Nie sposób zaprzeczyć temu, że Ghost Rider jest jednym z ciekawszych bohaterów nie tylko Marvela, ale i komiksu w ogóle. No bo serio, gościu w skórce, na płonącym motorze, z płonącą czaszką, łańcuchami w charakterze broni? Większość osób średnio obeznanych w komiksie z pewnością kojarzy tego najsłynniejszego z Ghost Riderów (a w sumie kilku ich było) - Johnny'ego Blaze'a, którego w filmowej adaptacji tej 40-stoletniej serii zagrał dość... ekhem, brawurowo, Nicolas Cage. O filmie nie będę się wypowiadał, bo zasługuje na solidnego klapsa, na przykład w dziąsło. Jeśli chodzi o komiksową wersję Blaze'a, to był to skurczybyk jakich mało, który w sumie mógłby być świetnym kumplem Wolverine'a (i w zasadzie mieli kilka okazji do spotkania) - nawet po utracie swych nadprzyrodzonych umiejętności łoił tyłki demonom aż się kurzyło. Serii nigdy specjalnie nie śledziłem, wyjątkiem było przeczytanie komiksu o genezie kolejnego z Riderów - Dana Ketcha; komiks w Polsce wywodził się z serii nazwanej Mega Marvel i w 2016 będzie obchodził swoje 20-stolecie.
Na poważniej zainteresowałem się bohaterem parę dni temu, gdy w końcu zdecydowałem się przeczytać jakieś zeszyty ze świeżo rozpoczętej serii zatytułowanej All-New Ghost Rider, co przy okazji jest elementem Marvel NOW!, czyli operacji mającej na celu odświeżenie różnych superbohaterów Marvela i marvelowskich supergrup, co przydarzyło się już np. X-Factor i Lokiemu.
Co najistotniejsze, pałeczkę łowcy dusz przejął kolejny świeżak - tym razem padło na Robbiego Reyesa, dorastającego gościa pracującego w warsztacie samochodowym, opiekującego się młodszym niepełnosprawnym bratem. Planem historii będzie do bólu niebezpieczna dzielnica Los Angeles, w której narkotyki, rozboje, haracze to problem codzienności. Nie będę zdradzał fabuły i kolejnych zdarzeń prowadzących do przemiany Robbiego w Ducha Zemsty, gdyż można się tego samemu dowiedzieć w jakieś 15 minut, co serdecznie polecam! W Reyesa znacznie łatwiej się wczuć niż w Blaze'a, jest w końcu zwyczajnym kolesiem, nic specjalnego go nie wyróżnia, poza trudnościami życia w miejscu, w jakim przyszło mu żyć. Scenariusz jest napisany sensownie, nie jest nadzwyczajnie ambitny, ale sprawia, że całość szybko się czyta. Rysunki Tradda Moore'a są bardzo kreskówkowe, ale nie powinny wadzić również fanom realizmu - są schludne, dopracowane, i mają "to coś". Ja póki co jestem dopiero po trzech zeszytach, ale na pewno sięgnę po więcej, ponieważ jest to obecnie jedna z przystępniejszych serii wychodzących regularnie i nie wymagająca ogromnej znajomości uniwersum (dzięki, X-Men). Polecam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fun. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fun. Pokaż wszystkie posty
piątek, 7 listopada 2014
środa, 8 października 2014
O prozie Stephena Kinga słów kilka.
Gdyby w tym momencie dano mi książkę Kinga, jednak nie wiedziałbym kto jest jej autorem i na podstawie stylu, w jakim została napisana, miałbym odgadnąć kto ją napisał - nie miałbym najmniejszego problemu z określeniem tego. Myślę, że większość osób (nawet te, które nie czytają jego książek) ma świadomość tego, że człowiek ten wykształcił wyjątkowy, niesamowicie kunsztowny (jak na literaturę typowo mainstreamową) styl, który:
a) jest ciężki do podrobienia;
b) jest łatwy do rozpoznania;
c) współcześnie stanowi wzorzec dla wielu początkujących (i nie tylko) pisarzy.
Jestem przekonany, że tytułów takich jak Miasteczko Salem, Christine, Cmętarz Zwieżąt, czy sławetna Mroczna Wieża, nie trzeba wymieniać.
