mi się różnorodność istot w zamkach i ich wygląd. To było dla mnie takie nowe, takie wyjątkowe, że mam wpływ na tyle czynników, czuję się jak bohater z tą swoją pikselowatą armią i królestwem. Po latach uruchomiłem grę kolejny raz i moje wrażenia i odczucia w ogóle się nie zmieniły - tym razem jednak wszystko już rozumiałem bardziej i więcej dostrzegałem. Więc teraz trochę z dojrzalszego podejścia - tak jak mówiłem, losowość i nieprzewidywalność rozgrywek jest niesamowita nawet obecnie. Przeciwnicy potrafią być prawdziwymi scumbagami i mogą nas męczyć całą rozgrywkę, aby w końcu nagle przyjść z siłami tak wielkimi, że nie zdążymy się oblizać. Serio, ta gra zrobiła ze wszystkich moich znajomych pro strategów pokroju legendarnego Endera. Różnorodność zamków i istot jest powalająca. Wygląd każdego jednego stworka, żołnierza jest tak dopracowany, tak pomysłowy, że cieszy oko nawet dziś. Jeśli chodzi o bardziej techniczne aspekty naszych minionów - ich wybór był bardzo wyważony, siły poszczególnych ras były bardzo zrównoważone, każde z królestw bez problemu mogło stawać do walki z innym.
Magia dawała całe multum zaklęć do wykorzystania. Od zwyczajnego spowolnienia celu, po totalnie destrukcyjną implozję - naprawdę było w czym wybierać.
Kampania, bo ta też jest bardzo istotnym aspektem rozgrywki, jest bardzo pomysłowa. Jest pełna bohaterów, w których łatwo się wczuć, intryg, walki o tron, demonicznej magii, obrzydliwej nekromancji, zwycięstw i porażek. Zadania w niej są zróżnicowane, często wymagają od nas niemałego wysiłku, a regulowany poziom trudności sprawia, że może być także przystępna dla nowicjuszy.
Momentami, "Heroes (...) III" stawał się grą towarzyską. Często gromadziliśmy się z kolegami przy jednym komputerze i toczyliśmy pełne emocji i nienawiści batalie.
Tak jest, uważam "Hirołsów" za grę kultową i wartą zapoznania się z nią. Współczesne dzieci niech już z dwojga złego wybiorą tę grę zamiast iPadów i całego szajsu z nimi związanego, wiem co mówię. A najlepiej to niech wyjdą pobiegać z kijami po lesie udając Aragorna i Froda. A "Heroes (...) IV" zawsze będzie dla mnie bękartem tej serii i proponuję to omijać szerokim łukiem, jeśli byliście/jesteście fanatykami "trójki". Bo ona wciąga nawet po 15 latach od premiery.
| Interfejs gry i bohater na koniu. |
Magia dawała całe multum zaklęć do wykorzystania. Od zwyczajnego spowolnienia celu, po totalnie destrukcyjną implozję - naprawdę było w czym wybierać.
| Pole bitwy i badassowe czarne smoki. |
Momentami, "Heroes (...) III" stawał się grą towarzyską. Często gromadziliśmy się z kolegami przy jednym komputerze i toczyliśmy pełne emocji i nienawiści batalie.
Tak jest, uważam "Hirołsów" za grę kultową i wartą zapoznania się z nią. Współczesne dzieci niech już z dwojga złego wybiorą tę grę zamiast iPadów i całego szajsu z nimi związanego, wiem co mówię. A najlepiej to niech wyjdą pobiegać z kijami po lesie udając Aragorna i Froda. A "Heroes (...) IV" zawsze będzie dla mnie bękartem tej serii i proponuję to omijać szerokim łukiem, jeśli byliście/jesteście fanatykami "trójki". Bo ona wciąga nawet po 15 latach od premiery.
Etykiety:
3DO,
fantastyczna,
fantastyka,
fantasy,
gra,
gra strategiczna,
Heroes,
Heroes 3,
Heroes III,
Heroes of Might & Magic 3,
komputer,
młodość,
rozrywka,
strategia,
strategy
Subskrybuj:
Posty (Atom)