Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BBC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BBC. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 listopada 2014

Wrażenia po finale Doctor Who

Ostrzegam, nie zamierzam oszczędzać na spoilerach. Formalności stało się zadość.

I, wooh, nawet się nie obejrzeliśmy, a tu już finał! Kto by pomyślał! Poważnie, strasznie szybko mi zleciał ten sezon. Jak go oceniam po obejrzeniu całości? Cóż, jak to zwykle z pierwszym sezonem nowego Doktora, było dość nierówno. Było trochę słabszych momentów, ale zdecydowanie ustępowały tym lepszym - Capaldi spisał się na medal i już w stu procentach jestem przyzwyczajony do odgrywanego przez niego Władcy Czasu. W pozytywnej ocenie całości jest duża zasługa finału, który w mojej opinii był jednym z najlepszych do tej pory!
Daleków nie uświadczymy, ale przynajmniej spotkamy innych starych znajomych.
W końcu dowiadujemy się kim jest enigmatyczna Missy. Serio, po obejrzeniu finału doszedłem do wniosku, iż można było to w jakiś sposób wydedukować. Jeśli jednak ktoś do tego sam nie doszedł (tak jak ja), to na pewno doznał niemałego szoku. Missy to Mistrz, a raczej Mistrzyni, bo zregenerował(a) się w kobiecą formę. Czyżby sugestia, że i naszego Doktora może to czekać? Fandom chyba by eksplodował. W sumie to zacząłem od końca, ale to chyba był najistotniejszy motyw całego sezonu. No więc pierwszy odcinek otwiera GE-NIA-LNA  sekwencja ze śmiercią pewnej postaci, po której następuje wizyta na jakiejś wulkanicznej planecie, co jest również ciekawym motywem. Misja zabójczego duetu (Clary i Doktora) będzie niebanalna, bowiem jej celem będzie wyciągnięcie kogoś z zaświatów - okej, tego jeszcze nie było. Daruję sobie opisywanie całej fabuły, której bieg w końcu doprowadzi do... Cybermenów w Londynie. A jakże. Jednak pomysł na przemianę ludzi w cyborgi także będzie oryginalny, bo będą to... ludzkie zwłoki opakowane w gustowną zbroję. Mistrzu, przechodzisz samego (samą?) siebie.

Bardzo podobały mi się wszelakie nawiązania do popkultury i samego serialu także - znajoma nam postać zaznaczająca, że "bowties are cool"; głowa cybermana z klasycznych serii, i wiele wiele innych. Missy okazała się być niezwykle charyzmatyczną postacią, która zwłaszcza w finale wprowadziła sporą dozę humoru, ale także, co ciekawe, tragizmu. Mianowanie Doktora prezydentem Ziemi (na czas zagrożenia) również wywołało niemałego banana na mojej twarzy. Zakończenie było niebanalne, pełne, nie pozostawiło niedosytu, a jedynie pobudziło apetyt na więcej. Scenka po napisach końcowych (nie wyłączajcie w ich trakcie!) zapowiedziała świetny odcinek świąteczny, który będziemy mogli obejrzeć za miesiąc z kawałkiem.

Czego chcieć więcej? Doktor Capaldiego mógł być gburem i mieć słabsze momenty, ale miał też bardzo dobre, do których zaliczyłbym dwuodcinkowy finał. Masa akcji, zwrotów w fabule, humoru. Doctor at his best.