Pisanie w superlatywach odłóżmy na bok, bo, co oczywiste, jego proza nie jest bez wad. W mojej opinii pisze on bardzo nierówno. Prawdę mówiąc, jego wyjątkowy styl odczuwalny jest niemalże w każdej książce z jego stajni, jednak często książki są schematyczne, powtarzają ten sam wzór prowadzenia fabuły, lub są całkowicie absurdalne i dziwaczne (w tym śmiesznym stylu). W żadnym wypadku nie mogę odmówić pomysłowości zawartej w wodzeniu czytelnika za nos, zaskakiwaniu go totalnie niespodziewanymi rozwiązaniami, podejmowania pewnej gry z odbiorcą. Problem polega na tym, że wielokrotnie łapałem się na "przewidywaniu" kolejnych wydarzeń w książce, zwyczajnie kierując się schematem z innej. Być może mieliście szczęście i trafiliście na bardziej odmienne jego książki, ja jednak miałem "pecha".
Zostawmy na razie wady w spokoju. Wracając do dobrych książek - ich przodująca cecha jest taka, że są BARDZO dobre. Naprawdę, jak już Kingowi udaje się wbić we właściwy rytm, to wszystko dąży do najczęściej całkowicie satysfakcjonującego końca. Za przykład mogę tu podać Cmętarz Zwieżąt (nie regulujcie odbiorników) - jest to moja ulubiona książka autora. Cenię ją za niesamowity klimat, którym przesiąka od pierwszych stron, wylewający się "grobowy" klimacik, fajnie przeplecione wątki typowo realistyczne z fantastycznymi, a nawet za obecność subtelnych, choć stosunkowo istotnych wątków plemiennych, rytualnych. Zakończenie na długo zostało w mojej głowie. Może właśnie to był mój problem. Może pierwsza książka Kinga, którą przeczytałem, była zbyt dobra i wyśrubowała we mnie oczekiwania niemożliwe do zaspokojenia. Hmm...
Wyżej wspomniana Mroczna Wieża również należy do moich ulubionych książek, a raczej serii książek. Saga o rewolwerowcu Rolandzie i reszcie gromadki zmagających się z przeciwnościami losu w post-apokaliptycznym świecie nie mogła się nie udać. Zwłaszcza, że seria ta łączy wszystkie możliwe uniwersa, motywy, a także najlepsze rozwiązania zakwitłe kiedykolwiek w przepełnionym fantazją umyśle Stephena Kinga.
Łatka najlepszego pisarza zajmującego się grozą pasuje do niego, jednak tylko (lub "aż") połowicznie. Zamykanie twórczości tego autora w szufladzie z naklejką "groza", jest zwyczajnie krzywdzące. King potrafi zbudować wspaniałą i intrygującą fabułę nie uciekając się tutaj do straszenia czytelnika w jakikolwiek sposób. Równie dobrze można przypisać mu miano dramaturga, ewentualnie fantasty-pisarza.
Wysokie noty dotyczące jego książek o czymś świadczą i gwarantuję, że w jego twórczości każdy znajdzie coś dla siebie (no, może poza dziećmi). Pomijając kilka tytułów, które niczym mnie nie zaskoczyły i zwyczajnie wynudziły, styl Kinga jest jedyny w swoim rodzaju, momentami obsceniczny, jednak do bólu naturalny, obrazowy. Dla mnie już chyba na zawsze pozostanie niedoścignionym wzorcem.
a) jest ciężki do podrobienia;
b) jest łatwy do rozpoznania;
c) współcześnie stanowi wzorzec dla wielu początkujących (i nie tylko) pisarzy.
Jestem przekonany, że tytułów takich jak Miasteczko Salem, Christine, Cmętarz Zwieżąt, czy sławetna Mroczna Wieża, nie trzeba wymieniać.
Pisanie w superlatywach odłóżmy na bok, bo, co oczywiste, jego proza nie jest bez wad. W mojej opinii pisze on bardzo nierówno. Prawdę mówiąc, jego wyjątkowy styl odczuwalny jest niemalże w każdej książce z jego stajni, jednak często książki są schematyczne, powtarzają ten sam wzór prowadzenia fabuły, lub są całkowicie absurdalne i dziwaczne (w tym śmiesznym stylu). W żadnym wypadku nie mogę odmówić pomysłowości zawartej w wodzeniu czytelnika za nos, zaskakiwaniu go totalnie niespodziewanymi rozwiązaniami, podejmowania pewnej gry z odbiorcą. Problem polega na tym, że wielokrotnie łapałem się na "przewidywaniu" kolejnych wydarzeń w książce, zwyczajnie kierując się schematem z innej. Być może mieliście szczęście i trafiliście na bardziej odmienne jego książki, ja jednak miałem "pecha".
