Tytuł oryginału: Guardians of the Galaxy
Rok wydania: 2014
Reżyseria: James Gunn
Gatunek: akcja/sci-fi
Kraj: USA
W ferworze przedmaturalnego obłędu obcyndalam się na wszystkie możliwe sposoby, efekty dwóch z nich zaobserwujecie na bazie tego wpisu:
a) oglądam filmy;
b) wylewam swoje opinie w internetach;
c) piję przy tym herbatę.
O Strażnikach Galaktyki przed obejrzeniem filmu wiedziałem mniej więcej tyle, że istnieją. Ot, kolejny z całego stosu superhero squadów niższej kategorii pokroju siódmej generacji X-Force czy Obrońców Zachodniego Wybrzeża (cokolwiek). Aby nie czuć się całkowitym laikiem w temacie, wcześniej zrobiłem mały research i man, oh, man, w jak wielkim błędzie byłem! Jak się okazało, Strażnicy Galaktyki odwalali niemałą robotę powstrzymując przez dekady (pierwszy skład powstał w 1969) takich typków jak chociażby Thanos - w dużym skrócie, robili porządek w kosmosie tam, gdzie Avengersi nie dawali rady. Przez komiksową wersję tej ekipy przewijało się mnóstwo postaci nie pojawiających się w filmie (między innymi Mantis i Warlock), jednak nie o tym tutaj. Skupię się całkowicie na kinowym przedstawieniu tej pozornie nie klejącej się bandy. A właśnie ona w jakichś 80 % stanowi o jakości tego filmu.
Postacie zostały zagrane fe-no-me-nal-nie - różnią się od siebie, mają swoje pobudki, które ostatecznie doprowadziły ich do członkostwa w Strażnikach Galaktyki, mają całkowicie odmienne poglądy i charaktery, w czym ogromna zasługa doborowej obsady. Mamy tu całkiem jajcarsko-sarkastycznego Ziemianina Petera Quilla/Starlorda (Chris Pratt), będącego czymś w rodzaju tamtejszego Hana Solo nowej generacji - to typowy cwaniaczek do wynajęcia lecący głównie za hajsem (a niebezpośrednio, za wygodą dla własnego tyłka) - perfekcyjny frontman, który - co najlepsze - nie jest bez skazy i właśnie ten egoizm (początkowy) czyni go naturalnym i prawdziwym. Jest i zielonoskóra (serio, czy to jedyny symbol "obcości"?) Gamora (Zoe Saldana) - wytrenowana zabójczyni wychowywana za młodu przez dość nieprzyjemnego typka (o czym więcej dowiecie się z samego filmu), jest także Drax, czyli szeroki jak szafa trzydrzwiowa quasi-barbarzyńca z najciemniejszych zakątków kosmosu kierowany rządzą mordu i zemsty - w niego wcielił się Dave Bautista, co do którego miałem pierwotnie dość mieszane uczucia, obawiałem się, że będzie bardziej drewniany od Groota, ale jednak wybrnął bezbłędnie. A właśnie - Groot, czyli humanoidalne drzewo (ugłosowione przez Vina Diesela), a zarazem połowa duetu Groot/Rocket. Drzewo i całkiem wyszczekany szop (którego głosem był Bradley Cooper), specjalista od broni palnej, plazmowej, laserowej i technologii w ogóle. Czy mogło być lepiej? Generalnie, polecam obejrzeć ten film dla samych monologów Groota. Kordian wymięka.
No, ale nie samymi prawymi charakterami ten film stoi. Naczelnym nemezis tej wesołej kompanii będzie tutaj Ronan (Lee-Thranduil-Pace), czyli niebieskoskóry typek z planety Kree, posługacz Thanosa, a przy tym nieziemsko (ha) ambitny gościu. Cóż można o nim powiedzieć? Macie ochotę strzelić mu w pysk przez ekran odbiornika, a to chyba oczekiwany przez twórców efekt, hm?
Jako największą zaletę wymieniłem postacie - i to prawda, ale poza ich wyjątkowością jako oddzielne byty, świetnie obserwuje się ich wzajemne relacje, często ze skrajnie negatywnych przechodzące w skrajnie pozytywne. Jakimś sposobem (pomimo obcości), bohaterowie Strażników Galaktyki okazują się być bardziej ludzkimi, zbudowanymi z krwi i kości typami. Drugim mega pozytywnym aspektem tej produkcji okazuje się być fabuła, która nie tylko dozuje napięcie, ale rozkręca się w idealnym tempie i nie dłuży się niczym każdy jeden dwudziestominutowy epizod brazylijskiej telenoweli (nie pytajcie skąd wiem, po prostu nie pytajcie) - są tu dość refleksyjne momenty, końcówa może nawet wzruszyć (serio, nie żartuję), a wszystko to przełamane jest ciętymi one-linerami Rocketa, Starlorda, Groota, czy wypowiedziami biorącego wszystko absurdalnie dosłownie Draxa.
Trzecim aspektem jest wizualny i dźwiękowy. To w zasadzie sci-fi, w którym ciężko odróżnić zieloną płachtę od realnych elementów, ale wygenerowane tła ociekają miodem, są wykonane dokładnie i widowiskowo, a już najlepiej wygląda Pino... ekhem, Groot i Rocket. Cóż, jeśli tak miałyby wyglądać nowe Gwiezdne Wojny Abramsa, to jestem za. A muzyka? Słodki i futurystyczny ambient. ALE nie tylko. Usłyszycie mnóstwo pochodzących zupełnie z Ziemi kawałków z lat 70' i 80'. A czemu, to już musicie sprawdzić sobie sami.
Podczas gdy komiksowi Strażnicy byli czymś w rodzaju międzyplanetarnych Avengersów (pod względem patosu i ogólnego nastroju), ich filmowa wersja to raczej luźne podejście do superbohaterskich ekip. Widowiskowa, dowcipna, a przy tym całkiem rozluźniająca odskocznia od poważnych i szaroburych klimatów silących się na smuty filmów o kolesiach w łachach z lateksu. Joł.
Ocena: 9/10
sobota, 25 kwietnia 2015
niedziela, 29 marca 2015
Cocteau Twins - Garlands [4AD; 1982]
Zespół: Cocteau Twins
Tytuł albumu: Garlands
Rok: 1982
Wydawnictwo: 4AD
Gatunek: post-punk, ethereal (?)
Lata osiemdziesiąte. Gdybym miał wehikuł czasu (do czego oczywiście dążę), to nie zawahałbym się nawet przez moment przed ustawieniem tego właśnie okresu dziejów ludzkości jako punktu docelowego na panelu kontrolnym mojego niezwykłego wynalazku. To definitywnie mój ulubiony okres w dziedzinie rozwoju kultury wszelakiej, od kinematografii, aż po muzykę (na której chciałbym się tutaj skupić). To właśnie wtedy narodziło się (lub stało się bardziej powszechnymi) mnóstwo gatunków, które wcześniej raczkowały, albo też zwyczajnie nie umiały zdefiniować się w swoich zasadach. To czasy niepokoju, w których największe triumfy święcił post-punk i cała gama okołorockowych typów muzyki, przeważnie o bardzo pesymistycznym, nieomal dekadenckim wydźwięku. To taki romantyzm w muzyce - nie do końca wiadomo o co chodzi, ale to fantastyczne w swej efemeryczności i odmienności od głupiego materializmu. Rok 1980 zaowocował powstaniem wytwórni 4AD, czyli aż do czasów dzisiejszych jednego z najbardziej dochodowych, a zarazem alternatywnych wydawnictw muzycznych. Jednym z najsłynniejszych dzieciąt 4AD okazało się być Cocteau Twins, co do którego pierwotnie miałem dość mieszane uczucia. Po prostu, posłuchajcie sobie któregokolwiek ich utworu z pierwszego albumu, a zrozumiecie, że to nie jest zespół, który można rozpatrywać w typowych kategoriach.
Cocteau Twins to trio pochodzące ze Szkocji. Zespół tworzyli pierwotnie Will Heggie (baśka), Elizabeth Fraser (wokal) oraz Robin Guthrie (ogarniający trochę gitarę, trochę bas i cały bajzel z automatem perkusyjnym). W 1983 Heggie powiedział papa (albo został bezpardonowo wykopany) i w ramach focha stworzył Lowlife. Został zastąpiony przez Simona Raymonde'a, który w zespole trwał do końca (czyli do 1997), jednak przy tworzeniu Garlands brał udział jeszcze Heggie. Grupa istniała od 1979, jednak przez dłuższy czas szukali sobie kogoś, kto wydałby jakiekolwiek ich płyty. Dopiero po trzech latach z pomocą przyszło im wspaniałomyślne 4AD, co koniec końców okazało się być jednym z najbardziej trafionych deali w historii wytwórni.
Kiedy robiłem pierwsze podejście do Garlands, nie wiedziałem jeszcze do końca czego oczekuję. Ciężko mi było sobie wyobrazić fuzję post-punku z damskim wokalem (błądziłem myślami gdzieś w rejonach Xmal Deutschland, którzy notabene wydali pierwszy album za pośrednictwem 4AD) i etherealu, o którym w sumie nie miałem zielonego pojęcia i, jak mi się obecnie wydaje, jest to termin raczej orientacyjny, nie może być głównym gatunkiem, a jedynie charakterystyką wydźwięku danego post-punku czy szeroko pojętego rocka, do którego się odnosił (podobnie taguje się darkwave'ową Lycię chociażby). Po pierwszym odsłuchu byłem jakby zawiedziony. Bo to ani Lycia (nie wiem co sobie ubzdurałem, ale jakby tak pomyśleć, to istnieje bardzo cienka linia pokrewieństwa), ani żwawe bębny i bas spod znaku Xmala. A już szczególnie zadziwił mnie wokal (serio) - rozedrgany, dziwny, może nawet trochę niezrozumiały.
A teraz - moje obecne zdanie na temat tego albumu, po wielokrotnym przewałkowaniu go, bez jakichkolwiek prób odniesień wydawnictwa do innych wykonawców.
Cocteau Twins wylansowali nie-ziem-ski styl w swojej muzyce. Cały ten zabieg jest niemożliwy do podrobienia, tak jak niemożliwe do podrobienia są totalnie powalone strojenia Thurstona Moore'a. Nawet ciężko to ubrać w słowa - to jak mega spowolniony post-punk z zachowanymi wszystkimi cechami gatunku (rytmiczne garnki, intensywny bas, gitara o mrożącym wydźwięku) z wokalem, który po czasie przemówił do mnie jako jeden z najoryginalniejszych głosów damskich spośród wszystkich jakich miałem okazję słuchać. Panowanie Elisabeth Fraser nad dźwiękami generowanymi przez jej struny głosowe przypomina mi starannie dopracowane ewolucje doświadczonej baletnicy. Choć taniec i śpiew to dwie różne dziedziny kultury, Fraser zdołała je zrównać pod względem kunsztu. Muzyki Cocteau Twins (zwłaszcza na Garlands) nie słuchało się dla "zajebistego riffu i pierdolnięcia blastów". To dzięki zespołom takim jak ten nie mam oporów przed nazywaniem muzyki dziedziną sztuki. Współczesnej muzyki, y'now, 30 lat nie robi różnicy.
Już początek definiuje styl całości - Blood Bitch rozpoczyna się tłustym basem z reverbem, by za chwilę przy pomocy gitary wygenerować zabójczą chmurę niepokojącego klimatu, a wszystko to przy niebywałej rytmice automatu. Niepewność i mrok lat 80' to za mało, by opisać specyfikę tego albumu. Moment wejścia dzikiego vibrato Fraser (rozpływam się, wiem) budzi całkiem niezgorszy paradoks. Anielski i rozedrgany głos (będący bezbłędnym instrumentem) i ten klimat. To właśnie tę kombinację ciężko mi było przetrawić dawniej. Zdziwaczałem.
Koniecznie przeanalizujcie liryczną warstwę, nie tylko tego wydawnictwa, ale i całej twórczości Cocteau Twins. Ich teksty po prostu nie mają najmniejszego sensu, a opowieść snuta w kolejnych wersetach jest przeważnie fantastyczna i dziwna, momentami brutalna. W późniejszych latach Elizabeth Fraser posuwa się nawet do śpiewania w wyimaginowanym języku. Skoro do tej pory to nie miało sensu, to czemu nie mogłoby nie mieć go jeszcze bardziej, hę?
Blind Dumb Deaf to jeden z moich faworytów tej płyty. To kolejne ze świadectw poetyzmu Garlands, które samo w sobie jest niebywale pięknym albumem, jednak na stuprocentowo dołujący sposób. Wspaniały zapętlony motyw gitary, powolny bas wybrzmiewający gdzieś daleko w tle, jeden prosty beat, a na szczycie ten dziwny nosowy głos dziewiętnastoletniej wówczas Fraser, którego nie sposób z czymkolwiek pomylić. Nie zapomnijcie o interpretacji tekstu, bo pomimo okrojenia (przeważnie ich teksty mają kilka linijek), zakładam, że wpakowane jest w niego mnóstwo zapewne nieznoszącego kompromisu przekazu. Na odświeżonej wersji płyty istnieje również Blind Dumb Deaf (2), które brzmi jak demówka pierwowzoru. Jest znacznie surowsze w warstwie instrumentalnej, a w połączeniu z idealnie klarownym wokalem jest chyba jeszcze bardziej interesujące. Jeśli poszukujecie tu najbardziej post-punkowego utworu, to z pewnością jest to Hazel, utwór szybszy od poprzednich, bardziej stawiający na tempo i rytm, niż na właściwą melodykę. Ale ponownie: jeśli tylko tego oczekujecie po Cocteau Twins, to równie dobrze możecie nie zapuszczać się w te rejony. To nie jest "po prostu kolejny post-punk". To zespół, do którego podchodzi się indywidualnie. Jak do każdego innego białego kruka.
Spytacie pewnie dlaczego odniosłem się do tak niewielu utworów. Być może zabrzmię (... zaczytam?) jak waryjat, jednak pomimo pewnego wzorca, na podstawie którego powstały utwory Garlands, całość rozpatruję jak... tomik poezji. Ot tak. Dla jednego będzie wadą swoista schematyczność tego albumu (głównie dlatego płyta jest gnojona przez "wielkie" media, które podniecają się raczej Heaven or Las Vegas), jednak w całości pokochałem ją za niecodzienny i ponury klimat, a także za to oryginalne brzmienie, jeden ze znaków rozpoznawczych wczesnego CT. To właśnie tę specyfikę lubię w muzyce Cocteau Twins najbardziej i to właśnie z niej trio stopniowo rezygnowało w kolejnych wydawnictwach. Quo vadis, mój guście?
Ocena: 10/10*
* - trzecia dziesiątka na trzy albumy z ocenami (zieeew).
niedziela, 1 lutego 2015
Connor, ty bezosobowcu... - Assassin's Creed III
Tytuł oryginału: Assassin's Creed III
Rok wydania: 2012
Wydawca: Ubisoft
Gatunek: przygodówka akcji, sandbox, stealth
Kraj: Francja
Tak. Dopiero teraz, w A.D. 2015, dostąpiłem zaszczytu ogrania AC III. To, że jestem w plecy, nie znaczy, że nie grałem w pozostałe cztery (SIC!) Asasyny. Co do samej serii mam bardzo mieszane uczucia. W sensie, wciąż gry spod znaku AC są jednymi z moich ulubionych, zwiedzanie Jerozolimy w czasach krucjat, renesansowej Florencji, Rzymu, Konstantynopola, sprawiało mi kupę frajdy. Free running, będący tutaj autorskim pomysłem ubisofciarzy, okazał się być jednym z najoryginalniejszych systemów działających w gamingu ever (może tylko ten z Mirror's Edge'a był podobnie dynamiczny i bardziej realistyczny). Fabuła w każdej części prezentowała najwyższy poziom. Cały motyw z człowiekiem, który za pośrednictwem futurystycznego ustrojstwa poznaje swoich przodków biorąc udział w ich wspomnieniach, robił fabułę w każdej z części. Ba, Desmond Miles (czyli rzeczony jegomość, który w trakcie gry jest przedstawicielem współczesnego nam punktu na osi czasu) z całą pewnością ustępował swoim przodkom pod względem charakteru. W pierwszej części był to Altair - członek legendarnego zakonu tytułowych asasynów. Postać ta była mroczna, surowa, uległa zasadom zawartym w kodeksie, jednak potrafiąca się zbuntować - stereotypowy zimny i wyrachowany zabójca. Druga część, przynosząca zmiany nie tylko w mechanice, przyniosła także kolejnego z przodków Milesa. Tym razem akcja przeniosła się do słonecznej Italii z czasów renesansu. Wcielaliśmy się w rolę Ezio Auditore da Firenze, początkowo młodego i jakże tępego (nie wstydź się tego, Ubi) chłopaczka, który w wyniku spisku templariuszy (czyli największego nemezis asasynów), trafia do legendarnego zakonu i prowadzi swoją cudowną misję przez całą część drugą i dwa dodatki do niej (Brotherhood i Revelations).
Saga Ezio została zamknięta w sposób perfekcyjny i kompletny, niewymagający dopowiedzeń. Chłop zaczął jako nieopierzony typek, któremu raczej romanse w głowie, a skończył jako stary (ale i tak zwinny, co dość zabawne) i doświadczony mistrz zakonu. W sumie dość stereotypowo, ale okej. Część trzecia to skok w czasie o ponad 200 lat - przenosimy się do Ameryki Północnej w czasach stopniowego zyskiwania przez brytyjskie kolonie niepodległości na tych nieprzyjaznych i (jeszcze) zasiedlonych przez Indian terenach. Jeszcze gdzieś tam w tle jest ten cały Desmond, który, ziew, coś tam, ziew, sobie, ziew, robi, i kompletnie nikogo to nie obchodzi, bo wszyscy z radością latają po dachach i robią użytek z ukrytych ostrzy. Tutaj naszym przodkiem (a zarazem drugim/trzecim? protagonistą) jest Ratonhnhaké:ton. No, tak. Tak się nazywa. A jak masz z tym problem, to żegnam. Szczęśliwym trafem, w późniejszej fazie gry zostaje przemianowany na Connora i odtąd nazywajmy go tylko w ten sposób. Connor jest rdzennym (w pewnym sensie) mieszkańcem Ameryki, zatem wychowuje się jak typowy czerwonoskóry wieśniak, który potem (oczywiście dzięki wspaniałym poczynaniom templariuszy) trafia w sidła zakonu i szkoli się na jednego z zakapturzonych mistrzów parkouru. Nie muszę mówić, że w czasie swojej przygody pozna takie osobistości jak Ben Franklin (kompletnie nie wiem kto to) lub Jurek Waszyngton (a ten to już w ogóle).