środa, 24 września 2014

Czego boi się Doktor, czyli Doctor Who - Listen (S08E04)

Muszę przyznać, że w tytule zawarłem niemały spoiler dotyczący fabuły odcinka. Prawda jest taka, że nie do końca mnie to obchodzi, a poza tym wątpię, by ktokolwiek miał czytać ten opis po to, by stwierdzić, że chce lub nie chce zobaczyć tego odcinka. Obawiam się, że przyjmę takie podejście przy każdym takim okołodoktorowym temacie i podejdę do tego dość... luźno. Cóż, zatem nie pozostaje mi nic innego, jak tylko - ENJOY!
Mania Doktora ponownie wplątuje Clarę w niebezpieczne przygody.
W dużym skrócie - w pierwszych scenach widzimy Clarę i jej nowego znajomego z grona nauczycieli - Danny'ego Pinka. Ale nie są "tak po prostu", a są na pierwszej randce. Całe spotkanie zapowiada się naprawdę miło, ale po pierwsze - perspektywa Doktora w tle rujnuje wszystko na wejściu; po drugie - gdy podczas rozmowy zostaje poruszony temat wojny, Danny zaczyna burzyć się i podchodzić do wszystkiego zbyt osobiście. Clara nie wytrzymuje napięcia i zwyczajnie wychodzi. Ale wieczór mimo wszystko będzie dla niej pełen wrażeń, bo oto w jej domu, w jej własnym domu ląduje podejrzanie niebieska budka telefoniczna z dziwnym siwym gościem w środku. Na wstępie - aluzji do starości niemalże brak. Teraz wszystkie jakby ustępują aluzjom do groźnych brwi Capaldiego. Wracając do tematu, Doktor ma tym razem problem z istotą, która jak mniema, towarzyszy każdemu z nas, nawet wtedy, gdy pozornie jesteśmy sami. Teoretycznie łączy się to ze snem, który ma na jakimś etapie życia każdy z nas - o ręce spod łóżka, która łapie nas za kostkę. Władca Czasu chce cofnąć się do dzieciństwa Clary za pośrednictwem więzi telepatycznej TARDIS, jednak w wyniku rozbiegania myśli bohaterki lądują nieopodal domu dziecka, w dzieciństwie Danny'ego, który wtedy jeszcze był Rupertem.
Doktor kontempluje nad istotą stworków spod łóżka.
Idiotycznego i przydługiego wstępu stało się zadość. Co bardzo spodobało mi się w odcinku, to wszelkie czasowe kombinacje. Dzieciństwo Danny'ego, dziwna przyszłość z jednym z potomków Pinka i najprawdopodobniej drugiej znanej nam postaci, oraz trzecie, dzieciństwo postaci najistotniejszej ze wszystkich. O tym właśnie mógłbym rozpisywać się najwięcej, bo to najbardziej mnie urzekło. Został wyjaśniony pewien drobny detal z The Day of the Doctor, przy okazji poznaliśmy Doktora od bliższej, nieco słabszej strony. Jeśli chodzi o pomysł na fabułę - wyjątkowy. Zdecydowanie dość mroczny i niepokojący. Co prawda, nie wywoływał ataku paniki jak każde spotkanie z Płaczącymi Aniołami, ale miał w sobie coś klimatycznego z delikatnym dreszczykiem. Humor był tutaj dość oszczędnie dawkowany, ale nie zabrakło go w ogóle, co również cenię. Przede wszystkim, fabuła była dużo bardziej zgrabna i klejąca się niż w odcinku piątym, o czym też nie omieszkam napisać.

Po tych kilku odcinkach walki z samym sobą ostatecznie stwierdzam, że Capaldi został Doktorem. Wpasował się w kanon, wykształcił swoją tożsamość zachowując zasady dziwności i nietypowości. Nie mogę się doczekać kolejnych wystąpień, a ten odcinek zdecydowanie zadziałał na jego korzyść.