Zostawmy na razie wady w spokoju. Wracając do dobrych książek - ich przodująca cecha jest taka, że są BARDZO dobre. Naprawdę, jak już Kingowi udaje się wbić we właściwy rytm, to wszystko dąży do najczęściej całkowicie satysfakcjonującego końca. Za przykład mogę tu podać Cmętarz Zwieżąt (nie regulujcie odbiorników) - jest to moja ulubiona książka autora. Cenię ją za niesamowity klimat, którym przesiąka od pierwszych stron, wylewający się "grobowy" klimacik, fajnie przeplecione wątki typowo realistyczne z fantastycznymi, a nawet za obecność subtelnych, choć stosunkowo istotnych wątków plemiennych, rytualnych. Zakończenie na długo zostało w mojej głowie. Może właśnie to był mój problem. Może pierwsza książka Kinga, którą przeczytałem, była zbyt dobra i wyśrubowała we mnie oczekiwania niemożliwe do zaspokojenia. Hmm...
Wyżej wspomniana Mroczna Wieża również należy do moich ulubionych książek, a raczej serii książek. Saga o rewolwerowcu Rolandzie i reszcie gromadki zmagających się z przeciwnościami losu w post-apokaliptycznym świecie nie mogła się nie udać. Zwłaszcza, że seria ta łączy wszystkie możliwe uniwersa, motywy, a także najlepsze rozwiązania zakwitłe kiedykolwiek w przepełnionym fantazją umyśle Stephena Kinga.
Łatka najlepszego pisarza zajmującego się grozą pasuje do niego, jednak tylko (lub "aż") połowicznie. Zamykanie twórczości tego autora w szufladzie z naklejką "groza", jest zwyczajnie krzywdzące. King potrafi zbudować wspaniałą i intrygującą fabułę nie uciekając się tutaj do straszenia czytelnika w jakikolwiek sposób. Równie dobrze można przypisać mu miano dramaturga, ewentualnie fantasty-pisarza.
Wysokie noty dotyczące jego książek o czymś świadczą i gwarantuję, że w jego twórczości każdy znajdzie coś dla siebie (no, może poza dziećmi). Pomijając kilka tytułów, które niczym mnie nie zaskoczyły i zwyczajnie wynudziły, styl Kinga jest jedyny w swoim rodzaju, momentami obsceniczny, jednak do bólu naturalny, obrazowy. Dla mnie już chyba na zawsze pozostanie niedoścignionym wzorcem.
Etykiety:
book,
books,
Cmętarz Zwieżąt,
czytanie,
Dark Tower,
fun,
King,
książka,
lifestyle,
Miasteczko Salem,
Mroczna Wieża,
Pet Semetery,
review,
Salem's Lot,
Stephen King,
writer
środa, 24 września 2014
Czego boi się Doktor, czyli Doctor Who - Listen (S08E04)
Muszę przyznać, że w tytule zawarłem niemały spoiler dotyczący fabuły odcinka. Prawda jest taka, że nie do końca mnie to obchodzi, a poza tym wątpię, by ktokolwiek miał czytać ten opis po to, by stwierdzić, że chce lub nie chce zobaczyć tego odcinka. Obawiam się, że przyjmę takie podejście przy każdym takim okołodoktorowym temacie i podejdę do tego dość... luźno. Cóż, zatem nie pozostaje mi nic innego, jak tylko - ENJOY!
W dużym skrócie - w pierwszych scenach widzimy Clarę i jej nowego znajomego z grona nauczycieli - Danny'ego Pinka. Ale nie są "tak po prostu", a są na pierwszej randce. Całe spotkanie zapowiada się naprawdę miło, ale po pierwsze - perspektywa Doktora w tle rujnuje wszystko na wejściu; po drugie - gdy podczas rozmowy zostaje poruszony temat wojny, Danny zaczyna burzyć się i podchodzić do wszystkiego zbyt osobiście. Clara nie wytrzymuje napięcia i zwyczajnie wychodzi. Ale wieczór mimo wszystko będzie dla niej pełen wrażeń, bo oto w jej domu, w jej własnym domu ląduje podejrzanie niebieska budka telefoniczna z dziwnym siwym gościem w środku. Na wstępie - aluzji do starości niemalże brak. Teraz wszystkie jakby ustępują aluzjom do groźnych brwi Capaldiego. Wracając do tematu, Doktor ma tym razem problem z istotą, która jak mniema, towarzyszy każdemu z nas, nawet wtedy, gdy pozornie jesteśmy sami. Teoretycznie łączy się to ze snem, który ma na jakimś etapie życia każdy z nas - o ręce spod łóżka, która łapie nas za kostkę. Władca Czasu chce cofnąć się do dzieciństwa Clary za pośrednictwem więzi telepatycznej TARDIS, jednak w wyniku rozbiegania myśli bohaterki lądują nieopodal domu dziecka, w dzieciństwie Danny'ego, który wtedy jeszcze był Rupertem.