Na pierwszy plan wysuwa się deficyt swobodnego biegania po dachach, które chociażby w części drugiej mogło być uprawiane niemal bez przerwy. W skrócie - domki w Rzymie czy Florencji były usiane tak gęsto, że na suchy grunt trafiało się bardzo rzadko. Tutaj jednak nie uświadczymy tak majestatycznych miast. Tutaj jest tylko Boston i Nowy Jork. Problem jest taki, że to zaledwie kilka budynków na krzyż, bo kolonizatorzy jeszcze się dobrze nie wczuli w klimat i tylko na tyle było ich stać. Oczywiście, rozumiem realia, ogarniam, że tak właśnie wtedy było, jednak jakoś tego mi brakowało przez cały czas. Czułem się jak zwykły jankeski chłop biegając jak wszyscy po bruku.
Ogromną innowacją są tereny Pogranicza. Są to przepastne pola i lasy, które można przemierzać na koniu lub na piechotę, bo Connor, jak to leśny ludek, z łatwością hasa po gałęziach drzew bujając się na nich jak gibon. Tak jest, zaimplementowano tutaj leśny free running, który wypadł wyjątkowo dobrze. Można się czepiać, że punkty, na które może wdrapać się Connor, są ulokowane sztucznie i nienaturalnie, ale hej - to i tak ogromne urozmaicenie od "miejskiego" zgiełku.
Walka również nie przeszła zbyt wielu metamorfoz - dodano strzałki z liną (działające jak te od Skorpiona z Mortal Kombat), których przez 20 godzin gry nie użyłem ani razu. Od tak, są, żeby być. Jak ktoś ma fantazję to na pewno zrobi z nich użytek, dla mnie jednak mogłoby ich w ogóle nie być. Występująca już wcześniej broń palna, tutaj przybrała charakter zjawiska jeszcze bardziej powszechnego. Nasi oponenci przeważnie mają przy sobie muszkiety i z całą pewnością będą robić z nich użytek. Z pomocą przychodzi możliwość użycia jednego z naszych adwersarzy jako żywej tarczy, co samo w sobie funkcjonuje wyjątkowo dynamicznie i działa bez zarzutu. Problem polega na tym, że nasi przeciwnicy w dalszym ciągu wykazują się inteligencją kaktusa, bo grzecznie w kolejce czekają, żeby dostać przysłowiowe wciry. W tej kwestii od części pierwszej nie zmieniło się kompletnie nic. Owszem, walka wciąż (teraz nawet bardziej) jest widowiskowa i brutalna, a z użyciem tomahawku już w ogóle. No, miło popatrzeć, ale wszystko robi się jakby samo. Kontra za kontrą. Amen
Fabuła jest więcej niż okej. Czujesz na sobie, graczu, wymiar wydarzeń, w centrum których trafiłeś jako Connor. Tutaj żadna z postaci nie jest płaska, jednowymiarowa. Co do postaci drugoplanowych nie mogę mieć żadnego zarzutu, bowiem każda z nich prezentowała się oryginalnie i przekonująco. Niektóre z nich uciekały się do perfidnej zdrady (spowodowanej przewagą jednej ze stron konfliktu), inne były genialnymi przedstawicielami ofiar żądzy władzy - nic dodać, nic ująć, Ubisoft tutaj zawsze potrafił odwalić kawał dobrej roboty. Problem jest z Connorem, który jest chyba jednym z najnudniejszych i najbardziej bezosobowych protagonistów, jakich miałem okazję ujrzeć w grach w ogóle. Na widok jego postawy uległego sługusa, który nie potrafi za siebie decydować, zbierało mi się na torsje. Owszem, zdarzały mu się jakieś przejawy własnego zdania i zawziętości, ale stał przynajmniej klasę niżej niż Ezio. O Edwardzie Kenwayu (z części IV) nie wspominając. I - na szczęście - zamknięto w końcu wątek Desmonda, który w sumie od zawsze mało mnie obchodził. No bo, czy siadając do gry o asasynie właśnie ten wątek śledziło się z wypiekami na twarzy? Nie. Na szczęście Ubisoft ten wątek zdołał zamknąć nie kompromitując się doszczętnie. Jak przy kreacji niektórych bohaterów, CONNOR. Poza tym, po zakończeniu fabuły jest jeszcze MULTUM rzeczy do zrobienia. Ja zawsze byłem fanem znajdziek w grach, więc tutaj byłem wniebowzięty.
Graficznie i dźwiękowo również górna póła. Brak może temu Assassinowi tego pastelu wizualnego, który tak mnie czarował w dwójce, jednak Pogranicze jest pięknie niezależnie od pory roku (bo możemy podziwiać je tonące w śniegu lub palone północnoamerykańskim słońcem), Nowy Jork i Boston tętnią życiem i aż chce się przechadzać uliczkami i podziwiać życie codzienne mieszkańców. Flora i fauna leśnych terenów robią swoje i choć zwierzątka są wpakowane tu głównie po to, by zaspokoić swoje CHORE I SADYSTYCZNE AMBICJE, to fajnie się je ogląda z koron drzew, które mogą tutaj stanowić także punkty synchronizacji.
Nie jest to z pewnością moja ulubiona część serii. Stanowi średniawy pomost między genialną dwójką, a genialną czwórką, przez co tonie gdzieś tracąc swoją odrębność. Szkoda, bo fabuła ma naprawdę dużo sensu, jest napakowana patosem w pozytywny sposób, ale jestem w stanie zrozumieć słabe oceny community. Connor skutecznie stanął na szarym końcu plejady głównych bohaterów serii nie popisując się praktycznie niczym. Ciężko było mi się z nim związać, choć bardzo chciałem. Zapominając o jego istnieniu, miałem masę funu ze zwiedzania tego przekonującego i żywego świata, który (choć jak zwykle zabugowany) ciągnął do latania po nim wzdłuż i wszerz.
Ocena: 7/10
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Indie-rogalowe patologie o biblijnym posmaku - The Binding of Isaac: Rebirth
| Niestety, nie znalazłem bardziej trafnego obrazka. |
Rok wydania: 2014
Studio: Nicalis
Gatunek: roguelike, dungeon crawler
Kraj: USA
Nigdy nie spodziewałem się, że jakakolwiek gamingowa pikseloza pochłonie aż tyle mojego wolnego czasu. To się stało... tak nagle. Otóż, któregoś razu włączam sobie podstawową wersję gry (The Binding of Isaac), ot tak, z ciekawości. I potem znowu, i jeszcze raz, i kolejny. The Binding of Isaac w oryginale było więcej niż uzależniające. Cholernie trudny rogal (roguelike, czyli oldschoolowe bieganie po losowo generowanych planszach i wyżynanie hord przeciwników) w iście retro oprawie, z diabelnie satysfakcjonującym ogromem przedmiotów i chorą stylistyką, skradł moje serce na długo. Wszystko jednak z czasem traci na uroku, podobnie było także z tym tytułem. Po jakimś czasie (około roku) pojawiła się odświeżona odsłona tego kozackiego dungeon crawlera, tym razem opatrzona podtytułem Rebirth. Niewiele myśląc, jak wzorowy maturzysta, postanowiłem stracić kolejne ogromne fragmenty życia na przebijanie się przez fale absurdalnie ohydnie zaprojektowanych adwersarzy. Ale od początku! O co tu chodzi? Gdzie biblijny aspekt? Poluzujcie zatem kalesony, bo oto spieszę z wyjaśnieniami.
The Binding of Isaac: Rebirth, podobnie jak oryginał, jest wariacją na temat biblijnej przypowieści o Abrahamie i jego synu Izaaku, który z polecenia Trójkąta Opisanego Na Oku, miał zostać zgładzony przez własnego padre. Ot tak, dla sprawdzenia siły wiary - bo wcale nie dało się tego zrobić w nieco... łagodniejszy sposób? Nie o tym jednak tutaj, tylko o samej grze. Izaak, będący naszym głównym bohaterem, kryje się w piwnicy, aby uchronić się przed złowieszczym fatum. W rzeczonym bejsmencie, pokonując kolejne armie przeciwników, ładuje się w jeszcze większą kabałę niż ta, która czekałaby go ze strony ojca - bo wiadomo, że ta akurat biblijna przypowieść skończyła się dość optymistycznym akcentem. Tak więc ta oto historia jest jedynie pretekstem do tego, by z pieśnią na ustach pokonywać kolejne pokoje, obrabiać tzw. Treasure Roomy ze skarbów, by ostatecznie zarzynając bossa danego piętra, skoczyć w mroczną czeluść prowadzącą na następne - od zwyczajnego Basementu, poprzez brudne i smutne Necropolis, na Sheolu czy Katedrze kończąc. A i każda z postaci (bo z czasem przyjdzie ci ich odblokować więcej, m.in. Judasza, Kaina czy chociażby Ewkę) ma swoje zakończenia, swoje przedmioty początkowe i swoje statystyki. Gameplayu co niemiara.
Losowość jest tu Twoim najlepszym przyjacielem, ale też najgorszym z przeciwników. Spójrzmy prawdzie w oczy - możesz trafić na genialny run świetnymi przedmiotami i miodem płynący, a możesz też trafić na taki, w którym badziewne akcesoria będą doprowadzać cię do torsji, aż w końcu staną się twoim katem i zginiesz od źle postawionej bomby lub zmyli cię twoja własna łza, tutaj pełniąca rolę pocisku. Ta gra się nie patyczkuje, a zadania nie ułatwiają także wymyślne maszkary, które przychodzi nam siekać od pokoju do pokoju. Bo jeśli o nie chodzi (zarówno o zwykłe moby jak i bossów, którzy także mogą mieć biblijną genezę, ale nie muszą*), to są zaprojektowane bez-błę-dnie. Gwarantuje ci przy tym, drogi czytelniku, że przy pierwszej rozgrywce nie ominie cię auto-pytanie w stylu: "co me oczy słyszą?!". Bo zmierzysz się tu z takimi stworkami jak zwyczajne muchy, pijawy czy pająki, ale zgładzisz też Dziecko-Arlekina (omg), skaczącą główkę z zajęczą wargą, czy gościa o imieniu Peep, który, no... leje pod siebie. Na ciebie zresztą też.
Oprawa graficzna sama w sobie robi tutaj całą grę, zwłaszcza w tej rozszerzonej wersji gry - podczas gdy tam wszystko wyglądało jak żywcem wyjęte z komiksu, tutaj już można swobodnie policzyć piksele. Oczywiście jest to zabieg celowy i dodaje jedynie smaczku, ba, przywodzi na myśl prawdziwe ośmiobitowe hiciory sprzed dekad. Muzyka to prawdziwy kosmos, z lekka melancholijne partie na klawiszach są przeplecione niemalże post-rockowymi (SERIO!) kompozycjami na elektryku. Nie muszę mówić, że dźwięki wszystkich stworków są również wykreowane świetnie i brzmią w zasadzie, no... zbyt groźnie jak na grę wyglądającą w TEN sposób!
Chciałbym dać maksa, ale aż nie przystoi, bo nie jest to w zasadzie wyjątkowo ambitna gra zmieniająca światopogląd. Owszem, z każdym podejściem wszystko będzie wyglądało inaczej, na odmienną modłę zbudujemy naszego bohatera, pokonamy innych bosów, być może sprzedamy życie za dodatkowe itemki w pokoju diabła (serio, i takie możliwości istnieją) - możliwości są chyba tysiące. Problem jest taki, że TYLKO i AŻ tyle ma do zaoferowania TBoI: R. Jeśli jednak interesuje was cudownie szybki gameplay i ćwiczenie palców w akompaniamencie dziwnych realiów - nie wiem na co jeszcze czekacie.
Ocena: 8/10
*- ciężko mi sobie wyobrazić, by walka z wielką kupą miała jakieś biblijne pochodzenie.
środa, 21 stycznia 2015
Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść... - Hobbit: Bitwa Pięciu Armii
Tytuł oryginału: Hobbit: Battle of Five Armies
Rok wydania: 2014
Reżyseria: Peter Jackson
Gatunek: fantasy, przygodowy
Kraj: Nowa Zelandia oraz najlepsze i jedyne państwo świata, Junajted Stejts of 'murica
Jak sugeruje tytuł (niewłaściwie, rzecz jasna), z mojej recenzji powinno wynikać, że Jackson strzelił sobie w kolano i w ogóle co to za poroniony pomysł robić film z dwudziestu stron książki. Okej, na papierze i w teorii to zakrawa o absurd. Jednakże tytuł wpisu podsumuję w sposób następujący: Jackson wiedział kiedy zejść i to zrobił. Ba, w wielkim i zapierającym dech w piersiach stylu. Ale od początku!
Kto nie zna Władcy Pierścieni? Nawet jeśli nie czytałeś, drogi czytelniku, ani jednej części tolkienowskiej sagi (która, dla ścisłości, jest jednym z prekursorów nurtu fantasy w literaturze), najpewniej miałeś chociażby symboliczną styczność z jej ekranizacją wyreżyserowaną przez Petera Jacksona jakieś... 10 lat temu. Tak jest, trylogia jakiś czas temu skończyła 10 lat. Natomiast w roku 2012 do kin weszła PIERWSZA część trylogii ekranizującej książkę zatytułowaną Hobbit, czyli jakby nie było (podobnie jak George Lucas ze Star Warsami), reżyser zabrał się do tworzenia dzieła od dupy strony i pierwszą część zostawił sobie na koniec. Nie to jednak sprawiło, że fani papierowego pierwowzoru zaczęli zalewać się żółcią w przerwach od niekontrolowanych ataków padaczki w stylu epileptyka na hard-techno dyskotece. No bo w zasadzie - jaki sens ma tworzenie trylogii filmowej z książki liczącej około 200 stroniczek? Wydanie nie gra roli - zawsze jest ich mało.
Oczywiście, nikt nie wątpi, że jednym z najważniejszych powodów jest góra zielonych papierków z wizerunkami jankeskich prezydentów - fani zawsze się znajdą, a sprawdzonymi metodami uda się ich zadowolić w jakimkolwiek stopniu. Tak czy owak, wkład pieniężny zawsze się zwróci. Wracając, na krótko przed premierą drugiej części w 2013 roku (Hobbit: Pustkowie Smauga), nadrobiłem część pierwszą i prawdę mówiąc - zatkało mnie. Nie spodziewałem się tak przemyślanych nowych wątków, których w książce w ogóle nie było, tak dopracowanego zobrazowania uniwersum (pomimo wyraźnego postawienia na widowiskowość), genialnej obsady i tego uwielbianego przez wszystkich (przeze mnie także) poczucia przygody, które przywoływało ducha starej przygody. Niezwykła Podróż była niezwykle udanym filmem, w którym Martin Freeman jako Bilbo Baggins, i cała kompania krasnoludów z Thorinem na czele (nie zapominajmy o Ianie McKellenie/Gandalfie) pokazali się od najlepszej strony i zdali sprawdzian na piątkę z małym plusikiem. Pustkowie Smauga rozkręcało się dość długo i mozolnie, aby osiągnąć kulminację we wnętrzu skarbca Samotnej Góry - siedlisku tytułowej gadziny dubbingowanej przez Benedicta Cucumberbitcha. Zabawa w ganianego między Bilbem a smokiem okazała się być najmocniejszym punktem produkcji, zakończenie natomiast dawało nadzieję na spektakularne zakończenie "władcopierścieniowej" kariery Jacksona.
Jak jest w rzeczywistości? Jest, cóż, dość nierówno. Podobnie jak w trakcie oglądania Powrotu Króla, widz w którymś momencie uświadamia sobie, że uczestniczy w ostatnich aktach tej wspaniałej przygody, dosięga go melancholia i rzeczywiście łatwo wczuć się w takiej sytuacji w to, co dzieje się na ekranie przed naszymi oczyma. Zwłaszcza, że wizualny aspekt filmu, podobnie jak dźwiękowy, uważam za najmocniejsze zalety Bitwy Pięciu Armii. Nie humor, nie grę aktorską, nie sam przebieg fabuły obudowanej jacksonowskimi dodatkami, a właśnie wizję Śródziemia, które o tej porze roku wygląda niebywale pięknie i ujmująco. To właśnie w momentach zawieszenia kamery na krajobrazie, Mieście na Jeziorze, mrocznych pustkowiach Gundabadu, Samotnej Górze, polach starcia między armiami, najbardziej odczuwałem klimat starej trylogii. Miałem świadomość tego, że większość obrazów pojawiających się przed moimi oczyma nie wygenerowała natura, a blaszak jakiegoś znoulajfiałego grafika, jednak to właśnie CGIem stoi ten film. Można marudzić, że go za dużo, że chciało się filmu, a nie animacji komputerowej, ale hejterzy - spadajcie na drzewo. Liczcie się z tym, że nie wszystko da się stworzyć ludzką ręką.
Urzekła mnie przemyślana praca kamery, która zwłaszcza w momencie palenia przez Smauga Miasta na Jeziorze, miała swoje momenty. Widziany przeze mnie chaos był kontrolowany, w pełni opanowany w swej dzikości. Ujęcia sprawnie jak żabka skakały z miejsca na miejsce - podobnie jak przeskoki fabularne. Na ekranie wciąż się coś działo, raz Gandalf, raz Azog i jego plugawe idee, w końcu Thorin i jego obłęd zamknięci w czterech ścianach skarbca. Richard Armitage zdecydowanie wysunął się na pierwszy plan w tej części trylogii. Oczywiście, od zawsze był jednym z głównych bohaterów, jednak tutaj to jego szaleństwo zdecydowało o takim obrocie spraw. W dużej części filmu Dębowa Tarcza marnuje czas na rozmyślaniach o odzyskanym bogactwie Ereboru, o tym, że w końcu jest królem i wystarczy się zabarykadować, Samotna Góra nigdy nie zostanie zdobyta. Posuwa się nawet do słów skierowanych w stronę swych przyjaciół, których bez wpływu przeklętego krasnoludzkiego złota nigdy by nie wymówił. Reszta obsady ponownie osiąga światowy poziom, krasnoludy jak zwykle bawią, Martin Freeman czaruje obyciem i grą całym sobą. On nie gra jakiegoś tam hobbita. On JEST hobbitem. Podobnie rzecz się ma z Ianem McKellenem i Christopherem Lee, którzy ponownie jak ogień i woda mają szansę zaprezentować mądrość Istarich.
Największym minusem okazała się sama bitwa. Jest zwyczajnie zbyt rozwleczona. Jackson bawi się non stop w straszenie widza, że: "ooo, uważaj teraz sobie zabiję tego gościa, bo on jest ważny i w ogóle", co w zasadzie sprawdza się w niewielu przypadkach. To jest właśnie widowiskowość, którą znienawidziłem w poprzednich częściach Hobbita. Być może nie jestem typem nowoczesnego widza, jednak dużo bardziej lubiłem charakterystyczną dla poprzedniej trylogii... powolność. Pewne rozwleczenie w czasie, swobodną kontemplację tego, co akurat dzieje się na ekranie, pewną zwiewność i ulotność. Muszę przyznać, że tamte filmy były także dużo bardziej poetyckie, nawet w trakcie bitew - przypomnę chociażby nieziemskie zobrazowanie walki w Osgiliath. Tutaj wszystko jest bardziej surowe i brutalne. Po prostu się naparzają, polub to albo nie. Ja polubiłem to średnio - co nie zmienia faktu, że wykonanie jest świetne i wizualnie nie ma niczego do zarzucenia. Poza momentami absurdalnymi scenami - Legolas biegnący po spadających fragmentach bruku wygrał medal niedorzeczności.