wtorek, 16 września 2014

Benedict Cucumberbitch, czyli Sherlock Holmes, najlepszy detektyw tej galaktyki

Odsłon i rodzajów adaptacji powieści Arthura Conana Doyle'a było multum, nie żartuję. Od jakichś młodych wersji Szerloka, po dość nowoczesną, z kobiecym Watsonem u boku - krótko mówiąc, jest w czym wybierać. Nietrudno zgadnąć, że największe wrażenie zrobiła na mnie wersja ze stajni BBC, również całkowicie nowoczesna interpretacja dzieła wyżej wymienionego autora. A dlaczego? O tym trochę niżej.
Duet shipowany przez wielu - Smaug i Bilbo... znaczy, Sherlock i Watson.
Seriale produkowane przez Anglików robią ostatnio ogromną furorę. Wieść o produkcji nowego serialu o najsłynniejszym detektywie świata nie wzbudziła jakiegoś przesadzonego przerażenia, a spotkała się raczej z ogólną ciekawością fanów. Po interesującym Downey'u Juniorze ciężko było obsadzić w tytułowej roli kogoś przynajmniej równie dobrego i charakterystycznego. Jakiś czas po premierze (dużo czasu później) zainteresowałem się produkcją bardziej i, nie powiem, obraz Benedicta Cumberbatcha trochę mi się gryzł z najnowszą filmową adaptacją. Downey Jr. wytyczył pewien kierunek w kwestii Holmesa, który w moich oczach błędnie stał się wzorcem, pod który powinno się dopasowywać kolejnych aktorów. Niemniej jednak wiadomość o Freemanie w roli Watsona całkiem mnie ucieszyła, w moich oczach serial był uratowany. Jakże uprzedzonym pawianem się okazałem (ponownie), bo, o bogowie, Cumberbatch jako Holmes jest świetny! Jest dziwny, ciężko go polubić, często mówi totalnie niezrozumiałe, ale przy tym jest zabójczo inteligentny, momentami bardzo dziecinny i nieodpowiedzialny. Freeman w roli Watsona jest nie tylko jego przydupasem, ale kimś równoważnym, również ma swoje rozterki, jest bardziej racjonalnym, ludzkim elementem tego zabójczego duetu.
Scena z jednego z najlepszych odcinków w trzecim sezonie. W sumie - w  całym serialu.
Jeśli chodzi o samo wykonanie i stylistykę - modernizm (kto by to skojarzył z Szerlokiem?!) w ogóle nie stoi na przeszkodzie komuś, kto z przygodami detektywa był już zapoznany. Daje to twórcom całą gamę możliwości, użycie telefonu, metra, wizja Londynu - wszystko to idealnie się tu wpasowuje. Momenty dedukcji Sherlocka są przedstawione w sposób wyjątkowy, specyficzny, ale mają swój sens. Pozornie losowe i nie łączące się ze sobą słowa dosłownie fruwają nam po ekranie tu i tam, powoli składając się w całość, spójną i logiczną. Humor - jest na swoim miejscu. Szczęśliwie zerwano z konwencją błyskotliwca i nudziarza, który jedynie rozwiązuje sekrety miasta i jego ofiar. Żarciki owszem, bywają głupawe, owszem, przedstawiają Holmesa jako przygłupa (którym oczywiście nie jest), ale przyjemnie rozluźniają napięcie związane z tematem danego odcinka. A właśnie, odcinki. Ich fabuła jest przemyślana, czas ich trwania mówi sam za siebie - przeważnie koło godziny i pół. Sprawia to, że są to już bardziej filmy niż odcinki serialu - i tak też się je ogląda. Są pełne napięcia, budowanej stopniowo historii, no i jakiegoś zaskakującego zakończenia. Owszem, można się czepiać, że na kolejne sezony trzeba czekać koło 126 lat, że mało odcinków w sezonie, że sezonów mało, że za dużo Moffata w Moffacie. Ale te, które są, są naprawdę dobre. Są dopracowane, przemyślane, usprawiedliwiają czas oczekiwania na kolejne. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że Brytyjczycy są na obecną chwilę mistrzami seriali.

piątek, 12 września 2014

Facet w rajtuzach, czyli Doctor Who - Robot of Sherwood (S08E03)