Idiotycznego i przydługiego wstępu stało się zadość. Co bardzo spodobało mi się w odcinku, to wszelkie czasowe kombinacje. Dzieciństwo Danny'ego, dziwna przyszłość z jednym z potomków Pinka i najprawdopodobniej drugiej znanej nam postaci, oraz trzecie, dzieciństwo postaci najistotniejszej ze wszystkich. O tym właśnie mógłbym rozpisywać się najwięcej, bo to najbardziej mnie urzekło. Został wyjaśniony pewien drobny detal z The Day of the Doctor, przy okazji poznaliśmy Doktora od bliższej, nieco słabszej strony. Jeśli chodzi o pomysł na fabułę - wyjątkowy. Zdecydowanie dość mroczny i niepokojący. Co prawda, nie wywoływał ataku paniki jak każde spotkanie z Płaczącymi Aniołami, ale miał w sobie coś klimatycznego z delikatnym dreszczykiem. Humor był tutaj dość oszczędnie dawkowany, ale nie zabrakło go w ogóle, co również cenię. Przede wszystkim, fabuła była dużo bardziej zgrabna i klejąca się niż w odcinku piątym, o czym też nie omieszkam napisać.
Po tych kilku odcinkach walki z samym sobą ostatecznie stwierdzam, że Capaldi został Doktorem. Wpasował się w kanon, wykształcił swoją tożsamość zachowując zasady dziwności i nietypowości. Nie mogę się doczekać kolejnych wystąpień, a ten odcinek zdecydowanie zadziałał na jego korzyść.
| Mania Doktora ponownie wplątuje Clarę w niebezpieczne przygody. |
| Doktor kontempluje nad istotą stworków spod łóżka. |
Po tych kilku odcinkach walki z samym sobą ostatecznie stwierdzam, że Capaldi został Doktorem. Wpasował się w kanon, wykształcił swoją tożsamość zachowując zasady dziwności i nietypowości. Nie mogę się doczekać kolejnych wystąpień, a ten odcinek zdecydowanie zadziałał na jego korzyść.
Etykiety:
BBC,
Clara Oswald,
Doctor Who,
fun,
lifestyle,
Listen,
Peter Capaldi,
sci-fi,
science-fiction,
serial,
series,
TARDIS,
telewizja,
Time Lord,
wrażenia
niedziela, 14 września 2014
Jak wytresować smoka (a potem go zarżnąć) - Elder Scrolls V: Skyrim
Powodem powstania tej recenzji/przemyśleń/opisu wrażeń był fakt, iż już chyba siedemsetny raz zainstalowałem tę grę na moim złomie i stworzyłem zupełnie nową i oryginalną postać. Okej, można mówić o tym, że już nic nie pozostało mi do odkrycia, że już nic tutaj nie będzie w stanie mnie zaskoczyć, i że cały ten lodowo-mroźny świat znam na wylot. To wszystko prawda, ale jest coś pasjonującego i zajmującego w przechodzeniu jej w zupełnie nowy sposób, inaczej niż zawsze. To sprawia, że część zjawisk jest tutaj dla nas całkiem nowych. Porzućmy jednak to połamane biadolenie, zajmijmy się częścią właściwą!
Gra została zwyczajowo wyprodukowana przez Bethesdę w 2011 roku i jest typowym "action RPG". Do studia, można żywić mieszane uczucia. Ich gry może i są robione na całkiem pokaźną skalę, ale często są tak zdemolowane przez błędy i krzaczki, że więcej w tym śmiechu niż jakiegoś poważnego podejścia. O Fallblivionie nie wspominając. Wracając do Skyrima, strasznie byłem zafazowany na ten szajs, odkąd miałem kompa lubiłem pocinać w nieśmiertelnego już Morrowinda, czy później nawet w Obliviona. Te gry przewyższały serię Gothic o głowę, przede wszystkim rozmiarami świata i jego historią - bo tak, miał tu swoją mitologię, florę i faunę, i wiele innych detali, o których mogliśmy poczytać w znajdujących się w grze książkach (a było ich mnóstwo).