I koniec. Skończyła się ta wielka seria. Gdzieś tam majaczy Silmarillion w serialowym wydaniu, którego wyczekuję ze zniecierpliwieniem. Co dalej panie Jackson? Może dla odmiany, w końcu coś pan kompletnie schrzani?
Suma sumarum - trochę deficyt dawnego klimatu, trochę zbyt wielki nacisk na akcję, wizualnie, muzycznie, aktorsko - miodnie. Udane zakończenie sagi.
Ocena: 8/10
Ocena całej trylogii: 8/10
Rok wydania: 2014
Reżyseria: Peter Jackson
Gatunek: fantasy, przygodowy
Kraj: Nowa Zelandia oraz najlepsze i jedyne państwo świata, Junajted Stejts of 'murica
Jak sugeruje tytuł (niewłaściwie, rzecz jasna), z mojej recenzji powinno wynikać, że Jackson strzelił sobie w kolano i w ogóle co to za poroniony pomysł robić film z dwudziestu stron książki. Okej, na papierze i w teorii to zakrawa o absurd. Jednakże tytuł wpisu podsumuję w sposób następujący: Jackson wiedział kiedy zejść i to zrobił. Ba, w wielkim i zapierającym dech w piersiach stylu. Ale od początku!
Kto nie zna Władcy Pierścieni? Nawet jeśli nie czytałeś, drogi czytelniku, ani jednej części tolkienowskiej sagi (która, dla ścisłości, jest jednym z prekursorów nurtu fantasy w literaturze), najpewniej miałeś chociażby symboliczną styczność z jej ekranizacją wyreżyserowaną przez Petera Jacksona jakieś... 10 lat temu. Tak jest, trylogia jakiś czas temu skończyła 10 lat. Natomiast w roku 2012 do kin weszła PIERWSZA część trylogii ekranizującej książkę zatytułowaną Hobbit, czyli jakby nie było (podobnie jak George Lucas ze Star Warsami), reżyser zabrał się do tworzenia dzieła od dupy strony i pierwszą część zostawił sobie na koniec. Nie to jednak sprawiło, że fani papierowego pierwowzoru zaczęli zalewać się żółcią w przerwach od niekontrolowanych ataków padaczki w stylu epileptyka na hard-techno dyskotece. No bo w zasadzie - jaki sens ma tworzenie trylogii filmowej z książki liczącej około 200 stroniczek? Wydanie nie gra roli - zawsze jest ich mało.
Oczywiście, nikt nie wątpi, że jednym z najważniejszych powodów jest góra zielonych papierków z wizerunkami jankeskich prezydentów - fani zawsze się znajdą, a sprawdzonymi metodami uda się ich zadowolić w jakimkolwiek stopniu. Tak czy owak, wkład pieniężny zawsze się zwróci. Wracając, na krótko przed premierą drugiej części w 2013 roku (Hobbit: Pustkowie Smauga), nadrobiłem część pierwszą i prawdę mówiąc - zatkało mnie. Nie spodziewałem się tak przemyślanych nowych wątków, których w książce w ogóle nie było, tak dopracowanego zobrazowania uniwersum (pomimo wyraźnego postawienia na widowiskowość), genialnej obsady i tego uwielbianego przez wszystkich (przeze mnie także) poczucia przygody, które przywoływało ducha starej przygody. Niezwykła Podróż była niezwykle udanym filmem, w którym Martin Freeman jako Bilbo Baggins, i cała kompania krasnoludów z Thorinem na czele (nie zapominajmy o Ianie McKellenie/Gandalfie) pokazali się od najlepszej strony i zdali sprawdzian na piątkę z małym plusikiem. Pustkowie Smauga rozkręcało się dość długo i mozolnie, aby osiągnąć kulminację we wnętrzu skarbca Samotnej Góry - siedlisku tytułowej gadziny dubbingowanej przez Benedicta Cucumberbitcha. Zabawa w ganianego między Bilbem a smokiem okazała się być najmocniejszym punktem produkcji, zakończenie natomiast dawało nadzieję na spektakularne zakończenie "władcopierścieniowej" kariery Jacksona.
Jak jest w rzeczywistości? Jest, cóż, dość nierówno. Podobnie jak w trakcie oglądania Powrotu Króla, widz w którymś momencie uświadamia sobie, że uczestniczy w ostatnich aktach tej wspaniałej przygody, dosięga go melancholia i rzeczywiście łatwo wczuć się w takiej sytuacji w to, co dzieje się na ekranie przed naszymi oczyma. Zwłaszcza, że wizualny aspekt filmu, podobnie jak dźwiękowy, uważam za najmocniejsze zalety Bitwy Pięciu Armii. Nie humor, nie grę aktorską, nie sam przebieg fabuły obudowanej jacksonowskimi dodatkami, a właśnie wizję Śródziemia, które o tej porze roku wygląda niebywale pięknie i ujmująco. To właśnie w momentach zawieszenia kamery na krajobrazie, Mieście na Jeziorze, mrocznych pustkowiach Gundabadu, Samotnej Górze, polach starcia między armiami, najbardziej odczuwałem klimat starej trylogii. Miałem świadomość tego, że większość obrazów pojawiających się przed moimi oczyma nie wygenerowała natura, a blaszak jakiegoś znoulajfiałego grafika, jednak to właśnie CGIem stoi ten film. Można marudzić, że go za dużo, że chciało się filmu, a nie animacji komputerowej, ale hejterzy - spadajcie na drzewo. Liczcie się z tym, że nie wszystko da się stworzyć ludzką ręką.
Urzekła mnie przemyślana praca kamery, która zwłaszcza w momencie palenia przez Smauga Miasta na Jeziorze, miała swoje momenty. Widziany przeze mnie chaos był kontrolowany, w pełni opanowany w swej dzikości. Ujęcia sprawnie jak żabka skakały z miejsca na miejsce - podobnie jak przeskoki fabularne. Na ekranie wciąż się coś działo, raz Gandalf, raz Azog i jego plugawe idee, w końcu Thorin i jego obłęd zamknięci w czterech ścianach skarbca. Richard Armitage zdecydowanie wysunął się na pierwszy plan w tej części trylogii. Oczywiście, od zawsze był jednym z głównych bohaterów, jednak tutaj to jego szaleństwo zdecydowało o takim obrocie spraw. W dużej części filmu Dębowa Tarcza marnuje czas na rozmyślaniach o odzyskanym bogactwie Ereboru, o tym, że w końcu jest królem i wystarczy się zabarykadować, Samotna Góra nigdy nie zostanie zdobyta. Posuwa się nawet do słów skierowanych w stronę swych przyjaciół, których bez wpływu przeklętego krasnoludzkiego złota nigdy by nie wymówił. Reszta obsady ponownie osiąga światowy poziom, krasnoludy jak zwykle bawią, Martin Freeman czaruje obyciem i grą całym sobą. On nie gra jakiegoś tam hobbita. On JEST hobbitem. Podobnie rzecz się ma z Ianem McKellenem i Christopherem Lee, którzy ponownie jak ogień i woda mają szansę zaprezentować mądrość Istarich.
Największym minusem okazała się sama bitwa. Jest zwyczajnie zbyt rozwleczona. Jackson bawi się non stop w straszenie widza, że: "ooo, uważaj teraz sobie zabiję tego gościa, bo on jest ważny i w ogóle", co w zasadzie sprawdza się w niewielu przypadkach. To jest właśnie widowiskowość, którą znienawidziłem w poprzednich częściach Hobbita. Być może nie jestem typem nowoczesnego widza, jednak dużo bardziej lubiłem charakterystyczną dla poprzedniej trylogii... powolność. Pewne rozwleczenie w czasie, swobodną kontemplację tego, co akurat dzieje się na ekranie, pewną zwiewność i ulotność. Muszę przyznać, że tamte filmy były także dużo bardziej poetyckie, nawet w trakcie bitew - przypomnę chociażby nieziemskie zobrazowanie walki w Osgiliath. Tutaj wszystko jest bardziej surowe i brutalne. Po prostu się naparzają, polub to albo nie. Ja polubiłem to średnio - co nie zmienia faktu, że wykonanie jest świetne i wizualnie nie ma niczego do zarzucenia. Poza momentami absurdalnymi scenami - Legolas biegnący po spadających fragmentach bruku wygrał medal niedorzeczności.
I koniec. Skończyła się ta wielka seria. Gdzieś tam majaczy Silmarillion w serialowym wydaniu, którego wyczekuję ze zniecierpliwieniem. Co dalej panie Jackson? Może dla odmiany, w końcu coś pan kompletnie schrzani?
Suma sumarum - trochę deficyt dawnego klimatu, trochę zbyt wielki nacisk na akcję, wizualnie, muzycznie, aktorsko - miodnie. Udane zakończenie sagi.
Ocena: 8/10
Ocena całej trylogii: 8/10
poniedziałek, 12 stycznia 2015
Swans - My Father Will Guide Me up a Rope to the Sky [Young God; 2010]
Zespół: Swans
Tytuł albumu: My Father Will Guide Me up a Rope to the Sky
Rok: 2010
Wydawnictwo: Young God Records
Gatunek: eksperymentalny rock, post-rock, ambient
W moim chorym umyśle jestem w stanie wyimaginować sobie natłok dobijających emocji towarzyszących Girze i reszcie ekipy podczas wydawania tej płyty pięć lat temu. Może nie nazwałbym tego strachem, a raczej solidnie podbudowaną niepewnością. Nikt normalny nie jest pewien sukcesu będącego efektem wydania płyty po !CZTERNASTU! latach przerwy twórczej - w sensie, przerwy pod nazwą Łabądków, bo wszyscy żyli, mieli się świetnie i produktywnie spędzali te półtorej dekady - spójrzcie chociażby na Young God Records tętniące życiem od zawsze, na zawsze - w tamtym okresie masakrycznie produktywnie współpracujące z The Angels of Light. Swans było jednak dla Giry wszystkim co miał i czym żył. Nigdy nie zdobyłby podobnej renomy grając solo na rozstrojonym akustyku rzewne ballady o porzuceniu przez Boga, czy prezentując podobny repertuar z Aniołami Światła. Swans było organizmem, który jakkolwiek rozczłonkowany, wciąż żył i tylko z pomocą mózgu Giry mógł osiągnąć nowy kształt wpasowujący się w realia nowego milenium.
I narodziło się, ponownie, jak Łabędź, he he, z popiołów. Połowicznie nowe składem, połowicznie żyjące starą i doświadczoną macierzą. Czy brzmi post-punkowo-rockowo jak The Great Anihilator? Czy jest surowym gwałtem bębenków spod znaku Filth? Czy jest dziwną fuzją wszystkiego po trochu, podobnie do Soundtracks for the Blind? A może jeszcze inaczej. Czy zapowiadało mistyczne mumbo-jumbo i funkowy noise zrodzony kolejno w The Seer i To Be Kind? Gira ma łeb na karku, czym już nie jeden raz się wykazał. Jeśli miał pomysł na The Seer już wtedy, to tylko lepiej dla niego. Najprawdopodobniej miał świadomość tego, że słuchacze nie znieśliby czegoś takiego, nawet ci najstarsi i najwierniejsi muzyce zespołu. Trzeba było wydać płytę, która jakoś podsumowałaby dotychczasową twórczość grupy, udowodniła światu muzyki, że nie boi się ona ewoluować, i że ma jeszcze kupę asów w rękawie/rękawach. My Father... obwieszczam najbardziej przystępnym i "słuchalnym" wydawnictwem post-rozpadowej ery Swans.
Cały album stoi w ogromnym rozkroku pomiędzy mrokiem i ogólną zagadkowością The Seer, a płynącą i nieomal progresywnie rozwijającą się rockowością To Be Kind. Poczynając od zapowiadanego na długo przed rzeczywistym wydaniem płyty No Words/No Thoughts, które w mistrzowski sposób (którego właściwie żaden zespół, jak dla mnie, jeszcze nie pobił) i typowy nie tylko dla nowych wydawnictw Swans, buduje gęste napięcie w ciągu kilku sekund, by w apogeum ugasić całość (i słuchacza) i pozostawić go samego z myślami, magicznymi dzwoneczkami i śpiewająco-monotonnie-recytującym głosem Giry (który, co czuć, sporo dojrzał od czasów Soundtracks for the Blind). Napakowano tu też sporo akustyki, tak niepodobnej do kakofonicznego łojenia będącego klasykiem dla muzyki nowojorskiej formacji - przykładem jest Reeling the Liars in, które - jak ktoś słusznie zauważył - brzmi jak kawałek grany od tak, bez przygotowania, na gitarze w otoczeniu znajomych, przy ognisku. Normalnie bym się zanudził. Tylko wtedy, gdy czegoś takiego byłoby więcej. A tutaj traktuję to jak zupełnie miłe przełamanie całości - kończysz z połamanymi hałasem kośćmi, by za chwilę położono ci na brzuchu puszystego kotka i obsypano brokatem. Sprzeczne uczucia, acz esencjonalne dla zrozumienia muzyki Łabędzi - zrozum to, słuchaczu. Pogódź się z tym, lub wracaj do miękkiego Dżoj Diwiżyn.
Jim to mój groove'owy highlight albumu. Może brakuje mu arytmii Mother of the World, nie ma złowieszczego swingu ze Screen Shot, ale jest bardzo "tubikajndowe". To chyba jedyny kawałek Łabędzi, który mógłbym polecić postronnemu słuchaczowi, który w jakiś sposób reflektuje blues-rockowe wariacje w nowocześniejszym i zmodyfikowanym wydaniu. Momentami gospelowy feeling robi cuda ze słuchaczem, a dźwięki cymbałków i nałożonych na siebie ścieżek gitar dają popis wybujałej wyobraźni muzyków. W tle basowe slide'y i metaliczny elektryk nie dają o sobie zapomnieć, choć teoretycznie są odsunięte na drugi plan. Jestem zbytnim pedantem, jeśli już mowa o takich detalach. Tu jednak nie mam się do czego przyczepić. Właściwie to wciąż zastanawiam się, czemu tak długo zwlekałem z posłuchaniem tego albumu.
Eden Prison to nieśmiały i młodszy brat The Apostate, który chciałby być dronem, ale jest za mały i (być może) mama mu nie pozwala. A tak na serio - GE-NIA-LNA rytmika i ten złowieszczy, powiedziałbym - apokaliptyczny motyw przewodni przełamujący bębny i bas, jest bezbłędny. Bridge to najsłynniejsze w świecie dum-dum-dum, repetatywnie wałkowane przez długie minuty - jednak w znacznie rozsądniejszych dawkach. Nie, nie usłyszycie tutaj półgodzinnego molocha pokroju Bring the Sun. Ja trochę żałuję, ale cóż. Ja jestem trochę... inny.
Na koniec taki smaczek, w środowiskach fanowsko-szyderczych, wielbione przez wszystkich You Fucking People Make Me Sick. Przede wszystkim bezbłędna "konotacja" (sarkazm) tytułu z ogólnym sposobem przedstawienia fabuły utworu. Przesłodki poetycki twór o tym, że nie powinno się płodzić dzieci. Bo nasza ukochana Matka Ziemia i tak ma dość ludzi, którzy wszystko niszczą i nie dbają o świat, po którym stąpają. Jednak wciąż decydują się na reprodukcję, która jedynie pogłębia poczucie beznadziei i zbliża nas do nieuchronnej egzystencji na jałowym świecie, co świetnie obrazuje ostatnie parę sekund utworu - bezładna i chaotyczna kakofonia rodem z koszmarów. Świetny przekaz w świetnym stylu. Gościnny występ Devendry Banharta i jego córki również nie pozostawia wiele do życzenia.
Nic dodać, nic ująć. Kolejna z płyt Swans, która od pierwszego odsłuchu zagościła na liście moich ulubionych wydawnictw z ich dyskografii. Genialna introdukcja dla kolejnych albumów, która paradoksalnie nie niknie w ich cieniu, a odznacza się oryginalnym stylem i klimatem, co w perfekcyjny sposób zapoczątkowało nowy (i być może najlepszy) okres w dziejach nowojorskiego zespołu. Hałas w umiarkowanych dawkach także da się pokochać. Ba - powinno się.
Ocena: 10/10
środa, 7 stycznia 2015
Wielki Brat patrzy - Rok 1984
Tytuł oryginału: Nineteen Eighty-Four
Rok wydania: 1949
Autor: George Orwell
Gatunek: antyutopia/dystopia
Kraj: Anglia
Dawno dawno temu, żyli sobie ludzie. Był to przełom roku 1948 i 1949, zatem egzystowali niemal sześć dekad temu. Rok 1984 był dla nich równie odległy, jak dla nas obecnie 2051. Zapewne wyobrażali sobie latające samochody, bądź po prostu... szybsze samochody (zważając na to, jakie były one wtedy), wieżowce wysokie do samych niebios, możliwość komunikacji z osobami przebywającymi na drugim końcu globu, i inne cuda niewidy. Podobnie jak my teraz - z tym, że nasze wizje już w niewielkim stopniu dotyczą wynalazków czysto użytkowych. Proszę, wynajdźcie latającą deskorolkę, która przyda się do... niczego. Ot, będzie. Po co? Nie wiem. Polecam podcast ObsessionOctopusa o podobnej tematyce - w dużo bardziej rozbudowany sposób przedstawia absurd, w którym zmierza globalna myśl techniczna.
Wracając do tematu - prócz oświeconych i ścisłych umysłów pierwszej połowu XX wieku, istnieli także pesymiści (choć nasuwa się raczej pojęcie "realiści"), dla których przyszłość malowała się w ciemnych barwach. Skupiali się raczej na sytuacji politycznej, ustrojach, kształcie społeczeństwa w nadchodzących latach, zamiast tego, czym będziemy przewozić swoje szanowne cztery litery w przyszłości. Do takich ludzi należał George Orwell, którego prywatne doświadczenia (kontakt z jakże humanitarnym, hurr durr, stalinizmem) popchnęły do spłodzenia Roku 1984, o którym tutaj mowa.
Świat w powieści dzieli się w zasadzie na trzy strony konfliktu, które (tylko na papierze) toczą ze sobą wojnę, której żadne z nich (nawet po zawarciu sojuszu z którąś stroną) nie jest w stanie wygrać. Ot, taki wieczny bój, który na nic właściwie nie wpływa, bo granice wciąż są stałe. Główny bohater, Winston Smith, ma (nie)przyjemność prowadzić tramwaj zwany życiem w hamerykańskiej części globu, tak zwanej Oceanii, do której należą obie Ameryki, Królestwo Brytyjskie, południowa część Afryki, a także nikomu-nie-potrzebna-i-pełna-stworzeń-które-z-chęcią-Cię-pożrą Australia. Miastem, w którym toczy się akcja, jest oczywiście Londyn. No przecież nie Sydney, geez.