Trochę odłożyłem sobie w czasie oglądanie odcinka (czytaj - nie chciało mi się/nie miałem kiedy/za dużo szkoły), ale tak jest, w końcu wczorajszego wieczoru udało mi się dokonać tego karkołomnego wyczynu. Swoją drogą, stwierdziłem, że nie ma sensu jakieś komiczne rozwodzenie się nad każdym odcinkiem, jaki to Doktor jest zajebisty (duuuh, to Doktor) i w ogóle. W skrócie opiszę swoje wrażenia i co się mniej więcej działo w odcinku, ale bez zbędnych spoilerów. Przejdźmy do samego odcinka, bo przecież po to piszę ten tekst!
Czy trzeba dodawać coś więcej?
Clara podsuwa Doktorowi przeniesienie się w czasie koło 900 lat wstecz w celu spotkania jednej z legend wiecznie żywych, jedynego dobrego banity w rajtuzach - Robin Hooda. Stary (bo tak, tu też będzie wiele aluzji do wieku) zrzęda ma pewne opory przed przeniesieniem się tam, uznaje to za stratę czasu, a samego mistrza łuku za wymysł i legendę. Wiadomo jak kończy się cały spór - nasz wspaniały duet ląduje w średniowiecznej Anglii i całkowitym zbiegiem okoliczności jest witany przez... nigdy nie zgadniecie kogo! No? Ktoś wie? Tak, to Robin Hood, szok sięgnął zenitu! Sceptycyzm Doktora nie ustępuje ani na trochę, a wręcz pogłębia się. W międzyczasie obaj toczą pojedynek, w którym nasz tytułowy bohater używa... łyżki. Świetna scena, swoją drogą. Aby zbytnio nie zdradzać fabuły powiem tylko, że później akcja całkiem sprawnie wchodzi w klimaty sci-fi, nie zatracając równocześnie niczego ze swojej średniowieczności.
Clara jest zachwycona wizją spotkania jednego z najsłynniejszych bohaterów w ogóle, Doktor nieszczególnie.
Co mnie najbardziej urzekło w tym odcinku? Humor, humor, i jeszcze raz humor. Podczas gdy poprzednie odcinki były raczej poważne i niewiele było w nich komediowych wstawek, o tyle ten zgrabnie zmienił nastrój i pokazał, że to wciąż ten serial, ten Doctor Who, który jest różnorodny i uniwersalny. Relacja między Doktorem i Robinem jest przekomiczna, Anglik w rajtuzach nie mógłby odpuścić sobie w jakiejkolwiek wypowiedzi aluzji do wieku swego rozmówcy (to się powoli robi irytujące), ale same przekomarzanki zdecydowanie na plus. Kolejnym aspektem, który mi się spodobał, było swoiste nawiązanie do odcinka pierwszego. Pewien motyw jakby powtarzał się. Czuć, że narasta jakaś intryga, jakiś problem na większą skalę, którego znakomite i emocjonujące ujście poznamy pewnie dopiero w finale. Jeśli chodzi o akcję i fabułę tutaj, to była dość żwawa, niespecjalnie zaskakująca, ale satysfakcjonująca. Pod względem pomysłowości ten odcinek na pewno ustępuje poprzedniemu, ale doskonale wpasowuje się w umiarkowany poziom narzucony przez serial. Zapowiedź następnego sugeruje kolejną odmianę nastroju, tym razem na bardziej mrożący krew w żyłach, a nawet horrorowy. I chyba już przyzwyczaiłem się do Capaldiego. Ale Tennanta nie przebije.

wtorek, 2 września 2014

Podróż do wnętrza Daleka, czyli Doctor Who - Into the Dalek (S08E02)