Pomimo strachu przed eksplozją mojego starego i zmarszczonego komputera, udało mi się odpalić "piątkę". I serio, dawno się tak nie wciągnąłem, dawno tak bardzo nie jarało mnie robienie "kogoś" z byle popychadła.
Opcji personalizacji postaci jest cała masa i jeszcze więcej. W samym ekranie tworzenia postaci możecie spędzić dobrych paręnaście minut. I w końcu rasy wyglądają tu tak jak powinny, nie przypominają już koślawych ryjków z poprzedniczki. Fabuła jest mega satysfakcjonująca. Ilość fantasy w fantasy jest optymalna. Znak rozpoznawczy odsłony, czyli smoki, jest wykonany porządnie, z dopracowaniem. Gady są takimi, jakimi chciałbym je oglądać w każdej grze o smokach. Są wielkie, latające, mogą nami tarmosić, ziać nam w twarz ogniem (i nie tylko), są prastarymi istotami po stokroć mądrzejszymi niż przygłupie dwunogi. Świat jest przeogromny i warto porzucić czasem główny trakt, bo gdzieś na pustkowiach zawsze czeka na nas jakiś dodatkowy content. A lochy, jaskinie, wszystkie te zamknięte lokacje całkowicie różnią się od siebie, więc nie będą nudne tak jak w Oblivionie. Ich wykonanie stoi na najwyższym poziomie, grafika powala, zimowe zamiecie, zorze polarne, strumyki, podziemne rzeczki - wszystko to rozbraja. Wracając do świata - żyje on własnym życiem. Łatwo napotkać tu grupkę gigantów pasających mamuty, uciekiniera z lepkimi łapami, któremu tym razem nie poszczęściło się zostać niezauważonym, kilku kapłanów. Czuć, że nie jesteśmy w pustym, beznadziejnie nudnym świecie. Jeśli chodzi o ścieżki rozwoju postaci - tutaj też jest droga wolna. Nie ma podziału na typowe klasy, po prostu rozwijamy to, co nas najzwyczajniej w świecie interesuje. Na każdą umiejętność przypada drzewko rozbudowane, z całą masą dodatkowych ulepszeń. Czeka na nas też pokaźny arsenał oraz zestaw pancerzy (ale to raczej domena serii, więc tu się nic nie zmieniło).
Nie wiem ile jeszcze razy podejdę to tej gry, ale wiem, że są jeszcze kombinacje, których nie próbowałem, przedmioty, których nie używałem, miejsca, których nie odwiedziłem. W prowincji Skyrim wciąż jest coś do roboty, a radosna eksploracja okraszona została epicką fabułą, smokami, urzekającą grafiką i miodnym gameplayem. Nic tylko z radością zarzynać gadziny.
![]() |
| Okładka gry. |
Pomimo strachu przed eksplozją mojego starego i zmarszczonego komputera, udało mi się odpalić "piątkę". I serio, dawno się tak nie wciągnąłem, dawno tak bardzo nie jarało mnie robienie "kogoś" z byle popychadła.
| Typowy sielski widoczek. |
| Jak widzisz coś takiego nad sobą to wiedz, że coś się dzieje. |
Etykiety:
2011,
Bethesda Softworks,
dragons,
Elder Scrolls,
fun,
game,
gameplay,
gra,
komputer,
pc,
recenzja,
rozrywka,
RPG,
Skyrim,
smoki,
The Elder Scrolls
czwartek, 24 lipca 2014
Psychodeliczny trip w wydaniu dziecięcym - "Pora na przygodę!"
Wszyscy, którzy wychowali się na przełomie XX i XXI wieku (czytaj, lata 90' i początek tego wieku) wiedzą w jakim kierunku poszły kreskówki. Mam tu na myśli oczywiście głównie te z Fox Kids/Jetix i Cartoon Network, tutaj jednak chciałem się raczej skupić na tym drugim programie. Fantastyczne kreskówki, które pamiętam z dzieciństwa, "Laboratorium Dextera", "Samuraj Jack", cały blok poświęcony superbohaterom, czyli "Toonami", "Ed, Edd i Eddy" zostały zastąpione przez jakiś szajs z aktorami, pokroju miernego "Nie ma to jak hotel" albo "Tu wstaw jakąś losową nazwę jakiegoś nudnego i żenującego serialu dla młodzieży". Oczywiście, trochę podrosłem od wieku, w którym normalnie ogląda się kreskówki, ale wciąż jestem ich ogromnym fanem, więc widząc taki gwałt na ogromnej części mojej wczesnej młodości niemalże płakałem i zgrzytałem zębami. A jeśli nie zostały zastąpione przez badziewne seriale, to dla odmiany przez kreskówki robione chyba dla młotów. Z miałką fabułą, nudnymi bohaterami, a światem tak imponującym i ciekawym dla dziecka jak partia szachów. Ostatnimi czasy naczytałem się też sporo o powrocie animacji do korzeni. Pojawił się "Spongebob Kanciastoporty", za którym przepadam, "Regular Show", którego jeszcze nie oglądałem, no i rzecz jasna "Pora na przygodę!". Na tej ostatniej zamierzam się tu skupić.