Smith jest urzędasem, któremu dane jest wprowadzać poprawki do wszelkich dokumentów, gazet, czasopism - dba, aby na papierze wszystko się zgadzało i było zgodne z tym, czego życzy sobie Wielki Brat, którego rękami i nogami jest Partia. Brzmi znajomo? Ekhem, R.., ekhem,osj...ekhem, a. Bo tak, prawem obowiązującym w Oceanii jest zmienność przeszłości. Czasy minione i informacje z nimi związane bez krzty zażenowania nagina się na korzyść Partii. Tępy motłoch, który ślepo wierzy w idee głoszone przez władzę, nawet nie zauważa jakichkolwiek różnic. Gorzej - być może zauważa, jednak propaganda osiągnęła poziom, w którym to przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie muszę mówić, że każdy z obywateli jest inwigilowany za pomocą specjalny teleekranów, które są telewizorami działającymi w dwie strony. Przesyłają użytkownikowi obraz (nie inny niż propagujący system), ale też obserwują wszystko stojące w polu widzenia takiego urządzenia. Nagrywa również dźwięk, jest w stanie wyczuć puls i wykryć najdrobniejsze zmiany w mimice. Komunizm wersja hard.
Winston nie należy do miłośników Wielkiego Brata. Ba, nietrudno się domyślić, iż z całego serca nienawidzi tworu politycznego, który kieruje ludem. I bardziej niż jakikolwiek inny szary "Towarzysz" ma świadomość krętactwa, którym z zapamiętaniem posługuje się państwo. Jedyną rzeczą trzymającą go przy życiu jest świadomość istnienia tzw. Braterstwa, z którym chciałby się związać, a które jest podziemną organizacją, której celem jest obalenie władz. Chciałoby się wierzyć, że jego cel zostanie spełniony. Że stary świat runie pod gruzami, narodzi się nowy, w którym 2+2 rzeczywiście jest równe 4, a nie - tak, jak życzy sobie tego partia - 5 (co jest czysto metaforycznym dowodem na wszechmoc WB). Niestety, od pierwszych słów zapisanych na pierwszej stronie łatwo się domyślić, że Winston toczy nieomal konflikt tragiczny. Bo jak inaczej nazwać moc takiego systemu, niż tylko boską?
Nigdy nie przepadałem za książkami, w których aspekt polityczny jest silnie wysunięty na pierwszy plan, zatem podchodząc po raz pierwszy (bo z przyjemnością przeczytałem dwa razy) do lektury obawiałem się pewnej monotonii i licznych nudnawych regułek i zasad działania rządu w 1984. Okazało się jednak, że ten pionier antyutopii jest na swój sposób polityczną powieścią fabularyzowaną, a poniekąd także psychologiczną. Przez większość czasu, zamiast opisywać Oceanię i Wielkiego Brata (co paradoksalnie wypadło świetnie i w żaden sposób nie nużyło, a podkreślało tragizm całości), Orwell skupił się na walce Winstona z propagandą, którą wciskano mu siłą do gardła, aż by się nią przypadkiem nie zakrztusił i nie popełnił myślozbrodni. Walka ta, ma rzecz jasna charakter wewnętrzny, nie uświadczycie tutaj akcji rodem z Kamieni na Szaniec. Smith jest realistą, który w dodatku jest sam, a najmniejszy wyraz destrukcyjnych zapędów względem tyranii Wielkiego Brata zakończyłby się dla niego ewaporacją. Co z tego, że wzrokiem szukałby indywidualistów, skoro oni najczęściej nie przeżywali długo i kończyli w niebycie. Nawet w przeszłości nie istnieli. Ziemia teoretycznie nigdy ich nie nosiła.
Aspekt psychologiczny okazał się moim ulubionym, w dodatku tym, na którym autor skupił się najbardziej. W ciągu nie więcej niż 300 stron we wnętrzu Smitha dzieje się więcej niż w niejednej powieści wojennej. Dodajcie do tego zaskakujący rozwój akcji w ostatnich paru rozdziałach, by otrzymać satysfakcjonujące, acz nie zwiastujące pozytywnej przyszłości bohatera zakończenie. Opis świata przedstawionego, wszystich departamentów i ministerstw, kolejnych świąt celebrowanych ku czci WB, wypadł równie jaskrawo. Świat przedstawiony jest wyjątkowo łatwy do narysowania w wyobraźni, rzetelnie przedstawiony i niesamowicie czytelny. Czytając, ma się wrażenie, że tam rzeczywiście wszystko jest w czerni i bieli. A nawet jeśli nie jest, to na pewno takim widzi to główny bohater.
To jedna z tych książek, po których cieszysz się, że żyjesz w kraju w jakim żyjesz, jakkolwiek gówniany by on nie był. Najlepsza książka jaką czytałem.
Ocena: 10/10
Rok wydania: 1949
Autor: George Orwell
Gatunek: antyutopia/dystopia
Kraj: Anglia
Dawno dawno temu, żyli sobie ludzie. Był to przełom roku 1948 i 1949, zatem egzystowali niemal sześć dekad temu. Rok 1984 był dla nich równie odległy, jak dla nas obecnie 2051. Zapewne wyobrażali sobie latające samochody, bądź po prostu... szybsze samochody (zważając na to, jakie były one wtedy), wieżowce wysokie do samych niebios, możliwość komunikacji z osobami przebywającymi na drugim końcu globu, i inne cuda niewidy. Podobnie jak my teraz - z tym, że nasze wizje już w niewielkim stopniu dotyczą wynalazków czysto użytkowych. Proszę, wynajdźcie latającą deskorolkę, która przyda się do... niczego. Ot, będzie. Po co? Nie wiem. Polecam podcast ObsessionOctopusa o podobnej tematyce - w dużo bardziej rozbudowany sposób przedstawia absurd, w którym zmierza globalna myśl techniczna.
Wracając do tematu - prócz oświeconych i ścisłych umysłów pierwszej połowu XX wieku, istnieli także pesymiści (choć nasuwa się raczej pojęcie "realiści"), dla których przyszłość malowała się w ciemnych barwach. Skupiali się raczej na sytuacji politycznej, ustrojach, kształcie społeczeństwa w nadchodzących latach, zamiast tego, czym będziemy przewozić swoje szanowne cztery litery w przyszłości. Do takich ludzi należał George Orwell, którego prywatne doświadczenia (kontakt z jakże humanitarnym, hurr durr, stalinizmem) popchnęły do spłodzenia Roku 1984, o którym tutaj mowa.
Świat w powieści dzieli się w zasadzie na trzy strony konfliktu, które (tylko na papierze) toczą ze sobą wojnę, której żadne z nich (nawet po zawarciu sojuszu z którąś stroną) nie jest w stanie wygrać. Ot, taki wieczny bój, który na nic właściwie nie wpływa, bo granice wciąż są stałe. Główny bohater, Winston Smith, ma (nie)przyjemność prowadzić tramwaj zwany życiem w hamerykańskiej części globu, tak zwanej Oceanii, do której należą obie Ameryki, Królestwo Brytyjskie, południowa część Afryki, a także nikomu-nie-potrzebna-i-pełna-stworzeń-które-z-chęcią-Cię-pożrą Australia. Miastem, w którym toczy się akcja, jest oczywiście Londyn. No przecież nie Sydney, geez.
Smith jest urzędasem, któremu dane jest wprowadzać poprawki do wszelkich dokumentów, gazet, czasopism - dba, aby na papierze wszystko się zgadzało i było zgodne z tym, czego życzy sobie Wielki Brat, którego rękami i nogami jest Partia. Brzmi znajomo? Ekhem, R.., ekhem,osj...ekhem, a. Bo tak, prawem obowiązującym w Oceanii jest zmienność przeszłości. Czasy minione i informacje z nimi związane bez krzty zażenowania nagina się na korzyść Partii. Tępy motłoch, który ślepo wierzy w idee głoszone przez władzę, nawet nie zauważa jakichkolwiek różnic. Gorzej - być może zauważa, jednak propaganda osiągnęła poziom, w którym to przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie muszę mówić, że każdy z obywateli jest inwigilowany za pomocą specjalny teleekranów, które są telewizorami działającymi w dwie strony. Przesyłają użytkownikowi obraz (nie inny niż propagujący system), ale też obserwują wszystko stojące w polu widzenia takiego urządzenia. Nagrywa również dźwięk, jest w stanie wyczuć puls i wykryć najdrobniejsze zmiany w mimice. Komunizm wersja hard.
Winston nie należy do miłośników Wielkiego Brata. Ba, nietrudno się domyślić, iż z całego serca nienawidzi tworu politycznego, który kieruje ludem. I bardziej niż jakikolwiek inny szary "Towarzysz" ma świadomość krętactwa, którym z zapamiętaniem posługuje się państwo. Jedyną rzeczą trzymającą go przy życiu jest świadomość istnienia tzw. Braterstwa, z którym chciałby się związać, a które jest podziemną organizacją, której celem jest obalenie władz. Chciałoby się wierzyć, że jego cel zostanie spełniony. Że stary świat runie pod gruzami, narodzi się nowy, w którym 2+2 rzeczywiście jest równe 4, a nie - tak, jak życzy sobie tego partia - 5 (co jest czysto metaforycznym dowodem na wszechmoc WB). Niestety, od pierwszych słów zapisanych na pierwszej stronie łatwo się domyślić, że Winston toczy nieomal konflikt tragiczny. Bo jak inaczej nazwać moc takiego systemu, niż tylko boską?
Nigdy nie przepadałem za książkami, w których aspekt polityczny jest silnie wysunięty na pierwszy plan, zatem podchodząc po raz pierwszy (bo z przyjemnością przeczytałem dwa razy) do lektury obawiałem się pewnej monotonii i licznych nudnawych regułek i zasad działania rządu w 1984. Okazało się jednak, że ten pionier antyutopii jest na swój sposób polityczną powieścią fabularyzowaną, a poniekąd także psychologiczną. Przez większość czasu, zamiast opisywać Oceanię i Wielkiego Brata (co paradoksalnie wypadło świetnie i w żaden sposób nie nużyło, a podkreślało tragizm całości), Orwell skupił się na walce Winstona z propagandą, którą wciskano mu siłą do gardła, aż by się nią przypadkiem nie zakrztusił i nie popełnił myślozbrodni. Walka ta, ma rzecz jasna charakter wewnętrzny, nie uświadczycie tutaj akcji rodem z Kamieni na Szaniec. Smith jest realistą, który w dodatku jest sam, a najmniejszy wyraz destrukcyjnych zapędów względem tyranii Wielkiego Brata zakończyłby się dla niego ewaporacją. Co z tego, że wzrokiem szukałby indywidualistów, skoro oni najczęściej nie przeżywali długo i kończyli w niebycie. Nawet w przeszłości nie istnieli. Ziemia teoretycznie nigdy ich nie nosiła.
Aspekt psychologiczny okazał się moim ulubionym, w dodatku tym, na którym autor skupił się najbardziej. W ciągu nie więcej niż 300 stron we wnętrzu Smitha dzieje się więcej niż w niejednej powieści wojennej. Dodajcie do tego zaskakujący rozwój akcji w ostatnich paru rozdziałach, by otrzymać satysfakcjonujące, acz nie zwiastujące pozytywnej przyszłości bohatera zakończenie. Opis świata przedstawionego, wszystich departamentów i ministerstw, kolejnych świąt celebrowanych ku czci WB, wypadł równie jaskrawo. Świat przedstawiony jest wyjątkowo łatwy do narysowania w wyobraźni, rzetelnie przedstawiony i niesamowicie czytelny. Czytając, ma się wrażenie, że tam rzeczywiście wszystko jest w czerni i bieli. A nawet jeśli nie jest, to na pewno takim widzi to główny bohater.
To jedna z tych książek, po których cieszysz się, że żyjesz w kraju w jakim żyjesz, jakkolwiek gówniany by on nie był. Najlepsza książka jaką czytałem.
Ocena: 10/10
niedziela, 4 stycznia 2015
Surrealizm według świętego Lyncha - Głowa do wycierania
Tytuł oryginału: Eraserhead
Rok wydania: 1977
Reżyseria: David Lynch
Gatunek: surrealistyczny
Kraj: USA
Z Lynchem miałem styczność tylko raz (oczywiście, aż do momentu obejrzenia filmu) - przy okazji oglądania Twin Peaks, które już wtedy uznałem za dzieło wyjątkowe, jednak wbrew uprzednio zasłyszanym opiniom o stylu tego reżysera - wyjątkowo mało surrealistyczne. Owszem, drugi sezon uchodzi za najdziwniejszy sezon jakiegokolwiek serialu kiedykolwiek (fun fuct: jest znacznie gorszy od pierwszego), pojawiają się wątki "paranormalne", fabuła w końcu osiąga dość dziwną kulminację, a kończy się w jeszcze bardziej niezrozumiały sposób. Odkryłem jednak powód odarcia TP z tego słynnego surrealizmu - fakt bycia serialem. W teorii produkcja miała trafić do mas i być zwyczajnie emitowana w telewizji dla ludu, który lubił się raczyć serialami. I owszem, o jej "elitarności" świadczyła dziwność, która nie musiała każdemu się podobać, jednak "unormalnienie" całości uczyniło Twin Peaks dziełem przystępnym przeciętnemu widzowi.
Niedosyt wrażenia, którego oczekiwałem pierwotnie po tym dziele Lyncha, mogłem zaspokoić jednak na długo potem - nocą z 31.12 na 01.01.2015. Tak jest. Spędzałem Sylwka jak nerd. I tak, surrealizm w trakcie seansu zaczął mi bokami wyłazić. Ale o czym jest to wiekopomne dzieło, któremu wystawiłem... DZIESIĄTKĘ NA FILMWEBIE? Tak, rzadko to robię.
Głównym bohaterem tego niemal 40-stoleteniego filmu jest Henry (Jack Nance). Facet mieszka w silnie zindustrializowanym (a może postapokaliptycznym?) mieście, którego nazwy nie znamy. Któregoś dnia (dziwnym trafem, akurat wtedy zaczyna się właściwa akcja), po powrocie do domu zostaje zaproszony na obiad do swojej partnerki, Mary. Jej rodzina to istni Adamsowie - nie-wiadomo-czy-jeszcze-żyjąca babcia, lekko nerwowa matka, hej-ho-zapalczywy ojciec, no i rzeczona Mary, która jest, no.. dziwna. No i Henry, który mówi niewiele w trakcie całego spotkania. A właściwie przez cały film niewiele. Możliwe, że nawet dwudziestu linijek bym nie naliczył. Kulminacyjnym punktem tej wizyty jest oznajmienie głównemu bohaterowi, iż jest ojcem. Ba, już jest dawno po ciąży i dzieciak gdzieś tam sobie jest.
A i rzeczony berbeć to nie jest jakiś tam szaro-bury bachor. Wygląda raczej jak dinozaur, choć ma w sobie wiele z obcego. No, zmutowany jest i do człowieka to raczej nie jest podobny. Ale trudno, urodził się i nie ma co płakać nad rozlanymi plemnikami - trzeba się związać i zapewnić dzieciakowi jakąś opiekę rodzicielską. Długo ta sielanka nie trwa i koniec końców, Henry zostaje z nim sam, co jest w mojej opinii istotą do interpretacji tego dziwacznego filmu (o czym więcej napiszę trochę niżej). W międzyczasie dostrzega dziwną kobietę z wypchanymi policzkami we własnym kaloryferze (?), dzieciak choruje, a Henry ma wizje o nadzwyczajnie wielkich plemnikach/robakach i dziwnym facecie operującym dźwigniami w jakiejś fabryce. Jeśli tak podejdziecie do tego filmu - opisowo - najprawdopodobniej nic z niego nie wyciągniecie. Ja popełniłem ten błąd na początku, na szczęście szybko poprawiłem swój pogląd czytając chociażby wywiady z reżyserem, co polecam zrobić od razu po seansie.
Więc o co tu, kurczę blaszka, właściwie chodzi? Pierwsze sceny nie przedstawiają Henry'ego wracającego do domu, o nie. Te sceny są istotne dla właściwej, przyziemnej fabuły, owszem. Pierwszym obrazem jest człowiek przełączający dźwignie i wprawiający tym w ruch coś, co wygląda na planetę/planetoidę. Symbolizm tego wydarzenia sięga zenitu i po krótszym namyśle niezwykle łatwo skojarzyć tę postać z demiurgiem, arystotelesowskim Pierwszym Poruszycielem. Następnie po raz pierwszy pojawia się plemnikopodobna istota wychodząca z ust głównego bohatera. Osobiście nie potrafię rozszyfrować jej znaczenia, jednak wielu twierdzi iż jest... grzechem. Jest to symbol spowiedzi, Henry oczyszcza się wyznając grzech. Jaka jest prawda? Nie mam zielonego pojęcia, i to jest najwspanialsze. Co wydało mi się najbardziej logicznym wytłumaczeniem to to, że wiele ze scen ma charakter oniryczny - precyzując, są to koszmary. W tym wypadku, bohater lęka się bycia ojcem, najprawdopodobniej braku spełnienia w roli głowy rodziny, nieudacznictwie, porażce i niemożności utrzymania żony i dziecka.
I tu pojawia się pierwszy, ogromny i chyba najistotniejszy plus tego filmu - wielorakość możliwości interpretacji. Biorąc pod uwagę klasyczne dla Lyncha symbole przewijające się w jego stylistyce (na przykład światło i ciemność, jako symbole dobra i zła) można stworzyć pewien schemat tego, o czym właściwie opowiada Eraserhead - jednak będzie to tłumaczenie szczątkowe i kastrujące ten film, bowiem powinno się podchodzić do niego bez uprzedzeń i utartych wzorców. Każdy jeden element tej produkcji ma własne, ukryte znaczenie, pod co podchodzi chociażby numerologia filmu i tłumnie pojawiająca się liczba 13.
Jeśli chodzi o grę aktorską, to tutaj absolutnie wypadła mistrzowsko - Jack Nance jako Henry jest wiecznie zagubiony, zgarbiony, taki bezradny i bezsilny, jakby otaczający go świat złapał go w garść i wykręcił na
lewą stronę.
Podobnie rzecz się ma z Charlotte Stewart (która grała Mary), której obłęd spowodowany uciążliwym macierzyństwem wprost wylewa się z ekranu. Klimat filmu jest nie-ziem-ski. Jest ohydnie, brudno, obskurnie, czarno-biało (serio, film jest w całości w takich barwach), przygnębiająco i samotnie. Surrealistyczny aspekt filmu zrobił na mnie ogromne wrażenie i pomimo pewnego powiewu starociem - wciąż robi niezłą sieczkę z umysłu, zwłaszcza zmutowany potomek głównego bohatera.
Ale czemu 10/10? Nie wiem. Tak poczułem. Nawet teraz, po kilu dniach od obejrzenia, wciąż nurtuje mnie fabuła tego filmu i o czym on właściwie opowiadał. Być może zawsze będzie dla mnie tajemnicą. Być może któregoś dnia obudzę się z eureką na ustach. Wiem jednak, że jego depresyjny, zagadkowy i duszny klimat już na stałe zachował się w mojej pamięci.
Ocena: 10/10
P.S.
Tak, postanowiłem teraz przy postach dawać krótką notkę o podmiocie wpisu, a także ocenę zamieszczoną na samym końcu. Teraz jest bardziej profesjonalnie i rzeczowo, ha.