Po takim sobie odcinku otwierającym ósmy sezon i po dość ciekawej zapowiedzi odcinka drugiego, niecierpliwiłem się jeszcze bardziej przez te kilka dni. Oczekiwałem, że Capaldi nareszcie zabłyśnie, odcinek będzie się kleił, będzie miał ciekawą fabułę i sporo humoru (w przeciwieństwie do poprzednika). Z radością muszę przyznać, że wszystkie moje obawy rozwiały się i po seansie byłem bardzo zadowolony, ba, był fantastyczny!
Dwaj główni bohaterowie tego odcinka.
W wyniku różnych dziwnych okoliczności (jak to na niego przystało) Doktor trafia na statek kosmiczny. Załoga ma niemały problem, bo na pokładzie jest ktoś, kto natychmiast potrzebuje lekarza, a że natrafił się Doktor, to czemu miałby nie pomóc. Pacjent jest dość nietypowy, bo to... Dalek. Właściwie to tylko wzywa doktora, ale nie wygląda na chorego. Lepiej - to Dalek, który nienawidzi swoich pobratymców. Nasz wspaniały Władca Czasu musi zmniejszyć się do rozmiarów mikroskopijnych, by odkryć źródło dziwnej zmiany w osobowości swego nemezis. Oczywiście, uprzednio porywa Clarę Oswald, która właściwie była w trakcie nawiązywania jakiejś poważniejszej relacji z nowym nauczycielem.
Więc tak, tak jak mówiłem, nie zawiodłem się. Czuć, że Capaldi jeszcze się rozkręca i jeszcze ma wiele do pokazania, ale powoli już wkracza na te doktorowe tory. Fabuła - świetna. Pomysł bardzo świeży, zaskakujący, odpowiedni, by nadać sezonowi właściwe tempo. Moffat ponownie pokazuje się od swojej lepszej strony (a wiadomo, że jest nieprzebytą skarbnicą pomysłów). Bardzo podobało mi się przybliżenie nam postaci Daleka. Nie tej całej solniczkopodobnej obudowy z przepychaczem i trzepaczką w charakterze uzbrojenia, ale tego dziwnego, nieco odrażającego mackowatego glutka obsługującego całą tę maszynerię. Jak się okazuje, oni też mają wspomnienia. I jest możliwe, by byli bardziej podobni nam. By z kosmicznych nazistów nie zmienili się od razu w kosmicznych hipisów, ale by przynajmniej poczuli empatię. Ten motyw otwiera całą gamę możliwości na przyszłe odcinki. Plus, kolejne pojawienie się tajemniczej postaci w dziwnym miejscu, co notabene miało też miejsce w odcinku poprzednim.
Biedny, dobry Dalek.
Odcinek trzeci też zapowiada się na ciekawy, a przynajmniej dziwny. Sherwood? Robin Hood? Doktor? To nie może się nie udać.

sobota, 9 sierpnia 2014

Jak zostałem fanem "Doctora Who"