Zanim przysiadłem do seansu związanego z "Porą..." zdążyłem się sporo naczytać w internecie o tym serialu. Wypowiadały się o nim głównie jakieś pseudo-nerdowskie środowiska, fandomy, itp. Czyli sami specjaliści! Ale do rzeczy, z wypowiedzi wynikało, że choć jest to kreskówka dla dzieci (sama obecność na Cartoon Network powinna o tym świadczyć), to aż rzyga wszelkimi żarcikami, podtekstami, ukrytymi przesłaniami zrozumiałymi jedynie dla widza starszego lub przynajmniej bardziej uświadomionego w życiu. No i serial oczywiście uchodził za bardziej psychodeliczny, nawet od samego "Spongeboba". To musiało się udać. Wcześniej obejrzałem parę odcinków sam i były prześwietne, ale dzisiaj zafundowaliśmy sobie z dziewczyną mały maraton. I właściwie nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że dawno nie uśmiałem się tak na kreskówce z Cartoon Network. Naprawdę, wszystkie te żarty, aluzje, rozmowy, sytuacje są tak absurdalnie rozbrajające, że aż ciężko się powstrzymać od śmiechu. I tak jak w tytule, kreskówka ta jest prawdziwie psychodelicznym tripem. Niby klasyczny schemat, główny bohater i jego wierny towarzysz, w tych rolach Finn i Jake, ale to wszystko jest ubrane w tak abstrakcyjną otoczkę, jakich obecnie mało w mediach, i jakich było mało w mediach kiedykolwiek.
Bohaterowie żyją w krainie Ooo na postapokaliptycznej ziemi. W każdym odcinku spotyka ich inna przygoda, co, jak podpowiada tytuł, jest motorem napędowym całej animacji. Twórcy dostali tu wolną rękę i wszystkie kreatury, bohaterowie, stwory, krainy to tak naprawdę często zbitki losowych kształtów. Wszystko jest tutaj tak chore, niedorzecznie kolorowe, że aż przyjemnie się to ogląda. Pod dość oklepanymi schematami na fabułę (zdobywanie artefaktów, pokonywanie potworów, ratowanie księżniczek) kryją się naprawdę poważne zagadnienia czytelne tylko dla bardziej dociekliwych widzów. Pojawia się więc tutaj problem nałogów, uzależnienia, biedy, nieszczęśliwej miłości, szaleństwa, samotności, a nawet ostracyzmu społecznego. Wiem, że może to brzmieć dość oklepanie, ale pod tą cukierkową wizją kryją się realne problemy. A żarty, zabawne sytuacje są tak genialnie śmieszne, że każdego mruka na pewno ruszą. Turlający się, rozleniwiony, uprzednio opychający się lodami Jake jęczący: "Jestem tak gruby, że nie wiem co robić" jest co najmniej rozbrajający. Nawet "Ed, Edd i Eddy" się chowa.
W skrócie - kreskówka ta przywróciła mi wiarę w przyszłość seriali animowanych. Mogę się też założyć, że większą część widowni stanowią nerdy takie jak ja, a nie dzieci, którym to było przeznaczone. Tak czy siak, świetnie się przy tym bawię i w każdy gorszy, szary, smutny dzień warto sobie zafundować taką psychodeliczną, inteligentną wbrew pozorom jazdę bez trzymanki po nieokiełznanej i szalonej krainie Ooo.
| Dwaj ziomale - pies Jake i człowiek Finn. |
| Plejada gwiazd świata Ooo. |
| To mówi samo za siebie. |
Etykiety:
Adventure Time,
animacja,
animated,
animowany,
bajka,
Cartoon Network,
Finn,
fun,
Jake,
kreskówka,
podtekst,
Pora na przygodę,
psychodelia,
serial,
series
Subskrybuj:
Posty (Atom)