Rok wydania: 1977
Reżyseria: David Lynch
Gatunek: surrealistyczny
Kraj: USA
Z Lynchem miałem styczność tylko raz (oczywiście, aż do momentu obejrzenia filmu) - przy okazji oglądania Twin Peaks, które już wtedy uznałem za dzieło wyjątkowe, jednak wbrew uprzednio zasłyszanym opiniom o stylu tego reżysera - wyjątkowo mało surrealistyczne. Owszem, drugi sezon uchodzi za najdziwniejszy sezon jakiegokolwiek serialu kiedykolwiek (fun fuct: jest znacznie gorszy od pierwszego), pojawiają się wątki "paranormalne", fabuła w końcu osiąga dość dziwną kulminację, a kończy się w jeszcze bardziej niezrozumiały sposób. Odkryłem jednak powód odarcia TP z tego słynnego surrealizmu - fakt bycia serialem. W teorii produkcja miała trafić do mas i być zwyczajnie emitowana w telewizji dla ludu, który lubił się raczyć serialami. I owszem, o jej "elitarności" świadczyła dziwność, która nie musiała każdemu się podobać, jednak "unormalnienie" całości uczyniło Twin Peaks dziełem przystępnym przeciętnemu widzowi.
Niedosyt wrażenia, którego oczekiwałem pierwotnie po tym dziele Lyncha, mogłem zaspokoić jednak na długo potem - nocą z 31.12 na 01.01.2015. Tak jest. Spędzałem Sylwka jak nerd. I tak, surrealizm w trakcie seansu zaczął mi bokami wyłazić. Ale o czym jest to wiekopomne dzieło, któremu wystawiłem... DZIESIĄTKĘ NA FILMWEBIE? Tak, rzadko to robię.
Głównym bohaterem tego niemal 40-stoleteniego filmu jest Henry (Jack Nance). Facet mieszka w silnie zindustrializowanym (a może postapokaliptycznym?) mieście, którego nazwy nie znamy. Któregoś dnia (dziwnym trafem, akurat wtedy zaczyna się właściwa akcja), po powrocie do domu zostaje zaproszony na obiad do swojej partnerki, Mary. Jej rodzina to istni Adamsowie - nie-wiadomo-czy-jeszcze-żyjąca babcia, lekko nerwowa matka, hej-ho-zapalczywy ojciec, no i rzeczona Mary, która jest, no.. dziwna. No i Henry, który mówi niewiele w trakcie całego spotkania. A właściwie przez cały film niewiele. Możliwe, że nawet dwudziestu linijek bym nie naliczył. Kulminacyjnym punktem tej wizyty jest oznajmienie głównemu bohaterowi, iż jest ojcem. Ba, już jest dawno po ciąży i dzieciak gdzieś tam sobie jest.
A i rzeczony berbeć to nie jest jakiś tam szaro-bury bachor. Wygląda raczej jak dinozaur, choć ma w sobie wiele z obcego. No, zmutowany jest i do człowieka to raczej nie jest podobny. Ale trudno, urodził się i nie ma co płakać nad rozlanymi plemnikami - trzeba się związać i zapewnić dzieciakowi jakąś opiekę rodzicielską. Długo ta sielanka nie trwa i koniec końców, Henry zostaje z nim sam, co jest w mojej opinii istotą do interpretacji tego dziwacznego filmu (o czym więcej napiszę trochę niżej). W międzyczasie dostrzega dziwną kobietę z wypchanymi policzkami we własnym kaloryferze (?), dzieciak choruje, a Henry ma wizje o nadzwyczajnie wielkich plemnikach/robakach i dziwnym facecie operującym dźwigniami w jakiejś fabryce. Jeśli tak podejdziecie do tego filmu - opisowo - najprawdopodobniej nic z niego nie wyciągniecie. Ja popełniłem ten błąd na początku, na szczęście szybko poprawiłem swój pogląd czytając chociażby wywiady z reżyserem, co polecam zrobić od razu po seansie.
Więc o co tu, kurczę blaszka, właściwie chodzi? Pierwsze sceny nie przedstawiają Henry'ego wracającego do domu, o nie. Te sceny są istotne dla właściwej, przyziemnej fabuły, owszem. Pierwszym obrazem jest człowiek przełączający dźwignie i wprawiający tym w ruch coś, co wygląda na planetę/planetoidę. Symbolizm tego wydarzenia sięga zenitu i po krótszym namyśle niezwykle łatwo skojarzyć tę postać z demiurgiem, arystotelesowskim Pierwszym Poruszycielem. Następnie po raz pierwszy pojawia się plemnikopodobna istota wychodząca z ust głównego bohatera. Osobiście nie potrafię rozszyfrować jej znaczenia, jednak wielu twierdzi iż jest... grzechem. Jest to symbol spowiedzi, Henry oczyszcza się wyznając grzech. Jaka jest prawda? Nie mam zielonego pojęcia, i to jest najwspanialsze. Co wydało mi się najbardziej logicznym wytłumaczeniem to to, że wiele ze scen ma charakter oniryczny - precyzując, są to koszmary. W tym wypadku, bohater lęka się bycia ojcem, najprawdopodobniej braku spełnienia w roli głowy rodziny, nieudacznictwie, porażce i niemożności utrzymania żony i dziecka.
I tu pojawia się pierwszy, ogromny i chyba najistotniejszy plus tego filmu - wielorakość możliwości interpretacji. Biorąc pod uwagę klasyczne dla Lyncha symbole przewijające się w jego stylistyce (na przykład światło i ciemność, jako symbole dobra i zła) można stworzyć pewien schemat tego, o czym właściwie opowiada Eraserhead - jednak będzie to tłumaczenie szczątkowe i kastrujące ten film, bowiem powinno się podchodzić do niego bez uprzedzeń i utartych wzorców. Każdy jeden element tej produkcji ma własne, ukryte znaczenie, pod co podchodzi chociażby numerologia filmu i tłumnie pojawiająca się liczba 13.
Jeśli chodzi o grę aktorską, to tutaj absolutnie wypadła mistrzowsko - Jack Nance jako Henry jest wiecznie zagubiony, zgarbiony, taki bezradny i bezsilny, jakby otaczający go świat złapał go w garść i wykręcił na
lewą stronę.
Podobnie rzecz się ma z Charlotte Stewart (która grała Mary), której obłęd spowodowany uciążliwym macierzyństwem wprost wylewa się z ekranu. Klimat filmu jest nie-ziem-ski. Jest ohydnie, brudno, obskurnie, czarno-biało (serio, film jest w całości w takich barwach), przygnębiająco i samotnie. Surrealistyczny aspekt filmu zrobił na mnie ogromne wrażenie i pomimo pewnego powiewu starociem - wciąż robi niezłą sieczkę z umysłu, zwłaszcza zmutowany potomek głównego bohatera.
Ale czemu 10/10? Nie wiem. Tak poczułem. Nawet teraz, po kilu dniach od obejrzenia, wciąż nurtuje mnie fabuła tego filmu i o czym on właściwie opowiadał. Być może zawsze będzie dla mnie tajemnicą. Być może któregoś dnia obudzę się z eureką na ustach. Wiem jednak, że jego depresyjny, zagadkowy i duszny klimat już na stałe zachował się w mojej pamięci.
Ocena: 10/10
P.S.
Tak, postanowiłem teraz przy postach dawać krótką notkę o podmiocie wpisu, a także ocenę zamieszczoną na samym końcu. Teraz jest bardziej profesjonalnie i rzeczowo, ha.
piątek, 2 stycznia 2015
Opowieść bez sensu.
Pustynia. Jak okiem sięgnąć - bezkresne i jałowe pustkowie. Ot, kolejny zaprzepaszczony kawałek gruntu na tym zapomnianym przez bogów świecie. Najpewniej obszar ten do kogoś kiedyś należał, bo, o zgrozo, ludzie przypisują sobie prawo do posiadania ziemi. Od kiedy ziemia jest niby własnością człowieka? Przecież nie jest jego dziełem.
To jednak nieważne, skupmy się na istocie tej nieurodzajnej ziemi, na której nie widać nawet cienia żywego stworzenia. Nie ujrzysz na niej, drogi czytelniku, żadnego psa, kojota, szakala, żyrafy, pod sklepieniem nie ujrzysz klucza żurawi, pikującego orła. Prawdę mówiąc - nawet chmur tam nie ma. Jest tylko gorące słońce swymi promieniami palące i niszczące znajdujący się pod nim grunt i każde małe ziarenko, źdźbło trawy odznaczające się najniklejszą wolą życia. Wielkie i nieskończone nic. Nic, przez duże "N".
I gdy tak wytężasz wzrok, by jednak mój nikomu niepotrzebny opis tego upiornego krajobrazu okazał się fałszem, nareszcie dostrzegasz coś. A raczej błysk, słońce odbijające się od jakiegoś drobnego elementu wyłamującego się z tej monotonnej kompozycji. Z początku ciężko Ci zdefiniować CO dokładnie widzisz, starasz się patrzeć na tyle długo, by wyróżnić kontury, a na tyle krótko, by oślepiające halo (jednakże ziemskie, a nie kosmiczne) nie zrujnowało stanu siatkówki Twojego oka. Nie wiesz także jakim cudem cokolwiek mogłoby błyszczeć w ten sposób w takim miejscu. Jeśli znajduje się tam od dawna, najpewniej powinno być przykryte kurzem, ewentualnie mocno nim przysypane i zabrudzone. Odpuszczę sobie gadkę o nadziei i Lynchowskim świetle jako symbolu dobra - po prostu stoisz tam, w tym jednym miejscu i namacalnie, czyli zmysłami, odbierasz ten jeden element krajobrazu. Widzisz go.
Po jakimś czasie blask słabnie. Uświadamiasz sobie, że marnujesz czas na takie bzdury, ba marnujesz go tyle, iż słońce zmienia swą pozycję na nieboskłonie. Zbliża się wieczór i nareszcie (gdyż wciąż jest wystarczająco jasno) masz okazję przyjrzeć się intrygującemu zjawisku dokładniej. Dziwisz się, bo owym oślepiającym wcześniej przedmiotem jest... właz. Znasz tę konstrukcję. Kojarzysz ten układ wrót, charakterystyczną konsolę przy wejściu, od dawna nieużywaną. To krypta, taka, jakie kiedyś budowano, gdy to wszystko się zaczęło. Ten cały bajzel, dzięki któremu masz teraz "przyjemność" oglądać pustynię, na której właśnie stoisz.
Twoją kontemplację reliktu przeszłości przerywa przeciągły syk. Ale nie gadzi syk. SYK. Który niemal rozsadza Ci czaszkę, nawet z tak wielkiej odległości. Bo doskonale wiesz skąd dobiega. Ponownie zawieszasz wzrok na metalicznym monolicie (jakbyś tylko to robił/a cały dzień). I widzisz, nareszcie coś zaczyna się dziać. Coś, co nie daje złudzeń i jest rzeczywiste i jednoznaczne. Nie musisz już zamęczać swego umysłu domniemaniami. Po prostu patrzysz jak dzieje się coś wyjątkowego.
Niedługo potem syk zostaje zastąpiony przez łomot, jakby wyginano ogromną tytanową płytę. A może właśnie to robią? Widzisz, że wrota krypty delikatnie (idealne słowo na czynność zardzewiałej kupy złomu) cofają się do środka kompleksu, a następnie staczają się na bok dając drogę ucieczki... czemuś? Komuś?
W kłębach pary rysuje się jakaś postać. Ma ręce i nogi na swoim miejscu. Ma tylko jedną głowę, co jest dla Ciebie szokiem. Przez krótki moment istnieje w twej wyobraźni myśl, że to może być człowiek. To jest człowiek, to pewne. Czujesz to w głębi. Widzisz odzianego w krypciane łachmany człowieczka, który zakrywa usta dłonią. Najpewniej chroni je przed dostaniem się do środka pyłu. Nikt tego nie lubi. Słyszysz kaszel - to normalne. Po kaszlu następuje wykrzyczane pytanie: "Jest tu kto?!".
ALEŻ JESTEM AMBITNY. Tak, to miała być metafora powrotu do pisania blożka. Tak, UWIELBIAM Fallouta. Tak, mam przerost ambicji. Tak, uwielbiam metafory. Tak, mam nowe tematy na bloga. W skrócie: "Żyj pączku, krocz". Widzimy się (czytamy..?) w kolejnym poście!
To jednak nieważne, skupmy się na istocie tej nieurodzajnej ziemi, na której nie widać nawet cienia żywego stworzenia. Nie ujrzysz na niej, drogi czytelniku, żadnego psa, kojota, szakala, żyrafy, pod sklepieniem nie ujrzysz klucza żurawi, pikującego orła. Prawdę mówiąc - nawet chmur tam nie ma. Jest tylko gorące słońce swymi promieniami palące i niszczące znajdujący się pod nim grunt i każde małe ziarenko, źdźbło trawy odznaczające się najniklejszą wolą życia. Wielkie i nieskończone nic. Nic, przez duże "N".
I gdy tak wytężasz wzrok, by jednak mój nikomu niepotrzebny opis tego upiornego krajobrazu okazał się fałszem, nareszcie dostrzegasz coś. A raczej błysk, słońce odbijające się od jakiegoś drobnego elementu wyłamującego się z tej monotonnej kompozycji. Z początku ciężko Ci zdefiniować CO dokładnie widzisz, starasz się patrzeć na tyle długo, by wyróżnić kontury, a na tyle krótko, by oślepiające halo (jednakże ziemskie, a nie kosmiczne) nie zrujnowało stanu siatkówki Twojego oka. Nie wiesz także jakim cudem cokolwiek mogłoby błyszczeć w ten sposób w takim miejscu. Jeśli znajduje się tam od dawna, najpewniej powinno być przykryte kurzem, ewentualnie mocno nim przysypane i zabrudzone. Odpuszczę sobie gadkę o nadziei i Lynchowskim świetle jako symbolu dobra - po prostu stoisz tam, w tym jednym miejscu i namacalnie, czyli zmysłami, odbierasz ten jeden element krajobrazu. Widzisz go.
Po jakimś czasie blask słabnie. Uświadamiasz sobie, że marnujesz czas na takie bzdury, ba marnujesz go tyle, iż słońce zmienia swą pozycję na nieboskłonie. Zbliża się wieczór i nareszcie (gdyż wciąż jest wystarczająco jasno) masz okazję przyjrzeć się intrygującemu zjawisku dokładniej. Dziwisz się, bo owym oślepiającym wcześniej przedmiotem jest... właz. Znasz tę konstrukcję. Kojarzysz ten układ wrót, charakterystyczną konsolę przy wejściu, od dawna nieużywaną. To krypta, taka, jakie kiedyś budowano, gdy to wszystko się zaczęło. Ten cały bajzel, dzięki któremu masz teraz "przyjemność" oglądać pustynię, na której właśnie stoisz.
Twoją kontemplację reliktu przeszłości przerywa przeciągły syk. Ale nie gadzi syk. SYK. Który niemal rozsadza Ci czaszkę, nawet z tak wielkiej odległości. Bo doskonale wiesz skąd dobiega. Ponownie zawieszasz wzrok na metalicznym monolicie (jakbyś tylko to robił/a cały dzień). I widzisz, nareszcie coś zaczyna się dziać. Coś, co nie daje złudzeń i jest rzeczywiste i jednoznaczne. Nie musisz już zamęczać swego umysłu domniemaniami. Po prostu patrzysz jak dzieje się coś wyjątkowego.
Niedługo potem syk zostaje zastąpiony przez łomot, jakby wyginano ogromną tytanową płytę. A może właśnie to robią? Widzisz, że wrota krypty delikatnie (idealne słowo na czynność zardzewiałej kupy złomu) cofają się do środka kompleksu, a następnie staczają się na bok dając drogę ucieczki... czemuś? Komuś?
W kłębach pary rysuje się jakaś postać. Ma ręce i nogi na swoim miejscu. Ma tylko jedną głowę, co jest dla Ciebie szokiem. Przez krótki moment istnieje w twej wyobraźni myśl, że to może być człowiek. To jest człowiek, to pewne. Czujesz to w głębi. Widzisz odzianego w krypciane łachmany człowieczka, który zakrywa usta dłonią. Najpewniej chroni je przed dostaniem się do środka pyłu. Nikt tego nie lubi. Słyszysz kaszel - to normalne. Po kaszlu następuje wykrzyczane pytanie: "Jest tu kto?!".
ALEŻ JESTEM AMBITNY. Tak, to miała być metafora powrotu do pisania blożka. Tak, UWIELBIAM Fallouta. Tak, mam przerost ambicji. Tak, uwielbiam metafory. Tak, mam nowe tematy na bloga. W skrócie: "Żyj pączku, krocz". Widzimy się (czytamy..?) w kolejnym poście!
sobota, 13 grudnia 2014
Spamalot, czyli Monty Python i Święty Graal w wydaniu teatralnym
Jestem ogromnym fanem Monty Pythona. Serio. Ministerstwo Głupich Kroków albo Hiszpańska inkwizycja bawią mnie sto razy bardziej niż wszystkie współczesne polskie komedie razem wzięte. Dla tych, którzy jakimś cudem nie znają tej legendy komizmu - Monty Python to grupa brytyjskich (co niesamowicie istotne, będące też przy okazji punktem wyjścia wielu skeczy) komików/aktorów, którym poświęcony był serial zatytułowany pomysłowo Latającym Cyrkiem Monty Pythona. Ci goście wylansowali całą kupę skeczy i filmów, których gagi/teksty zapisały się na dobre w popkulturze. Jednym z takich filmów był Monty Python i Święty Graal, i to właśnie na jego opisie (choć nie w kinowej formie) chciałbym się tutaj skupić. Mowa tu raczej o jego teatralnej aranżacji, którą miałem przyjemność obejrzeć wczorajszego wieczoru w Teatrze Muzycznym w Gdyni.
Na początku - jak zwykle - obawiałem się. W zasadzie, miałbym ogromny problem z przetrawieniem zrujnowania tak genialnego obrazu, jakim był pierwowzór. To jest jak z wieloma innymi filmami, za których rimejki się zabierano, jednak płodzono wielką i śmierdzącą kupę...błota. Tutaj stawka była jakby większa, gdyż reżyser nie miał wyboru, jak tylko w jakiś magiczny i wyjątkowy sposób przełożyć wyjątkowość tego angolskiego, z lekka flegmatycznego humoru na język polski i polskie realia, a żeby przy tym nie wyszło to naciąganie. I cóż, w takiej obawie siedziałem przez dłuższe... parę sekund. Bo po paru minutach od rozpoczęcia spektaklu (stawiam, że było ich może z pięć) dotarło do mnie, że śmiechu będzie co niemiara, a klimat oryginału będzie tak gęsty, że aż możliwy do pokrojenia nożem.