Doctor Who to serial kultowy. Takie motywy jak podróże w czasie i przestrzeni, soniczny śrubokręt albo niebieska budka telefoniczna zna chyba każdy, nie tylko fan science-fiction i seriali. Nie zamierzam się tu zagłębiać w historię serialu, stare serie (których jeszcze nie obejrzałem, ale niedługo nadrobię), tylko w serie powstałe od reaktywacji serialu w 2005 - udanej, trzeba dodać. Z ciekawostek - produkcja zgarnęła całą masę nagród dla, na przykład BAFTA, dla najlepszego serialu brytyjskiego, najlepszego scenariusza i aktora. Pierwszy odcinek wyemitowano w 1963 (w zeszłym roku serial obchodził okrągłą 50-tą rocznicę), a w postać Doktora póki co wcielało się 13 aktorów. I wcale nie zapowiada się na rychły koniec.
Christopher Eccleston, pierwszy Doktor po reanimacji serialu. Po prawej największe nemezis Władców Czasu - Dalek.
Pokrótce - serial opowiada o ostatnim Władcy Czasu, Doktorze Who z planety Gallifrey. Wszyscy mieszkańcy jego planety, jego pobratymcy, zginęli w Wielkiej Wojnie Czasu stoczonej swego czasu z Dalekami, największym nemezis Władców, solniczkopodobnymi robotami kierowanym przez kryjące się we wnętrzu ośmiornicopodobne stworki. Nasz protagonista w każdym kolejnym odcinku zmaga się z nowym przeciwnikiem, nowym problemem stanowiącym zagrożenie dla Ziemi, której poprzysiągł bronić. Oczywiście, w dużej części odcinków ponownie staje do walki z Dalekami lub na przykład Cybermenami, którzy również są jego odwiecznymi przeciwnikami, jednak w zaskarbionej sobie nienawiści Doktora stoją o klasę niżej od Złowieszczych Solniczek z Kosmosu. Drugim głównym bohaterem serialu jest TARDIS (Time And Relative Dimension(s) In Space) - niebieska budka telefoniczna, która słynie z tego, że jest większa w środku niż na zewnątrz. Nie jest oczywiście zwykłą budką, bowiem jest ona swego rodzaju statkiem kosmicznym i wehikułem czasu, drugim mózgiem naszego Doktora, nieodłącznym towarzyszem jego podróży. Budka ta stanowi motor napędowy każdej z wypraw Władcy Czasu, przenosi go to tu, to tam, od prehistorii, po wybuch Wezuwiusza. Może go również zabierać na inne planety, coby się nam Doktor nie nudził.
TARDIS.
Wracając jednak do moich wrażeń odnośnie serialu - przygodę postanowiłem zacząć z nowymi seriami, bo po prostu bałem się, że stare odrzucą mnie nieco archaicznymi rozwiązaniami, prymitywną mechaniką. Po sezonie pierwszym (przyjmijmy taką numerację) miałem raczej mieszane uczucia. Okej, wszystko było naprawdę pomysłowe, każdy odcinek wnosił coś nowego, Eccleston w roli głównej był zabawny, wzbudzał sympatię u widza, od samego początku chciało się mu kibicować. Nie podobały mi się natomiast kiczowatość efektów (okej, może się czepiam) i trochę drewniana z początku gra niektórych aktorów (sorry, Billie Piper). Przeglądając tumblra, czytając opinię na filmwebie nie poddawałem się i brnąłem dalej, bo wiedziałem, że w końcu całkowicie przepadnę. Aż tu nagle sezon drugi i w roli głównej David Tennant. I to był moment, od którego kompletnie przepadłem. Tennant w roli Doktora był genialny, zabawny, dziwny, często mówił totalnie od rzeczy, był inteligentny, błyskotliwy, szalony. Dokładnie taki, jaki powinien być główny bohater w takim serialu. Często też nabierał powagi, stawał się groźny, nieprzyjemny, budził respekt. Tennant uczynił Doktora postacią wielowymiarową, bardzo ludzką. Taką, z którą moglibyśmy się utożsamiać. Znacznie poprawiła się też pomysłowość względem odcinków, były one dużo bardziej różnorodne, przemyślane, dużo mniej bezsensowne (Slitheen?), było w nich więcej akcji, komizmu, jakby nowy aktor zaczął wszystko napędzać. Poprawiła się też gra aktorska, drugi sezon zwiększył rolę wielu postaci (o tobie mówię, Rose), co wyszło zdecydowanie na plus. I tak było właściwie niezmiennie aż do końca czwartego sezonu. W międzyczasie wprowadzono wiele nowinek, przewinęło się wielu kompanów Doktora, pojawiło się wielu nowych przeciwników (ach, Weeping Angels, genialna idea). Oczywiście, zdarzały się gorsze momenty (Love & Monsters, który totalnie mnie wynudził), ale całościowo było na bardzo wysokim poziomie.