Poważnie, w życiu nie spodziewałbym się tak wiernego odwzorowania takiego filmu, i to przy warunkach dość okrojonych (oczywiście - w porównaniu do swojego kinowego bliźniaka) - tak więc pojawił się Bóg, będący przewodnikiem Artura i reszty ekipy; pojawili się Rycerze Mówiący NI!, czarny rycerz, drewniany królik, zabójczy królik, a także Święty Granat Ręczny z Antiochii, który wystąpił chyba w najzabawniejszej scenie całego spektaklu. Reżyser dodał także wiele od siebie, przy czym wiele z tych dowcipów dotyczyło życia w Polsce, jakby wyrównując dozę hejtu na Anglików i Polaków. Czasami nudziły mnie utwory i postać Pani Jeziora, jednak w skali całej sztuki - był to dość nieznaczny element. Szczególnie urzekła mnie gejowska propaganda oraz starcie z Francuzami (którym też się dostało), którzy zabarykadowali się w zamku, a Artura i jego kumpli nękali jedynie, ekhem, gazem bojowym.
Cóż mogę powiedzieć? O tym, że gdyński Teatr Muzyczny stoi dobrymi sztukami, wiadomo powszechnie każdemu, kto doń uczęszcza. Większą sztuką (ha, ha) jest odwzorowanie legendy kinematografii, będącej w zasadzie parodią samą w sobie, wysublimowaną humorystycznie w inteligentny sposób. Maciej Korwin (reżyser) dokonał "niemożliwego" przekładając film na deski teatru w sposób bezbłędny.
| Plakat filmu. Zdjęć nie będzie *smutna buzia* |
Poważnie, w życiu nie spodziewałbym się tak wiernego odwzorowania takiego filmu, i to przy warunkach dość okrojonych (oczywiście - w porównaniu do swojego kinowego bliźniaka) - tak więc pojawił się Bóg, będący przewodnikiem Artura i reszty ekipy; pojawili się Rycerze Mówiący NI!, czarny rycerz, drewniany królik, zabójczy królik, a także Święty Granat Ręczny z Antiochii, który wystąpił chyba w najzabawniejszej scenie całego spektaklu. Reżyser dodał także wiele od siebie, przy czym wiele z tych dowcipów dotyczyło życia w Polsce, jakby wyrównując dozę hejtu na Anglików i Polaków. Czasami nudziły mnie utwory i postać Pani Jeziora, jednak w skali całej sztuki - był to dość nieznaczny element. Szczególnie urzekła mnie gejowska propaganda oraz starcie z Francuzami (którym też się dostało), którzy zabarykadowali się w zamku, a Artura i jego kumpli nękali jedynie, ekhem, gazem bojowym.
Cóż mogę powiedzieć? O tym, że gdyński Teatr Muzyczny stoi dobrymi sztukami, wiadomo powszechnie każdemu, kto doń uczęszcza. Większą sztuką (ha, ha) jest odwzorowanie legendy kinematografii, będącej w zasadzie parodią samą w sobie, wysublimowaną humorystycznie w inteligentny sposób. Maciej Korwin (reżyser) dokonał "niemożliwego" przekładając film na deski teatru w sposób bezbłędny.
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Space Fest 2014 - relacja
Jedna relacja już pojawiła się na Magnetoffonie, zatem wzorem tej z Soundrive'a, ta będzie raczej okrojona i zaledwie streszczę w niej swoje wrażenia, które rozwlekłem już wcześniej na drugiej stronie. Let's go, shall we?
To był mój pierwszy Space Fest, ale naczytałem się o nim zawczasu całej masy pozytywnych opinii, a do tegorocznej edycji zachęcały:
a) line-up, który był POTĘŻNY i kozacki. Serio, The KVB, The Oscillation, Tales of Murder and Dust - jak na dwa dni, to naprawdę parę zespołów, których już wcześniej słuchałem i lubiłem je;
b) lokalizacja klubu - Gdańsk, a zatem krótka przejażdżka busem i kolejką.
Czego chcieć więcej? Już mniej więcej od połowy roku (czy coś koło tego, mam problemy z określaniem czasu) nosiłem się z zamiarem wzięcia udziału w SF - ostatecznie oczywiście się to udało, więc właśnie o tym chciałbym trochę się rozpisać.
Dzień 1.
Dzień pierwszy, czyli swoiste wybadanie terenu i pierwszy rzut zespołów i muzyków różnorakich - niestety, przez dwa dni zawitałem tylko pod sceną główną, ponieważ wydarzenia na mniejszej nie do końca mnie jarały. Wracając - klub okazał się jakby większy wewnątrz (a' la Tardis), a zarazem całkiem przytulny i kameralny. Wszystko było elegancko osadzone w odpowiednim miejscu, scena główna była całkiem spora, wszystko można było oglądać również z wyższych pięter, natomiast mniejsza scena była połączona z kawiarenką/barem. Miło i sensownie. Ale najważniejsza była muzyka, a zatem:
2kilos &More + Black Sifichi
Niespecjalnie mnie ta eksperymentalna elektronika zajarała, ale Ci goście dali znak, że ten festiwal będzie inny niż każdy inny - ot tak, wymagająca muzyka już na samym początku pierwszego dnia. Doceniłem specyfikę wykonań utworów, wizualizację odgrywaną przed zespołem (a nie za nim, co było dość wyjątkowe), niecodzienne partie wokalne (czyli w zasadzie recytację, bo śpiewu tam nie szło uświadczyć), jednak nie wiem, czy chciałbym się w to dalej zagłębiać.
The Oscillation
Tu już było grubo, bo na koncert The Oscillation naprawdę czekałem - i, co cudowne i najbardziej satysfakcjonujące, był dokładnie takim, jakim go sobie imaginowałem w najskrytszych meandrach umysłu! Było kosmicznie, magicznie, wielowymiarowo i psychodelicznie do ostatnich granic narkotycznych tripów - zaczęli z grubej rurki - No Place to Go. To tak, jakby na koncercie Sterowce zaczęły od Stairway to Heaven. Wyobraźcie to sobie, ludzie. Na koniec udało mi się wyhaczyć setlistę i podpis Demiana Castellanosa - hipstersko-shoegaze'owego frontmana bandu - zdjęcie powinno być gdzieś na samym dole.
Silver Apples
Ten dziadek i jego elektroniczny osprzęt wyprali mi mózg i wykręcili mój światopogląd na lewą stronę - kto by pomyślał, że koleś w tym wieku może robić TE rzeczy z syntezatorami, których obsługa zapewne nie należy do najprostszych?! Wciąż twierdzę, że to tak, jakby Aphex Twin tworzył w latach 60' - i w zasadzie brzmiało to bardzo podobnie, jednak AT nie ma w sobie tej surowości, która cechowała proto-elektronikę, i której tworzenie było utrudnione ograniczonymi środkami. Jak szanowny Simeon Coxe III to wymyślił - zachodzę w głowę do teraz. Istotne jednak, że spełniło to swoje zadanie i porwało ludzi do zabawy. Niektórzy bawili się aż za bardzo. Tak, hałaśliwi ludzie. Mówię o was.
Death Hawks
Tu już trochę przysypiałem, bo było późno i w ogóle, ale coś tam wyniosłem z tego występu. Przede wszystkim skojarzyłem frontmana z Jamesem Bagshawem z Temples. Ale tak naprawdę tylko fryzury mieli podobne. A muzyka obu zespołów niby jakoś była ze sobą związana (czynnik psychodeliczny), aczkolwiek Death Hawks stawiało na raczej bluesowo-akustyczny aspekt, który średnio mi się podobał. Owszem, było żwawo i niebanalnie, ale to jakby nie są moje klimaty, więc to ten aspekt przeważył na miernej ocenie występu.
Dzień 2.
Tutaj jak ostatnio - bardzo błogo, lub średniawo.
Tales of Murder and Dust
Strasznie spodobało mi się napięcie, które zdołali zbudować Ci Duńczycy - za pośrednictwem swych utworów w istocie potrafili opowiedzieć historie o "Mordzie i Pyle". Rola basu i przesterowanej gitary przywiodła mi na myśl Sigur Rós, które na Kveikur z 2013 korzystało głównie z tych czynników w warstwie melodycznej - w sensie, miały tam one największe znaczenie. Tak, ToMaD dużo bardziej spodobał mi się na żywo. Widocznie głośniki/słuchawki przekazują hałas tylko do pewnego pułapu.
The Enters
To było całkiem zaskakujące, bowiem Entersi wcale nie wyglądali na szugejzerów. Ot, tacy trzej goście, co to na pewnym etapie życia postanowili sobie połoić na wiosłach/garach - typowa historia. Jak się okazuje, szugejzowali na światowym poziomie (a byli Polakami) - jeden z ich utworów tak bardzo skojarzył mi się z Glass In My Mouth od Highspire, że aż naprawdę zacząłem obawiać się plagiatu. A jeśli jednak nie inspirowali się tym ani trochę, to cóż - szugejz zdaje się kończyć, za dużo podobieństw *chlip*
Pure Phase Ensemble & Mark Gardener
Tutaj to już w ogóle nie wiedziałem czego się spodziewać - a było, cóż, całkiem znośnie. PPE to warsztaty organizowane dla muzyków-amatorów na każdej edycji Space Festa - czwarte wydanie tych warsztatów było prowadzone przez członka legendarnego Ride'u - Marka Gardenera. W całości wypadło zgranie i całkiem Ride'owo (o dziwo), jednak nie było aż tak intensywnie. Być może zbyt wiele oczekiwałem porównując ze sobą te dwa zespoły, jednak nie był to mój ulubiony koncert festiwalu. Przynajmniej Gardener wspomniał o możliwości występu Ride'u w Katowicach, co jest niebywale kuszącą wizją.
The KVB
Tym koncertem baaardzo się jarałem. Ba, jarałem się bardzo-bardzo. Ale Oriana jarała się najbardziej, bo The KVB należy do jej ulubionych zespołów - wyobraźcie sobie tę manię, która po części i na mnie się przełożyła. Jakiś tam strach był, no bo często wielkie oczekiwania wiążą się z wielkim zawodem, tutaj jednak brytyjski duet dał czadu i spisał się na medal, nie robiąc przy tym quasi-energetycznej rozróby pokroju tej na The Oscillation. Dźwięki były idealnie zgrane, idealnie oprawione efektami, Kat czarowała nogami, Klaus fryzurką i szugejzowym obyciem - było perfekcyjnie, zdecydowanie jeden z występów festiwalu. A po występie udało nam się zagadać do nich i zrobić sobie z nimi zdjęcie, a nawet zdobyć podpisy na bilecie Oriany.
Po tych dwóch dniach zdążyła mnie oczywiście dopaść depresja pokoncertowa, jednak już nawet mi przeszła i stwierdzam, że z całą pewnością wezmę udział w kolejnej edycji Space Festa, bo warto - ot tak, nie owijając w bawełnę. Focie standardowo poniżej.
To był mój pierwszy Space Fest, ale naczytałem się o nim zawczasu całej masy pozytywnych opinii, a do tegorocznej edycji zachęcały:
a) line-up, który był POTĘŻNY i kozacki. Serio, The KVB, The Oscillation, Tales of Murder and Dust - jak na dwa dni, to naprawdę parę zespołów, których już wcześniej słuchałem i lubiłem je;
b) lokalizacja klubu - Gdańsk, a zatem krótka przejażdżka busem i kolejką.
Czego chcieć więcej? Już mniej więcej od połowy roku (czy coś koło tego, mam problemy z określaniem czasu) nosiłem się z zamiarem wzięcia udziału w SF - ostatecznie oczywiście się to udało, więc właśnie o tym chciałbym trochę się rozpisać.
Dzień 1.
Dzień pierwszy, czyli swoiste wybadanie terenu i pierwszy rzut zespołów i muzyków różnorakich - niestety, przez dwa dni zawitałem tylko pod sceną główną, ponieważ wydarzenia na mniejszej nie do końca mnie jarały. Wracając - klub okazał się jakby większy wewnątrz (a' la Tardis), a zarazem całkiem przytulny i kameralny. Wszystko było elegancko osadzone w odpowiednim miejscu, scena główna była całkiem spora, wszystko można było oglądać również z wyższych pięter, natomiast mniejsza scena była połączona z kawiarenką/barem. Miło i sensownie. Ale najważniejsza była muzyka, a zatem:
2kilos &More + Black Sifichi
Niespecjalnie mnie ta eksperymentalna elektronika zajarała, ale Ci goście dali znak, że ten festiwal będzie inny niż każdy inny - ot tak, wymagająca muzyka już na samym początku pierwszego dnia. Doceniłem specyfikę wykonań utworów, wizualizację odgrywaną przed zespołem (a nie za nim, co było dość wyjątkowe), niecodzienne partie wokalne (czyli w zasadzie recytację, bo śpiewu tam nie szło uświadczyć), jednak nie wiem, czy chciałbym się w to dalej zagłębiać.
The Oscillation
Tu już było grubo, bo na koncert The Oscillation naprawdę czekałem - i, co cudowne i najbardziej satysfakcjonujące, był dokładnie takim, jakim go sobie imaginowałem w najskrytszych meandrach umysłu! Było kosmicznie, magicznie, wielowymiarowo i psychodelicznie do ostatnich granic narkotycznych tripów - zaczęli z grubej rurki - No Place to Go. To tak, jakby na koncercie Sterowce zaczęły od Stairway to Heaven. Wyobraźcie to sobie, ludzie. Na koniec udało mi się wyhaczyć setlistę i podpis Demiana Castellanosa - hipstersko-shoegaze'owego frontmana bandu - zdjęcie powinno być gdzieś na samym dole.
Silver Apples
Ten dziadek i jego elektroniczny osprzęt wyprali mi mózg i wykręcili mój światopogląd na lewą stronę - kto by pomyślał, że koleś w tym wieku może robić TE rzeczy z syntezatorami, których obsługa zapewne nie należy do najprostszych?! Wciąż twierdzę, że to tak, jakby Aphex Twin tworzył w latach 60' - i w zasadzie brzmiało to bardzo podobnie, jednak AT nie ma w sobie tej surowości, która cechowała proto-elektronikę, i której tworzenie było utrudnione ograniczonymi środkami. Jak szanowny Simeon Coxe III to wymyślił - zachodzę w głowę do teraz. Istotne jednak, że spełniło to swoje zadanie i porwało ludzi do zabawy. Niektórzy bawili się aż za bardzo. Tak, hałaśliwi ludzie. Mówię o was.
Death Hawks
Tu już trochę przysypiałem, bo było późno i w ogóle, ale coś tam wyniosłem z tego występu. Przede wszystkim skojarzyłem frontmana z Jamesem Bagshawem z Temples. Ale tak naprawdę tylko fryzury mieli podobne. A muzyka obu zespołów niby jakoś była ze sobą związana (czynnik psychodeliczny), aczkolwiek Death Hawks stawiało na raczej bluesowo-akustyczny aspekt, który średnio mi się podobał. Owszem, było żwawo i niebanalnie, ale to jakby nie są moje klimaty, więc to ten aspekt przeważył na miernej ocenie występu.
Dzień 2.
Tutaj jak ostatnio - bardzo błogo, lub średniawo.
Tales of Murder and Dust
Strasznie spodobało mi się napięcie, które zdołali zbudować Ci Duńczycy - za pośrednictwem swych utworów w istocie potrafili opowiedzieć historie o "Mordzie i Pyle". Rola basu i przesterowanej gitary przywiodła mi na myśl Sigur Rós, które na Kveikur z 2013 korzystało głównie z tych czynników w warstwie melodycznej - w sensie, miały tam one największe znaczenie. Tak, ToMaD dużo bardziej spodobał mi się na żywo. Widocznie głośniki/słuchawki przekazują hałas tylko do pewnego pułapu.
The Enters
To było całkiem zaskakujące, bowiem Entersi wcale nie wyglądali na szugejzerów. Ot, tacy trzej goście, co to na pewnym etapie życia postanowili sobie połoić na wiosłach/garach - typowa historia. Jak się okazuje, szugejzowali na światowym poziomie (a byli Polakami) - jeden z ich utworów tak bardzo skojarzył mi się z Glass In My Mouth od Highspire, że aż naprawdę zacząłem obawiać się plagiatu. A jeśli jednak nie inspirowali się tym ani trochę, to cóż - szugejz zdaje się kończyć, za dużo podobieństw *chlip*
Pure Phase Ensemble & Mark Gardener
Tutaj to już w ogóle nie wiedziałem czego się spodziewać - a było, cóż, całkiem znośnie. PPE to warsztaty organizowane dla muzyków-amatorów na każdej edycji Space Festa - czwarte wydanie tych warsztatów było prowadzone przez członka legendarnego Ride'u - Marka Gardenera. W całości wypadło zgranie i całkiem Ride'owo (o dziwo), jednak nie było aż tak intensywnie. Być może zbyt wiele oczekiwałem porównując ze sobą te dwa zespoły, jednak nie był to mój ulubiony koncert festiwalu. Przynajmniej Gardener wspomniał o możliwości występu Ride'u w Katowicach, co jest niebywale kuszącą wizją.
The KVB
Tym koncertem baaardzo się jarałem. Ba, jarałem się bardzo-bardzo. Ale Oriana jarała się najbardziej, bo The KVB należy do jej ulubionych zespołów - wyobraźcie sobie tę manię, która po części i na mnie się przełożyła. Jakiś tam strach był, no bo często wielkie oczekiwania wiążą się z wielkim zawodem, tutaj jednak brytyjski duet dał czadu i spisał się na medal, nie robiąc przy tym quasi-energetycznej rozróby pokroju tej na The Oscillation. Dźwięki były idealnie zgrane, idealnie oprawione efektami, Kat czarowała nogami, Klaus fryzurką i szugejzowym obyciem - było perfekcyjnie, zdecydowanie jeden z występów festiwalu. A po występie udało nam się zagadać do nich i zrobić sobie z nimi zdjęcie, a nawet zdobyć podpisy na bilecie Oriany.
Po tych dwóch dniach zdążyła mnie oczywiście dopaść depresja pokoncertowa, jednak już nawet mi przeszła i stwierdzam, że z całą pewnością wezmę udział w kolejnej edycji Space Festa, bo warto - ot tak, nie owijając w bawełnę. Focie standardowo poniżej.
środa, 3 grudnia 2014
Koncert Swans - relacja [02.12.2014, Gdańsk - B90]
Wiedziałem, że koncert Swans będzie jednym z najważniejszych w moim życiu jeszcze na długo przed rzeczywistym wydarzeniem. Nawet jeśli na żywo nie daliby rady, i tak mieliby zapewnione specjalne miejsce w moich wspomnieniach - coś w stylu koncertowej nagrody pocieszenia, albo zdobycia osobnej nagrody w oddzielnej kategorii. Ich występ w Gdańsku był dla mnie utopijną wizją od czasów Unsounda - no bo Kraków daleko, a w sumie w Trójmieście już mieli występować w 2011, już witali się z gąską, a jednak koncert został odwołany. Od czasów zakochania się w twórczości tej nowojorskiej formacji wyczekiwałem tego zaiste poruszającego momentu pojawienia się nazwy zespołu na stronie jakiegoś trójmiejskiego klubu, z dopiskiem - 2014. I nadszedł ten dzień - 02.12.2014 w gdańskim B90. Oczekiwanie uśmiercało mnie po trochu, jednak trwałem niczym asceta ze stali. Zrodziło się też wiele obaw - czy to nie będzie tylko bezkształtną kupą hałasu? No bo ich muzyka jest specyficzna, więc na żywo, bez całej tej obróbki to na pewno będzie inaczej brzmiało, być może gorzej. Zawsze też podśmiewałem się z ludzi, którzy pisali o występach Swans na żywo, jako o mrocznych rytuałach pod wodzą duchowego guru - Michaela Giry, mózgu i założyciela zespołu - że to wpadają w transy, że to nie jest zwykły koncert, tylko dogłębnie emocjonalne przeżycie pełne niejasności i chaosu.
Cóż - zmieniłem zdanie. I zdecydowanie nie mówię tego tylko po to, by stać się "typowym fanem Swans", który jest taki sam jak każdy inny. O nie, nie, nie. Prawdę mówiąc, nienawidzę przyznawać komuś racji i zmieniać swojego dotychczasowego nastawienia. Tutaj jednak przyszło mi to bez bólu, bowiem nagrodą było coś... coś niesamowitego. Ale od początku.
Tego wieczoru darowaliśmy sobie z Orianą (bo to właśnie z nią byłem na tym koncercie) support, no bo w perspektywie 2,5-godzinnego grania Łabędzi, support całkowicie nikł w oczach - poza tym, postawiliśmy na oszczędność energii i chcieliśmy zobaczyć jedynie główną atrakcję wieczoru. Moment oczekiwania pod sceną na wyjście zespołu z każdą sekundą pogłębiał moje obawy. Bałem się, że jeden z moich ulubionych zespołów, na żywo okaże się klapą niewartą grosza. "Ale zaraz, przecież to Gira, spłodził Filth i To Be Kind, czemu na żywo miałby być gorszy?" - mówiłem sam do siebie. I zaczęło się, i to dokładnie w sposób, jakiego oczekiwałem. Pierwszy na scenie stanął (albo raczej - usiadł) Thor Harris, wiking zabawiający się na ogół perkusją, tym razem jednak zaczął z dzwoneczkami/innymi metalicznymi rzeczami, które budowały nastrojowe intro. Niedługo potem dołączył do niego Christoph Hahn, zajmujący się elektronicznym aspektem występu. Następnie na scenie pojawiła się cała reszta - wybuchła drone'owa bomba - The Apostate. Dość spokojny początek, nijak mający się do masakry następującej później. Tu jednak wybitnie odznaczał się każdy pojedynczy dźwięk - było przerażająco, mozolnie, gęsto i drapieżnie. Pewność co do prawdziwości Apostaty jest w moim przypadku raczej nikła - jedynie drone'owy wstęp pokrywał się ze studyjną wersją utworu, później zalatywało mi to raczej żwawą improwizacją/nowym utworem.
Pojawiło się także Frankie M, które niczym Oxygen czy A Little God In My Hands, znacznie wyprzedzało album, na którym miało się znaleźć - można przypuszczać, że w wersji studyjnej utwór będzie można usłyszeć za rok, dwa. Co do samego utworu - niesamowicie poruszyła mnie zmienność akordów i rytmiki, początkowo bardzo Swansowo-spokojna ballada przerodziła się w istny chaos wraz z wejściem bębnów. Stylistycznie nawet kojarzyło mi się nieco z zawartością To Be Kind, jednak prawdziwy mistrz nie zdradza swych sztuczek tak od razu - trzeba poczekać do kolejnego albumu.
Łabędzie zagrały także mój ulubiony utwór z repertuaru grupy - wyżej wymienione A Little God In My Hands - cała funkowość i narwane slajdy trwające niemalże w nieskończoność idealnie oddawały powszechnie wiadomą "tyranię" dziadka Giry, bowiem doskonale utrzymywał całość w ryzach, był najjaśniejszym punktem sceny, aczkolwiek wizualnie właściwie nie ma czego podziwiać - zdecydowanie wolałem zamykać oczy i zanurzać się w otaczającą mnie falę kontrastowych dźwięków i vibe'ów - do tego też zachęcał sam zespół. Nie tylko w trakcie tego utworu, ale i każdego innego, muzycy zbijali się w jedną, tętniącą życiem i energią kupkę, która wylewała z siebie siódme poty, budując ten niepowtarzalny nastrój.
Nie obeszło się bez Just a Little Boy, które ostatnio regularnie gości na setlistach Swans. Powolne, pozornie jednostajne crescendo prowadziło (jak w studiu) do wybuchu instrumentalnego bogatego w onomatopeje wielmożnego mistrza Giry - tutaj jednak wyraźnie słychać było wzmacniacze na granicy swej wytrzymałości, właściwie o krok od miniaturowej eksplozji, która jedynie uświetniłaby całość, dodałaby jej charakteru, którego zdecydowanie i tak nie brakowało.
Bring The Sun wymiotło wszystko i wszystkich, nie pozostawiło także wątpliwości co do kunsztu muzycznego grupy. Charakterystyczny migotliwy wstęp dał jedynie iluzję następującego potem wybuchu, słuchacze zostali potrzymani w niepewności jeszcze przez parę długich minut, nim w ekstazie mogli oddać się repetatywnemu miotaniu głową na planie góra-dół, całość, niczym na offowym koncercie Bo Ningen, została rozciągnięta, każdy fragment został powielony, co (przynajmniej dla mnie) nie było odczuwalne w żaden sposób. Zostałem wciągnięty w to wszystko, byłem tego częścią, byłem przesiąknięty hałasem i rytmem. Bring The Sun przerodziło się w kolejny utwór - Black Hole Man, czyli kolejna hitowa nowinka w repertuarze zespołu. Jakby mało było słuchaczom iście rockowej strony zespołu, BHM na zakończenie wyprało im mózgi i wykręciło ich na lewą stronę - utwór o dość post-punkowym aromacie nie wypuścił nas ze swych złowieszczych szponów, kontynuując misterne założenie Bring The Sun. Kawałek był przerywany dwa razy, przez jakiegoś idiotę, który nie do końca zdawał sobie sprawę z koncertu, na jakim się znajdował. Po pierwsze - muzyka Swans nie nadaje się do pogo. Do samoistnego kołysania się w transie - owszem. Po drugie - nie, Gira nie chce z Tobą przybijać piątek w trakcie GRY NA GITARZE. Otrząśnij się gościu. I tak, oto koniec. Po dwóch i pół godzinie tej ekstatycznej udręki dla mięśni i umysłu mogliśmy ponownie pogrążyć się w smutnej materii naszych ciał, tak obolałych po tym niedającym wytchnienia artystycznym "czymś", bo koncertem zdecydowanie nie było.
Oczywiście, w międzyczasie pojawiły się z dwa spokojniejsze utwory, które jednak zlały mi się w jedność w wyniku dość dużego podobieństwa do siebie - zdecydowanie bardziej wyróżniały się te intensywniejsze, bardziej swansowe utwory. Takie, w których zespół sprawdza się najlepiej.
Przed opuszczeniem klubu można było jeszcze zagadać z Girą, który dumnie trwał przy merchu podpisując płyty, plakaty, i inne bajery (nam podpisał bilety) - w dodatku, udało mi się wyrazić moje pozytywne wrażenia i pogratulować mu, co przypieczętowaliśmy uściśnięciem dłoni (której już nigdy nie umyję).
Swans na występach jest molochem, wielką konstrukcją chaosu niemożliwą do ogarnięcia dla zwykłego śmiertelnika. I mnie zdarza się nudzić na koncertach trzy razy krótszych niż wczorajszy, jednak tamte 2,5 godziny minęły mi w jednym momencie. Nie wiem jak to się stało, chyba na dość spory moment zatraciłem się we własnej wyobraźni, której akompaniowały te cudowne (ale nie tak cudowne jak kucyki, to jest raczej specyficzna, ta mniej optymistyczna cudowność) dźwięki, tak oryginalne i niemożliwe do podrobienia. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy tak bardzo nie zaangażowałem się w koncert i nie bez powodu przyszło mi to tak łatwo - 2,5 godziny to dużo czasu na zaprzyjaźnienie się z klimatem.
Tak, to był (póki co) najbardziej intensywny, najlepszy (pokuszę się o to słowo, choć nie cierpię używać go w jakimkolwiek kontekście) występ zespołu na żywo, jaki kiedykolwiek widziałem. I chciałbym też podziękować Orianie, że pokazała mi Łabędzie (choć to na pewno ja jestem większym maniakiem), bo inaczej tylko bym się wynudził. Bum. Już po wszystkim. Nie wierzę w to. Depresja pokoncertowa jednak jest rzeczywistą dolegliwością.
Cóż - zmieniłem zdanie. I zdecydowanie nie mówię tego tylko po to, by stać się "typowym fanem Swans", który jest taki sam jak każdy inny. O nie, nie, nie. Prawdę mówiąc, nienawidzę przyznawać komuś racji i zmieniać swojego dotychczasowego nastawienia. Tutaj jednak przyszło mi to bez bólu, bowiem nagrodą było coś... coś niesamowitego. Ale od początku.
Tego wieczoru darowaliśmy sobie z Orianą (bo to właśnie z nią byłem na tym koncercie) support, no bo w perspektywie 2,5-godzinnego grania Łabędzi, support całkowicie nikł w oczach - poza tym, postawiliśmy na oszczędność energii i chcieliśmy zobaczyć jedynie główną atrakcję wieczoru. Moment oczekiwania pod sceną na wyjście zespołu z każdą sekundą pogłębiał moje obawy. Bałem się, że jeden z moich ulubionych zespołów, na żywo okaże się klapą niewartą grosza. "Ale zaraz, przecież to Gira, spłodził Filth i To Be Kind, czemu na żywo miałby być gorszy?" - mówiłem sam do siebie. I zaczęło się, i to dokładnie w sposób, jakiego oczekiwałem. Pierwszy na scenie stanął (albo raczej - usiadł) Thor Harris, wiking zabawiający się na ogół perkusją, tym razem jednak zaczął z dzwoneczkami/innymi metalicznymi rzeczami, które budowały nastrojowe intro. Niedługo potem dołączył do niego Christoph Hahn, zajmujący się elektronicznym aspektem występu. Następnie na scenie pojawiła się cała reszta - wybuchła drone'owa bomba - The Apostate. Dość spokojny początek, nijak mający się do masakry następującej później. Tu jednak wybitnie odznaczał się każdy pojedynczy dźwięk - było przerażająco, mozolnie, gęsto i drapieżnie. Pewność co do prawdziwości Apostaty jest w moim przypadku raczej nikła - jedynie drone'owy wstęp pokrywał się ze studyjną wersją utworu, później zalatywało mi to raczej żwawą improwizacją/nowym utworem.
Pojawiło się także Frankie M, które niczym Oxygen czy A Little God In My Hands, znacznie wyprzedzało album, na którym miało się znaleźć - można przypuszczać, że w wersji studyjnej utwór będzie można usłyszeć za rok, dwa. Co do samego utworu - niesamowicie poruszyła mnie zmienność akordów i rytmiki, początkowo bardzo Swansowo-spokojna ballada przerodziła się w istny chaos wraz z wejściem bębnów. Stylistycznie nawet kojarzyło mi się nieco z zawartością To Be Kind, jednak prawdziwy mistrz nie zdradza swych sztuczek tak od razu - trzeba poczekać do kolejnego albumu.
Łabędzie zagrały także mój ulubiony utwór z repertuaru grupy - wyżej wymienione A Little God In My Hands - cała funkowość i narwane slajdy trwające niemalże w nieskończoność idealnie oddawały powszechnie wiadomą "tyranię" dziadka Giry, bowiem doskonale utrzymywał całość w ryzach, był najjaśniejszym punktem sceny, aczkolwiek wizualnie właściwie nie ma czego podziwiać - zdecydowanie wolałem zamykać oczy i zanurzać się w otaczającą mnie falę kontrastowych dźwięków i vibe'ów - do tego też zachęcał sam zespół. Nie tylko w trakcie tego utworu, ale i każdego innego, muzycy zbijali się w jedną, tętniącą życiem i energią kupkę, która wylewała z siebie siódme poty, budując ten niepowtarzalny nastrój.
Nie obeszło się bez Just a Little Boy, które ostatnio regularnie gości na setlistach Swans. Powolne, pozornie jednostajne crescendo prowadziło (jak w studiu) do wybuchu instrumentalnego bogatego w onomatopeje wielmożnego mistrza Giry - tutaj jednak wyraźnie słychać było wzmacniacze na granicy swej wytrzymałości, właściwie o krok od miniaturowej eksplozji, która jedynie uświetniłaby całość, dodałaby jej charakteru, którego zdecydowanie i tak nie brakowało.
Bring The Sun wymiotło wszystko i wszystkich, nie pozostawiło także wątpliwości co do kunsztu muzycznego grupy. Charakterystyczny migotliwy wstęp dał jedynie iluzję następującego potem wybuchu, słuchacze zostali potrzymani w niepewności jeszcze przez parę długich minut, nim w ekstazie mogli oddać się repetatywnemu miotaniu głową na planie góra-dół, całość, niczym na offowym koncercie Bo Ningen, została rozciągnięta, każdy fragment został powielony, co (przynajmniej dla mnie) nie było odczuwalne w żaden sposób. Zostałem wciągnięty w to wszystko, byłem tego częścią, byłem przesiąknięty hałasem i rytmem. Bring The Sun przerodziło się w kolejny utwór - Black Hole Man, czyli kolejna hitowa nowinka w repertuarze zespołu. Jakby mało było słuchaczom iście rockowej strony zespołu, BHM na zakończenie wyprało im mózgi i wykręciło ich na lewą stronę - utwór o dość post-punkowym aromacie nie wypuścił nas ze swych złowieszczych szponów, kontynuując misterne założenie Bring The Sun. Kawałek był przerywany dwa razy, przez jakiegoś idiotę, który nie do końca zdawał sobie sprawę z koncertu, na jakim się znajdował. Po pierwsze - muzyka Swans nie nadaje się do pogo. Do samoistnego kołysania się w transie - owszem. Po drugie - nie, Gira nie chce z Tobą przybijać piątek w trakcie GRY NA GITARZE. Otrząśnij się gościu. I tak, oto koniec. Po dwóch i pół godzinie tej ekstatycznej udręki dla mięśni i umysłu mogliśmy ponownie pogrążyć się w smutnej materii naszych ciał, tak obolałych po tym niedającym wytchnienia artystycznym "czymś", bo koncertem zdecydowanie nie było.
Oczywiście, w międzyczasie pojawiły się z dwa spokojniejsze utwory, które jednak zlały mi się w jedność w wyniku dość dużego podobieństwa do siebie - zdecydowanie bardziej wyróżniały się te intensywniejsze, bardziej swansowe utwory. Takie, w których zespół sprawdza się najlepiej.
Przed opuszczeniem klubu można było jeszcze zagadać z Girą, który dumnie trwał przy merchu podpisując płyty, plakaty, i inne bajery (nam podpisał bilety) - w dodatku, udało mi się wyrazić moje pozytywne wrażenia i pogratulować mu, co przypieczętowaliśmy uściśnięciem dłoni (której już nigdy nie umyję).
Swans na występach jest molochem, wielką konstrukcją chaosu niemożliwą do ogarnięcia dla zwykłego śmiertelnika. I mnie zdarza się nudzić na koncertach trzy razy krótszych niż wczorajszy, jednak tamte 2,5 godziny minęły mi w jednym momencie. Nie wiem jak to się stało, chyba na dość spory moment zatraciłem się we własnej wyobraźni, której akompaniowały te cudowne (ale nie tak cudowne jak kucyki, to jest raczej specyficzna, ta mniej optymistyczna cudowność) dźwięki, tak oryginalne i niemożliwe do podrobienia. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy tak bardzo nie zaangażowałem się w koncert i nie bez powodu przyszło mi to tak łatwo - 2,5 godziny to dużo czasu na zaprzyjaźnienie się z klimatem.
Tak, to był (póki co) najbardziej intensywny, najlepszy (pokuszę się o to słowo, choć nie cierpię używać go w jakimkolwiek kontekście) występ zespołu na żywo, jaki kiedykolwiek widziałem. I chciałbym też podziękować Orianie, że pokazała mi Łabędzie (choć to na pewno ja jestem większym maniakiem), bo inaczej tylko bym się wynudził. Bum. Już po wszystkim. Nie wierzę w to. Depresja pokoncertowa jednak jest rzeczywistą dolegliwością.
poniedziałek, 1 grudnia 2014
Czego oczekuję od nowych Gwiezdnych Wojen?
Trailer 7. części Star Wars ujawniony zaledwie parę dni temu wywołał niemałą burzę w internetach. Wiele osób marudziło, że "co to będzie" jeszcze zanim trailer się pojawił, ale po tym to już prawdziwa masakra. Chciałbym pokrótce przeanalizować to, co można z niego właściwie wywnioskować, i jakie są moje obawy/oczekiwania - a jest to wierny temat, bo uniwersum Gwiezdnych Wojen jest w zasadzie jednym z moich ulubionych.
Całe półtorej (!) minuty w zasadzie niewiele wyjaśnia, ale właściwie każde z 7 (!) ujęć wnosi coś ciekawego (a dla internautów - godnego przeróbki). No więc całość otwiera niesamowite ujęcie czarnoskórego szturmowca na pustynnej planecie, którą najpewniej jest Tatooine. Swoją drogą, scena ta na pewno wielu z was przyprawiła o zawał serca i w sumie to była ostatnią rzeczą, której bym oczekiwał po trailerze Star Warsów. Wiele głosów odezwało się, że J. J. Abrams (który sprawuje pieczę nad całością, a któremu też się dostało od fanów jeszcze zanim jakaś zapowiedź filmu się ukazała) za wszelką scenę kierował się poprawnością polityczną, która jest do wyrzygania lansowana w mediach. Jak było naprawdę? Kij wie, ale pojawienie się legendarnej już dla sagi planety wróży całkiem obiecująco.
Chwilę potem - jakiś dziwaczny robocik będący odległą pochodną R2-D2, turla się po pustyni. Skojarzenie z Wall-Em jakoś samo mi się nasunęło, a bajkowość tej sytuacji może wyjaśnić przynależność marki do Disneya. Nie bójcie się, fani, Piraci z Karaibów wyszli z tego samego gniazdka.
Następnie jakieś mroczniejsze klimaty - tym razem grupka szturmowców w dość ciemnej scenerii. Jak wiadomo, akcja filmu będzie toczyła się na wiele lat po upadku Imperium, aczkolwiek jego niedobitki dawały się we znaki Nowej Rebelii jeszcze przez długi czas - zaznajomieni z papierową stroną uniwersum na pewno mają tego świadomość. Ach, no i tutaj można się do czegoś przyczepić (jeśli się chce). Szturmowcy już nie są smutasami, teraz są uśmiechnięci. No, taki design, co poradzić. Dla mnie spoko.
Kolejna jest jakaś laska na pancernym ścigaczu - niby nic, ale znowu Tatooine. Sokole oczy z internetu już dopatrzyły się wpadki, bowiem kształt pojazdu zmienia się w zależności od ujęcia - przyjrzyjcie się sami.