David Tennant, IMHO najlepszy Doktor nowych sezonów.
Końcówka sezonu czwartego była też końcem roli Tennanta. Doktor regeneruje jedenasty raz (wiem co mówię) i w jego rolę od tego momentu wciela się Matt Smith. Jest to też moment, w którym serial przechodzi szereg zmian, staje się bardziej amerykański niż brytyjski, TARDIS zmienia nieco wystrój, a soniczny śrubokręt zmienia kolor z niebieskiego na zielony. Głównym założeniem było to, by produkcja stała się nieco bardziej przychylna nowemu widzowi. Od momentu reanimacji serialu minęły 4 sezony, nie każdemu musiało się chcieć przez nie wszystkie brnąć. W odcinkach pojawia się więcej akcji, rozwiązania stają się coraz bardziej zaskakujące, pojawia się więcej kilkuczęściowych serii odcinków mających ogromny wpływ na fabułę. Matt Smith jako Doktor również zjednał sobie całe rzesze fanów - podobnie jak Tennant był dziwaczny, szalony na swój sposób, momentami pociągająco błyskotliwy i zabójczo nieogarnięty (jednak w mojej opinii był o klasę niżej od niego).
Matt Smith, nienaganna muszka, nienaganna fryzura, Doktor jak się patrzy.
Ostatni sezon z udziałem Smitha to sezon siódmy. Co trzeba mu przyznać to to, że był bardzo pogmatwany, poruszał ważne dla fabuły kwestie, pojawiły się problemy, które echem będą się odbijały jeszcze długo, często odcinki były całkowicie niezrozumiałe. Obecnie czekamy na sezon ósmy, w którym pałeczkę Doktora przejmuje Peter Capaldi. Facet jest już znany z wcześniejszych wystąpień w serialu, zdarzyło mu się w nim zagrać na przykład mieszkańca starożytnego Rzymu.
Co mnie najbardziej urzekło w serialu? Totalna jazda bez trzymanki, jeśli chodzi o fabułę odcinków. Twórcy mają całkowitą dowolność w rozwiązaniach, od najdziwniejszych, po pozornie bezsensowne. Również przeciwnicy, z którymi zmaga się Doktor mogą powstawać w kółko, na nowo (choć po Slitheen już nic mnie nie zaskoczy). Motyw regeneracji głównego bohatera to dla twórców kura znosząca złote jaja. Widzów będzie przybywało, a coraz to nowi aktorzy będą wcielali się w głównego bohatera, dając mu nową osobowość, tworząc nowego Władcę Czasu. Serial porusza poważne tematy ukryte pod otoczką ratowania świata/galaktyki. Doktor to odludek, samotnik, odrzucony, bez rodziny i domu. Zmuszony jest błąkać się po galaktyce, borykać się z kolejnymi problemami. Liczne regeneracje i wcielenia mogą być symbolem problemu z własną tożsamością. Humor Doctora Who należy do jednego z moich ulubionych w dziedzinie kinematografii. Jest często bardzo prymitywny, często jednak jest wyrafinowany, abstrakcyjny, nierzadko nawiązuje do wszechobecnej popkultury. Doktor to bohater idealny, jak już napisałem wcześniej, szalony, inteligenty, niecodzienny, często dziecinny. Od pierwszych minut zdobywa naszą sympatię.
Twarze Doktora so far.
Na chwilę obecną jest to mój ulubiony serial. Zawsze byłem fanem science-fiction, a w takiej humorystycznej, quasi naukowo-komediowo-dramatycznej otoczce już na amen. Jest to właściwie serial idealny, bo przez brak ograniczeń jeden odcinek może budzić grozę, drugi może być w całości melancholijny, smutny, trzeci totalnie dowcipny i niepoważny. Nie mogę się doczekać nowego sezonu, którego premiera jest zaplanowana na końcówkę sierpnia. Jestem ciekaw jakim Doktorem będzie Capaldi i czym tym razem zaskoczą nas scenarzyści. Bo będą mieli ku temu wiele okazji.

P.S.
Cały fandom tumblrowy nie jest przesadzony, do bohaterów łatwo się przywiązać.