I nareszcie - eskadra X-Wingów - to jest to, na co czekali wszyscy fani ekipy niszczącej Gwiazdę Śmierci. Tutaj mamy okazję zobaczyć te symbole nowoczesnych technologii nisko przelatujące nad jakimś zbiornikiem wodnym. Pierwsza myśl - mniej bagniste Dagobah, w ostateczności Yavin IV, na którym Luke założył swoją akademię Jedi wiele lat po Nowej Nadziei. Mogę się założyć, że żaden z tych typów nie jest trafny.
O, kolejne ujęcie wywołało największy flejm - widzimy sobie jakiegoś mrocznego gościa w czarnej szacie (najpewniej Sitha) włączającego miecz świetlny, którego design jest, cóż... budzi mieszane uczucia. No bo niby przywodzi na myśl klasyczne średniowieczne miecze, ale w zasadzie po co to komu? Brawa dla Abramsa za odwagę, no bo ciężko wprowadzić coś zaskakującego do wyglądu miecza świetlnego, no nie? Ale podwójnej klingi Exara Kuna/Dartha Maula i tak nic nie przebije, przykro mi.
Końcówka to już cud, miód i orzechy. Stary dobry Sokół Millennium, zapewne z Hanem Solo i (miejmy nadzieję, he he) Chewbaccą na pokładzie. Po tej scenie łezka zakręciła się w oku niejednego fana starej trylogii, mnie jednak wciąż nurtuje jedno - czy stary Han Solo będzie takim kozakiem jak młody Han Solo? Miejmy nadzieję!
Jeśli chodzi o moje oczekiwania, to mam nadzieję, że Abrams zrobi swoje jak należy - po prostu. Może manipulować na Starwarsowym trzonie, może zaskoczyć mnie czymś nowym i świeżym, byle bez przesady. Chciałbym poczuć znów klimat poprzednich filmów (najlepiej tę baśniowość starej trylogii), przy jednoczesnym pójściu z duchem czasu. Trzeba przyznać, że gruba sprawa leży w jego rękach i spartolenie jej sprowadzi na niego wieczyste potępienie.
Całe półtorej (!) minuty w zasadzie niewiele wyjaśnia, ale właściwie każde z 7 (!) ujęć wnosi coś ciekawego (a dla internautów - godnego przeróbki). No więc całość otwiera niesamowite ujęcie czarnoskórego szturmowca na pustynnej planecie, którą najpewniej jest Tatooine. Swoją drogą, scena ta na pewno wielu z was przyprawiła o zawał serca i w sumie to była ostatnią rzeczą, której bym oczekiwał po trailerze Star Warsów. Wiele głosów odezwało się, że J. J. Abrams (który sprawuje pieczę nad całością, a któremu też się dostało od fanów jeszcze zanim jakaś zapowiedź filmu się ukazała) za wszelką scenę kierował się poprawnością polityczną, która jest do wyrzygania lansowana w mediach. Jak było naprawdę? Kij wie, ale pojawienie się legendarnej już dla sagi planety wróży całkiem obiecująco.
Chwilę potem - jakiś dziwaczny robocik będący odległą pochodną R2-D2, turla się po pustyni. Skojarzenie z Wall-Em jakoś samo mi się nasunęło, a bajkowość tej sytuacji może wyjaśnić przynależność marki do Disneya. Nie bójcie się, fani, Piraci z Karaibów wyszli z tego samego gniazdka.
Następnie jakieś mroczniejsze klimaty - tym razem grupka szturmowców w dość ciemnej scenerii. Jak wiadomo, akcja filmu będzie toczyła się na wiele lat po upadku Imperium, aczkolwiek jego niedobitki dawały się we znaki Nowej Rebelii jeszcze przez długi czas - zaznajomieni z papierową stroną uniwersum na pewno mają tego świadomość. Ach, no i tutaj można się do czegoś przyczepić (jeśli się chce). Szturmowcy już nie są smutasami, teraz są uśmiechnięci. No, taki design, co poradzić. Dla mnie spoko.
Kolejna jest jakaś laska na pancernym ścigaczu - niby nic, ale znowu Tatooine. Sokole oczy z internetu już dopatrzyły się wpadki, bowiem kształt pojazdu zmienia się w zależności od ujęcia - przyjrzyjcie się sami.
I nareszcie - eskadra X-Wingów - to jest to, na co czekali wszyscy fani ekipy niszczącej Gwiazdę Śmierci. Tutaj mamy okazję zobaczyć te symbole nowoczesnych technologii nisko przelatujące nad jakimś zbiornikiem wodnym. Pierwsza myśl - mniej bagniste Dagobah, w ostateczności Yavin IV, na którym Luke założył swoją akademię Jedi wiele lat po Nowej Nadziei. Mogę się założyć, że żaden z tych typów nie jest trafny.
O, kolejne ujęcie wywołało największy flejm - widzimy sobie jakiegoś mrocznego gościa w czarnej szacie (najpewniej Sitha) włączającego miecz świetlny, którego design jest, cóż... budzi mieszane uczucia. No bo niby przywodzi na myśl klasyczne średniowieczne miecze, ale w zasadzie po co to komu? Brawa dla Abramsa za odwagę, no bo ciężko wprowadzić coś zaskakującego do wyglądu miecza świetlnego, no nie? Ale podwójnej klingi Exara Kuna/Dartha Maula i tak nic nie przebije, przykro mi.
Końcówka to już cud, miód i orzechy. Stary dobry Sokół Millennium, zapewne z Hanem Solo i (miejmy nadzieję, he he) Chewbaccą na pokładzie. Po tej scenie łezka zakręciła się w oku niejednego fana starej trylogii, mnie jednak wciąż nurtuje jedno - czy stary Han Solo będzie takim kozakiem jak młody Han Solo? Miejmy nadzieję!
Jeśli chodzi o moje oczekiwania, to mam nadzieję, że Abrams zrobi swoje jak należy - po prostu. Może manipulować na Starwarsowym trzonie, może zaskoczyć mnie czymś nowym i świeżym, byle bez przesady. Chciałbym poczuć znów klimat poprzednich filmów (najlepiej tę baśniowość starej trylogii), przy jednoczesnym pójściu z duchem czasu. Trzeba przyznać, że gruba sprawa leży w jego rękach i spartolenie jej sprowadzi na niego wieczyste potępienie.
czwartek, 27 listopada 2014
Big Black - Atomizer [Homestead; 1986]
Poszukiwania dźwięku równie surowego, metalicznego i podobnego całej zawartości Filth Łabędzi spełzały dla mnie na niczym przez bardzo długi czas. Ostatecznie, któregoś (przyjmijmy taki obrót spraw, na potrzeby klimatu Atomizera) obrzydliwego jesiennego wieczoru natknąłem się na Big Black. Co więksi znawcy wytkną mi: "o ty, ty matołku, przecież BB to wielka ekipa, która jest legendą, jak mogłeś jej wcześniej nie znać, parszywcu". Moja odpowiedź jest prosta - nigdy wcześniej specjalnie nie zagłębiałem się w bardziej noisowe klimaty - poza wyżej wymienionym Brudem, rzecz jasna.
Wracając jednak do samego Big Black, które jest tematem tego wpisu - przygodę z zespołem zacząłem oczywiście z Atomizerem, który pod względem popularności ustępuje drugiemu albumowi BB - Songs About Fucking. Cóż, właściwie teraz, po styczności z EPkami i drugim LP mogę oficjalnie stwierdzić, że JEST to ich najpełniejsze i najbardziej reprezentacyjne wydawnictwo, choć (co dziwne, przynajmniej dla mnie), to właśnie druga z płyt jest wymieniana jako lepsza. Na początek może o samej grupie, bo na pewno są wśród was osoby, które pierwszy raz słyszą tę nazwę. Big Black to amerykańscy "punkowcy", którzy tworzyli od 1981 do 1987. Punkowców ująłem w cudzysłów, gdyż w praktyce muzyka, którą grali tańczyła na cienkiej granicy post-punku (głównie basem), noise'u, alternatywy, momentami także industrialu.
Ojciec-założyciel BB, Steve Albini, uformował po rozpadzie swojego pierwszego zespołu jeszcze dwie słynne grupy - Shellac i Rapeman, o których muzyce być może też pojawi się wpis - czas pokaże.
Ja jednak zajmę się tym, co widnieje sobie w tytule, bo album ten ostatnio niemiłosiernie zawrócił mi głowie i cóż - chyba trafił na którąś z moich list ulubionych albumów! A to, co będzie wam dane na nim usłyszeć, to harda dawka dzikich, przesterowanych i surowych riffów z lekkim sznytem "killingdżołkowskim" - to właściwie raczej skojarzenie Oriany, ale trzeba przyznać, że odnajduję niemałą konotację między twórczością tych pozornie odległych tematycznie zespołów. Intro, czyli tutaj Jordan, Minnesota, to bardzo basowo-post-punkowa kompozycja z miażdżącą rytmiką. Tematem kawałka jest znęcanie się nad dziećmi - rzecz jasna, na płaszczyźnie seksualnej - wiedzcie, że Big Black byli specjalistami w podejmowaniu odrzucających, niewygodnych tematów. Trzeba przyznać, że warstwa melodyczna podejmuje idealną kooperację z warstwą liryczną.
Następnie czas na Passing Complexion - to, co się dzieje w ciągu zaledwie trzech minut, jest... cóż - kawaii. Przesłodko noisowy, piskliwy riff zagrany jakby w podwójnie przyspieszonym tempie robi ten utwór. Tutaj można odnaleźć wyżej wspomniany "killingdżołkowy" sznyt - na myśli mam głównie rytmikę i ton bębnów, choć w Killing Joke to człowiek odpowiadał za te aspekty - w przypadku BB był to automat. Dla mnie - utwór o oportunizmie - przemijająca cera przedstawia to zjawisko na płaszczyźnie rasowej, a i w czasach nagrywania Atomizera problem był zdecydowanie bardziej nasilony. Kolejny temat tabu, jakby nie było - ostatnio na topie, zwłaszcza kiedy myśli się u usilnym stawianiu czoła poprawności politycznej.
Gdzieś po drodze jest Kerosene, czyli (dla mnie) nie tylko najlepszy utwór albumu, ale i BB w ogóle. Co dziwniejsze, przybiera on zdecydowanie wolniejsze tempo niż pozostałe kawałki zespołu, jest zwyczajnie najmniej punkowy ze wszystkich, a jednak najbardziej pociągający. Wstęp z lekka pokrywa się z głównym motywem Passing Complexion, jednak ma tutaj bardziej hipnotyczny i rozchwiany wymiar. Tutaj silnym jest to charakterystyczne "niestrojenie" gitary, a jednak to wciąż tylko Drop D. Szybko jednak wiosło usuwa się w tło, ustępując tym samym zabójczemu duetowi bas-phaser, budującemu genialną warstwę rytmiczną. Mistyczna gitara powraca wraz z refrenem, co potęguje wrażenie narastające napięcia - kultowe: "Set me on fire, kerosene" to już sztos dla fanów grupy. Kawałek podejmuje niezwykle poważny temat... nudy. Normalnie. Gościu się nudzi, a że w okolicy jest benzyna, to czemu by jej nie wykorzystać. W przeciągu ostatniej minuty utworu następuje genialny "wybuch" instrumentalny, który w niebanalny sposób łączy się z tekstem.
Jest i Bad Houses, któremu Killing Joke już wychodzi bokiem, a jednak ja odnajduję spore ślady tego utworu w dość świeżych dokonaniach The Woken Trees - ma on tak samo melodyjny post-punkowy wydźwięk jak wszystko z jedynego krążka TWT. O sile tego utworu stanowi specyficzna tonacja gitary, o lekko elektronicznym/mechanicznym (?) zabarwieniu. Tego się nie da wyjaśnić, to trzeba usłyszeć. Ponownie BB spisali się na medal z drugim dnem kawałka - na pierwszy rzut ucha, opowiada on o odwiedzinach w domu rozpusty, burdelu, jak zwał, tak zwał. W każdym razie, wizyta ta budzi w podmiocie (w nas samych) odrazę, nie chcemy tego więcej robić, a jednak wracamy tam jeden raz, drugi, i kolejny. Łatwo przełożyć to na każdą inną perwersję, nałóg. Wrażenie całości popiera bardzo poetycki wydźwięk wokalu Albiniego.
Cała płyta zmaga się z brutalną prawdą życia codziennego w iście nieznoszący sprzeciwu, niekonwencjonalny, hałaśliwy, idealnie oddający istotę tematu sposób. Okej, pisanie utworów o ćpaniu, podpalaniu się i gwałtach, to jeszcze żaden wyczyn. Dodajcie do tego jednak oryginalny, kunsztownie wypracowany styl, który po dziś dzień inspiruje twórców noise'u i post-punku. Polecam jednak zacząć od BB, by dopiero potem rozkoszować się odnajdywaniem ich wpływów gdzie indziej. A już najlepszym wyborem na początek tej chorej przejażdżki po brudnej i namacalnie obrzydliwej części tego padołu, będzie Atomizer.
Wracając jednak do samego Big Black, które jest tematem tego wpisu - przygodę z zespołem zacząłem oczywiście z Atomizerem, który pod względem popularności ustępuje drugiemu albumowi BB - Songs About Fucking. Cóż, właściwie teraz, po styczności z EPkami i drugim LP mogę oficjalnie stwierdzić, że JEST to ich najpełniejsze i najbardziej reprezentacyjne wydawnictwo, choć (co dziwne, przynajmniej dla mnie), to właśnie druga z płyt jest wymieniana jako lepsza. Na początek może o samej grupie, bo na pewno są wśród was osoby, które pierwszy raz słyszą tę nazwę. Big Black to amerykańscy "punkowcy", którzy tworzyli od 1981 do 1987. Punkowców ująłem w cudzysłów, gdyż w praktyce muzyka, którą grali tańczyła na cienkiej granicy post-punku (głównie basem), noise'u, alternatywy, momentami także industrialu.
Ojciec-założyciel BB, Steve Albini, uformował po rozpadzie swojego pierwszego zespołu jeszcze dwie słynne grupy - Shellac i Rapeman, o których muzyce być może też pojawi się wpis - czas pokaże.
Ja jednak zajmę się tym, co widnieje sobie w tytule, bo album ten ostatnio niemiłosiernie zawrócił mi głowie i cóż - chyba trafił na którąś z moich list ulubionych albumów! A to, co będzie wam dane na nim usłyszeć, to harda dawka dzikich, przesterowanych i surowych riffów z lekkim sznytem "killingdżołkowskim" - to właściwie raczej skojarzenie Oriany, ale trzeba przyznać, że odnajduję niemałą konotację między twórczością tych pozornie odległych tematycznie zespołów. Intro, czyli tutaj Jordan, Minnesota, to bardzo basowo-post-punkowa kompozycja z miażdżącą rytmiką. Tematem kawałka jest znęcanie się nad dziećmi - rzecz jasna, na płaszczyźnie seksualnej - wiedzcie, że Big Black byli specjalistami w podejmowaniu odrzucających, niewygodnych tematów. Trzeba przyznać, że warstwa melodyczna podejmuje idealną kooperację z warstwą liryczną.
Następnie czas na Passing Complexion - to, co się dzieje w ciągu zaledwie trzech minut, jest... cóż - kawaii. Przesłodko noisowy, piskliwy riff zagrany jakby w podwójnie przyspieszonym tempie robi ten utwór. Tutaj można odnaleźć wyżej wspomniany "killingdżołkowy" sznyt - na myśli mam głównie rytmikę i ton bębnów, choć w Killing Joke to człowiek odpowiadał za te aspekty - w przypadku BB był to automat. Dla mnie - utwór o oportunizmie - przemijająca cera przedstawia to zjawisko na płaszczyźnie rasowej, a i w czasach nagrywania Atomizera problem był zdecydowanie bardziej nasilony. Kolejny temat tabu, jakby nie było - ostatnio na topie, zwłaszcza kiedy myśli się u usilnym stawianiu czoła poprawności politycznej.
Gdzieś po drodze jest Kerosene, czyli (dla mnie) nie tylko najlepszy utwór albumu, ale i BB w ogóle. Co dziwniejsze, przybiera on zdecydowanie wolniejsze tempo niż pozostałe kawałki zespołu, jest zwyczajnie najmniej punkowy ze wszystkich, a jednak najbardziej pociągający. Wstęp z lekka pokrywa się z głównym motywem Passing Complexion, jednak ma tutaj bardziej hipnotyczny i rozchwiany wymiar. Tutaj silnym jest to charakterystyczne "niestrojenie" gitary, a jednak to wciąż tylko Drop D. Szybko jednak wiosło usuwa się w tło, ustępując tym samym zabójczemu duetowi bas-phaser, budującemu genialną warstwę rytmiczną. Mistyczna gitara powraca wraz z refrenem, co potęguje wrażenie narastające napięcia - kultowe: "Set me on fire, kerosene" to już sztos dla fanów grupy. Kawałek podejmuje niezwykle poważny temat... nudy. Normalnie. Gościu się nudzi, a że w okolicy jest benzyna, to czemu by jej nie wykorzystać. W przeciągu ostatniej minuty utworu następuje genialny "wybuch" instrumentalny, który w niebanalny sposób łączy się z tekstem.
Jest i Bad Houses, któremu Killing Joke już wychodzi bokiem, a jednak ja odnajduję spore ślady tego utworu w dość świeżych dokonaniach The Woken Trees - ma on tak samo melodyjny post-punkowy wydźwięk jak wszystko z jedynego krążka TWT. O sile tego utworu stanowi specyficzna tonacja gitary, o lekko elektronicznym/mechanicznym (?) zabarwieniu. Tego się nie da wyjaśnić, to trzeba usłyszeć. Ponownie BB spisali się na medal z drugim dnem kawałka - na pierwszy rzut ucha, opowiada on o odwiedzinach w domu rozpusty, burdelu, jak zwał, tak zwał. W każdym razie, wizyta ta budzi w podmiocie (w nas samych) odrazę, nie chcemy tego więcej robić, a jednak wracamy tam jeden raz, drugi, i kolejny. Łatwo przełożyć to na każdą inną perwersję, nałóg. Wrażenie całości popiera bardzo poetycki wydźwięk wokalu Albiniego.
Cała płyta zmaga się z brutalną prawdą życia codziennego w iście nieznoszący sprzeciwu, niekonwencjonalny, hałaśliwy, idealnie oddający istotę tematu sposób. Okej, pisanie utworów o ćpaniu, podpalaniu się i gwałtach, to jeszcze żaden wyczyn. Dodajcie do tego jednak oryginalny, kunsztownie wypracowany styl, który po dziś dzień inspiruje twórców noise'u i post-punku. Polecam jednak zacząć od BB, by dopiero potem rozkoszować się odnajdywaniem ich wpływów gdzie indziej. A już najlepszym wyborem na początek tej chorej przejażdżki po brudnej i namacalnie obrzydliwej części tego padołu, będzie Atomizer.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












